sobota, 30 listopada 2013

Rozdział 66

Dzień w Studiu doszczętnie mnie wyczerpał.Dodatkowe nudności i zawroty głowy uniemożliwiały normalne funkcjonowanie.Świat wirował,przybliżał się,oddalał..
Każdy krok w przód równał się z coraz bardziej łapczywymi oddechami.Mimo,iż moje ruchy nie były zbyt dynamiczne,brakowało mi tchu.Przenikliwy ścisk czaszki stawał się nie do zniesienia.
Mimo to,prosto ze szkoły,udałam się w odwiedziny do Javiera.
-Wujek German nie przyszedł? - Padło w pewnym momencie zabawy.
-Dzisiaj ma bardzo dużo pracy,niestety nie dał rady. - Wyjaśniłam,czochrając jego gęstą czuprynę. - Ale za to może jutro uda mu się wpaść. - Starałam sie go pocieszyć.
-Fajnie! - Na twarzy malca zagościł szeroki uśmiech. - Porysujemy? - Zaproponował,zsuwając sie z moich kolan.Już po chwili wrócił z pudełeczkiem kredek i blokiem rysunkowym.
-Dobrze,jeśli masz ochotę. - Posadziłam go przy stoliku,po czym zajęłam miejsce na drugim krześle. - To co dzisiaj mam nabazgrać? - Zażartowałam. - Nie umiem malować tak ślicznie,jak ty.

-Nie prawda. - Zaprzeczył chłopczyk. - Jesteś najśliczniowszą i najmądrowszą panią na świecie!Jak moja mamusia. - Dodał,wyciągając z kolorowego pudełka poniszczone zdjęcie.
Fotografia przedstawiała szczęśliwą parę,ściskającą w swoich ramionach małe dziecko.Kobieta,która trzymała niemowlę bardzo przypominała Javierka.Ten sam uśmiech,rysy twarzy,kolor włosów.Po ojcu maluch odziedziczył nos i bystre spojrzenie.Oni wyglądali na szczęśliwych,spełnionych.Mieli wielki skarb - dziecko,które dawało im poczucie pełnego szczęścia.To takie niesprawiedliwe,że ludzie mający przed sobą całe życie,mający wielkie plany - odchodzą,często osieracając swoje pociechy.
Nie mogłam sobie wyobrazić,jak los może karać niewinne dzieci,pozbawiając ich rodziców,szczęścia.
Zerknęłam na Javiera.Chłopczyk w skupieniu wpatrywał się w wizerunek swoich bliskich.Jego przejęta mina zwolniła hamulce moich łez,które teraz swobodnie spływały po rozgrzanych policzkach.
Mimo tak małego wieku,tyle przeszedł.Może nie do końca rozumie,co się wydarzyło,ale w przyszłości to odczuje.A choroba,która go dotknęła?Nie powinien leżeć w tym szpitalu,w pustej sali,a ja nie powinnam być jedyną osobą,która go odwiedza.Teraz powinien beztrosko bawić się ze swoimi rodzicami,któzy z całych sił wspieraliby go w tych ciężkich chwilach.
To nie do przyjęcia,że to biedne dziecko zostało tak brutalnie skrzywdzone.Teraz wiedziałam,że jak po śmierci Marii - Violetta miała Germana,ja muszę zaopiekować się Javieram. Zasługiwał na szczęście i rodzinne ciepło,które zamierzałam mu dać.
-To może narysujemy Pinto? - Przerwałam ciszę,szybkim ruchem ocierając mokrą twarz.
-Świetny pomysł! -Javier od razu się rozweselił.Schował zdjęcie,po czym chwycił jedną z leżących kredek. - Do dzieła! - Zakomenderował.
Niesamowite ile pozytywnej energii może przekazać jeden dziecięcy uśmiech.Przezwycięża on wszelki ból i koi najgłębsze rany.
-Do dzieła.. - Powtórzyłam,całując skroń malca.


