środa, 30 lipca 2014

Rozdział 120

Po powrocie do mieszkania nastąpił oczywisty przegląd zakupionych rzeczy. Ivi z dumą prezentowała na sobie kolejne t-shirty, ale widocznie najbardziej zachwycała ją skórzana kurtka z ćwiekami. Gdy przymierzyła już wszystkie ubrania i parę adidasów i trampek, usiadła obok mnie, na kanapie i rzekła z szelmowskim uśmiechem:
- Teraz ty.
- Ale co?
- Twoja kolej na przymiarkę. - Mówiąc to rzuciła w moją stronę torbę z sukienką.
Z lekkimi oporami zniknęłam za drzwiami sypialni i zrzuciłam z siebie wygodne jeansy i koszulkę, zastępując je czarną, gotycką kiecką przed kolano, z koronkowymi plecami. W sklepie nie miałam wiele czasu na przeglądanie się, ale teraz śmiało mogłam podziwiać swoje odbicie w ogromnym lustrze, zajmującym połowę szafy. Do sukienki założyłam czarne gladiatorki na płaskiej podeszwie, a na szyi zawiesiłam długi łańcuszek z ozdobnymi przewieszkami. Krokiem modelki wyszłam z sypialni, przedstawiając się Ivi.
- Ottimo! - zaśmiała się. - Genialnie wyglądasz.
- No nie wiem. To nie jest do końca mój styl. - Skrzywiłam usta.
Dziewczyna popatrzyła na mnie z łobuzerskim uśmiechem i na chwilę zniknęła za drzwiami sypialni, skąd po chwili powróciła z moją kosmetyczką. Popatrzyłam na nią pytająco.
Posadziła mnie na podłodze, przed kanapą, a sama usiadła za moimi plecami, biorąc do ręki szczotkę. Początkowo delikatnie przeczesała moje włosy, a następnie zaczęła delikatnie je tapirować. Z kilku stron spryskała je lakierem i podpięła wsuwkami, raz po raz cmokając ustami. W pewnym momencie obróciła mnie ku sobie i zaczęła manewrować pędzlami i różnorakimi barwami cieni, eye - linerami, mascarami, kredkami. Uznałam to za zabawę i nie protestowałam. Na koniec przyozdobiła moje usta krwistoczerwoną szminką, która jedynie zalegała między innymi kosmetykami.
- Możesz patrzeć. - westchnęła ucieszona, po dobrych czterdziestu minutach.
Z lekkimi obawami podniosłam się z podłogi i podeszłam do lustra. Nieomal się przewróciłam. Szklana tafla przedstawiała zupełnie obcą osobę. Moje włosy pod toną lakieru sterczały we wszystkie strony, a w mocno przesądzonym makijażu dominowały szare i czarne barwy. Przypominałam nastolatkę w okresie buntu. Brakowało mi tylko dziary na ramieniu i kolczyka w nosie.
Zaśmiałam się ze swoich myśli. Ivi odebrała to jako pochwałę, dumnie unosząc głowę.
W pewnym momencie poderwała się z miejsca, sięgnęła do kieszeni swojej bluzy i wyłowiła z niej czarny lakier.
- Skąd go masz? - spytałam, wlepiając w nią ostry wzrok.
- Nikomu nie ubędzie - zaśmiała się.
- Ivi! - krzyknęłam. - Obiecałaś, że nie będziesz robić głupot. To kradzież, zdajesz sobie z tego sprawę?!
- Wyluzuj - parsknęła, rzucając się na kanapę.
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo w tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Zupełnie zapomniałam o tonie makijażu na twarzy oraz przebraniu i ruszyłam, aby otworzyć. Przyszedł Emilio. Na mój widok zagwizdał zawadiacko i z szelmowskim uśmiechem oparł się o futrynę.
- Daj spokój - warknęłam, zapraszając go do środka. Posłałam Ivi znaczące spojrzenie, ta zmyła się do mojej sypialni, zabierając z sobą kosmetyki i zakupione ubrania. Zdawać by się mogło, że nie rozszyfrowała tylko zdania Wrócimy do tej rozmowy. 
