piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział 112

Zdyszana wpadłam do apartamentowca i biegiem ruszyłam do windy, na oślep wciskając wszystkie możliwe guziki.
- Pani Saramego, może pomóc? - zawołał portier.
 Zignorowałam jego pytanie i przepychając się między wychodzącymi ludźmi weszłam do windy, kilkakrotnie wybierając numer swojego piętra, jakbym dzięki temu miała szybciej się tam znaleźć. Spojrzałam w lustro, które całkowicie pokrywało jedną ze ścian. Do połowy rozpięta koszula odsłaniała prawe ramię, potargane włosy sterczały w każdą stronę, a na policzkach widniały czarne strużki rozmytego tuszu. Zaraz po zatrzymaniu się windy, ruszyłam do mieszkania, a tam pospiesznie w kierunku łazienki, aby Luis nie zobaczył mnie w takim stanie.
- Angie, to ty?
- Wszystko w porządku. - wydusiłam zza drzwi. Starałam się, aby mój głos brzmiał jak najnaturalniej, niestety zamiast tego mężczyzna usłyszał nieskładny lament.
- Angie.. Co się stało?
Pociągnęłam nosem, czując, jak do moich oczu napływają łzy. Byłam przerażona. Przysiadłam na brzegu wanny, chowając twarz w dłoniach. Dopiero teraz spostrzegłam, że na moje nadgarstki i wnętrza dłoni lśnią od krwi oraz drobinek szkła. Mimowolnie wydałam z siebie głuchy jęk, łkając w rękaw koszuli.
- Wchodzę. - usłyszałam. Tuż po tym w drzwiach stanął Luis. Popatrzyłam na niego przerażonym wzrokiem. - Boże, Angie.. - Złapał mnie za łokcie i ostrożnie zaprowadził do salonu, sadzając na kanapie. - Kto ci to zrobił?
Ja jednak nie byłam w stanie odpowiedzieć na pytanie, wydusić z siebie słowo. Coś co udało mi się z siebie wydobyć, to cichy jęk.
- Już dobrze, nie płacz. - Luis otoczył mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w jego tors, czując, jak muska ustami moją skroń i głaszcze głowę.
Pod wpływem jego dotyku nieco się uspokoiłam, przestałam drżeć, łkania ustały. Nie wiedziałam ile czasu spędziłam w objęciach mężczyzny, jednak gdy się oderwałam on wciąż spoglądał na mnie z taką samą troską i przejęciem. Odetchnęłam głęboko i przetarłam twarz chusteczką. Włoch natomiast poszedł po apteczkę.
- Pokaż. - rzekł, gdy wrócił.
 Z pomocą pęsety usunął z moich dłoni szkło, a następnie polał rany wodą utlenioną, wywołującą nieprzyjemne szczypanie. Syknęłam pod wpływem bólu, szamotając się, na szczęście Luis mocno przytrzymywał moje nadgarstki. Po chwili pieczenie ustało. Odetchnęłam z ulgą. 
- Dziękuję. - westchnęłam. 
Mężczyzna zawiną rany bandażem, a następnie musną obie dłonie ustami. 
- Nie ma za co. - mruknął. - A teraz opowiedz, co się stało. 
Nabrałam powietrza i przymknęłam oczy, jakby chcąc przenieść się na tamtą uliczkę, cofnąć czas o kilkanaście minut, jeszcze raz odtworzyć nieprzyjemne wydarzenia. W końcu rozchyliłam powieki i wlepiłam wzrok w podłogę, szybko i nieskładnie przybliżając każdą sekundę napadu. 
- I wtedy.. A jeszcze wcześniej.. - Łapczywie chwytałam oddechy, szamocząc się w czasie.
Włoch w skupieniu przysłuchiwał się moim opowieściom, co trochę głaszcząc mnie po plecach, w chwilach, gdy dławiłam się, nie mogąc nabrać powietrza. Ostatecznie, kiedy już skończyłam mówić, bez słowa schował mnie w swoich objęciach. Dopiero wtedy tak na prawdę puściły mi nerwy, poczułam, że właśnie tego mi brakowało - czyjegoś uścisku, zwyczajnego przytulenia. Czułam się bezpiecznie. Dotarło do mnie, że nie tylko German może mi to zagwarantować. Ułożyłam głowę na jego ramieniu, słuchając naszych serc. Miałam wrażenie, że biją jednym rytmem. Powoli odsunęłam się od Luisa i ujęłam jego twarz w dłonie, spoglądając mu w oczy. Były ciemne, nie tak jak ojca Violetty. Nie czekoladowe, brązowe - czarne, jak czyste krople kawy. Widziałam w nich troskę i przejęcie, a także coś, co podzielałam. Pragnął mnie pocałować, dać krzyknąć uśpionemu pożądaniu. Bez zwlekania przysunęłam swoją twarz do jego, sprawiając, że nasze nosy i brody się zetknęły. Wyczułam lekki, chropowaty zarost i przyspieszony oddech. Powoli musnęłam jego usta, dokładnie odczuwając smak pocałunku. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo brakowało mi bliskości czyiś ust. Już ułamek sekundy potem wargi mężczyzny oddały pocałunek. Nie był jednak, jak te dotychczasowe z Germanem, czy Pablo. W niczym nie przypominały tej słodyczy szwagra, ani delikatności przyjaciela. Luis przekazywał mi coś, czego nie umiałam trafnie sprecyzować, lecz podobało mi się.
Gdy się od siebie odsunęliśmy posłałam mężczyźnie ciepły uśmiech i ułożyłam głowę na jego ramieniu. On zaś zatopił prawą dłoń w moich lokach, a drugą gładził plecy. O nic nie pytał, niczego nie oczekiwał, żyliśmy chwilą i choć było to nieuniknione - nie rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, zupełnie jakbyśmy całowali się.. dla rozrywki, czystej przyjemności, z kaprysu.
Zgodnie z wcześniejszymi zamierzeniami, bez słowa zasiedliśmy przed telewizorem. Luis wybrał "Elizjum". Chociaż nie przepadałam za filmami akcji - nie protestowałam i wygodnie wcisnęłam się w kąt kanapy, oczekując Włocha, który po minucie wrócił z ogromnym talerzem nuggetsów, miseczkami sosów: pomidorowego i czosnkowego oraz szklankami zimnej herbaty.
- To zamiast wina. - podał mi napój.
Po chwili na ekranie plazmy rozbłysły napisy początkowe, a tuż po tym pojawiły się pierwsze postacie. Luis otaczał mnie ramieniem, a drugą ręką podtrzymywał talerz, który szybko opróżniliśmy. Był bardzo dobrym kucharzem, wyczarował z nikłej zawartości mojej lodówki prawdziwe Niebo dla podniebienia. Wtuliłam się w tors mężczyzny, próbując skupić na fabule i nie przejmować wydarzeniami z ulicy, jednak one ciągle powracały. Zacisnęłam więc powieki, powoli licząc do dziesięciu. Czułam, jak mięśnie Luisa napinają się pod wpływem akcji, rozgrywanych w filmie. Uśmiechnęłam się, widząc, jak się przejmuje. Odetchnęłam, już bardziej spokojna. Ciepło bijące od mężczyzny, pełny brzuch i nadmiar wrażeń sprawiło, że powoli odpłynęłam w głęboki sen..

Gdy się ocknęłam, leżałam na kanapie, przykryta kocem, a w pobliżu nie było Luisa. Usiadłam, spuszczając nogi na panele i rozglądnęłam się dookoła. Mieszkanie świeciło pustkami, panowała idealna cisza, po Włochu i wczorajszym wieczorze nie było nawet śladu.
- Może to tylko sen? - mruknęłam.
Odpowiedzią okazał się duży talerz, po brzegi wypełniony smakowicie wyglądającymi, wiosennymi kanapkami z białym serem, szczypiorkiem, pomidorem, rzodkiewką i sałatą. Poczułam burczenie brzucha. Na szklanym blacie spoczywała też herbaciana róża i karteczka od Luisa.

Angie!

Musiałem wyjść, nie chciałem Cię budzić.
Na stole czeka na Ciebie śniadanie i upominek na miłe rozpoczęcie dnia. 
Zrobiłem też zakupy. 
Odpoczywaj i korzystaj z weekendu. 
Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy.

Mam nadzieję, że ten pocałunek nie był naszym ostatnim,
                                                            Luis.


