piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział 112

Zdyszana wpadłam do apartamentowca i biegiem ruszyłam do windy, na oślep wciskając wszystkie możliwe guziki.
- Pani Saramego, może pomóc? - zawołał portier.
 Zignorowałam jego pytanie i przepychając się między wychodzącymi ludźmi weszłam do windy, kilkakrotnie wybierając numer swojego piętra, jakbym dzięki temu miała szybciej się tam znaleźć. Spojrzałam w lustro, które całkowicie pokrywało jedną ze ścian. Do połowy rozpięta koszula odsłaniała prawe ramię, potargane włosy sterczały w każdą stronę, a na policzkach widniały czarne strużki rozmytego tuszu. Zaraz po zatrzymaniu się windy, ruszyłam do mieszkania, a tam pospiesznie w kierunku łazienki, aby Luis nie zobaczył mnie w takim stanie.
- Angie, to ty?
- Wszystko w porządku. - wydusiłam zza drzwi. Starałam się, aby mój głos brzmiał jak najnaturalniej, niestety zamiast tego mężczyzna usłyszał nieskładny lament.
- Angie.. Co się stało?
Pociągnęłam nosem, czując, jak do moich oczu napływają łzy. Byłam przerażona. Przysiadłam na brzegu wanny, chowając twarz w dłoniach. Dopiero teraz spostrzegłam, że na moje nadgarstki i wnętrza dłoni lśnią od krwi oraz drobinek szkła. Mimowolnie wydałam z siebie głuchy jęk, łkając w rękaw koszuli.
- Wchodzę. - usłyszałam. Tuż po tym w drzwiach stanął Luis. Popatrzyłam na niego przerażonym wzrokiem. - Boże, Angie.. - Złapał mnie za łokcie i ostrożnie zaprowadził do salonu, sadzając na kanapie. - Kto ci to zrobił?
Ja jednak nie byłam w stanie odpowiedzieć na pytanie, wydusić z siebie słowo. Coś co udało mi się z siebie wydobyć, to cichy jęk.
- Już dobrze, nie płacz. - Luis otoczył mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w jego tors, czując, jak muska ustami moją skroń i głaszcze głowę.
Pod wpływem jego dotyku nieco się uspokoiłam, przestałam drżeć, łkania ustały. Nie wiedziałam ile czasu spędziłam w objęciach mężczyzny, jednak gdy się oderwałam on wciąż spoglądał na mnie z taką samą troską i przejęciem. Odetchnęłam głęboko i przetarłam twarz chusteczką. Włoch natomiast poszedł po apteczkę.
- Pokaż. - rzekł, gdy wrócił.
 Z pomocą pęsety usunął z moich dłoni szkło, a następnie polał rany wodą utlenioną, wywołującą nieprzyjemne szczypanie. Syknęłam pod wpływem bólu, szamotając się, na szczęście Luis mocno przytrzymywał moje nadgarstki. Po chwili pieczenie ustało. Odetchnęłam z ulgą. 
- Dziękuję. - westchnęłam. 
Mężczyzna zawiną rany bandażem, a następnie musną obie dłonie ustami. 
- Nie ma za co. - mruknął. - A teraz opowiedz, co się stało. 
Nabrałam powietrza i przymknęłam oczy, jakby chcąc przenieść się na tamtą uliczkę, cofnąć czas o kilkanaście minut, jeszcze raz odtworzyć nieprzyjemne wydarzenia. W końcu rozchyliłam powieki i wlepiłam wzrok w podłogę, szybko i nieskładnie przybliżając każdą sekundę napadu. 
- I wtedy.. A jeszcze wcześniej.. - Łapczywie chwytałam oddechy, szamocząc się w czasie.