- Co cię sprowadza? - Starałam się ukryć rozdrażnienie.
- Pojawiły się nowe fakty w.. naszej sprawie. -  Ostatnie słowa dodał nieco ciszej.
Skinęłam głową, dając znak, żeby przeszedł do części kuchni i przymknęłam drzwi sypialni.
- Z trzech sierocińców i dwóch okien życia w Rzymie, Ivette Medrano była podopieczną tego przy alei nr. 48 w samym centrum. Popatrzyłem kogo trzeba i okazało się, że mała trafiła tam w wieku ośmiu lat, a dwa miesiące po zgłoszeniu - do rodziny zastępczej, do bezdzietnego małżeństwa Jones. Mają bardzo dobrą opinie, są szanującymi się lekarzami z nieskazitelną przeszłością. Chyba, ze to tylko maska. Dlaczego stracili dziecko adopcyjne wie tylko Ivi..
Westchnęłam, dokładnie zastanawiając się nad jego słowami, jakbym w myślach rozważała ich prawdziwość.
- Musisz z nią porozmawiać - szepnął. - Wiesz, że nie możesz wiecznie jej kryć i łamać prawo. Ona musi wrócić do rodziców..
- Więc o to chodziło przez cały czas. - W kuchni niespodziewanie pojawiła się nastolatka. Poczułam jak moje wnętrzności wykonują potężnego fikołka. - Od początku trzymałaś mnie tu, żeby wydać! - wrzasnęła, a w jej oczach dostrzegłam smugi.
- Ivi..
- Nic nie mów!- ryknęła. Po jej policzkach spłynęły łzy. Pierwszy raz widziałam, jak płacze. - Zaufałam ci!
Dziewczyna otarła twarz rękawem bluzy i popędziła do drzwi. Natychmiastowo zerwałam się z miejsca, biegnąc, aby ją zatrzymać. Na szczęście w porę zdołałam owinąć rękę wokół jej brzucha i przytulić do siebie. Mała szamotała się w moim uścisku, próbując wyrwać. Na jej ramionach chwile potem spoczęły silne dłonie Emilio, który zagrodził wyjściowe drzwi.
- Ivi, posłuchaj, nie chcemy dla ciebie źle..
- Akurat! - wrzasnęła. - Ucieknę, zobaczycie! - ryknęła, dławiąc się łzami i zatrzasnęła w łazience.
Westchnęłam, chowając twarz w dłoniach. Włoch objął mnie, szepcząc słowa otuchy.
- Jej reakcja jest normalna, Angie. Kocha cię jak starszą siostrę, nie odejdzie.
- Starsza siostra nie okłamywałaby jej - wycedziłam ze łzami w oczach.
Mężczyzna otarł mój policzek i przygryzł lewy kącik ust.
- Daj jej ochłonąć, później porozmawiacie na spokojnie. - Cmoknął mój policzek i wyszedł.
Próbowałam pukać do drzwi i przekonywać nastolatkę, aby wyszła, lecz moje wołania zdały się na nic. Po dobrych trzydziestu minutach odpuściłam, zrezygnowana opadając na kanapę.

Dziewczyna wychyliła głowę z łazienki dopiero około północy i upewniając się, że śpię, czmychnęła do drzwi wyjściowych.
- Ivi - szepnęłam, opierając brodę o oparcie sofy. Moje słowa podziałały na nią, jak zaklęcie, bo momentalnie zesztywniała, odwracając się w moją stronę. Miała podpuchnięte, zapłakane oczy i zmierzwione włosy. Popatrzyła na mnie z wyrzutem.
- Porozmawiajmy.
- Dobrze. - Nerwowo odgarnęła za ucho pojedynczy warkoczyk i usiadła obok mnie. - No słucham.
Przełknęłam ślinę, przez chwilę niemo poruszając ustami, aż w końcu wydusiłam:
- Wracam do Argentyny..
Nastolatka zadarła głowę, a jej nozdrza rozszerzyły się. Usłyszałam, jak zaklęła pod nosem.
- Super. - Pokiwała głową, odwracając wzrok. W kącikach jej oczu znowu zebrały się łzy.