Uśmiechnęłam się, czytając ostatnie zdanie. Mężczyzna zadbał o wszystko.
Z ochotą zabrałam się za przygotowany posiłek, opróżniając talerz do ostatniego okruszka. Następnie wzięłam prysznic, co nie było najłatwiejsze z dziesiątkami zadrapań na dłoniach i przebrałam się w świeże ubrania. Pozmywałam też brudne naczynia. Kiedy skończyłam dochodziła trzynasta.
Za oknem, mimo środka dnia panował półmrok. Niebo i Słońce przysłoniły ciemne chmury, z których padał uporczywy deszcz. Drzewa uginały się pod działaniem porwistego wiatru. Panowała straszna wichura.
- Spacer odpada. - mruknęłam pod nosem, rzucając się na kanapę.
Przejrzałam kolekcję książek, którą zabrałam do Włoch. Nie była zbyt imponująca - wszystkie ulubione powieści przeczytałam kilka razy, a wybranie się do biblioteki w taką pogodę odpadało. Zamiast tego wpadłam na pewien pomysł. Na parterze, obok recepcji był mały sklepik z gazetami. Może tam znalazłoby się coś ciekawego.

Zjechałam windą na sam parter, gdzie przywitał mnie znajomy portier. Był nim młody chłopak, jego akcent zdradzał, że jest Hiszpanem.
- Weekend w pracy, nie zazdroszczę. - Posłałam mu pełen optymizmu uśmiech.
- Niestety. - odwdzięczył mi się tym samym. - Ale zaraz powinien przyjść mój zmiennik. O, właśnie jest. Tomas..
Odwróciłam się w stronę drzwi i skamieniałam.. Do środka wszedł mój były uczeń. Dawno go nie widziałam. Zdawał się być wyższy, jego skórę pokrywała opalenizna, a włosy podrosły.
- Angie, jak się masz? Dobrze cię widzieć! - zawołał na mój widok. Podszedł i uściskał mnie.
- Ciebie też. Ale.. skąd ty się tu wziąłeś?
- To ja może już pójdę. Trzymajcie się. Do widzenia. - powiedział poprzednik Tomasa i wyszedł.
- O to samo mógłbym zapytać ciebie. - kontynuował Heredia.
Usiedliśmy przy recepcji, długo rozmawiając. Na szczęście w ciągu tego czasu przez hol przewiną się zaledwie jeden starszy mężczyzna i małżeństwo.
Opowiedziałam chłopakowi o swoim dotychczasowym życiu, pomijając oczywiście intymne chwile z Germanem i większość wydarzeń, związanych z nim. Tomas zrewanżował mi się tym samym. Dowiedziałam się, że powrotem do Madrytu rozpętał wojnę między nim, a swoim ojcem. Wściekły mężczyzna zwyczajnie wyrzucił go z domu, po tym, jak dowiedział się, że jego syn zostawił szkołę. Do Rzymu przyjechał razem z kolegą, z którym wynajmuje kawalerkę, utrzymując się z dorywczych prac, aż w końcu tej - tu w apartamentowcu.
- A jednak świat jest mały. - zaśmiałam się. - Kto by pomyślał, że po pożegnaniu w Buenos Aires, ponownie spotkamy się w Europie!
- Czy to można nazwać przeznaczeniem? - rzekł Tomas, niebezpiecznie się do mnie przysuwając. Natychmiastowo wykonałam unik w tył.
- Ee.. możliwe. - wyjąkałam. - Powinnam już iść.
- Zobaczymy się jeszcze?
- Innym razem! - Pomachałam chłopakowi ręką na pożegnanie i zapominając o gazecie, wróciłam do swojego mieszkania.

Po południu pogoda znacznie się uspokoiła i z uśmiechem mogłam wyjść na spacer. Założyłam długie spodnie oraz golf i nie zważając na wiatr, wyszłam na ulicę, sprytnie prześlizgując się niezauważona obok recepcji. Chłód mi nie przeszkadzał, odetchnęłam pełną piersią, czując rześkie, czyste powietrze. Mimo nie najładniejszej pogody, ulice Rzymu były wyjątkowo zatłoczone. Ludzie całymi rodzinami przeciskali się z marketu, do marketu, korzystając z wolnej soboty. Inni w wieczorowych strojach wybierali się parami do teatru, czy po prostu, jak ja - spędzali wolne chwile na spacerowaniu.
Udałam się w kierunku parku, nigdzie nie spiesząc, noga za nogą. Dziwne, ale nie myślałam o niczym, wszelkie kłopoty i zmartwienia były wtedy poza mną. Nie wiedziałam ile czasu spaceruję - dzień niezależnie od pory był odziany w szarość. W końcu jednak zaczął padać deszcz. Ludzie rozłożyli parasolki, walcząc z zaciekłym wiatrem, wyginającym druty. Zarzuciłam kaptur bluzy na głowę, ale nie zamierzałam jeszcze wracać do mieszkania. Minęłam krzyżówkę i światła, skręcając w nieznaną ulicę, którą budowały zabytkowe kamienice. Nawet w tak wyjątkowo brzydką pogodę wyglądały zdumiewająco. To był Rzym, którego nie znał niejeden Włoch.
Nagle zauważyłam mężczyznę, który tak, jak ja, pomimo pogody najpewniej zwiedzał miasto. Stał na środku deptaka i z głową uniesioną ku górze, wpatrywał się w balon jednej z oddalonych kamienic. Bez namysłu podeszłam do niego.
- Tam. - wskazał na budynek. - Moje życie.
Zlustrowałam mężczyznę wzrokiem. Miał około czterdzieści pięć lat, wychudzoną twarz, posiwiałą brodę i niedbale zarzucone byle jakie ubrania. Wyglądał na mocno zaniedbanego.
- Moje życie! - Powtórzył, celując palcem w kamienicę. Przez głowę przebiegła mi myśl, że jest obłąkany..
- Więc dlaczego cię tam nie ma? - spytałam.
Przez twarz mężczyzny przeszedł cień. Obruszył się i odwrócił głowę, drżąc.
- Wszystko w porządku? Proszę pana?
Po chwili ponownie przybrał dawną postawę.
- Nazywam się Henriko. - rzekł.
- Ja Angeles.
- Henriko miło cię poznać. Tam mieszka córka Henriko. - wskazał na kamienicę. - I wnuczki Henriko.
- Idź ich odwiedzić. - Wzruszyłam ramionami.
Mężczyzna powtórzył niedawny grymas i zaczął dziwnie wymachiwać rękami.
- Henriko nie może. Córka Henriko nie chce go widzieć.
- Niech spróbuje, a przekona się, jaką magię kryje w sobie to miasto. - szepnęłam, łapiąc jego dłonie, zasłonięte rękawiczkami bez palców.
Popatrzył na mnie wzrokiem pełnym zwątpienia. Miał piękne, niebieskie oczy. Widziałam w nich smutek, zrobiło mi się go szkoda.
- Henriko pójdzie. - Powiedział i zrobił parę kroków w przód. Po chwili odwrócił się w moją stronę. - Henriko dziękuje.
Posłałam mu zachęcający uśmiech i patrzyłam, jak się oddala. Parę minut później pojawił się w jednym z okien, obok stała młoda kobieta, trzymająca na rękach niemowlę. Podbiegła też do nich kilkuletnia dziewczynka, ściskająca mojego niedawnego rozmówcę. 
Chwilę jeszcze obserwowałam rozwój wydarzeń, a kiedy zaczęło padać jeszcze mocniej, postanowiłam zakończyć spacer.

