piątek, 25 kwietnia 2014

Rozdział 104

Poranek rozpoczął się bardzo przyjemnie. W tak krótkim czasie zdążyłam polubić Emilio. Rozmowy z nim były czystą przyjemnością. Mężczyzna wykazywał się rozległą wiedzą w przeróżnych dziedzinach, a przy tym jego włoski akcent i nieco wybrakowany słownik hiszpański, dodawały humoru.
Po wspólnie skończonym śniadaniu przyszedł czas na zaplanowaną wycieczkę. Posłusznie wsiadłam do białego fiata. Nie wiedziałam dokąd się udajemy, Emilio miał wszystko dokładnie zaplanowane. Jechaliśmy w stronę centrum miasta.
Słońce przygrzewało szybę, przyjemnie paląc moją skórę, a z samochodowego radia płynęły dźwięki jakieś włoskiej, rockowej piosenki. Panował wesoły nastrój. Uchyliłam szybę, wychylając się przez okno. Mijaliśmy wysokie kamienice, rynek przepełniony tłumem zwiedzających i inne, okazałe budynki, reklamujące wspaniałą architekturę włoską. Zmrużyłam oczy, poddając się łagodnym muskaniom wiatru.
- Podoba ci się?
Oderwałam wzrok od dzikich pagórków i spojrzałam na rozpromienioną twarz Emilio. Na nos miał wsunięte okulary przeciwsłoneczne, a usta wydęte w szerokim uśmiechu.
- Bardzo. - Odparłam, powracając do wertowania wzrokiem okolicznych krajobrazów.
Doleciało mnie przyjazne westchnienie mężczyzny. Mimowolnie sama uniosłam kąciki ust, kierując twarz ku promieniom słońca.
Niespodziewanie Emilio zatrzymał wóz. Stanęliśmy przed wypożyczalnią motocykli. Spojrzałam pytająco na towarzysza.
- Wysiadamy. - Zawołał.
Posłusznie podążyłam za nim, kierując się do środka małej budki. Wewnątrz na plastikowym leżaku odpoczywał mężczyzna mniej - więcej w naszym wieku. Miał na sobie szare szorty i niedbale zapiętą czerowną koszulę w hawajskie wzorki. Na widok Emilio gwałtownie poderwał się z miejsca i rozchylając ramiona, podążył ku niemu.
- Che sorpresa! (Co za niespodzianka.) - Zawołał, podając rękę Emilio.
- Ciao, Conrado. Come va? (Cześć, Conrado. Co słychać?) 
- Niente di nuovo. (Wszystko po staremu.) 
Mężczyźni rozmawiali jeszcze przez chwilę, po czym przypomnieli sobie o mojej obecności.
- A, Conrado. Questo è Angie. (To jest Angie.)
- Piacere di conoscerti. (Miło mi cię poznać.) - Powiedział, całując grzbiet mojej dłoni.
Chwilę potem oboje powrócili do włoskiej konwersacji. Nawet nie starałam sie wychwycić o czym rozmawiali, o wiele ciekawsze były setki najróżniejszych przedmiotów, zgromadzonych przez Conrado. Na drewnianych regałach poukładane były figurki, wykonane z różnych materiałów, obrazki, ręcznie robiona biżuteria i ozdoby, pamiątki z różnych krajów i inne, dziwne klamoty. Zbiór był bardzo interesujący. Wzrokiem odszukałam też zestaw budeleczek po perfumach i zdjęcia krajobrazów z różnych stron świata.
Nagle poczułam czyjść uścisk na ramieniu. Za mną stał Emilio, który poinformował, że możemy ruszać dalej. Pożegnałam się z Conrado, machającego nam z dziwnym uśmiechem i rozbawieniem.
- Mam coś na twarzy? - Spytałam, gdy znaleźliśmy się przed budką.
- Skądże. - Zaprzeczył mężczyzna. Ku mojemu zdziwieniu nie szedł do auta, lecz w przeciwnym kierunku - do rozłożenego obok budki namiotu.
Emilio wszedł do środka, lecz po chwili pojawił się ponownie, prowadząc ze sobą motor.
- Jak wycieczka, to wycieczka. - Zaśmiał się, widząc moje zdziwienie.
Miałam chwilę wahania, lecz szybko uległam namowom mężczyzny. Usiadłszy okrakiem na miejscu pasażera, nałożyłam kask i objęłam Emilio od tyłu. Włoch uruchomił maszynę, wkraczając na jezdnię. Nie kierowaliśmy się, jak poprzednio - ku centrum miasta, lecz jechaliśmy drogą, prowadzącą na obrzeża.
Motor nabierał prędkości, mknąc po osamotnionym asfalcie.
- Rozluźnij się, spójrz jak tu pięknie.. - Powiedział Emilio, czując, jak pod wpływem strachu zaciskam pięści na jego koszuli.
Momentalnie moje ciało przeszyły ciarki, a serce zakołatało jeszcze mocniej. Słowa, które usłyszałam od Włocha, niegdyś wypowiedział German, podczas jego urodzin i wycieczki do wesołego miasteczka. Tego dnia oficjalnie zostaliśmy parą..
- Nie bój się. - Szepnął mężczyzna.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że wbijam paznokcie w jego brzuch i zagryzam zęby.
- Przepraszam.
Niepewnie otworzyłam oczy, rozluźniając uścisk i rozglądając się dookoła. Dotarło do mnie, że Emilio miał rację. Miejsca, które mijaliśmy były wyjątkowo malownicze. Zazielenione wzniesienia wywoływały ogromne wrażenie, siejąc szczyptę grozy i ekscytacji. Zapierało dech w piersiach. Mimowolnie się uśmiechnęłam i przyłożyłam policzek do umięśnionych pleców mężczyzny. Dopiero teraz zauważyłam, że jest doskonale zbudowany.
Obiekty, które mijaliśmy rzuciły na mnie swój czar. Byłam pod wrażeniem malowniczych krajobrazów. Czułam wiatr, rozwiewający moje włosy, przyjemnie przypiekające słońce oraz zapach perfum Emilio i las. 
Wpatrując się w dzikie łono natury, straciłam poczucie czasu, które odzyskałam dopiero, gdy ponownie wjechaliśmy w teren zabudowany. Emilio zaproponował obiad w jednej ze znajdujących się na uboczu barów. Zamówiliśmy po talerzu makaronu z warzywami i rozmawiając, oczekiwaliśmy na dania. Przez cały czas mężczyzna zbywał moje pytania dotyczące dalszej wędróki, za to otrzymałam wiadomości dotyczące naszej wpółpracy. Opowieści Emilio na tyle mnie zaciekawiły, że poczułam nieodpartą chęć rozpoczęcia pracy jeszcze dziś. Niestety, jak każdy musiałam poczekać do poniedziałku. 
Wkrótce kelnerka powróciła z naszymi zamówieniami. Po skończonym posiłku udaliśmy się w dalszą wycieczkę. 