- Skarbie..
- Nie dotykaj mnie. - Obruszyła się, gdy próbowałam chwycić jej dłonie. - Umierasz, więc wracasz do rodzinki? - rzuciła rozbrajająco szczerze. Poczułam, jakby dała mi w twarz. Spuściłam wzrok i zaniemówiłam. - Przepraszam..
Otarłam łzę z policzka.
- Bardzo tęsknię za siostrzenicą, przyjaciółmi.. Wyjechałam nawet się z nimi nie żegnając. Ale nie żałuję, bo poznałam tu fantastycznych ludzi, przekonałam się, że jest na świecie jeszcze ktoś, kto byłby wstanie pokochać mnie i moje dziwactwa. Wpadłam na ciebie i pokochałam cię, jak młodszą siostrzyczkę, którą zawsze chciałam mieć. Ale prawda jest taka, że rzeczywistość jest brutalna, nie mogę cię w nieskończoność chronić, nawet jeśli bardzo tego chcę. Masz rodzinę, która bardzo za tobą tęskni, Ivi..
- Akurat - prychnęła.
- Dlaczego od nich uciekłaś?
Dziewczyna zmrużyła oczy i odwróciła wzrok, wyjmując zza koszulki złoty wisiorek, który niegdyś zgubiła. Otworzyła wisiorek, w którym mieściła się znana mi fotografia.
- Miałam cudowne życie, jak pamiętam. Chodziłam do prywatnej szkoły, byłam wzorową uczennicą. Nie zaskoczyło cię, że znam hiszpański? To moi rodzice. - Wskazała na łańcuszek. - Sara i Ed adoptowali mnie kilka miesięcy po ich śmierci. Nie mieli dzieci, para brytyjskich lekarzy. Dawali mi wszystko, o czym marzą dziewczyny, ale nic nie było już jak dawniej.. Nie byli moimi prawdziwymi rodzicami, nienawidziłam ich, chciałam swoje stare życie. Nie mogłam znieść tego, że ono nigdy nie wróci.. Więc uciekłam, trafiłam do bandy Josha.. Kiedy cię poznałam, pomyślałam, że może wszystko się zmieni.Byłaś inna, niż ludzie z ulicy. Dawałaś mi miłość, której dawno nie czułam. Miałam nadzieję, że mi pomożesz.. - Pociągnęła nosem.
Dopiero zdałam sobie sprawę z tego, że moja twarz jest cała mokra od łez. Pociągnęłam nosem i przycisnęłam dziewczynę do siebie. Była tylko osobą, niewinną niczemu, a ja jej szansą, którą zaprzepaściłam.
- Zachowywałam się egoistycznie. Jesteś dorosła, wiesz co robisz. Musisz wracać do domu. Do niej. - Wskazała na fotografię Violetty.
- Wrócisz do rodziny adopcyjnej?
Ivi spuściła głowę, nieśmiało kiwając. Odetchnęłam z ulgą. Ustaliłyśmy, że jutro wspólnie pojedziemy do jej domu.

Następny poranek minął jak na szpilkach. Obie z Ivi byłyśmy mocno poddenerwowane z powodu zbliżającego się wyjazdu do rodziców adopcyjnych dziewczyny. Z jakiegoś powodu odczuwałam strach. Jak państwo Jones zareagują na nasz, na mój widok?
Z dławiącą gulą w gardle zasiadłyśmy do wczesnego obiadu. Żadna z nas nie była w stanie myśleć o jedzeniu, dlatego postawiłyśmy na zwykłą pizzę. W milczeniu zajadałyśmy się hawajską z ananasem, wymieniając jedynie pojedyncze słowa.
Równo o przyszedł Emilio. Wcześniej zadeklarował się, że pojedzie z nami, żebyśmy nie musiały tłuc się autobusem. Nie chciałam dodatkowo strofować Ivi, pytając ją o drogę, a sama niezbyt znałam Rzym, toteż Włoch miał zabrać nas pod wskazany adres. Wyjechaliśmy pół godziny później.