-Mój Pinto gotowy. - Stwierdziłam po dwóch kwadransach mazania gumką krzywych linii i niekształtnych części ciała. - A jak tobie idzie? - Nachyliłam głowę,aby zaglądnąć na kartkę towarzysza.
-Już prawie kończę. - Odpowiedział,zaginając róg obrazka. - Nie podglądaj,to niespodzianka. - Pogroził mi palcem.
-Dobrze,dobrze. - Zagestykulowałam 'poddają się'. - To ty kończ rysunek,a ja pójdę do bufetu po kremówki,co?Masz ochotę?
-Aaa może mufinki? - Zaobserwowałam błysk w oczach chłopczyka.
-Niech będzie. - Zgodziłam się,opuszczając salę.
Nim jednak udałam się po słodkości,zaczepiłam pielęgniarkę czuwającą nad zdrowiem Javiera.
-Dzień dobry Lindo,możemy chwilę porozmawiać?
-Angie,witaj. - Posłałą mi ciepły uśmiech. - Oczywiście,akurat mam przerwę.Może napijemy się kawy?
Przytaknęłam na propozycję i razem z dyżurną zjechałam windą na parter.Oprócz pobudzającego napoju zamówiłam cztery czekoladowe mufinki,które kelnerka wedle życzenia,zapakowała w małe pudełeczko.
-A więc słucham. - Kobieta upiła łyk kawy,uważnie na mnie patrząc. - Domyślam sie,że chodzi Ci o Javierka.
-Tak,ymm..Bez owijania w bawełnę - czy wiesz coś o śmierci jego rodziców? - Zapytałam.
Pielęgniarka ciężko westchnęła,smutno zaciskając wargi.
-To przykra historia. - Ponownie podniosła filiżankę do ust. - Margaret i Christian - tak się nazywali.Oboje pracowali,jako przejezdni aktorzy,dużo podróżowali.Dziecko zostawało pod opieką babci.Kiedy zachorował i trafił tutaj,jego rodzice niezwłocznie postanowili wracać.. - Przerwała,zajmując dłonie skubaniem serwetki. - Ja ich wtedy poinformowałam..Zawrócili z drugiego końca kraju..  - Nerwowo przełknęła ślinę. - Był środek nocy..Jechali bardzo szybko,chcieli być przy swoim maleństwie..Wtedy to się wydarzyło..Rozpędzona ciężarówka uderzyła w ich samochód.. - Jej głos łąmał się z każdym ułamkiem sekundy. - Zginęli na miejscu..
Wzruszona przeczesałam dłonią włosy.Ich historia była taka nieprawdopodobna,tragiczna..
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego,że jestem zalana łzami i cała się trzęsę.
-Babcia Javierka opiekowała się nim przez następne pół roku,ale sama była schorowana.. - Kontynuowała. -Od kąd jej też zabrakło,chłopiec nie opuszcza szpitala..Posłuchaj,Angie. - Złapała moją dłoń. - Jesteś dla niego bardzo ważną osobą,przy tobie Javier ma szansę na normalne życie..Dziękuję,że Bóg postawił cię na jego drodze. - Podsumowała.
Odwzajemniłam posłany mi uśmiech,po czym opuściłam kawiarenkę.
-Będę przy nim już zawsze. - Dodałam przed wyjściem. - Możesz być pewna,Lindo.