Włoch w skupieniu przysłuchiwał się moim opowieściom, co trochę głaszcząc mnie po plecach, w chwilach, gdy dławiłam się, nie mogąc nabrać powietrza. Ostatecznie, kiedy już skończyłam mówić, bez słowa schował mnie w swoich objęciach. Dopiero wtedy tak na prawdę puściły mi nerwy, poczułam, że właśnie tego mi brakowało - czyjegoś uścisku, zwyczajnego przytulenia. Czułam się bezpiecznie. Dotarło do mnie, że nie tylko German może mi to zagwarantować. Ułożyłam głowę na jego ramieniu, słuchając naszych serc. Miałam wrażenie, że biją jednym rytmem. Powoli odsunęłam się od Luisa i ujęłam jego twarz w dłonie, spoglądając mu w oczy. Były ciemne, nie tak jak ojca Violetty. Nie czekoladowe, brązowe - czarne, jak czyste krople kawy. Widziałam w nich troskę i przejęcie, a także coś, co podzielałam. Pragnął mnie pocałować, dać krzyknąć uśpionemu pożądaniu. Bez zwlekania przysunęłam swoją twarz do jego, sprawiając, że nasze nosy i brody się zetknęły. Wyczułam lekki, chropowaty zarost i przyspieszony oddech. Powoli musnęłam jego usta, dokładnie odczuwając smak pocałunku. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo brakowało mi bliskości czyiś ust. Już ułamek sekundy potem wargi mężczyzny oddały pocałunek. Nie był jednak, jak te dotychczasowe z Germanem, czy Pablo. W niczym nie przypominały tej słodyczy szwagra, ani delikatności przyjaciela. Luis przekazywał mi coś, czego nie umiałam trafnie sprecyzować, lecz podobało mi się.
Gdy się od siebie odsunęliśmy posłałam mężczyźnie ciepły uśmiech i ułożyłam głowę na jego ramieniu. On zaś zatopił prawą dłoń w moich lokach, a drugą gładził plecy. O nic nie pytał, niczego nie oczekiwał, żyliśmy chwilą i choć było to nieuniknione - nie rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, zupełnie jakbyśmy całowali się.. dla rozrywki, czystej przyjemności, z kaprysu.
Zgodnie z wcześniejszymi zamierzeniami, bez słowa zasiedliśmy przed telewizorem. Luis wybrał "Elizjum". Chociaż nie przepadałam za filmami akcji - nie protestowałam i wygodnie wcisnęłam się w kąt kanapy, oczekując Włocha, który po minucie wrócił z ogromnym talerzem nuggetsów, miseczkami sosów: pomidorowego i czosnkowego oraz szklankami zimnej herbaty.
- To zamiast wina. - podał mi napój.
Po chwili na ekranie plazmy rozbłysły napisy początkowe, a tuż po tym pojawiły się pierwsze postacie. Luis otaczał mnie ramieniem, a drugą ręką podtrzymywał talerz, który szybko opróżniliśmy. Był bardzo dobrym kucharzem, wyczarował z nikłej zawartości mojej lodówki prawdziwe Niebo dla podniebienia. Wtuliłam się w tors mężczyzny, próbując skupić na fabule i nie przejmować wydarzeniami z ulicy, jednak one ciągle powracały. Zacisnęłam więc powieki, powoli licząc do dziesięciu. Czułam, jak mięśnie Luisa napinają się pod wpływem akcji, rozgrywanych w filmie. Uśmiechnęłam się, widząc, jak się przejmuje. Odetchnęłam, już bardziej spokojna. Ciepło bijące od mężczyzny, pełny brzuch i nadmiar wrażeń sprawiło, że powoli odpłynęłam w głęboki sen..