Przez całą drogę siedziałam z tyłu, na fotelu pasażera, obok Ivi, trzymając ją za rękę. Dziewczyna nie odezwała się słowem, wpatrując w mijane budynki. Nasza dwójka też milczała, nie wiedząc, jak mamy zachować się w danej sytuacji. Czułam, jak wymyka mi się pomiędzy palcami. Teraz jest, ale za chwilę już jej nie będzie. Choć było to nierealne, miałam nadzieję, że cała ta rzeczywistość pryśnie, niczym mydlana bańka. Ścisnęłam mocniej palce nastolatki, gdy Włoch zaparkował przed domniemaną posesją małżeństwa Jones. Dom był duży, z zewnątrz bardzo ładny i gustowny. Ciekawa byłam, czy jego wnętrze, jak i pary, którą za chwilę miałam poznać jest tak samo piękne.
- Nie chce - wydusiła Ivi, odklejając twarz od szyby. Załkała, wtapiając się we mnie.
Objęłam jej plecy, czując jak do moich oczu również napływają łzy. Emilio zerkał na nas przez tylne lusterko ze zmartwioną miną. Miałam wrażenie, że zaraz stracę ją tak samo, jak parę miesięcy temu Javiera. Bezsilnie dam jej odejść, zrobi to na moich oczach. A później obie będziemy musiały z tym żyć, pogodzić się i zapomnieć.
Włoch jako pierwszy przerwał niezręczną chwilę, sięgając do bagażnika po walizkę, którą sprawiłam nastolatce. Ustawił ją obok auta i zasygnalizował, że poczeka tu, aż wrócę. Spojrzałam ostatni raz na Ivi i wspólnie wysiadłyśmy z samochodu. Przez cały czas trzymałam ją za rękę, niczym kilkuletnie dziecko, nawet gdy stanęłyśmy przed białymi drzwiami. Chwila.. Przecież ona była takim dzieckiem. Niczemu winnym maleństwem, które doświadczyło tak wielu niepotrzebnych rzeczy. Zacisnęłam mocniej palce na jej i nacisnęłam dzwonek. Po paru sekundach w drzwiach stanęła około trzydziestopięcioletnia kobieta o sylwetce osy i jasnych blond włosach do ramion Najpierw spojrzała na mnie, ale gdy jej wzrok przeniósł się na Ivi, zasłoniła usta dłońmi, przysłaniając zielone oczy łzami.
- Kochanie. - Pociągnęła nosem, siłą wyrywając dziewczynę z mojego uścisku. Patrzyłam, jak przytula ją do siebie, wołając męża. Zaraz potem pojawił się mężczyzna w okularach, z ciemną czupryną i nieznacznie łysiejącymi skroniami. Rzucając okiem na córkę poszedł w ślady żony. Widziałam ulgę na ich twarzach, zmieszaną ze łzami szczęścia. Stali w uścisku, dziękując Bogu za cud jaki im się przydarzył. Ivi nie powiedziała nic.
- Zaraz. Kim pani jest? - W końcu padło pytanie.
- Angeles Saramego - wydukałam.
- Oh, nieważne - rzuciła kobieta z angielskim akcentem i przycisnęła mnie do siebie. - Thank you very much.
Poczułam się niezręcznie, nie wiedząc co odpowiedzieć. Ivi przyglądała się całemu zajściu w milczeniu.
- Saro, daj pani oddychać. Zapraszamy do środka.
- Ale ja n-nie..
- Nalegamy. - Prawie siłą zostałam wepchnięta do środka. Pan domu wskazał nam salon i polecił otyłej gosposi zaparzenie herbaty, a sam zasiadł na kanapie, sadowiąc córkę na swoich kolanach. Obok spoczęła jego żona, tuląc się do nastolatki.
- Tak się o ciebie martwiliśmy, już myśleliśmy, że.. - Blondynce przerwał gromki płacz. Mąż pogładził jej plecy.
- Może ja wyjaśnię. - Pierwszy raz śmiałam się odezwac. Kątem oka spostrzegłam, że Ivi patrzy na mnie ze smutną miną.
- Angie się mną zajęła - wypaliła pierwsza. - Przygarnęła mnie z ulicy, nakarmiła i pozwoliła u siebie mieszkać. Przedtem opiekował się mną Joshep, pomagałam mu w robocie.