___________________________________
Prawie sielankowo, dalszy ciąg wakacji Angie. :D
Możecie spodziewać się przebłysków Germangie. Zainteresowani?

Wiktoria

niedziela, 20 kwietnia 2014

Rozdział 103

Następne godziny spędziłam na rozpakowywaniu bagaży. Nie było ich wiele. Poza ubraniami, kosmetykami i biżuterią do Włoch zabrałam kilka książek, ulubionych płyt i zdjęć. Reszta pozostała w moim starym mieszkaniu w Buenos Aires. Zdążyłam na dobre przyzwyczaić się do wesołego harmidru, który na codzień panował w willi Castillo, dlatego cisza, która otulała włoskie mury była nie do zniesienia. Czym prędzej zakończyłam porządki i chwyciłam torebkę z zamiarem zwiedzenia miasta. Choć byłam umówiona z Emilio na jutrzejsze popołudnie, okoliczny teren postanowiłam zbadać sama.
Windą zjechałam na szykownie urządzony parter, gdzie przywitał mnie poznany wcześniej portier. Już po wyjściu przed budynek doleciał mnie przyjazny gwar.
Ulica zapełniona była mieszkańcami i przejezdnymi turystami. Sam wyraz twarzy Włochów napawał człowieka optymizmem. Nic w końcu dziwnego, rodzinne miasto Francesci przepełnione było radosnym tchnieniem.
Idąc powolnym krokiem podziwiałam wspaniałe budynki, wystawy sklepów i okoliczne bazary. Na widok jednego ze stoisk z ręcznie wykonywaną biżuterią poczułam lekkie ukłucie w sercu. Przypomniałam sobie bowiem, jak niegdyś German podarował mi plastikowy wisiorek z jednego z takich kramów. Czy to nie było śmieszne? Uciekałam przed wspomnieniami, a tymczasem one wracały do mnie nawet na innym kontynencie.
Westchnęłam cicho, maszerując dalej. Tu, we Włoszech nawet powietrze miało inny zapach. Nie chodziło jednak o woń kwitnącej wiśni, perfum dolatujących z pobliskiego sklepu, czy kuszących wypieków. Czułam coś, czego nie da się opisać słowami. Czy tak właśnie może przejawiać się wolność? Czy ja byłam wolna?
Słońce powoli kierowało się ku horyzontowi. Postanowiłam wracać, zauważając, iż znacznie oddaliłam się od apartamentowca. Nic jednak straconego - jutro znów miałam powrócić na włoskie ulice.

Po wejściu do mieszkania od razu powędrowałam prosto do łazienki. Tam napuściłam do wanny gorącą wodę i po dodaniu ulubionego olejku, zanużyłam się w niej, oddając ciepłu, które migiem rozeszło się po moim ciele. Mimowolnie się uśmiechnęłam, z zadowoleniem przymykając oczy. Dawno nie relaksowałam się w ten sposób, choć od dzieciństwa uwielbiałam długie kąpiele, a w wannie najlepiej się myślało, czego wolałam uniknąć. Aby odciążyć mózg od zbędnych zagwostek, przywołałam obraz czerwonej kropki na białej ścianie, starając  się skupić na wyobrażonym obiekcie. W końcu nie da się w zupełności nie myśleć o niczym. 
- Próbujesz samodzielnie się leczyć? - Doleciał mnie drwiący głos.
Gwałtownie zadrżałam, chwytając się poręczy wanny. Na jej oparciu siedział Czarek. Znałam go i przyzwyczaiłam się do jego obrazu, jednak za każdym razem, gdy się pojawiał odczuwałam niepokój.
- Nie mam pojęcia, co masz na myśli. - Odrzuciłam, zachowując obojętny ton. W odpowiedzi usłyszałam pogardliwy śmiech.
- Angeles, spójrzmy prawdzie w oczy. Nie jesteś normalną osobą, wypierasz się siebie, próbujesz zwalczyć. Im usilniej tego próbujesz, tym to zachłanniej zabija cię od środka. - Szepnął, po czym zniknął.
Cała ochota na kąpiel odeszła w ułamku sekundy. Wyrwana z zamyślenia opatuliłam się ręcznikiem, przechodząc do dalszych czynnyści.