-Angie,myślałem,że już sobie poszłaś. - Przywitał mnie chłopiec. - Długo cię nie było.
-Przepraszam kochanie.. - Przytuliłam go. - Mnóstwo ludzi lubi mufinki i była dłuuugaśna kolejka! -Uniosłam ręce. -Ale udało mi się parę zdobyć dla mojego zucha. - Podałąm mu pudełeczko.
-Dzięki. - Zapiszczał,uradowany.Miło było patrzeć,jak się cieszy.
-Skończyłeś już rysunek? - Zapytałam.
-O tak! - Powiedział pomiędzy kolejnymi gryzami babeczki. - Pokażę ci. - Przerwał jedzenie i przysunął w moją stronę pustą kartkę. - Odwróć. -Uśmiechnął się łobuzersko.
Po przekręceniu obrazka moim oczom ukazały się dwa patyczkowate,uśmiechnięte ludziki.Środowiskiem,w którym sie znajdowały była słoneczna łąka.
-To twoi rodzice?
-Oj,Angie! - Zaśmiał się malec. - To ty i wujek German!Przecież ma taki duuuży brzuchol. - Rozłożył rączki.

"Taki duuuży brzuchol" - Powtórzyłam w myślach,chichocząc.
Rzeczywiście,męski osobnik na pozór przypominał mojego szwagra.
-Przepięknie. - Pochwaliłam rysunek. - Masz wielki talent.
Na twarzy chłopczyka pojawiły się rumieńce - zawstydził się.
-Dziękuję. - Szepnął,speszony. - Ty i wujek Germi jesteście tacy fajni.Wasze dzieci będą mieć fajną mamusię i tatusia.
Zaskoczona słowami Javiera,lekko wzdrygnęłam.
-O,maleństwo.. - Pogłaskałam jego delikatną główkę. - Już zawsze będę przy tobie..Będziemy..Ja,Violetta i wujek German..Obiecuję..

_______________________________
Takie rodzinne,nudne.. :) Za wszelkie błędy przepraszam,wynik pośpiechu.
Jestę miszczę painta. :D
Napisałam dwa 66-te rozdziały o różnej treści,ale zdecydowałam się w końcu na tę.
Jak Wam się podoba? ;)
Much love. <3

Wiktoria

sobota, 23 listopada 2013

Rozdział 65

(...)po czym opuścił mój pokój.
Nie zareagowałam.Cała ta sytuacja wydawała się być z lekka dziwna.Także zachowanie Germana.
Nie byłam gotowa na taki krok.Może zdawać się to komiczne,ale przerażał mnie fakt,że ktoś obserwuje mój związek,nadal się bałam.Czy to była patologia?Relacje z Germanem były wystarczająco skomplikowane,byliśmy spowinowaceni.Niektórym wydawałoby się,że to nieetyczne,niemoralne.Zupełnie nie byłam na to przygotowana.W duchu odczuwałam lekki niepokój.Nie lubiłam kłócić się ze szwagrem,zawsze wtedy coś ściskało moje gardło.
Zmęczona,całkowicie zrezygnowałam z kąpieli i bezwładnie zatopiłam się w miękkiej pościeli.
Zasnęłam bez pocałunku ukochanego i ciepłego "dobranoc".