Wracałam tą samą drogą, co zwykle. Ulice nie były już tak zatłoczone, za to na chodnikach powstały ogromne kałuże. Przypomniałam sobie, że gdy byłam mała Maria przywiozła mi z którejś zagranicznej trasy koncertowej przepiękne, czerwone kalosze. Dzieciaki w szkole naśmiewały się ze mnie, że wyglądam, jak bocian, ale ja bardzo lubiłam biegać w nich po ulewie. Wychodziłyśmy wtedy z Marią na podwórko i wdychałyśmy świeże powietrze, obserwując dżdżownice, które wychyliły się z ziemi. 
Westchnęłam na wspomnienie siostry i przeniosłam myśli na ciemne chmury, których przybywało nad Rzymem. Moja bluza była już całkiem przemoczona i dzieliła się z ciałem swoim chłodem. 
Wtem przed sklepem sąsiadującym z moim blokiem zauważyłam zgromadzony tłum. Podeszłam bliżej, aby przypatrzeć się, czemu zawdzięcza się zbiegowisko. Przed budynkiem stał właściciel sklepu, szarpiący się z.. Ivette, dziewczyną z napadu! 
- Ty mała smarkulo, stój! Zobaczysz, ja ci dam, zaraz zadzwonię na policję! - krzyczał mężczyzna, próbując ujarzmić wyrywającą się nastolatkę.
 Wyłączyłam myślenie i podbiegłam do nich.
- Proszę ją zostawić! 
Handlowiec przeniósł na mnie wzrok, a wtedy dziewczyna sprytnie kopnęła go w kostkę i uciekła. 
- Cholera jasna, co ty kobieto wyprawiasz, już prawie ją miałem! - ryknął mężczyzna. 
Nie wdając się z nim w dyskusję ruszyłam biegiem za nastolatką. Dziewczyna skręciła w boczną uliczkę. Poszłam za nią i odnalazłam ją skuloną za kontenerem na śmieci. W dłoniach trzymała spłaszczoną drożdżówkę. Zaklęła pod nosem. 
- Ivette. 
Na dźwięk swojego imienia dziewczyna gwałtownie poderwała się z ziemi, przewracając przy tym jeden kubeł. 
- Ivette! - Złapałam ją za nadgarstek, gdy próbowała uciec. - Nie chcę zrobić ci krzywdy.. 
- Akurat. - prychnęła. - Chcesz mnie ugłaskać, a za chwilę przyjadą gliny. 
- Wcale nie. Chcę ci pomóc. Jesteś głodna? - wskazałam na bułkę. Dziewczyna nie odpowiedziała. - Chodź, pójdziemy do mojego mieszkania, przygotuję coś do jedzenia.. 
- Niby dlaczego mam ci ufać?! 
- Powiedzmy, że chcę się odwdzięczyć za wczorajszą pomoc, Ivette, jak głupio to nie zabrzmi. - Uśmiechnęłam się.
Dziewczyna przez kilka chwil wpatrywała się we mnie w skupieniu, aż w końcu rzuciła obojętne:
- Niech będzie. Ale nie licz, że zgłoszę się do psiarni. I nie Ivette, tylko Ivi. 
Posłałam jej jeszcze jeden uśmiech, po czym obie ruszyłyśmy do apartamentowca. 

___________________________
Lalala, dziś trochę dłużej. :D 
Dalszy ciąg Ivi, Luisangie, obłąkany facio. XD I Tomaszek powraca. 
Dwudziesty siódmy dzień czerwca, kolejny rozdział i.. początek wakacji!
Osobiście niespecjalnie cieszę się z tego powodu, ale Wam - czytelnikom życzę udanej zabawy przez te dwa miesiące. Odpoczywajcie, zapomnijcie o wszystkim i dajcie się porwać zabawie! 

Do przeczytania.
Felices vacaciones!
Wiktoria

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział 111

Zmierzyłam dziewczynkę podejrzliwym wzrokiem, ta wciąć miała w oczach nienawiść.
- Mogę w czymś pomóc? - odezwałam się pierwsza.
- Naszyjnik. - warknęła krótko.
Wsunęłam dłoń do kieszeni, zaciskając palce na wisiorku. Nastolatka uważnie obserwowała każdy mój ruch.
- Naszyjnik za torbę. To chyba uczciwa wymiana. - prychnęła. Na prawdę musiało zależeć jej na odzyskaniu pamiątki.
- Jeśli nie brać pod uwagę fakt, że najpierw mnie okradłaś.
- Na trzy. - Dziewczyna zdawała się zupełnie mnie nie słuchać.
Wyjęłam wisiorek, prezentując go na otwartej dłoni.
- Raz.. - szepnęła.
- Dwa..
- Trzy! - W tym momencie nastolatka szybkim, zwinnym ruchem chwyciła naszyjnik, rzuciła moją torbę w kąt, barkiem przyciskając mnie do ściany, a następnie rzucając się w bieg.
- Poczekaj! - krzyknęłam, ale nastolatka nawet na chwilę się nie zatrzymała.
Nie byłabym w stanie jej dogonić. Zamiast tego zdezorientowana wpatrywałam się w uciekającą, drobną sylwetkę, która chwilę potem zniknęła za rogiem korytarza.

W mieszkaniu przepatrzyłam torebkę. Poza drobnymi z portfela nic nie zginęło.
Wybrałam numer komisariatu, aby odwołać zeznania. Niski głos w słuchawce poinformował mnie, że wycofanie doniesienia jest możliwe tylko osobiście. Zatem umówiłam się, że na posterunek zajrzę jutrzejszego popołudnia.
Za drugim razem zadzwoniłam do Luisa.
- Cześć, mam dobrą wiadomość - odzyskałam torbę. - powiedziałam radośnie.
- Policja tak szybko złapała złodzieja?
- Niezupełnie.. Wyobraź sobie, że dziewczyna sama przyszła do mieszkania i zwróciła torebkę. Za naszyjnik, który zgubiła podczas zderzenia. Niebywałe, co?
- O, madre! Rzeczywiście. Chcesz odwołać doniesienie? - Luis zdawał się czytać w moich myślach.
Rozmawialiśmy jeszcze dłuższą chwilę, po czym zażyłam kąpieli i z książką detektywistyczną zaszyłam się w łóżku. Nawet się nie spostrzegłam, a Morfeusz zabrał mnie w swoje objęcia.

Nazajutrz po pracy zgodnie z zamierzeniami wybrałam się na komisariat. Tam przywitał mnie zaznajomy policjant.
- Angeles Saramego, byłam tu wczoraj w sprawie kradzieży.
- Ach, tak. Pamiętam, pamiętam. - mruknął dyżurny, przegryzając kęs kanapki, której zawartość wysypała sie na klawiaturę komputera. - Fuck. - przeklął, wycierając palcem sos.
- No właśnie. Chciałabym odwołać doniesienie, odzyskałam torebkę.
- Chce mi pani wmówić, że złodziej sam przyszedł do pani i potulnie oddał to, co ukradł? - prychnął mężczyzna, nie zaprzestając czyszczenia klawiatury.
- Tak, właśnie. - odparłam bez wzruszenia.
- Niech pani nie będzie śmieszna. - ryknął policjant.
Poczułam jak się czerwienię. Zacisnęłam pięści, aby nic nie odpyskować.
- Zatem dziękuję. - rzuciłam i zadartym nosem zmierzyłam do wyjścia.
Kątem oka zdążyłam jeszcze spostrzec portrety pamięciowe poszukiwanych przestępców, wiszące na tablicy korkowej, tuż za plecami posterunkowego. Znajdowała się na niej podobizna nastolatki, którą wczoraj widziałam.
- Przepraszam. Co to za dziewczyna? - wskazałam na konkretny rysopis.
- Ivette Medrano. Mała uciekła z domu i trafiła do siatki przestępczej, zajmującej się kradzieżami. Próbujemy ją namierzyć od dłuższego czasu. - streścił krótko policjant, zajęty czyszczeniem zabrudzonej maszyny.
Podziękowałam za informację i z mieszanymi uczuciami opuściłam posterunek.
Spacerując po parku długo myślałam o dziewczynce. Ivette - powtarzałam po cichu. Coś mi nie pasowało w tej całej historii. Nastolatce wyjątkowo zależało na rodzinnej pamiątce, dlaczego więc miałaby uciekać od rodziców?
Nagle ktoś zastąpił mi drogę. Wpatrzona w chodnik zauważyłam jedynie białe, sportowe adidasy. Po uniesieniu głowy z ulgą stwierdziłam, że przede mną stoi Emilio.
- Cześć. - zawołał, ciepło. Lubiłam tą radość, wyczuwalną w każdym jego słowie. - Gdzie idziesz?
- W sumie to nie wiem. Do nikąd. - odparłam zgodnie z prawdą.
- A mogę iść do nikąd z tobą? - Emilio od początku naszej znajomości zdawał się chorować na syndrom Piotrusia Pana. To była jedna z licznych jego cech, szczególnie przeze mnie lubiana. Miał w sobie coś pozytywnego, coś co sprawiało, że poburzy zawsze wychodziło Słońce.
Początkowo dość długo spacerowaliśmy po parku, aż w końcu przysiedliśmy na jednej z łąwek, z której widać było pobliski staw.
Emilio nie krył swojego zdziwienia moim zachowaniem. Miał rację - ostatnio dość rzadko rozmawialiśmy, mijając się tylko na szkolnych korytarzach. Opowiedziałam mu o kradzieży, rozmowie z Pablo i innych rzeczach, które wydarzyły się ostatnimi czasy. On zrewanżował mi się tym samym.
- Może masz ochotę na wypad do klubu? Tego, w którym kiedyś byliśmy. - zaproponował Emilio.
- Jasne. - Perspektywa spędzenia wieczoru pośród rozhulanych Włochów wydała mi się całkiem ciekawa.
- Good. Przekręcę do Luisa, zgarnie kogoś po drodze i widzimy się wieczorem.
- Zatem jesteśmy umówieni.