Włochy spowił już całkowity mrok, a na ulicach tętniło życie. Możnaby rzecz, że dopiero teraz rozpoczynał się prawdziwy, rzymski dzień. Ludzie beztrosko spacerowali deptakami, trzymając się za ręce, śmiejąc, dowcipkując, a jednak nikt nie interweniowął. Przeciwnie - wszyscy byli dla siebie uprzejmi, witali się z uśmiechem, życzyli miłego wieczoru. Zupełnie inny świat.
 Z mojego balkonu doskonale widać było panoramę miasta. Wysokie budynki otaczały kolorowe światła, mieniące się z oddali, a na mrocznym niebie rozciągały się galaktyki gwiazd. Widok wprost zapierał dech w piersiach. Otulona kocem usiadłam na wiklinowym fotelu, głęboko nabierając oddech. Temperatura nieznacznie tu spadła, lecz odczułam orzeźwiający chłód, czerwieniący moje policzki.
- "When the evening shadows,
And the stars appear,
And there is no on there
To dry your tears,
I could hold you
For a milion years,
To make my feel my love.." - Zanuciłam, chcąc wyrzucić z siebie zbędne emocje.
Robiło się coraz chłodniej, a ja śpiewałam coraz głośniej, aż w końcu z rozległ się niespodziewany krzyk.
- Cicho tam, ludzie chcą spać! - Wrzasnął starszy mężczyzna po francusku, stojący na balkonie piętro wyżej, a tuż obok mnie wylądował jego kapeć..
- Przepraszam.. - Wydukałam, pospiesznie chowając się wewnątrz mieszkania. Tam, skulona usiadłam w kącie kanapy. Dopiero teraz odczułam zmęczenie po licznych atrakcjach dzisiejszego dnia. Wyczerpana, ostatni raz rzuciłam okiem na zaokienny świat i poczłapałam do sypialni. Nie miałam siły rozmyślać o tym, że to moja pierwsza noc w innym kraju, że właśnie rozpoczynałam nowy etap, że coś się skończyło. Wyczerpana poddałam się działaniom Morfeusza.

Obudziwszy się, poczułam napływ radości. Do mojej sypialni wdzierało się światło, a zza okna dolatywał przyjemny, uliczny szum. Przeciągnęłam się leniwie, uśmiechając sama do siebie. Zegarek wskazywał zaledwie 8, jednak miałam wrażenie, że dawno nie wypoczęłam tak, jak tej nocy. Czy to zmiana otoczenia, klimatu, czy nadmiar wrażeń tak na mnie wpłynął?
Natchnięta optymizmem, z lekkością podniosłam się z łóżka. W chwili, gdy wsuwałam stopy w miękkie balerinki, rozległ się dzwonek do drzwi. Zdziwiona, niepewnie podążyłam, aby otworzyć. Kto i co mógłby ode mnie chcieć z samego rana? Gdy zajrzałam przez dziuplę, wszystko stało się jasne - na korytarzu stał Emilio.
- O nie.. - Jęknęłam. Zupełnie zapomniałam, że byliśmy umówieni.
W ekspresowym tempie pobiegłam spowrotem do sypialni i niedbale zarzuciłam na siebie aksamitny szlafrok. Jedną dłonią przeczesałam potargane włosy, zaś drugą nieudolnie próbowałam zawiązać pasek narzuty.
- Cześć. - Powitałam gościa szerokim uśmiechem. On sam nie pozostał mi dłużny. Ułamek sekundy potem mogłam oglądać rząd jego śnieżnobiałych zębów.
- Dzień dobry, bella. - Odparł z przeuroczym akcentem. Momentalnie moje policzki pokryły rumieńce.
- Wejdź, zapraszam.
Mężczyzna szarmancko kiwną głową, przekraczając próg. Odpowiedziałam mu uśmiechem, skinieniem ręki zapraszając do przejścia do kuchni.
- Przepraszam za mój wygląd, ale trochę mnie zaskoczyłeś.
- O no, to ty musisz mi wybaczyć. Wpadam bez zapowiedzi, nie chciałem być.. sfacciato, nachalny. - Tłumaczył się.
- Nic nie szkodzi, cieszę się z odwiedzin. - Przekonałam. - W takim razie może.. rozgość się, a ja w tym czasie się przebiorę.
Tak, jak powiedziałam, udałam się do sypialni, gdzie mogłam przygotować się do wyjścia. Nie miałam wiele czasu, więc nałożyłam na siebie, jako pierwszą wypatrzoną, białą sukienkę do połowy uda, a na ramiona zarzuciłam chabrowy sweterek. Wszystko dopełniłam lekkim makijażem, a dokładnie rozczesane włosy pozostawiłam rozpuszczone. Niecały kwadrans potem mogłam dołączyć do Emilio, niestety ku mojemu zdziwieniu, nie było go w kuchni. Kierowana instynktem, podążyłam na balkon. Tam moim oczom ukazał się niespodziewany widok. Stół okrywał biały obrus, a na nim rozłożone było jedzenie.
- To nasz taki włoski zwyczaj: witanie gości. - Powiedział Emilio, widząc moje wymowne zdziwienie.
- Czyli wszystkich obcokrajowców tak witasz? - Zaśmiałam się, przygryzając dolną wargę.
- Tylko piękne kobiety.. - Odparł z nutką przekąsu i satysfakcji w głosie, sprawiając, że moje policzki natychmiastowo się zaróżowiły. - Zapraszam. - Szarmancko odsunął przede mną  wiklinowy fotel, który miałam zająć.
- Na prawdę nie wiem, co powiedzieć..
- Wystarczy mi twój uśmiech.
Speszona utkwiłam wzrok w drewnianej miseczke, gdzie leżały świeże bułki. Ich kuszący zapach drażnił mój nos, wzbudzając głód. Emilio pomyślał o wszystkim - na stole znalazły się świeże truskawki, warzywa, dżemy, twarożki. Mężczyzna zadbał oto, by kuchnia włoska przeplatała się z tą, znaną mi na codzień.
- A więc smacznego.