Gdy się ocknęłam, leżałam na kanapie, przykryta kocem, a w pobliżu nie było Luisa. Usiadłam, spuszczając nogi na panele i rozglądnęłam się dookoła. Mieszkanie świeciło pustkami, panowała idealna cisza, po Włochu i wczorajszym wieczorze nie było nawet śladu.
- Może to tylko sen? - mruknęłam.
Odpowiedzią okazał się duży talerz, po brzegi wypełniony smakowicie wyglądającymi, wiosennymi kanapkami z białym serem, szczypiorkiem, pomidorem, rzodkiewką i sałatą. Poczułam burczenie brzucha. Na szklanym blacie spoczywała też herbaciana róża i karteczka od Luisa.

Angie!

Musiałem wyjść, nie chciałem Cię budzić.
Na stole czeka na Ciebie śniadanie i upominek na miłe rozpoczęcie dnia. 
Zrobiłem też zakupy. 
Odpoczywaj i korzystaj z weekendu. 
Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy.

Mam nadzieję, że ten pocałunek nie był naszym ostatnim,
                                                            Luis.


Uśmiechnęłam się, czytając ostatnie zdanie. Mężczyzna zadbał o wszystko.
Z ochotą zabrałam się za przygotowany posiłek, opróżniając talerz do ostatniego okruszka. Następnie wzięłam prysznic, co nie było najłatwiejsze z dziesiątkami zadrapań na dłoniach i przebrałam się w świeże ubrania. Pozmywałam też brudne naczynia. Kiedy skończyłam dochodziła trzynasta.
Za oknem, mimo środka dnia panował półmrok. Niebo i Słońce przysłoniły ciemne chmury, z których padał uporczywy deszcz. Drzewa uginały się pod działaniem porwistego wiatru. Panowała straszna wichura.
- Spacer odpada. - mruknęłam pod nosem, rzucając się na kanapę.
Przejrzałam kolekcję książek, którą zabrałam do Włoch. Nie była zbyt imponująca - wszystkie ulubione powieści przeczytałam kilka razy, a wybranie się do biblioteki w taką pogodę odpadało. Zamiast tego wpadłam na pewien pomysł. Na parterze, obok recepcji był mały sklepik z gazetami. Może tam znalazłoby się coś ciekawego.

Zjechałam windą na sam parter, gdzie przywitał mnie znajomy portier. Był nim młody chłopak, jego akcent zdradzał, że jest Hiszpanem.
- Weekend w pracy, nie zazdroszczę. - Posłałam mu pełen optymizmu uśmiech.
- Niestety. - odwdzięczył mi się tym samym. - Ale zaraz powinien przyjść mój zmiennik. O, właśnie jest. Tomas..
Odwróciłam się w stronę drzwi i skamieniałam.. Do środka wszedł mój były uczeń. Dawno go nie widziałam. Zdawał się być wyższy, jego skórę pokrywała opalenizna, a włosy podrosły.
- Angie, jak się masz? Dobrze cię widzieć! - zawołał na mój widok. Podszedł i uściskał mnie.
- Ciebie też. Ale.. skąd ty się tu wziąłeś?
- To ja może już pójdę. Trzymajcie się. Do widzenia. - powiedział poprzednik Tomasa i wyszedł.
- O to samo mógłbym zapytać ciebie. - kontynuował Heredia.
Usiedliśmy przy recepcji, długo rozmawiając. Na szczęście w ciągu tego czasu przez hol przewiną się zaledwie jeden starszy mężczyzna i małżeństwo.
Opowiedziałam chłopakowi o swoim dotychczasowym życiu, pomijając oczywiście intymne chwile z Germanem i większość wydarzeń, związanych z nim. Tomas zrewanżował mi się tym samym. Dowiedziałam się, że powrotem do Madrytu rozpętał wojnę między nim, a swoim ojcem. Wściekły mężczyzna zwyczajnie wyrzucił go z domu, po tym, jak dowiedział się, że jego syn zostawił szkołę. Do Rzymu przyjechał razem z kolegą, z którym wynajmuje kawalerkę, utrzymując się z dorywczych prac, aż w końcu tej - tu w apartamentowcu.
- A jednak świat jest mały. - zaśmiałam się. - Kto by pomyślał, że po pożegnaniu w Buenos Aires, ponownie spotkamy się w Europie!
- Czy to można nazwać przeznaczeniem? - rzekł Tomas, niebezpiecznie się do mnie przysuwając. Natychmiastowo wykonałam unik w tył.
- Ee.. możliwe. - wyjąkałam. - Powinnam już iść.
- Zobaczymy się jeszcze?
- Innym razem! - Pomachałam chłopakowi ręką na pożegnanie i zapominając o gazecie, wróciłam do swojego mieszkania.