Około dwudziestej rozległ się dzwonek do drzwi. Zapinając kolczyka poszłam otworzyć. Jak przypuszczałam - przyszedł Luis, wcześniej dzwonił, że wstąpi po mnie po drodze do klubu. Wpięłam do ucha drugie piórko, zapraszając mężczyznę do środka. Poprosiłam, aby chwilę poczekał, a sama rozpoczęłam poszukiwania komórki.
- Nie boisz się z nim zostawać? - Ni stąd, ni zowąd tuż obok telewizora pojawił się Czarek.
- Nie psuj mi wieczora, idź sobie. - warknęłam najciszej, jak potrafiłam, niestety chłopiec nie odpuszczał.
- Czy tobie też kogoś przypomina? - rzucił, drwiącym głosem. - Tylko kogo, niech się zastanowię.. A tak! Sławnego inżyniera.. Jak mu było? German? 
Poczułam, jak się czerwienię, a moje serce gwałtownie przyspiesza. Mimowolnie zacisnęłam pięści, odliczając w myślach do dziesięciu.
- To ci nie pomoże..
- Zostaw mnie, słyszysz?! - krzyknęłam. - Wynoś się!
Dopiero po chwili spostrzegłam, że Włoch wpatruje się we mnie ze zdumieniem w oczach. Zrobiło mi się na prawdę głupio. Moje policzki oblał jeszcze większy rumieniec. Spuściłam wzrok, wlepiając go w czubki balerinek.
- Wszystko w porządku? - Luis zbliżył się, delikatnie masując moje ramiona.
- Nie. - szepnęłam. - Nic nie jest tak, jak powinno być.
- Wiesz.. Może zadzwonię do Emilio i powiem, że źle się czujesz. Obejrzymy jakiś film, przyrządzę nam coś do jedzenia, skoczę po wino..
Uniosłam głowę, uśmiechając się lekko. Spodobała mi się propozycja Luisa. Byłam mu wdzięczna, że nie naciska.
- Chętnie.

Podczas, gdy Włoch sprawdzał wyposażenie mojej lodówki, ja w sypialni pozbywałam się niezbyt wygodnej sukienki, zastępując ją krótkimi spodenkami i koszulą w czarno - czerwoną kratkę, która dość długo zalegała w mojej szafie. Nie był to co prawda mój codzienny styl, ale wyzbycie się kwiecistych, pastelowych wzorów było miłą odskocznią. Włosy zebrane w koka ponownie rozpuściłam i zmyłam z ust błyszczyk.
Gdy wyszłam, po salonie roznosił się wspaniały zapach pieczonego mięsa. Luis stał przy blacie ze ścierką przewieszoną na ramieniu i kroił pomidory.
- Co tak pachnie? - zapytałam, opierając się o ścianę.
- Coś w rodzaju nuggetsów. Pierś z kurczaka, nawilżona roztworem z wody, śmietany i najprostszych przypraw, które miałaś, obtoczona w pokruszonych krakersach, gdzieś z kąta szafki. Muszę cię kiedyś zabrać na porządne zakupy. - zaśmiał się.
- Jestem pod wrażeniem. Mogę ci jakoś pomóc? 
- Hmm.. - sapnął. 
- Aa, rozumiem, mam nie przeszkadzać kucharzowi. - roześmiałam się. W odpowiedzi Luis posłał mi ciepłe spojrzenie i wysłał po wino. Koniecznie wytrawne. 

Zjechałam windą na sam parter, gdzie przywitał mnie Carlos - zaznajomy portier. Skierowałam się do wyjścia, sklep był zaraz obok apartamentowca. Minęłam kwiaciarnię i miejsce bazarowe, skręcając w mniej zaludnioną uliczkę. Na jej końcu znajdował się market. Wnętrze nie było przepełnione - poza mną i ekspedientką było tam jedynie kilkoro klientów. Od razu powędrowałam do działu alkoholowego, sięgając po butelkę czerwonego wina. Etykietka poinformowała mnie, że to trunek, jakiego szukam, więc zadowolona ruszyłam do kasy. Znudzony mężczyzna bez entuzjazmu przejechał czytnikiem po metce, mamrocząc cenę. W końcu komu chciałoby się siedzieć w pracy w piątkowy wieczór? Zapłaciłam i wyszłam. 
Na ulicach rozbłysły lampy, oświetlając marmurowe chodniki. Zrobiło się nieco przyjaźniej, niż podczas poprzedniej drogi. Podtrzymywałam w dłoni butelkę, do połowy schowaną w kieszeni, mijając kolejne, boczne zaułki, otulone zupełnym mrokiem. Nagle w głębi jednego usłyszałam huk, obijającego się metalu. Moje serce przyspieszyło, jak i tempo kroku. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Gdy byłam niemalże na rogu, przy ulicy, na której znajdował się apartamentowiec, ktoś gwałtownie szarpnął moje ramie, przyciągając do ściany. 
- Dawaj kasę. - wycedził ktoś, tuż przy moim uchu. Był silny i dużo wyższy ode mnie. Miał na sobie czarną bluzę z kapturem oraz kominiarkę. - Kasa, a nic ci się nie stanie. - powtórzył. 
Czułam, jak trzęsą mi się ręce, a stopniowo całe ciało. W gardle pojawiła się dławiąca gula, pozbawiająca mnie możliwości krzyku. Nie byłam w stanie sięgnąć ręką do kieszeni, co nasilało krzyki oprawcy. 
- Puść ją! - Niespodziewanie za plecami złodzieja rozległy się czyjeś nawoływania. Głos zdawał się znajomy. Wysoki, dziecięcy.. - Joseph! Ed zgarnął kilka stówek od tego faceta z porsche, wiejemy! 
Mężczyzna momentalnie rozluźnił uścisk, zerkając w tył. Przez ułamek sekundy mogłam przyjrzeć się tajemniczej osobie, którą okazała się być kilkunastoletnia dziewczynka. Patrzyła na mnie swoimi dużymi, ciemnymi oczami spod kaptura, byłam pewna, że to ta sama osoba, która ukradła mi torebkę. Jej znajomy mimo stanowczych nawoływań, wciąż ściskał mój nadgarstek i gardło. Wykorzystując sytuację, owinęłam palce wokół rączki butelki wina i zamachnęłam się, rozbijając ją o głowę mężczyzny. 
- Josh! - pisnęła dziewczyna.
Nie czekając, odepchnęłam go od siebie, wyrywając się do przodu. Nieudolna próba ucieczki zakończyła się fiaskiem, gdy potykając się o nogę mężczyzny, runęłam na ziemię. Szybko jednak z powrotem poderwałam się z ziemi i ruszyłam biegiem w kierunku apartamentowca.

- Coś ty narobiła?! - Zdążyłam usłyszeć, zanim zniknęłam za rogiem ulicy. 

__________________________
Jeden jeden jeden. :D
Luis w kuchni, a Angie coś polubili złodzieje. :D 
Swoją drogą mamy nową postać. To nic, że jest młodocianym przestępcom, mam nadzieję, że ją polubicie. XD 

Dziękuję za uwagę, 
Całusy,
Wiktoria

sobota, 21 czerwca 2014

Jednorazówka: Niczym Piękna i Bestia

Potężny Helios ociężale wzbił się ponad horyzont, elektroniczny zegarek zawył równo z pojawieniem się dwóch zer, obok piątki.
Przetarła zaspane oczy, wsuwając na nos duże, okrągłe, zielone okulary. Na szafkę odłożyła nocny aparat ortodontyczny i zastąpiła go tym na dzień, bardziej wygodnym. Podeszła do toaletki i nabrawszy płynu glicerynowego na płatek kosmetyczny, przetarła twarz. Z każdym dniem jej cera wyglądała coraz lepiej i z większym zadowoleniem spoglądała w lustro. Założyła kraciastą spódnicę oraz bluzkę z kołnierzem, szczelnie zakrywającym jej dekolt i szyję, przeczesała grzywkę, prosto opadającą na czoło, a resztę włosów zebrała w prosty kucyk. Ugryzła kęs jagodzianki i zwinąwszy z biurka sterty papierów i segregatorów, udała się na przystanek autobusowy, położony kilka kilometrów od jej domu.
Każdy dzień blondynki wyglądał tak samo, toteż zdążyła przyzwyczaić się do męczących wydarzeń. Z czasem nie przeszkadzał jej deszcz, śnieg, czy skwar - polubiła swoją rutynę. Dlaczego? Odpowiedź stała się prosta już po paru dniach rozpoczęcia nowej pracy w firmie architektonicznej, w centrum Buenos Aires. Perspektywa przebywania w sercu Argentyny była dla prostej dziewczyny z małej wsi wspaniałym marzeniem, wywołującym przyjemne dreszcze. Poznawała miasto, rozwijała się, spełniając, jako asystentka sławnego na cały świat młodego architekta - Germana Castillo. To właśnie ten wysoki, przystojny mężczyzna o oczach, jak czekolada, bujnej czuprynie i zniewalającym uśmiechu przyprawiał Angeles o zawrót głowy, sprawiając że każdy męczący dzień w pracy kończyła uśmiechem. Intrygował ją swoją osobą, była ciekawa tego silnego, zaradnego, wykształconego mężczyzny z wyższych sfer. Czuła, że nie jest, jak wszyscy zarozumiali biznesmeni, że ma w sobie coś, co odróżnia go od wszystkich.
Z drugiej strony wiedziała, że ziarno, które rozwija się w jej sercu jest jałowe. W końcu sławny architekt nigdy nie spojrzałby na kogoś takiego, jak ona. Miała wrażenie, że bijąc się z myślami sama sobie przeczy.