_____________________________
Egkhem. XD
Czarek w podróży do Włoch, Emilio się rozkręca. (Jego sylwetka pojawiła się w zakładce Bohaterowie)
A co wyniknie z tej znajomości - się zobaczy. 
Jakieś sugestie? :D 

Wiktoria

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rozdział 102

Przez budynek lotniska przewijały się setki ludzi. Jedni całymi rodzinami biegali przez hol, inni statecznie kroczyli z małą walizką. Od grubych murów odbijały się głosy dyspozytorów i przechodnych ludzi. Każdy prędzej, czy później miał wsiąść do swojego samolotu i udać się w swoją stronę świata. Mogli wrócić lub tam zostać. A ja? Czy miałam wybór?
Powoli podeszłam do punktu informacyjnego i podałam swój paszport oraz bilet. Kobieta siedząca za cienką szybką zlustrowała mnie wzrokiem i chłodnym głosem oznajmiła, gdzie powinnam się udać. Nie zwlekając pośpieszyłam we wskazane miejsce, mój samolot odlatywał za dwadzieścia minut. W kolejce do wejścia na pokład ustawił się już szereg pasażerów. Wśród nich był kilkuletni chłopiec, stojący obok mamy tuż przede mną. Był łudząco podobny do Javiera.. Moje serce na widok jego piwnych oczu gwałtownie przyspieszyło, tak że sama się przestraszyłam.
- Co się tak gapisz, starucho?! - Do porządku przywołał mnie ryk dziecka.
- Czy ty mówiłeś do mnie? - Zapytałam nieco zaskoczona.
- Chyba nie do księdza. - Pokazał mi język. - Starość, nie radość.- Mruknął, idąc za rodzicami i jednocześnie pozostawiając mnie w głębokim osłupieniu.
Nie zwlekając również dostałam się na pokład samolotu i zajęłam swoje miejsce. Fotel, który został mi przydzielony, mieścił się przy oknie, tak że swobodnie mogłam obserwować, co dzieje się na lotnisku. Po pasie krążyli jeszcze technicy, sprawdzający gotwość maszyny, ale po chwili i oni zniknęli, a z głośników popłyną głos stweardessy.
- Uprzejmie witamy na pokładzie, proszę o zapięcie pasów, do startu pozostało półtorej minuty. Życzymy miłego lotu.
Pasażerowie posłusznie wykonali polecenie, wciskając się  w swoje fotele.
Poczułam lekki strach, zawsze bałam się wysokości, a okrutna śmierć Marii tylko spotęgowała fobie. Nagle nastał szum, a maszyna zaczęła rozpędzać się po torze. W chwili, gdy koła samolotu oderwały się od podłoża, automatycznie ścisnęłam poręcze siedzenia. Już po chwili poczułam lekki ucisk w okolicach skroni i świadomość płynnego ruchu powietrza. Kątem oka wyglądnęłam przez okno. Wznosiliśmy się już ponad budynki Buenos Aires. Stopniowo wyodrębniała się przepiękna panorama miasta, którego granice właśnie przekraczałam. Pierwszy raz od długich lat opuszczałam rodzinne miasto. Czułam, jakbym wyzbywała się cząstki siebie.
Czekały mnie długie godziny podróży. Na samą myśl ziewnęłam leniwie. Wyjazd był chyba najbardziej porywczą decyzją, jaką w ostatnim czasie podjęłam. Teraz, na spokojnie analizowałam ostatnie wydarzenia.
- Dzień dobry, z tej strony Angeles Saramego. Czy rozmawiam z panem Juliem La Torre? ((Rozdział 88)
- Ach, złotowłosy aniołek! Witaj, moja droga. Julio przy telefonie i do usług!
-  Czy moglibyśmy się spotkać? To dość pilne.- Wysapałam nerwowo. Na szczęście w odpowiedzi usłyszałam propozycję miejsca, w którym miałabym spotkać przyjaciela mojego ojca.
- A więc jesteśmy umówieni.