                                                                         ***

Nazajutrz obudził mnie przeraźliwy głód.Mimo,że zegarek wskazywał dopiero 5:02,postanowiłam coś przekąsić.
Zarzucając na siebie fioletowy szlafrok,zeszłam na dół,gdzie panowała grobowa cisza.Aby nie obudzić nikogo z domowników stukaniem talerzy, "zwinęłam" z lodówki jogurt truskawkowy,rumianą bułkę oraz łyżeczkę.Po chwili namysłu wyłowiłam ze słoika dwa kiszone ogórki,po czym wraz z jedzeniem,ruszyłam  z powrotem na górę.
Gdy mijałam sypialnię Germana,poczułam palący żar w klatce piersiowej,jednak nie zatrzymałam się.Wina nie leżała po mojej stronie.
Sadowiąc się na łóżku,rozpakowałam mleczny posiłek,który przegryzany bułką i ogórkami.,dość szybko zniknął z plastikowego kubeczka.
Nadal czułam ssanie żołądka,lecz postanowiłam więcej nie podjadać przed śniadaniem.
Nie byłam już senna-bramy królestwa Morfeusza zostały dla mnie zamknięte.Podniosłam rolety,wpuszczając do pokoju trochę światła.Promienie słoneczne znacznie ożywiły wnętrze,nadając sypialni przyjazny charakter.
Do rozpoczęcia lekcji zostały niecałe trzy godziny
-Umrę z nudów . - Powiedziałam sama do siebie.
Dla zabicia czasu zabrałam się za przygotowania do pracy.Dzisiaj jak na złość byłam zdecydowana,co do ubioru; czarna spódnica w stylu Violetty,do której wpuściłam cukierkową bluzkę na ramiączkach dość szybko wpadła mi w oko.Na szyji przewiesiłam przestrzenne serce na długim łańcuszku.Loki pozostawiłam rozpuszczone.Również kwestia makijażu szybko się rozwiązała.Byłam gotowa.Dwie godziny do wyjścia.
-"Pewnie zaraz w kuchni pojawi się Olga." - Przeszło mi przez myśl.
Oczekując na hałasy z dołu,opadłam na zaścielone wcześniej łóżko.W oczy cały czas rzucał mi się ścienny napis.Dzisiaj po raz pierwszy od jakiegoś czasu nie zostałam obudzona pocałunkiem.Nie usłyszałam spokojnego "Skarbie,już ranek.." .
W tej chwili zdałam sobie sprawę,że miłość Germana jest mi potrzebna.To uczucie każdego dnia tchnie do działania,napawa radością.Życie bez miłości nie miałoby sensu.Nie ważne,czy zawiązuje się między ludźmi tej samej płci,czy też nie.Czy ujawnia się w młodym wieku,czy przychodzi na starość - ma takie samo zadanie.
Niekiedy rani,lecz później uśmiecha się do ciebie niczym stara przyjaciółka i mówi : "Nauczyłeś się kochać..".
Ona nigdy nie odchodzi.Wrasta w serce,zakorzenia się.
Przyjaciele,rodzina,partnerzy. - Miłość ma takie samo znaczenie.
Mimo oporu zmorzył mnie sen.Znów odpłynęłam..


-Angie..Angie.. - Doleciał mnie cichy szept. - Ciociu !!
-CO ?! - Poderwałam się z łóżka. - Violu.. - Wysapałam,próbując uspokoić oszalałe serce. - Pali się?
-No niby nie,ale Olga pięć razy wołała cię na śniadanie. - Wyjaśniła,śmiejąc się z mojej nie do końca obudzonej osoby. - Czemu śpisz w ubraniach i makijażu? - Zdziwiła się.
Nie zdążyłam odpowiedzieć.Z prędkością światła opuściłam pokój,biegnąc do łazienki.Czułam,jak w moim brzuchu trwa rewolucja.Po zatrzaśnięciu drzwi,uklękłam przy muszli haftując.

-Angie?Angie porządku? - Pukała do drzwi. - Mam iść po tatę? - Palnęła w pewnym momencie.
-.. Violu..Nie.. - Udało mi się wydusić,pomiędzy kolejnymi napadami.
Nastolatka najwidoczniej mnie nie posłuchała,bo chwilę potem obok mnie kucał German.
-Jestem .. - Pogładził moje plecy.
-Idź stąd! - Warknęłam,dławiąc się.
-Nie zostawię cię. - Uparł się,zaciskając swoje palce na mojej dłoni.
-Wynoś się! - Krzyknęłam z całych sił.
-Angie..
-Wynocha!
Mężczyzna niechętnie podźwignął się z posadzki i wyszedł.