Kolejny dzień, kolejne stosy dokumentów do uzupełnienia i.. kolejne spotkanie z szefem.
- Dzień dobry, Angie. - Lubiła, gdy mówi do niej zdrobniale, nikt dotąd nie zwracał się do niej inaczej, jak pełnym imieniem. Niby zwykłe, przelotne przywitanie, a umiało wywołać w niej tyle emocji.
- Dzień dobry, panu. - odrzekła, zarumieniona, poprawiając okulary i spuszczając wzrok.
On także się uśmiechnął, gdy już nie patrzyła. Lekko, niewinnie - przychodziło mu to z taką łatwością, gdy widział, jak czerwieni się i nerwowo bawi okularami. Czuł wtedy coś, czego sam nie rozumiał, co było mu obce, lecz bardzo przyjemne.
Jak zwykle usiadł w fotelu, przeglądając nowe dokumenty do podpisania, pozostawione mu na biurku przez asystentkę. Patrząc na projekty w głowie miał jej bystre oczy, patrzące na niego z taką czułością zza szkieł okularów. Myślał o niej coraz częściej. Przerażało go to, bo sam nie wiedział kiedy wpadł w taką obsesję. Interesowała go, chciał wiedzieć o niej coraz więcej, choć nie rozmawiali wiele, jak wypada na najbliższych współpracowników.
- Mogę cię prosić? - chrapnął do telefonu. Tuż potem w drzwiach stanęła Ona. Obdarzyła go nieśmiałym spojrzeniem. - Wejdź, usiądź. - Wskazał na kanapę w kącie gabinetu, gdzie oboje spoczęli.
Między nimi nastała cisza. Nie wiedział co powiedzieć, jak wytłumaczyć to nagłe wezwanie. Sam nacisnął guzik telefonu pod wpływem impulsu, bez żadnej przyczyny, ot tak, żeby po prostu móc ją zobaczyć, czy po prostu posiedzieć w milczeniu.
- Coś.. się stało? - wydusiła.
Podobała mu się dominacja, jaką nad nią miał.
Mimowolnie się uśmiechnął.
- Zrobiłam coś źle?
Spuściła głowę, chowając ją między ramionami. Miała wrażenie, że nabija się z niej. Nie była pięknością, urodą w żadnym stopniu nie dorównywała pięknym współpracownicom Germana, kolejnym jego kochankom. Czuła jego palące spojrzenie na sobie, wywołujące wstyd, z którym borykała się już od najmłodszych lat. Wygląd zawsze był jej kompleksem, utrudniającym życie, toteż śmiech przełożonego był dla niej kolejnym poniżeniem. W rzeczywistości  słodki głosik, który mógł usłyszeć tylko sporadycznie, podsycał nieznane mu uczucie, nigdy nie mówiła za wiele.

Milczenie przerwał sygnał telefonu. Castillo niechętnie poderwał się z miejsca, aby uciszyć ustroństwo, które zakończyło tę chwilę. Nie zdawał sobie sprawy z przytłaczających myśli Angeles, których był przyczyną. Przeprosił ją krótko i w pośpiechu wyszedł z gabinetu, zaalarmowany telefonem od wspólnika.
Ona wciąż pozostawała w środku, zastanawiając się nad tym, co przed chwilą się stało. Nie rozumiała jego zachowania, ani emocji, które nią rządziły. W tamtej chwili poczuła się urażona i sfrustrowana. Również opuściła pokój prezesa, pozostawiając w nim jedynie zapach perfum, harmonijnie układający się z wodą kolońską szefa.

Mijały dni, przez które sytuacja między Germanem, a Angeles znacznie się uspokoiła: on ciągle kursował między kolejnymi spotkaniami, ona zajęta papierkową robotą. Nie widywali się, lecz w głowie wciąż mieli swój obraz, doprowadzający ich do szału. Czuli, jak z każda dzieląca ich chwila, przyprawia ich o ból głowy, ciągnąc do siebie.
W końcu nie wytrzymał. Kierowany nagłym impulsem przedwcześnie zakończył biznesowy lunch i odwołał dwa kolejne zebrania, pędząc do biura, aby jak najszybciej móc ją zobaczyć. Nie myślał, nie rozumiał swojego zachowania, po prostu poddawał się nagłej rządzy. Mimowolnie na jego ustach pojawiał się uśmiech, gdy w myśli przywoływał jej nieśmiałe spojrzenie, zaślepiające ruchliwą ulicę. Coraz szybciej i szybciej pokonywał odległości, czując, że są coraz bliżej siebie. Ogarniało go fantastyczne uczucie, z jeszcze większym przekonaniem naciskał pedał gazu.
 Ale nie było mu dane spotkać się z ukochaną. Nagle zza zakrętu wyłoniła się ciężarówka. Nie zauważył jej, wyprzedzając kolejny samochód. Nastał huk i potężne uderzenie, które dotkliwie odczuł. Usłyszał pisk opon, dźwięk tłuczonego szkła, miażdżącego metalu. Świat zawirował, uderzając mu do głowy całą swoją okazałością. Powoli ogarnęła go jasność.

Tymczasem Angeles pochłonięta była korektami nowych projektów. Pośród opisów i legend w głowie miała obraz szefa, którego tak dawno już nie widziała. Brakowało jej jego uśmiechu i codziennego Dzień dobry, Angie. Miała nadzieję, że jutrzejszy poranek nie zacznie się jak pozostałe ostatnimi czasy, że zobaczy jego śmiejące, czekoladowe oczy. Nieraz zasypiała z romantyczną sceną pod powiekami, gdzie ujmuje jej twarz i delikatnie muska jej usta swoimi gorącymi wargami. Na samą myśl o tym, szeroko się uśmiechała pod wpływem przyjemnego łaskotania żołądka.
Niespodziewanie dobiegł ją szum dochodzący z korytarza. Zdziwiona wyszła sprawdzić, co się dzieje. Przed bufetem stała Esmeralda - śliczna wspólniczka Germana. Nigdy nie kryła się z adorowaniem kolegi, chcąc za wszelką cenę podbic jego serce. Nawet jeśli Castillo nie wykazywał większego zainteresowania jej osobą, Esmeralda przewyższała ją we wszystkim - była piękna, wykształcona, pochodziła z dobrej rodziny. Takiej narzeczonej German by się nie powstydził. Ale teraz nie było to istotne, uwagę przykuwało zachowanie brunetki. Trzymając się za głowę, wykrzykiwała coś do Lisandra - najbliższego doradcy i przyjaciela prezesa. On też mimo swojej codziennej, statecznej postawy był mocno roztrzęsiony. W około nich zebrała się spora grupka osób, próbujących bezskutecznie uspokoić Esmeraldę. Sam Ramallo zaprzestał tym poczynaniom w momencie, gdy jego wzrok przeniósł się właśnie na Angeles. Odstąpił od rozhisteryzowanej kobiety i podszedł do blondynki, szepcząc coś nieskładnie. To co dotarło do niej kilka sekund potem, wywołało falę niepożądanych uczuć, zawładających nad tym co do tej pory jej towarzyszyło.
- Chodźmy. - zdążyła usłyszeć, zanim mężczyzna pociągnął ją w kierunku windy.
Pracownicy, zaalarmowani krzykami Esmeraldy patrzyli na wychodzących zdziwionym wzrokiem, szepcząc coś między sobą. Ona jednak nie zwracała na to uwagi. Ważne było tylko to, że jej ukochany właśnie wyszedł na przeciw śmierci, a budząc się na chwilę poprosił właśnie o JEJ obecność. Nie narzeczonej, właśnie JEJ. Strach, obawy, przejęcie - to było ponad wszystko.
W kilka minut znaleźli się pod głównym szpitalem w Buenos Aires, gdzie został przewieziony poszkodowany.
- D-dzień d-dobry. - wyjąkała, roztrzęsiona.
Na szczęście inicjatywę przejął Lisandro.
- My do Germana Castillo, został przywieziony z wypadku samochodowego w centrum.
- Kim państwo są dla pacjenta?
- Lisandro Ramallo - przyjaciel i Angeles Saramego - narzeczona.
Słowo narzeczona blondynka musiała przeliterować w głowie kilkakrotnie. Emocje mąciły jej myśli, a najbliższy jej ukochanego właśnie nazwał ją jego narzeczoną.
Otyła oddziałowa zerknęła w opasły segregator, zwany spisem kart pacjentów i skierowała oboje pod salę operacyjną nr. 7, gdzie mogli poczekać.
- Niech się panienka nie smuci, German to wyjątkowo silny człowiek. - rzekł Ramallo, podając kobiecie chusteczkę.
Przetarła zapłakane oczy i zaparowane okulary, co na nic się nie zdało, gdyż otarte łzy, zaraz zastąpiły kolejne. Schowała twarz w dłoniach i osunęła się po ścianie. Myśl, że nigdy może nie zobaczyć już jego uśmiechu, błyszczących oczu, poczuć woń uderzającej wody kolońskiej, było nie do zniesienia. Niewyobrażalny ból rozsadzał jej poranione serce. Tysiące emocji kotłowało się w jej wnętrzu. Nieświadoma tego, co się dzieje, oderwana od rzeczywistości, po prostu odpłynęła..