Siedziałam na ławce w ulubionym parku, oczekując Julio. Z każdą sekundą stawałam się coraz bardziej denerwowana, zupełnie jakbym bała się, że ktoś mnie obserwuje, czyhając na potknięcie. W końcu zauważyłam idącego alejką siwego mężczyznę.
- Hola, Angeles! - Zawołał na mój widok, całując wyciągniętą w jego stronę dłoń.
- Dzień dobry.- Przywitałam się, nieco speszona. - Cieszę się , że zgodził się pan ze mną spotkać.
-  Zawsze do usług. A więc w czym mogę ci pomóc, dziecko?
- Będę z panem szczera: muszę wyjechać. Nie wiem dokąd, nie wiem za czym, ale wiem, że muszę. Czy mógłby mi pan coś polecić? Jest pan jedyną osobą, która mnie zrozumie, nie osądzi i przede wszystkim nie będzie próbowała mnie zatrzymać.
Julio sapnął ciężko, marszcząc czoło.
- Mój siostrzeniec jest dyrektorem szkoły muzycznej w Rzymie, stworzonej do pracy z dziećmi chorymi na białaczkę. Muzyka jest dla nich swego rodzaju terapią, pomaga. Jesli chcesz, mogę z nim porozmawiać, na pewno zgodzi się cie przyjąć. Sam z resztą skarżył się na brak rąk do pracy.
Sama nie wiem, dlaczego przyjęłam propozycję. Czy była to pierwsza-lepsza szansa na ucieczkę, czy dlatego, że hasło białaczka poruszyła wspomnienia o Javierze i dała szansę na pomoc dzieciom z jego problemem.. Zgodziłam się opuścić Argentynę, a wraz z nią  zostawiałam swoją przeszłość, która miała pozostać tylko ulotnym wspomnieniem.
Ze snu wyrwał mnie głos stweardessy, oznajmiającej, że lądujemy. Nie wiedziałam, kiedy odpłynęłam, lecz rzeczywiście - za oknem rozciągała się wspaniała panorama Rzymu. Rozmasowałam bolący kark i przeczesałam włosy dłońmi. Byłam na miejscu.