Ja też wstałam.Cała się trzęsłam, nogi drżały,ledwo mnie utrzymując.Żeby nie stracić równowagi,oparłam się o umywalkę.
Moja twarz zalana była potem,tusz rozmazany,a oczy podkrążone.Ignorując tępy ból głowy,przepłukałam usta,poprawiłam makijaż i fryzurę,po czym opuściłam łazienkę.
-Raz,dwa..Osiem,dziewięć,dziesięć.. - Odliczyłam w myślach,zmierzając do jadalni.
Przy stole siedzieli już wszyscy,łącznie z panem domu.
Ignorując jego zatroskane spojrzenie,zajęłam miejsce obok siostrzenicy.
-Dzień dobry. - Przywitałam się.Brakowało mi sił.
-O,panienka Angie coś nie w humorze. - Podsumowała gosposia. - Mocno pani spała,pewnie śnił się panience jakiś przystojniak.Chyba to ten Pablito.Ach,ładna z państwa parka,ale coś ostatnio nie widać naszego Misia. - Nawijała. - A blada pani. - Zmrużyła oczy,badawczo mi się przyglądając.
-Trochę mi nie dobrze,to wszystko. - Wyjaśniłam. - Nie martw się Olguniu. - Powiedziałam,wymuszając słaby uśmiech.
-A może w ciąży panienka jest?! - Wyskoczyła nagle,a mnie zamurowało.Podobnie z resztą,jak przerażonego Germana.
-Nie,Olga,nie.. - Wybełkotałam,zaskoczona.
-To pewnie tylko zatrucie pokarmowe. - Stwierdził Ramallo,próbując ratować sytuację.Niestety tym samym,narażając się gosposi.
-Sugeruje pan,że źle gotuję?! - Oburzyła się,mordując Lisandra wzrokiem. - No mów,stary durniu!
-Olgo,Olgito,jestem pewny,że Ramallo nie miał na myśli niczego złego. - Wtrącił się pan domu,wstając od stołu. - Japończycy. - Skwitował,zmierzając do swojego gabinetu.
-To ja też dziękuję. - Asystent Germana również się ulotnił.
W jadalni zostałam sama z siostrzenicą,gosposia krzątała się w kuchni.
-Idziemy,Violu? - Zapytałam,chwytając torebkę.
-Ale..To ty nie zostajesz? - Zdziwiła się. -Może odpocznij,weź dzień wolnego. - Nalegała.
-Nie ma takiej potrzeby,słońce.Chodź. - Pociągnęłam ją za rękę.
Po wyjściu z domu od razu zrobiło mi się lepiej.Świeże powietrze natychmiastowo uderzyło do mojej głowy,a przyjemny wiatr,uspokajająco głaskał twarz.
Dzień zapowiadał się pięknie,jak na listopad.W powietrzu rozchodziła się słodka woń waty cukrowej,dolatującej z pobliskiego stoiska,a delikatne obłoczki stanowiły zaporę dla przebijających się przez nie rąk Heliosa.Miasto tętniło życiem.
-Cudowna pogoda. - Szepnęłam zahipnotyzowana śpiewem ptaków.
Matka natura na szczęście nie odzwierciedlała mojego nastroju.Podziwiając jej dzisiejszą kreację,postanowiłam spróbować jej dorównać.Zapominając o porannej sytuacji oraz kłótni z Germanem,podążałam do Studia.Dziś na ustach wypisane miałam "Będzie dobrze".\

_______________________________
Beznadziejne.
Zachcianki Angie. :D
Drugi rozdział po przerwie.Jak wrażenia?
Nie chcę szantażować Was ilością komentarzy,ale dobrze jest znać opinię czytelników,to pomaga. :)