- Angie.. - Do jej uszu dotarł melodyjny głos szefa. 
Powoli rozchyliła powieki, czując jak oślepiająca biel kaleczy jej oczy. W końcu blask opadł. Podniosła się do pozycji siedzącej, wciąż słysząc wołanie ukochanego. 
Nie znała miejsca, w którym się znajdowała. Otaczały ją tysiące luster, lecz żadne nie ukazywały jej sylwetki. Dopiero, gdy stanęła na nogi, szklane zwierciadła ujęły niewyraźny obraz. Podeszła bliżej jednego z nich, przyglądając się zdumiewającemu odpiciu. Normalnie loki spięte gumką, teraz kaskadami spływały aż do pasa, lekko piegowaty nos pozbawiony był przydużych, zielonych okularów, odsłaniając chabrowe oczy, a sunąc językiem po zębach, nie wyczuwała obecności aparatu. Ni stąd, ni zowąd poczuła na ramionach czyjeś palce. W lustrze nie odbiły się niczyje kroki, toteż zadziwiające było nagłe pojawienie się w nim Germana. Silne dłonie pozbawione były ciepła, które tak lubiła, ażeby w ułamku sekundy momentalnie powrócić i rozejść się po ich ciele. Odziany był w biel, podobnie jak ona - jasne spodnie, buty i śnieżna koszula, ciasno opinająca jego klatkę, z guzikiem rozpiętym u schyłku kołnierza. Palcem bez słowa wskazał na jedno z oddalonych luster. Jego odbicie ukazywało ich dwójkę, szczęśliwych, uśmiechniętych, wpatrujących się w swoje oczy. Dalsze zwierciadło przedstawiało ich nieco starszych. Po chwili ukazał się też kilkuletni chłopczyk, uderzająco podobny do Germana. Inna płyta zawierała przeszłość - Ona siedziała na blacie biurka, a On ujmując jej twarz, zatapiał swoje usta w jej wargach. Momentalnie poczuła ten smak. Smak pocałunku, niebywałej, rozkosznej słodyczy. Przeniosła wzrok na lustro najbliżej nich, te któro ukazywało obecny obraz. German przez cały czas się uśmiechał, co rusz zaciskając palce na jej ramionach. 
- Czy to sen? - szepnęła.
- Nie, nie sen.. - odrzekł Castillo równie cicho, tuż przy jej uchu. Jego łaskoczący oddech sprawił, że zadrżała. 
- A więc umarłeś? A ja?
- Cii.. - wysapał, całując jej szyję. - Nie myśl o tym. 
Poczuła gulę w gardle, która zaczęła ją dusić. Umarł, odszedł, przestał walczyć? Tak po prostu? Odpuścił? Nie mogła uwierzyć w jego okaleczające słowa. A co z nią? Czy ona też żegna się z tamtym światem? 
Nagle poczuła, jak mężczyzna obraca ją ku sobie.
- Masz piękne oczy. - szepnął namiętnie.
I za to właśnie go kochała. Za to, że widział słońce, gdy padał deszcz, słyszał śpiew ptaków, pośród głuchej ciszy, dostrzegał jej oczy, gdy wszyscy widzieli okulary. Za to, że był. Taki, a nie inny. I choć nigdy, prócz za sprawą Morfeusza nie dotykała jego ust, nie usłyszała tych dwóch słów, wiedziała, że On też to czuje. Widziała to w jego ciemnych oczach, które były w stanie powiedzieć jej wszystko, co chciała usłyszeć.
Wtem spełnił się sen. Poczuła, jak ukochany dzieli się z nią ciepłem swoich ust, mierzwiąc jej wargi. Różniło się to od chwili, które codziennie wieczorem miała pod powiekami - wyraźny smak pocałunku, który odczuła był tak prawdziwy, a zarazem tak niewiarygodny. Teraz marzyła, by spędzić w jego ramionach resztę wieczności, nie musieć odrywać się od rozżarzonych warg. 
- Muszę iść. - Słowa, których tak się bała, uderzyły w nią z brutalną siłą. 
- A ja?
- Ty też musisz. - Mężczyzna wciąż się uśmiechał. - Ale nie ze mną. Tam. - wskazał za jej plecy. - Ja pójdę w przeciwną stronę. Ale nie martw się. - uniósł jej podbródek. - Idziemy w różnym kierunku, ale w końcu się spotkamy. 
Wciąż patrzyła w jego roześmiane oczy. Wydawał się być tak beztroski, że i od niej odstąpił smutek. Przecież się nie żegnali. Nie, to nie było "Żegnaj", raczej "Na razie", czy "Do zobaczenia". 
Wtem, jakby wyczuł jej myśli, czytając w nich. Uśmiechnął się po raz ostatni, szepcząc coś, na co tak długo czekała i odszedł. Tak właśnie. Tak po prostu, bez pocałunku, ostatniego dotyku. Odszedł, jak przyszedł - w bieli, w biel.

Wspaniałe bajki, czy komedie romantyczne nie zawsze kończą się szczęśliwie. Nie każda ma wypisany happy end. To życie pisze nam scenariusz, co rusz wprowadzając nowe korekty, w najmniej pożądanym momencie. To nie kolejna legenda w stylu Disneya. Tu Bestia nie zazna miłości u boku Belli. Tu dwa inne światy wciąż pozostaną różne.

______________
Witajcie po przerwie! :D
Spostrzegawczy na pewno zauważyli, że inspiracją była kochana para z BrzydUli. 
Rozdział już niebawem. :D

Besos,
Wiktoria

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Rozdział 110

Rozejrzałam się dookoła, ale ulica była zupełnie pusta, panował cisza. Jedynym faktem, który przekonywał mnie, że zdarzenie sprzed chwili było prawdziwe, to bolące ramie i zderzenie z chodnikiem. Pospiesznie wstałam z ziemi, otrzepałam ubrudzoną sukienkę i pomasowałam bolącą rękę. Na skórze widniał czerwony ślad i odcisk czyichś paznokci. Gdy chciałam sięgnąć po telefon, aby zadzwonić po policję, zorientowałam się, że moja torebka zniknęła razem ze złodziejem. Przeklnęłam w  myślach swoją bezmyślność. Razem z torbą i komórką straciłam paszport, wizę, karty kredytowe i pieniądze. Zostałam z niczym.
Mocno wystraszona popędziłam przed siebie. Nagle pod moim butem coś zatrzeszczało. Na chodniku leżał wisiorek w kształcie serca z otwieranym wnętrzem. Uchyliłam wieczko. W środku widniała fotografia, przedstawiająca mężczyznę i kobietę z niemowlęciem na rękach. Złodziej, a raczej złodziejka musiała zgubić to podczas szamotaniny.
Schowałam wisiorek do kieszeni płaszcza. Nie pozostało mi nic innego, jak powrót do hotelu, miałam nadzieję, że jakoś uda mi się przekonać portiera, aby dał mi drugą kartę do drzwi. Było już późno, na policję postanowiłam iść jutro.