Włoskie lotnisko, podobnie jak to w Argentynie zapełnione było podróżnymi. Odczekałam chwilę na bagaże, a gdy już miałam je przy sobie przysiadłam na ławce wewnątrz ogromnego budynku.
- I co teraz? - Mruknęłam pod nosem.
Mimo dokładnie ułożonemu planowi czułam lekką dezorientację. Właśnie zostałam jedną z tysięcy mieszkańców Rzymu. Zaczynałam nowe życie w nowym świecie.
Zgodnie z zapewnieniami Julio na lotnisku miał pojawić się jego siostrzeniec Emilio. Niestety w pośpiechu zapomniałam wypytać o więcej informacji na jego temat.
Poddenerwowana zaczęłam wertować wzrokiem każdego przechodnia. W tamtym momencie każdy z osobna wydawał się być taki sam. W końcu dostrzegłam niewysokiego szatyna, lekko przypominającego Julio.
Chwyciłam torby i zmierzyłam ku zauważonemu człowiekowi.
- Emilio? - Spytałam, podchodząc.
Szatyn gwałtownie odwrócił się w moją stronę, mamrocząc coś w swoim języku. Zdawało mi się, że był Niemcem..
- Ich entschuldige. - Rzuciłam, pospiesznie odchodząc. Speszona ponownie stanęłam na środku holu.
- Bella? - Usłyszałam zza pleców.
Gdy się odwróciłam moim oczom ukazał się przystojny mężczyzna, mniej-więcej w moim wieku. Moją uwagę od razu przykuły jego bystre, piwne oczy i włoski akcent.
- No, errore. - Odparłam, jednak mężczyzna nie ustępował.
- Si! - Roześmiał się. - Parla italiano? (Czy mówi pani po włosku?)  
Zdziwiona ponownie zlustrowałam wzrokiem rozmówcę. Ten widząc moje zakłopotanie dodał:
- Mi chiamo Emilio. (Nazywam się Emilio.) 
W jednej sekundzie sprawa stała się jasna. Przed sobą miałam siostrzeńca Julio. Teraz, gdy miałam pewność z kim rozmawiam przeszło mi przez myśl, że mężczyzna jest bardzo przystojny..
- Angeles. - Odwzajemniłam uśmiech, pozwalając aby Włoch ucałował grzbiet mojej dłoni, a następnie szarmancko odebrał bagaże.
 - Pozwól, że pomogę. - Rzekł tym razem po hiszpańsku, lecz wciąż wychwytywałam jego uroczy akcent.
- Dziękuję. - Skinęłam głową. 
Emilio zaprowadził mnie przed budynek lotniska, gdzie zaparkował swój samochód. Do bagarznika schował moje torby, po czym ruszyliśmy w głąb miasta. 
Zgodnie ze słowami Julio w centrum Rzymu czekało na mnie małe mieszkanie, które miałam zajmować. Nigdy nie pomyślałabym, że doświadczę tak bezinteresownej pomocy. Przyjaciel mojego ojca okazał mi tyle serca, pomagając wstać z upadku. Jego krewny również wydawał się być sympatycznym człowiekiem, choć znałam go zaledwie kilanaście minut. 
W drodze z zapartym tchem obserowałam mijane, włoskie budynki. Tu wszystko wydawało się być takie inne. W kilka godzin opuściłam swój kraj, aby teraz zaczynać nowe życie z dala od wspomnień w zupełnie nowym miejscu. Stary kontynent zawsze był obiektem fascynacji reszty świata i ich marzeniem. 
W drodze do apartamentowca Emilio opowiedział mi powieżchownie o szczegółach naszej współpracy, a gdy dotarliśmy już do celu od razu zaproponował spotkanie. 
- Bene, sono d'accordo. (Dobrze, zgadzam się.) - Odparłam bez wahania. Emiolio szybko zaskarbił sobie moją sympatię. 
- Sono lieto di! (Cieszę się.) - Posłał mi ciepły uśmiech. - Jeśli będziesz potrzebować pomocy, na lodówce wisi moja wizytówka. Zadzwonię jeszcze wieczorem, jakoś się dogadamy. 
- Grazie molte. (Dziękuję bardzo.)
- Non c'e di che. (Nie ma za co.) A presto, Angeles. ( Do zobaczenia wkrótce, Angeles.)
Mężczyzna zasalutował i mrugnąwszy, wyszedł z mieszkania, zostawiając mnie samą. Teraz w spokoju mogłam zając się rozpakowywaniem bagaży i podziwianiem nowego miejsca.
Mój apartament składał się z niewielkiej kuchni, łazienki, sypialni i salonu z balkonem. Był wyposażony we wszystkie niezbędne rzeczy. Ściany pokrywała herbaciana farba, bądź jej bledszy odcień tapety. Mieszkanie miało przytulny, ciepły charakter.
Jako pierwsze moją uwagę przykuły duże, balkonowe drzwi, otoczone białą listwą, idealnie kontrastującą z wystrojem całego pomieszczenia. Tu wszystko było skrupukatnie dobierane, z gustem i smakiem. Otworzyłam okno, wpuszczając do środka trochę świeżego powietrza, a następnie kosztując go bezpośrednio na tarasie. Widok, który raczył moje oczy był niesamowity. Z budynku widziałam setki włoskich dachów, ulice i pobliski park. Z oddali przypominał ten ulubiony, argentyński.. Dopiero teraz na dłuższą metę uderzyło we mnie, to co zrobiłam. Pomyślałam o Violetcie, Pablo.. Germanie.. Różnica w czasie wynosiła trzy godziny, więc skoro w Rzymie dochodziła czternasta, to domownicy willi dawno zaczęli już swoją pracę. Violetta rozpoczęła lekcje z Beto, Olga pewnie szykuje obiad, Pablo zajmuje się dokumentacją szkoły, a German.. Jego też pochłonęły służbowe obowiązki. 
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu. W pośpiechu zupełnie zapomniałam go włączyć po przylocie do Włoch. Nacisnęłam czarny przycisk z boku urządzenia, które chwilę potem wydało z siebie pisk, ukazując barwy wyświetlacza. Ujrzałam napływ nieodebranych połączeń i sms'ów. Były wiadomości od.. wszystkich. Od Pablo, Violetty, Julio, Antonio, Olgi i Ramalla i nawet od Beto. Nie ujrzałam jedynie powiadomienia od Germana. W duchu zabolał mnie ich brak, ale przecież sama tego chciałam, czyż nie? 
Po długich wahaniach w końcu postanowiłam oczytać pierwszą-lepszą wiadomość od siostrzenicy, których było najwięcej. 

Angie, proszę, odbierz!
Nie wierzę w to, co się dzieje, nie możesz się poddać, odejść..
Potrzebuję Cię..

Do moich oczu napłynęły łzy. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak egoistycznie się zachowałam. Rzuciłam wszystko w pogoni za własnym szczęściem, nie patrząc na uczucia innych. Poczyłam się, jak potwór, nie mogący odwrócić swoich czynów.

Angie, rozmawiałem z Violettą. 
Chyba musimy zamienić parę zdań. 
Oddzwoń, jak.. wylądujesz.. gdziekolwiek jesteś.. 
- Głosił sms od Pablo.