Po południu pogoda znacznie się uspokoiła i z uśmiechem mogłam wyjść na spacer. Założyłam długie spodnie oraz golf i nie zważając na wiatr, wyszłam na ulicę, sprytnie prześlizgując się niezauważona obok recepcji. Chłód mi nie przeszkadzał, odetchnęłam pełną piersią, czując rześkie, czyste powietrze. Mimo nie najładniejszej pogody, ulice Rzymu były wyjątkowo zatłoczone. Ludzie całymi rodzinami przeciskali się z marketu, do marketu, korzystając z wolnej soboty. Inni w wieczorowych strojach wybierali się parami do teatru, czy po prostu, jak ja - spędzali wolne chwile na spacerowaniu.
Udałam się w kierunku parku, nigdzie nie spiesząc, noga za nogą. Dziwne, ale nie myślałam o niczym, wszelkie kłopoty i zmartwienia były wtedy poza mną. Nie wiedziałam ile czasu spaceruję - dzień niezależnie od pory był odziany w szarość. W końcu jednak zaczął padać deszcz. Ludzie rozłożyli parasolki, walcząc z zaciekłym wiatrem, wyginającym druty. Zarzuciłam kaptur bluzy na głowę, ale nie zamierzałam jeszcze wracać do mieszkania. Minęłam krzyżówkę i światła, skręcając w nieznaną ulicę, którą budowały zabytkowe kamienice. Nawet w tak wyjątkowo brzydką pogodę wyglądały zdumiewająco. To był Rzym, którego nie znał niejeden Włoch.
Nagle zauważyłam mężczyznę, który tak, jak ja, pomimo pogody najpewniej zwiedzał miasto. Stał na środku deptaka i z głową uniesioną ku górze, wpatrywał się w balon jednej z oddalonych kamienic. Bez namysłu podeszłam do niego.
- Tam. - wskazał na budynek. - Moje życie.
Zlustrowałam mężczyznę wzrokiem. Miał około czterdzieści pięć lat, wychudzoną twarz, posiwiałą brodę i niedbale zarzucone byle jakie ubrania. Wyglądał na mocno zaniedbanego.
- Moje życie! - Powtórzył, celując palcem w kamienicę. Przez głowę przebiegła mi myśl, że jest obłąkany..
- Więc dlaczego cię tam nie ma? - spytałam.
Przez twarz mężczyzny przeszedł cień. Obruszył się i odwrócił głowę, drżąc.
- Wszystko w porządku? Proszę pana?
Po chwili ponownie przybrał dawną postawę.
- Nazywam się Henriko. - rzekł.
- Ja Angeles.
- Henriko miło cię poznać. Tam mieszka córka Henriko. - wskazał na kamienicę. - I wnuczki Henriko.
- Idź ich odwiedzić. - Wzruszyłam ramionami.
Mężczyzna powtórzył niedawny grymas i zaczął dziwnie wymachiwać rękami.
- Henriko nie może. Córka Henriko nie chce go widzieć.
- Niech spróbuje, a przekona się, jaką magię kryje w sobie to miasto. - szepnęłam, łapiąc jego dłonie, zasłonięte rękawiczkami bez palców.
Popatrzył na mnie wzrokiem pełnym zwątpienia. Miał piękne, niebieskie oczy. Widziałam w nich smutek, zrobiło mi się go szkoda.
- Henriko pójdzie. - Powiedział i zrobił parę kroków w przód. Po chwili odwrócił się w moją stronę. - Henriko dziękuje.
Posłałam mu zachęcający uśmiech i patrzyłam, jak się oddala. Parę minut później pojawił się w jednym z okien, obok stała młoda kobieta, trzymająca na rękach niemowlę. Podbiegła też do nich kilkuletnia dziewczynka, ściskająca mojego niedawnego rozmówcę. 
Chwilę jeszcze obserwowałam rozwój wydarzeń, a kiedy zaczęło padać jeszcze mocniej, postanowiłam zakończyć spacer.

Wracałam tą samą drogą, co zwykle. Ulice nie były już tak zatłoczone, za to na chodnikach powstały ogromne kałuże. Przypomniałam sobie, że gdy byłam mała Maria przywiozła mi z którejś zagranicznej trasy koncertowej przepiękne, czerwone kalosze. Dzieciaki w szkole naśmiewały się ze mnie, że wyglądam, jak bocian, ale ja bardzo lubiłam biegać w nich po ulewie. Wychodziłyśmy wtedy z Marią na podwórko i wdychałyśmy świeże powietrze, obserwując dżdżownice, które wychyliły się z ziemi. 
Westchnęłam na wspomnienie siostry i przeniosłam myśli na ciemne chmury, których przybywało nad Rzymem. Moja bluza była już całkiem przemoczona i dzieliła się z ciałem swoim chłodem. 
Wtem przed sklepem sąsiadującym z moim blokiem zauważyłam zgromadzony tłum. Podeszłam bliżej, aby przypatrzeć się, czemu zawdzięcza się zbiegowisko. Przed budynkiem stał właściciel sklepu, szarpiący się z.. Ivette, dziewczyną z napadu! 
- Ty mała smarkulo, stój! Zobaczysz, ja ci dam, zaraz zadzwonię na policję! - krzyczał mężczyzna, próbując ujarzmić wyrywającą się nastolatkę.
 Wyłączyłam myślenie i podbiegłam do nich.
- Proszę ją zostawić! 
Handlowiec przeniósł na mnie wzrok, a wtedy dziewczyna sprytnie kopnęła go w kostkę i uciekła. 
- Cholera jasna, co ty kobieto wyprawiasz, już prawie ją miałem! - ryknął mężczyzna. 
Nie wdając się z nim w dyskusję ruszyłam biegiem za nastolatką. Dziewczyna skręciła w boczną uliczkę. Poszłam za nią i odnalazłam ją skuloną za kontenerem na śmieci. W dłoniach trzymała spłaszczoną drożdżówkę. Zaklęła pod nosem. 
- Ivette. 
Na dźwięk swojego imienia dziewczyna gwałtownie poderwała się z ziemi, przewracając przy tym jeden kubeł. 
- Ivette! - Złapałam ją za nadgarstek, gdy próbowała uciec. - Nie chcę zrobić ci krzywdy.. 
- Akurat. - prychnęła. - Chcesz mnie ugłaskać, a za chwilę przyjadą gliny. 
- Wcale nie. Chcę ci pomóc. Jesteś głodna? - wskazałam na bułkę. Dziewczyna nie odpowiedziała. - Chodź, pójdziemy do mojego mieszkania, przygotuję coś do jedzenia.. 
- Niby dlaczego mam ci ufać?! 
- Powiedzmy, że chcę się odwdzięczyć za wczorajszą pomoc, Ivette, jak głupio to nie zabrzmi. - Uśmiechnęłam się.
Dziewczyna przez kilka chwil wpatrywała się we mnie w skupieniu, aż w końcu rzuciła obojętne:
- Niech będzie. Ale nie licz, że zgłoszę się do psiarni. I nie Ivette, tylko Ivi. 
Posłałam jej jeszcze jeden uśmiech, po czym obie ruszyłyśmy do apartamentowca. 