Nazajutrz po skończonych zajęciach, gdy zostałam w pokoju nauczycielskim, żeby wypełnić dokumenty, do środka wszedł Luis. Przeciąg zbliżył do mnie woń jego perfum. Ich zapach wydawał się być znajomy. Poczułam czyjeś silne dłonie na swoich ramionach.
- Dzień dobry, kochanie. - rozpoznałam szept.. Germana.
Po chwili jego ciepłe usta musnęły mój policzek, a następnie kark. Przymknęłam oczy, poddając się rozkoszy. Szybko jednak się opamiętałam.
- Mówiłem cześć. - orzeźwił mnie głos Luisa.
Mężczyzna siedział po drugiej stronie stołu, naprzeciw mnie z szerokim uśmiechem.
- Dobrze się czujesz?
- Tak, jasne. - wydukałam niemrawo.
Wciąż odurzały mnie perfumy Germana Luisa.
- Chciałem jeszcze raz przeprosić cię za wczorajsze popołudnie.
- Nie ma sprawy, dawno o tym zapomniałam. - odparłam rozkojarzona, kłamiąc nieświadomie.
- Czyli nie dasz mi się zrehabilitować dziś wieczorem?
Zerknęłam na Włocha. Lekki zarost podkreślał rysy jego twarzy, ciemne oczy błyszczały, rozświetlone psotnymi chochlikami.
- Angie?
Na miejscu Luisa niespodziewanie pojawił się.. German. Myślałam, że śnię. Wytrzeszczyłam zdumione oczy, a następnie szybko je zamknęłam i odwróciłam głowę. W myślach powtarzałam sobie, że to tylko moja wyobraźnia.
- Daj sobie spokój, nie udawaj miłego. - odburknęłam, lecz szybko się poprawiłam: - Przepraszam. Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło.
Na szczęście Luis nie oponował. Zamiast tego chwycił moją dłoń i delikatnie pomasował ją kciukiem, próbując zajrzeć mi w oczy. Ja jednak zawstydzona i sfrustrowana unikałam jego wzroku.
- Chciałem zaproponować kawę, ale chyba nie czujesz się najlepiej..
- Nie, jest w porządku. To jak?

Pół godziny później siedzieliśmy w kafejce nieopodal szkoły. Włoch opowiadał mi ciekawostki o Rzymie i zasypywał żartami. Było dość przyjemnie i teraz całkowicie nie rozumiałam swoich wcześniejszych obaw, dotyczących kontaktu z nim. Luis opowiedział mi nieco o swoim dzieciństwie. Wiedziałam, że poruszenie tej kwestii będzie miało swoje konsekwencję. Tak też się stało.
- Aa ty? Co cie sprowadza do Włoch?
Tego pytania właśnie się obawiałam. Uśmiechnęłam się słabo i spuściłam wzrok.
- Powiedzmy, że nowy początek.
Na szczęście Luis zrozumiał rzuconą aluzję i nie drążył tematu. Rozmawialiśmy dosyć długo, ale w końcu zrobiło się późno i trzeba było przerwać sielankę. Upiłam ostatni łyk kawy i sięgnęłam po torebkę w poszukiwaniu portfela. Gdy odsunęłam zamek dotarły do mnie wczorajsze wydarzenia. Zupełnie zapomniałam, że pozbawiono mnie wszelkiej gotówki. Skradzenie kart uniemożliwiło mi też wybór pieniędzy z bankomatu. Czułam, że zapadnę się pod ziemię.
- Coś się stało? - Luis zwrócił uwagę na moje zawzięte zachowanie. Odstawiłam torbę i nerwowo odgarnęłam włosy za ucho.
- J-ja.. Nie mam pieniędzy. - Rzuciłam, unikając jego spojrzenia.
- Ale daj spokój, ja zapraszałem - ja płacę.
Poczułam się mocno niekomfortowo. Włoch na szczęście był miły, ale to nie była wygodna sytuacja.
- Przepraszam, ja ci oddam te pieniądze. Zostałam wczoraj okradziona i zupełnie na lodzie. Na szczęście z mieszkaniem nie było problemu.
- Byłaś na policji?
- Dziś zamierzałam tam iść.
- No więc idziemy. - Luis poderwał się z miejsca.
- Ale teraz? - Zaskoczona zmrużyłam oczy.
Mężczyzna nie odpowiedział. Na tacy zostawił banknot i skinieniem ręki dał mi znak, że ruszamy w drogę.


Komisariat nie znajdował się daleko od kafejki. Wewnątrz skierowano nas do 
jednego z gabinetów, gdzie służbę pełnił opasły, starszy mężczyzna. Znudzenie na jego twarzy było mocno zniechęcające, ale chcąc nie chcąc, musiałam złożyć zeznania.
- Imię i nazwisko?
- Angie, Angeles. Saramego.
- Nie jest chyba pani Włoszką. – skwitował mężczyzna. - Miejsce zamieszkania?
- Santa Rita 25/7. Obecnie przebywam tu dzięki wizie. Niestety skradziono mi torbę z dokumentami, komórką, pieniędzmi. Właśnie w tej sprawie przychodzę.
Policjant mruknął coś pod nosem i zadał jeszcze kilka pytań, odnośnie okoliczności zdarzenia, wspomnień i wyglądu napastnika, po czym wymienił mi wszystkie procedury, ażeby w końcu padło standardowe zdanie "Zrobimy wszystko, co w naszej mocy". Zostawiłam swój numer telefony i niezbyt zadowolona opuściłam gabinet. Cóż, trzeba było czekać, nic więcej nie mogłam zrobić.
Luis zaoferował, że odprowadzi mnie do mieszkania. W drodze zapewnił również, że mogę liczyć na jego wsparcie finansowe. Zawstydzona podziękowałam za pomoc. Rozstaliśmy się przed apartamentowcem.

Po przyjściu do mieszkania przygotowałam się do jutrzejszych zajęć i zabrałam za uprzątnięcie sterty prania, zalegającej fotel. Gdy składałam czarną bluzę niespodziewanie coś wypadło z kieszeni, obijając się o podłogę. Spojrzałam w dół - na kremowych panelach leżał wisiorek, który wczorajszego wieczora zgubił złodziej, zderzając się ze mną. Podniosłam biżuterię i opadłam na kanapę, jeszcze raz, dokładniej przyglądając się przedmiotowi. Był na prawdę cenny, wykonany z białego złota, z przepięknymi fotografiami w środku.

Nagle rozległo się ciche pukanie do drzwi. Wsunęłam wisiorek do kieszeni sukienki i poszłam otworzyć. Na korytarzu stała około dwunastoletnia dziewczynka z kruczoczarnymi, potarganymi włosami i piwnymi oczami. Ubrana była w przetarte jeansy, brudny t - shirt, na który zarzucona była sztruksowa, brązowa katana. W oczach miała wściekłość i pogardę, a w dłoni..  moją torebkę..

____________________________
Sto dziesiąty rozdział za nami.
Czarka dalszy ciąg.
Geremka nie zabrakło. Tak jakby.. XD
Kim jest gość Angie? 

Do następnego!

Wiktoria

niedziela, 1 czerwca 2014

Jednorazówka: "The sharp knife of a short life"

Budzę się, ale nie otwieram oczu. Słyszę szum dookoła mnie. Mama upuszcza klucze. Dwa metalowe przedmioty obijają się o kuchenną posadzkę. Trzask drzwi. Ojciec wraca po teczkę. Cisza. Rozmawiają. Szeptem. Ale ja wiem, co mówią. Dzielą nas metry. Ale ja słyszę. Dobiega mnie stłumiony jęk. I nagle ucicha. Trzask drzwi. Ojciec wyszedł. Mija kwadrans. Trzask drzwi. Mama idzie do pracy. Wstaję.

Chłód zimnych paneli rozchodzi się po mojej stopie i dosięga reszty kończyn. Idę boso, choć wiem, że nie powinnam się ziębić. Wchodzę do kuchni. Meble otacza szary dym, pozostały po cygarach taty. Palił. Jest źle.
Na stole napotykam talerz naleśników i karteczkę od mamy.

Angeles,

Wyszłam do szkoły,
na stole czeka na Ciebie śniadanie, 
a w salonie wisi sukienka. 
Wrócę po południu. Bądź gotowa.

Mama

Mnę kartonik i rzucam go w kąt kredensu. Siadam na krześle, biorę do ust naleśnika. Czuję truskawkowy dżem. Gruba warstwa. Jest źle. 

Kończę jeść pierwszą porcję. Czuję mdłości. Zamykam oczy i biorę wdech, aby to opanować. W myślach liczę do dziesięciu. Przechodzi. Sięgam po kolejnego naleśnika. Zaciskam zęby. Czuję, że zwymiotuję. Popijam gorącym mlekiem. Biorę łyżkę miodu. Kończę śniadanie.