Pozdrawiam! ♥
Wiktoria

wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział 64


-Zabiorę cię gdzieś. - Rzekłam tajemniczo,obserwując reakcję Germana. - No nie bój się. - Złapałam jego rękę,ciągnąć za sobą. - To miejsce zatarcia się granicy życia i śmierci. - Dodałam,wzniecając płomień przerażenia na twarzy mężczyzny.
-Jesteś zagadką,Angeles Saramego. - Uśmiechnął się niepewnie. -I za to cię tak uwielbiam.- Pocałował mój policzek,dorównując kroku.
Po około piętnastu minutach,stanęliśmy przed drzwiami szpitala.Mina mojego szwagra mówiła sama,za siebie.
-Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? - Zdziwił się. - Wszystko w porządku?Jesteś chora?A może w ciąży..?! - Wytrzeszczył oczy. - W ciąży..Dziecko..Ale my nie..Dziecko..Ciąża..Angie..Ciąża..Dziecko.. - Panikował,trzymając się za głowę. - Dziecko..Boże..Ciąża..Angie..Dziecko..Ciąża..
-German,spokojnie. - Wydusiłam,dławiąc się nieokrzesanym śmiechem. - Nie jestem w ciąży,nic z tych rzeczy. -Dodałam,trzymając się za brzuch. - Chodź. - Skinęłam ręką,znikając w głębi budynku.
Po chwili dołączył do mnie wciąż blady inżynier.
-Dzień dobry,Lindo. - Rozbawiona,przywitałam się ze znajomą pielęgniarką. - To jest mój.. - Zawahałam się. - ..szwagier,German. - Powiedziałam szybko,ignorując lekkie zdenerwowanie mężczyzny.
-Witam. - Pocałował dłoń "piguły",szarmancko się uśmiechając. - Dobrze wiedział,że wywołał tym u mnie złość,jednak ja nie dawałam niczego po sobie poznać.
-Jak się czuje Javier? - Zapytałam,wkraczając na bezpieczny temat.
-Och,widać znaczną poprawę.Choć przeszedł serię bolesnych zastrzyków,dzielnie się trzyma.Został przeniesiony na salę nr.9. - Odgadła moje myśli. - Możecie wejść,na pewno się ucieszy z odwiedzin.
-Dziękujemy. - Kiwnęłam głową,zmierzając w kierunku pokoju.
-Javier jest pięcioletnim chłopcem,chorującym na białaczkę.Odwiedzam go od chwili,gdy Violetta trafiła do szpitala. - Uprzedziłam pytanie mojego towarzysza. - Zachowuj się. - Nakazałam surowo.
Mężczyzna wzruszył ramionami i idąc w ślad za mną,przekroczył próg sali.
Malec siedział przy stoliku i zawzięcie rysował coś w zeszycie.
-Cześć,zuchu. - Zapukałam w futrynę.
-Angieee! - Zapiszczał Javier,rzucając mi się na szyję. - Tęskniłem!
-Ojej,ja też,słoneczko. - Wzięłam go na ręce,sadowiąc się na brzegu szpitalnego łóżka. - Jak było na wycieczce?
-Fajnie,tylko ciebie tam nie było i Violetty też nie..Ale miałem Pinto i widzieliśmy taki duży sprzęt w klinice,co tak pikał i wtedy pani przychodziła. - Tłumaczył z wypiekami na twarzy. -Angiee.. - Przeciągnął chłopiec,biorąc kciuka do buzi. - Kim jest ten pan?
Spojrzałam na stojącego w drzwiach szwagra.Mężczyzna niepewnie się uśmiechał.
-To jest..Ymm.. - Drugi raz tego samego dnia nie wiedziałam,jak wytłumaczyć obecność Germana.
-Cześć. - Mój towarzysz,usiadł na stojącym obok łóżka krześle. -Jestem wujek German.A ty zapewne jesteś tym dzielnym podróżnikiem,co? - Połaskotał jego kolano. - Żółwik! - Wysuną przed siebie zaciśniętą pięść,która już po chwili stykała się z malutką dłonią Javiera.Malec niepewnie skinął głową.
-To co,powiesz nam,jak było na wycieczce? - Zapytał wesoło,rozluźniając atmosferę.