Przetarłam twarz i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Po paru głuchych sygnałach usłyszałam głos przyjaciela.
- Boże, tak dobrze, że dzwonisz! - Doleciało ze słuchawki. - Angie, gdzie ty się podziewasz?! Martwimy się, nie zostawiłaś żadnej wiadomości poza tej do Violetty. Nie wyobrażasz sobie w jakim ona jest teraz stanie. Co się dzieje?! Angie..? - Powtórzył moje imię, gdy skulona w kącie kanapy, przysłuchiwałam się jego monologowi. Po moich policzkach spływały łzy, nie pozwalające mi wydobyć siebie ani jednego słowa. - Proszę, powiedz coś.
- Przepraszam.. - Wydusiłam. - Nie osądzaj mnie, musiałam wyjechać. Proszę cię tylko, żebyś zrozumiał.. 
Nastała cisza, jednak po dłuższej chwili Pablo odpowiedział:
- Wiem, że ci ciężko. Ale do cholery, ucieczka od problemów to nie wyjście, Angie! - Krzyczał, lecz zaraz natychmiastowo spuścił z tonu. - Szanuję twoją decyzję. Widocznie postąpiłaś tak, bo nie miałaś odpowiedniego wsparcia, przepraszam. 
- Nie obwiniaj się. Może stchurzyłam, to co robie to błąd, ale nie dowiem się tego, jeśli nie spróbuję.. - Przekonywałam. 
- Masz rację. - Znów usłyszałam ten ciepły ton.. - Niczym się nie martw, dopiluję, żebyś miała godne zastępstwo, ale nie oszukujmy się - nikt ci nie dorówna.. Będzie nam ciebie brakowało, mam nadzieję, że o nas nie zapomnisz..
- Nie umiałabym. - Uśmiechnęłam się przez łzy. - Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie.
- Bo się zarumienię. - Zażartował. - Niczym się nie przejmuj, powinnaś teraz pomyśleć trochę o sobie. Violetta jest już duża, też da radę.. - Dodał, czytając mi w myślach. - Mogę chociaż wiedzieć, gdzie cię wywiało?
- Jestem w Rzymie.  - Odparłam.
- Włochy.. Mam nadzieję, że kiedyś zaprosisz mnie na wakację.
- Masz to jak w banku. - Roześmiałam się, kończąc połączenie
Rozmowa z Pablo podniosła mnie na duchu. Wciąż zerknałam na wpaniały krajobraz miasta, rozmyślając nad przyszłością. Odtąd Rzym był moim domem.. 

______________________________
102 rozdział [X]
Angie w Rzymie, a nową postacią został Emilio. 
Jego sylwetka niedługo zostanie ukzana w zakładce "Bohaterowie".
Czy to koniec Germangie? 

Pozdrawiam, 
Wiktoria

środa, 2 kwietnia 2014

Rozdział 101

Ciepłe promienie słońca, przebijające się przez fioletową zasłonę łaskotały moje nagie ciało. Pod ich wpływem uniosłam powieki i z na wpół rozchylonymi ustami, niemrawo  wpatrywałam się w sufit. Czułam przyjemne szczypanie skóry ramion i ud, nagrzewanych przez słońce. Moja głowa spoczywała na torsie Germana,  który pochrapując cicho, cały czas obejmował mnie ramieniem, jakby bał  się, że uciekne. Ostrożnie uniosłam głowę, spoglądając na mężczyznę. Wyglądał tak niewinnie uroczo. W domu panowała idealna cisza, słychać było jedynie miarowy stukot zegarka, który wskazywał godzinę 5:02. Wiedziałam, co muszę zrobić, jednak po nocy spędzonej z Germanem moje plany zostały podburzone. Znów poczułam, że przegrywam z własnymi słabościami. W końcu kochałam go, mając świadomość, że nigdy nie przestanę. Było mi przy nim dobrze, choć doskonale zdawałam sobie sprawę z przeszłości i tego, że związku nie można budować na porywczych emocjach.
Moja głowa wciąż spoczywała na piersi mężczyzny, a dłoń na umięśnionym brzuchu. Powoli podniosłam się, aby nie obudzić Germana i opierając na łokciu obserwowałam, jak śpi. W duchu zapragnęłam, aby zabrał mnie do swojej krainy snu, gdzie wszystko jest takie łatwe. Żebyśmy zostali tam już na zawsze z dala od trosk, problemów.
Czas mijał, a ja czułam się coraz gorzej. Nie mogłam znieść sprzecznych myśli. Poderwana emocjami wstałam z łóżka. W tym samym momencie inżynier wzdrygnął się, rozkładając na łóżku, jednak wciąż spał. Pośpiesznie nałożyłam na siebie porozrzucane po pokoju ubrania, przeczesałam włosy dłońmi i odszukałam torebkę. Następnie udałam się do pokoju siostrzenicy, gdzie siadając przy biurku zaczęłam bazgrać na kawałku kartki.

Violu!

Wiem, że możesz znienawidzieć mnie za słowa, które chcę Ci tu przekazać,
lecz wierzę, że jako dorosła osoba zrozumiesz.
Wszyscy wiemy, że sprawy ostatnimi czasy mocno się skomplikowały.
Dlatego muszę wyjechać na jakiś czas.
Chcę jednak, żebyś wiedziała, że jestem przy
Tobie, zawsze możesz do mnie zadzwonić, napisać
Jesteś moją księżniczką, bardzo Cie kocham.


                                                           Angie

Gdy skończyłam pisać łzy swobodnie spływały po mojej twarzy, mocząc kartkę. Złożyłam list na pół i ułożyłam go na poduszcze obok głowy siostrzenicy. Następnie, odgarnąwszy z jej czoła kosmyk ciemnych włosów pocałowałam ją w skroń. 
Chwilę potem ponownie wróciłam do sypialni Germana. Jego widok wzbudziłil we mnie jeszcze większy żal. Zaczęłam dławić się łzami, nie mogąc złapać oddechu. Żal rozdzierał moje serce, a w gardle poczułam nieznośną gulę. Czym prędzej podeszłam do łóżka i usiadłam na jego krawędzi, tuż obok 
Germana. Drżącą ręką pogładziłam jego policzek i powoli zbliżyłam twarz do jego.
- Kocham Cię. - Szepnęłam, po czym musnęłam wargami  usta iżnyniera, aby dobrze zapamiętać ich smak. 
Następnie zdjęłam z palca pierścionek, który kiedyś mi podarował. 
Doskonale pamiętałam chwilę, w której mi go wręczał. Wtedy oboje miotaliśmy się z uczuciami, żywiącymi do siebie. Znaczące spojrzenia, uśmiechy, podchody. Aż w końcu pierwszy pocaunek.. 
Jeszcze kilkakrotnie obróciłam w palcach złoty krążek, po czym wsunęłam go w dłoń Germana. 
Ostatni raz spojrzałam w jego stronę i chwyciwszy wcześniej spakowane walizki wyszłam z pokoju, a następnie z willi. Od dziś musiałam nauczyć się żyć bez mojego osobistego anioła..