___________________________
Lalala, dziś trochę dłużej. :D 
Dalszy ciąg Ivi, Luisangie, obłąkany facio. XD I Tomaszek powraca. 
Dwudziesty siódmy dzień czerwca, kolejny rozdział i.. początek wakacji!
Osobiście niespecjalnie cieszę się z tego powodu, ale Wam - czytelnikom życzę udanej zabawy przez te dwa miesiące. Odpoczywajcie, zapomnijcie o wszystkim i dajcie się porwać zabawie! 

Do przeczytania.
Felices vacaciones!
Wiktoria

8 komentarzy:

  1. TOMASZ!!!!!!
    Podrywajacy Angie aha.
    Jeśli nie ma Germangie, Luisangie na razie pasuje.
    Angeles jak zwykle pomocna i ... głodna.
    O PIĘKNY MOMENT ANGIE SIĘ PRZEWALA NA GERMANA
    Przepraszam musiałam. Jak on na mia patrzył. Idiota, bo kurwełe z esme.. Eh szkoda słów.
    Wracając do rozdzialu.
    Ivi <3 Uwielbiam ją lalalala.
    Co do wakacji... Wiesz jak je rozpoczęłam!!!!! Tak bardzo boli boli I NIE WEZME LODU BO MATKA UZNA.ŻE PRZESADZAM.
    I współczuję ci takiego zakończenia :*
    Czekam na kolejny rozdzial.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy lecą na Angie. XD Spokojnie, Zuza. XD Dzięki, dzięki. :)

      Usuń
  2. Tomasz :D Tomasz górą! Tomasz zarywa do Angie! :D Boskie :D Luis jest uroczy :D I good :D Świetnie gotuje, zostawia Angie liściki i jej pomaga! Heloł :D Ideał :D Ale i tak liczę na Germangie (choć szczerze wielbię Tomasengie i Lugie :D ) :D Ivi jest świetna :D Ivi górą :D Henriko też wymiata :D Ach, nie napiszę dziś nic konstruktywnego XD Trudno. Oczywiście rozdział mi się podobał :D Jakże by inaczej? :D Napisałabym więcej, bo powinnam, ale wysłuchuję właśnie dyskusji na temat obrusów. A to mnie chyba usprawiedliwia XD Wakacje się zaczynają, więc życzę Ci, aby te były najlepsze w Twoim życiu. Powinnam dodać, iż ważne, aby były bezpieczne, ale... No błagam, raczej nie upijesz się nad jeziorem ani nie będziesz skakać na główkę do płytkiego basenu, nie? XD Spędź fajnie czas i stay alive XD Cudowny tekst, czekam na nexta :D Pozdrawiam ~B

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze poczekacie na Sierotę. :D Ivi górą? Obrusy górą! Moje wakacje raczej będą denne, ale Tobie życzę takich najlepszych. :D Dzięki. :D

      Usuń
  3. Świetny rozdzialik. Kocham twojego bloga i zapraszam do mnie
    http://germangieblogger.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak szczerze to robi się to już nudne. Zrób w końcu Germangie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie Germangie, jak będę miała na to ochotę. :P

      Usuń