Przez następne godziny German i Javier znacznie się do siebie zbliżyli.Nie pamiętałam,że mężczyzna,którego niegdyś uważałam za tyrana i despotę,może tak świetnie obchodzić się z małymi dziećmi.Co prawda nie miał on syna,ale doskonale porozumiewał się z chłopczykiem.Chyba brakowało mu takiej beztroskiej zabawy - Violetta już dawno wyrosła z szaleństw z ojcem.
Nić,która zawiązała się między malcem,a Germanem,była jak "miłość od pierwszego wejrzenia".
To było niewiarygodne.Człowiek na pozór chłodny,oschły skrywa tyle warstw.Ciągle mnie zaskakuje.
Odkąd poznałam go drugi raz,zamieszkałam w jego domu nawet,jako guwernantka,stopniowo odkrywałam tajemnicę,jaką chowa.Niczym bohater "Pięknej i Bestii",zmieniał się w moich oczach.Odsłaniał oblicze czułego i uczuciowego romantyka.Fascynująca przemiana wpłynęła nie tylko na postrzeganie go przeze mnie.Jego stosunki z Violettą,ze światem,innymi ludźmi znacznie się poprawiły.Miałam wrażenie,że teraz zupełnie inaczej patrzy na pewne rzeczy.



Wieczorem pogoda uległa całkowitej zmianie.Dotychczas błękitne niebo zakryły szare chmury,którym towarzyszył porwisty wiatr.Po chwili zaczął padać deszcz,a temperatura znacznie spadła.
Okryta kocem wdrapałam się na parapet,przykładając policzek do mokrej od łez nieba szyby.Dlaczego płakało?Dlaczego kąpało nas swoimi łzami?Z góry obserwuje wszystkie nieszczęścia świata,a mimo to i tak góruje uśmiech.A teraz?Deszcz.Niebo też musi od czasu,do czasu popłakać,wyrzucić wszystkie smutki..Wówczas swoje gorzkie łzy zamienia w falę uderzającego chłodu,dającego poczucie rzeczywistości.
Zalewa nas swoim bólem,egoistycznie chowa gwiazdy,w których uporczywie próbujemy doszukać się szczęścia.Ale ono uśmiecha się do nas złośliwie i zmienia ich kryjówkę.
I w końcu nastaje dzień.Niebo zmienia kreakcje z szarej,żałobne sukni,na lekki błękit.Maluje się promieniami słonecznymi i pudruje śmietankowymi obłoczkami.
Stukot,szum,pukanie - często słyszymy te dźwięki.Jednych to relaksuje,innym przeszkadza..
Ja lubię deszcz.Kryje się w nim ziarnko tajemnicy.W każdej kropli.,która obija się o szybę,po czym bezwładnie spada.Każda była inna.Czy można porównać je do ludzi?
Przemoknięte serce miasta powoli usypiało,latarnie gasły.Zmęczenie odczułam dopiero teraz.
Nostalgiczny nastrój,postanowiłam zwalczyć długą,odprężającą kąpielą.
Z ręcznikiem i piżamami na ramieniu,udałam się w stronę łazienki,niestety dolatujący z daleka zapach olejków,głosił,że miejsce jest zajęte.Zrezygnowana zawróciłam do pokoju i opadłam  na łóżko.
Mój sufit dalej przyozdobiony był cudownym prezentem od Germana.
                           

                        "Miłość,jest zawsze chaotyczna.Gubisz się,tracisz trzeźwy osąd.
                                                        Nie umiesz się bronić.
                                               Im większa miłość,tym większy chaos.."


Piękne,prawdziwe słowa.Każde pociągnięcie pędzlem było pełne uczucia.Każde samo w sobie przekazywało inne emocje.
-Cześć,mogę? - Nawet nie zauważyłam,kiedy do pokoju wszedł German. - Na co tak patrzysz? - Zapytał i nie czekając na odpowiedź,położył się obok mnie.