Taksówka, którą jechałam mijała kolejne uliczki Buenos Aires, a po moich policzkach spływały kolejne łzy. Kołnierz białej koszuli był już cały mokry, a mimo to wchłaniał coraz to nowe potoki smutku.

- Niech pani nie płacze, nie ten, to inny. - Dobiegł mnie głos taksówkarza.
- Słucham? - Powtórzyłam, wyrwana z amoku. Starszy mężczyzna, siedzący za kierownicą podał mi paczkę chusteczek.
- Wytrzyj nos, dziecko. - Polecił. 
- Dziękuję. - Posłusznie wykonałam polecenie, zerkając w podręczne lusterko. 
Wyglądałam wprost okropnie; od oczodołów, aż do brody moją twarz pokrywały czarne smugi tuszu, włosy przypominały słomkową miotłę, a rozmazana, różowa szminka nieudolnie rozprowadzona była poza krawędziami warg. Pospiesznie namoczyłam chusteczkę wodą, otrzymaną od kierowcy i zmyłam resztki makijażu. Rzęsy poprawiłam tuszem, a włosy porządnie rozczesałam. W przeciwieństwie do nastroju mój wygląd prezentował się nieco lepiej. Uporałam się z nim w samą porę, bo taksówka własnie się zatrzymała.
- Proszę. - Kierowca zwinnym ruchem wyciągnął z bagarznika moją walizkę. - Jak ty sobie poradzisz z takim olbrzymem?! - Zaśmiał się. 
- Dam radę, jeszcze raz panu dziękuję. - Słabo się uśmiechnęłam, chwytając rączkę torby. - Zapomniałabym. - Z ramienia zsunęłam brązową torebkę i zaczęłam doszukiwać się portfela. 
- Nie trzeba, proszę pani. Powiedzmy, że chcę wynagrodzić złamane serce. - Skinął głową. 
- Ale..
- Nie ma o czym mówić! - Przerwał mi, zanim zdążyłam zaprotestować. 
- Wie pan co, tutaj w pobliżu jest budka z kawą, ja mam jeszcze trochę czasu. Może zdołam się zrekompensować. 
- Skoro piękna dama zaprasza, zgrzeszyłbym odmawiając. 
- Więc proszę tego nie robić. - Pierwszy raz szczerze się uśmiechnęłam. Mężczyzna zapakował moje bagarze spowrotem do samochodu i oboje ruszyliśmy ku stoisku. 


- A więc przed czym pani ucieka? - Padło pytanie, gdy popijaliśmy kawę, oparci o maskę samochodu.
-  Przed problemami, przed przeszłością, przed sobą.. - Rzuciłam bez zastanowienia.
Może byłam tchórzem, jakim nazwałam Germana, ale czułam, że zostając w tym miejscu nie zacznę nowego życia, o jakie się ubiegałam. 
- Po prostu się boję. 
Mężczyzna sapnął znacząco. 
- Nie musi pan tego rozumieć, nikt nie musi. Proszę tylko o uszanowanie mojej decyzji..
- Doskonale rozumiem. Wiem, jak to jest próbować zostawić w tyle balast przeszłości. Ale wiem też, co się dzieje, kiedy za bardzo się o to staramy. To wraca i wraca, aż w końcu zdaje ci się, że popadasz w obłęd. Lecz czasami może spotkać cię przełom.. Pytanie tylko jak bardzo chcesz zapomnieć. 
- Na tyle, ile jest to możliwe. - Szepnęłam.- Chyba muszę już iść. - Stanęłam na nogi. 
- Rozumiem i w takim razie życzę ci, żebyś osiągnęła to, o czym marzysz. Ale nie zapominaj, że serca nie oszukasz. - Uśmiechnął się, wyciągając w moją stronę dłoń. - I dziękuję za pyszną kawę.
- To ja panu dziękuję, będę pamiętać. - Uścisnęliśmy ręce.
- Jeśli jednak kiedyś postanowisz skonfrontować się z problemem i będziesz potrzebowała podwózki - pytaj o Billego Franksa. - Zawołał za mną.
- Angeles. - Odrzuciłam, machając mężczyźnie na pożegnanie, po czym zniknęłam za drzwiami budynku jednego z lotnisk w Buenos Aires.

______________________________________
I jest 101 rozdział. :D 
Jak widzicie - kontynuuję historię, o co niektórzy pytali.
Kolejny punkt można odhaczyć - wyjazd
A dokąd Angeles się udaje? Tego już dowiecie się w następnym rozdziale. :) 
Komentujcie!

Wiktoria