Wyblakłe zasłony zamazują obraz zza szczelnie zamkniętego okna. Podchodzę do niego. Widzę starą szopę, ogród mamy, huśtawkę. W tym momencie widzę siebie i Marię. Biegamy dookoła róż. Bawimy się w chowanego. Kryję się. Między młodą sosną, a krzewem bzu. Siedzę tam, uśmiecham się. Mijają minuty. Jestem zadowolona, że  Maria mnie nie znalazła. Teraz słyszę wołania. Szuka mnie. Ale ja nie chcę wyjść. Podoba mi się zabawa. Jestem Alicją, ten świat choć na chwilę jest dla mnie zaczarowany i nikt nie może mnie znaleźć. Krzyki ucichają. Sekunda i znów je słyszę. I znowu cisza. Teraz po ogrodzie rozchodzi się łagodny śpiew. Słyszę skrzyp huśtawki. Wychodzę. Głos Marii mnie hipnotyzuje. Zwabiona idę za jego tropem. Maria się uśmiecha. Wciąż nuci melodię. Dołączam do niej. 

Esta es mi vida y no la quiero cambiar,
Al fin encontere mi luqar.
Pero sueno un amor sincero,
Alguien que me pueda amar.

Wtedy do ogrodu wchodzi mama. Woła nas na obiad. Czar pryska.

Powoli przełykam ślinę. Spoglądam na zegarek - minęły dwie godziny odkąd nieruchomo wpatruję się w siny, zaokienny obraz. Idę do salonu. Na oparciu bujanego fotela wisi błękitna sukienka. Ubieram ją, przewiązując białą wstążkę w pasie. Na stopy, okryte śniadymi podkolanówkami wsuwam błyszczące lakierki. Spoglądam w lustro. Wspominam swój długi, blond warkocz, który kiedyś sięgał mi do pasa. Dziś ledwo odstające włosy od głowy przeczesuję tylko grzebieniem. Podkradam mamie trochę malinowej szminki, ale wyglądam raczej śmiesznie, więc ścieram ją grzbietem dłoni.
Słyszę stukot klucza w drzwiach, wchodzi mama. Uśmiecha się do mnie, ale ja nie odwzajemniam jej udawanego entuzjazmu. Zamiast tego posyłam jej niezadowolony grymas. Uciekam przed jej dotykiem. Patrzy na mnie smutno, ale nic nie mówi. Wyciąga z torebki komórkę i dzwoni do taty. Nie musi wychodzić z pokoju, wszystko dokładnie słyszę zza grubej ściany. Jej słowa do mnie nie trafiają. Czuję się pusta. W końcu wychodzimy.

Zajmujemy miejsca w autobusie. Siedzę przy oknie. Obserwuję łzy nieba, osuwające się po szybie. Szara rzeczywistość pochłania kolejne kolory.
Mija kwadrans. Kolejny. I kolejny. Wysiadamy.

Mam przed sobą potężny, masywny budynek, w całości pokryty wyblakłą, brązową farbą. Niechętnie wchodzę do środka. Mijamy recepcję i poczekalnię, w której nagromadziły się tłumy ludzi. W śród nich widzę strasze osoby i dzieci. Jakiś mały chłopczyk z palcem w buzi przygląda mi się z ciekawością. Jego matka zaraz gani go za ten czyn.
Idę w ślad za mamą. Przedzieramy się przez tłum do poniszczonych drzwi z tabliczką z nazwiskiem lekarza. Otwierają się. Wchodzimy bez kolei.

Starszy, siwowłosy mężczyzna skinieniem ręki pokazuje, gdzie mamy zająć miejsca. Sadowię się na wytypowanym, niewygodnym krześle. Lekarz znudzonym głosem informuje mamę o nowych postępach choroby. Nie wywołuje to u mnie żadnych emocji. Przypominam tarczę, która skutecznie odbija ode mnie wszystkie jego słowa. Czuję się, jak w transie, jak w szklanej bańce. Przerywnikiem, budzącym mnie do rzeczywistości jest chlipanie mamy. Ściska moją dłoń.
Nagle drzwi się otwierają. Wchodzi wysoka, wręcz chuda kobieta z pociągłą twarzą i krótkim kucyku. Nie musi się odzywać, wiem co robić. Przechodzę do innego pomieszczenia, ignorując pytanie mamy, czy ma mi towarzyszyć. Siadam na okrytym poniszczoną tapicerką fotelu i wyciągam rękę. Czuję ukłucie. Nie boli, przyzwyczaiłam się. Biorę płytki oddech. Mija pół minuty. Pielęgniarka wyciąga igłę. Dostaję plaster. Wracam do pokoju, gdzie czeka na mnie mama i lekarz. Na mój widok szepty ustają. Zachowuję minę pokerzysty. Wychodzimy.

W szpitalnym kiosku mama kupuje tabliczkę mlecznej czekolady z orzechami. Taka jak lubię. Dostaję całą. Droga powrotna mija tak samo, tylko mama przez cały czas trzyma moją dłoń, głaszcze po głowię i od czasu do czasu całuje moje czoło. Obserwuję ruch zza okna autobusu. Obraz się rozmazuje. Zasypiam.

Budzi mnie głos mamy. Wysiadamy na przystanku, na obrzeżach Madrytu. Powiew wiatru muska moją prawie nagą głowę i popycha do przodu. Siły odstępują ode mnie z każdym krokiem. Mama podtrzymuje mnie w pasie. Idziemy.
Z uwagą przyglądam się przyrodzie. Po obu stronach ulicy zielenią się drzewa. Wydaje mi się, że robią to na moich oczach. Pąki kwiatów rozchylają płatki, ptaki nucą swe pieśni coraz wyraźniej z każdym moim krokiem, a słońce rozświetla drogę u mych stóp. Łapię się na tym, że zwracam uwagę na rzeczy, które kiedyś dla mnie nie istniały. Teraz znowu wszystko jest inne. Niezwykłe. 
Wchodzimy do domu.

Mijają trzy dni.  Brak mi sił. Czuję się jak piórko, które lewituje bezwładnie wystawione na wiatr. Siedemdziesiąt dwie godziny zmieniają wszystko. Otwierają mi się oczy. Widzę piękno róż, zwierząt, muzyki. Dostrzegam zapomnianych przyjaciół. Każda minuta napełnia mnie nieznanymi uczuciami. Strach. Żal. Smutek. Cierpienie. Miłość? Czuję ciepło dotyku mamy, troskliwy uścisk ojca. Coś co było mi obce, teraz stało się niezbędne. Nie rozumiem tego. 

Całe dnie spędzam przy oknie. Doglądam rozkwitających kwiatów. Uśmiecham się widząc, jak kierują sie ku słońcu. Pragnę poczuć ich zapach. Zsuwam się z parapetu. Na plecy zarzucam płaszcz ojca. Mama nie chodzi już do pracy. Pilnuje mnie. Rozglądam się, czy nie ma jej w pobliży drzwi, nie pozwala mi wychodzić. Słyszę stukot garnków z kuchni. Droga wolna. Wymykam się z domu, wprost do ogrodu. Próbuję biec, aby jak najszybciej się tam znaleźć. Każdy krok zabiera mi siłę. Upadam na kolana tuż przed ławką. Mój oddech robi się coraz płytszy. Mnę w dłoni skrawek sukienki i łapię oparcie huśtawki. Siadam na niej, kołysząc się pod działaniem wiatru. Moje nogi bezwładnie zwisają ponad ziemią. Boli, ale uśmiecham się. Do moich nozdrzy dolatuje słodki zapach bzu. Czoło zalewa się potem. Sapię ciężko. Przymykam oczy. Czuję się szczęśliwa. Nagle słyszę muzykę. To nie śpiew skowronków, to piękny, znajomy głos. Wiem, że jestem bezpieczna. Wiem, że.. 
Nagle wbiega mama. Krzyczy coś i bierze mnie na ręce. Pieśń się urywa. Nie chcę opuszczać ogrodu, ale nie mam siły nic zrobić. Pozwalam, żeby zaniosła mnie do łóżka i otuliła puchową pierzyną. Siada obok mnie. Szepcze coś do ucha. Nie wiem ile czasu mija. W pokoju oprócz mamy wyczuwam obecność ojca. Gładzi moje czoło. Jego głos się załamuje z każdym moim oddechem. Mama podtrzymuje moją dłoń, zaciska na niej swoje palce, moczy ją łzami. Słyszę jej płacz, czuję drżenie. Pod powiekami mam obraz kwitnącej róży. Teraz ona budzi się do życia. Teraz ja odchodzę. Równowaga została zachowana. 

Lord make me a rainbow, I'll shine down on my mother,
She'll know I'm safe with you when she stands under my colors.
Life ain't always what you think it oughts to be.
Ain't ever grey, but she burises her baby..

The sharp knife of a short life.
Well, I've had just enough time..

If I die young, burry me in satin,
Lay me down, on a bed of roses.
Sink me in the river at dawn,
Send me away with the words of a love song..

Płacz mamy staje się coraz głośniejszy. Ale ja uśmiecham się szeroko.
- Nie płacz, mamo. - szepczę. - Maria już tu jest..

Piosenka: "If I die young" - The Band Perry

Wiktoria