Widząc tekst na ścianie tylko się uśmiechnął,po czym zaczął bawić się moimi włosami.Ja natomiast oparłam głowę na jego torsie i przymknęłam oczy,wsłuchując się w spokojny rytm serca ukochanego.
German okręcił wokół palca pasmo moich loków i łaskotał nimi  moje ramię.W pewnym momencie odwrócił się na bok i oparłszy głowę ręką,obdarzył mój obojczyk kilkoma nieśmiałymi pocałunkami.
Dotyk jego ust momentalnie mnie sparaliżował.,a ciało przeszyły dreszcze.Automatycznie przymknęłam oczy i rozchyliłam wargi.
-Idź już. - Szepnęłam w pewnym momencie. - Zrobiło się późno.
Mężczyzna najwyraźniej zignorował moje słowa,nie ustając z pocałunkami.
Czułam,że tracę nad sobą kontrolę,nie potrafię się mu sprzeciwić.Musiałam się otrząsnąć.
-Ja mówiłam poważnie. - Ujęłam jego twarz,zmuszając do kontaktu wzrokowego.
Na twarzy mężczyzny dostrzegłam lekką irytację.Gładząc brodę podniósł się i przysiadł na brzegu łóżka.
-Angie,ile to jeszcze będzie trwało? - Zapytał wlepiając wzrok w drzwi.
-Nie rozumiem..O co ci chodzi? - Zapytałam marszcząc brwi.Zdziwiło mnie jego zachowanie.
-Ile jeszcze będziemy się ukrywać? - Wycedził. - Zrozum,mam tego dość..Tak nie da się normalnie funkcjonować.Żyjemy w ciągłej obawie,że ktoś przyłapie nas,jak się przytulamy,czy w jakiś sposób,"niewłaściwie patrzymy".Chce móc cieszyć się tobą bez zbędnych zahamowań.
-W takim razie musimy przystopować z czułością. - Zażartowałam nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.
Mężczyzna popatrzył na mnie z żalem w oczach.Był zły.
-German - Westchnęłam,również podrywając się do pozycji siedzącej. - Rozmawialiśmy o tym..Na razie nie chcę,żeby ktokolwiek o nas wiedział..Jest dobrze,tak jak jest.
Twarz ukochanego przybrała blado-czerwony kolor.Niepewnie przełknął ślinę,po czym bez słowa opuścił mój pokój.

_________________________________
-Wujek,despota,niecierpliwy German.
-'Kłótnia' Germangie.
-Javier.
Tak oto moi Kochani wraz z nowym wyglądem i długim rozdziałem,wraca "Trochę inna historia Angie.". :)
Wygrana w konkursie literackim natchnęła mnie do pisania. :)
Jak Wam się podoba? :)
Na moim askowym profilu (Klik) i skrzynce e-mailowej,jak i w komentarzach,znalazły się prośby o dodanie wywiadu przeprowadzonego ze mną przez przyjaciółkę.Nie byłam skłonna publikować go,ale po kilkunastu wiadomościach uległam.Przepisałam tylko parę. ;)

Pozdrawiam! :)
Wiktoria

Skąd zamiłowanie do pisania wierszy,opowiadań?

Od małego miałam bujną wyobraźnię,lubiłam zmyślać,opowiadać historie.W późniejszych latach zaczęłam przelewać to na papier.
Z drugiej strony odziedziczyłam to po mamie i babci.


Ma pani jakieś swoje motto życiowe lub ulubiony cytat?

-Kiedyś zetknęłam się ze słowami Marii Konopnickiej : "A gdy serce twe przytłoczy myśl,że żyć nie warto,z łez ocieraj cudze oczy,chociaż Twoich nie otarto".
Przyznam szczerze,że z niewiadomych powodów ilekroć wspominam ten cytat,przechodzą mnie dreszcze.Uważam,że są to piękne,wartościowe słowa i bez wątpienia należą do moich ulubionych.
Co robi pani w przypadku braku weny?

-Nie zmuszam się do pisania.Czekam,aż sama "przyjdzie".Zazw​yczaj w takiej sytuacji spaceruje,słucha​m muzyki lub czytam stare teksty.