- Toż to pedofilia, pewnie kazali ci uciec, albo porwali i wciągnęli do swojej sekty. Ja zaraz dzwonię na policję! Dziecko, będziesz w stanie go rozpoznać? - Mężczyzna zerwał się z miejsca, lecz szybko został zganiony przez żonę.
- Daj spokój, Ed - burknęła nastolatka. - Ci ludzie zajęli się mną. A Angie? Tylko dzięki niej tu jestem..
Uśmiechnęłam się, łzy przysłoniły mi widoczność, ale nie na tyle, żeby nie dostrzec zbliżającej się dziewczyny Mała wcisnęła się na moje kolana i przytuliła.
- Jesteśmy pani dozgonnie wdzięczni! - pisnęła pani domu. - Jak możemy się odwdzięczyć? Skarbie, przynieś papier do czeków.. - zwróciła się do partnera.
- Nie - zaprotestowałam natychmiastowo. - Nie trzeba, nie zrobiłam tego dla pieniędzy.
- W takim razie chociaż zapłacimy za koszty podróży, jedzenie, ubrania..
- Na prawdę nie jest to konieczne - zapewniłam. - Jeśli chcą się państwo zrekompensować, to proszę dobrze się nią zając. - Ucałowałam czubek głowy Ivi. - Muszę już iśc.. - szepnęłam wprost do jej ucha. Nastolatka gwałtownie się poderwała, patrząc na mnie zapłakanymi oczami.
- No wiem..
- Hej, skarbie. Obiecuję, że jeszcze cię tu odwiedzę przed wyjazdem.. Do zakończenia roku zostało trochę czasu, może nawet poproszę twoich rodziców, żeby przywieźli cię do mnie, spędzimy razem fajnie dzień.
Nastolatka otarła łzy i lekko się uśmiechnęła, ściskając mnie mocno.
- Proszę, to moja wizytówka. Jeśli potrzebowałaby pani pomocy, proszę dzwonić. - Ojciec Ivi podał mi mały kartonik.
Podziękowałam, pomachałam dziewczynie ręką i nie przedłużając pożegnania, opuściłam dom.
Przed posesją, oparty o samochód czekał Emilio. Nie powstrzymując już łez, podeszłam i objęłam go w pasie, chlipiąc cicho.
- No już. - Pogładził dłonią moje włosy. - Ona o tobie nie zapomni.
Nieśmiało oderwałam się od mężczyzny i zajęłam miejsce pasażera. Nie zwróciłam uwagi, że zamiast pod apartamentowcem zatrzymaliśmy się przed jednym z włoskich barów.
- Przyda ci się trochę rozrywki - mruknął Emilio. Nie protestowałam, podążając za nim.
W lokum górowały ciemne barwy i unosił się kręcący w nosie zapach tytoniu. Kichnęłam parę razy, na co przyjaciel polecił, abym zaczekała pod parasolkami, na zewnątrz lokalu. Nie protestowałam. Taras był pusty, jedynie w kącie, piwo popijał jakiś samotnik. Oparłam się o balustradę, wyczekując Włocha.
Wkrótce mężczyzna nadszedł, niosąc dwie wąskie literatki z kolorowym płynem. Jedną podał mi, a z drugiej upił nieco.
Pociągnęłam słomką. Po moich wargach rozszedł się ostry, słodki smak. Spodobało mi się i w szybkim tempie połknęłam połowę drinku.
- Nie patrz tak na mnie, pić mi chyba wolno - rzuciłam, spostrzegając kątem oka, jak Emilio zerka na mnie, gdy opróżniałam resztę literatki. Upiłam ostatni łyk i odstawiłam szklankę na stolik, znikając za drzwiami lokalu.
- Może coś ci postawić.. - zamruczał jakiś mężczyzna, siedzący przy barze, gdy poprosiłam o kolejnego drinka. Przyjrzałam się mu. Był otyły, miał około pięćdziesięciu lat i szare, ulizane włosy zebrane w kitkę z tyłu głowy oraz granatowy garnitur, pod którym chowała się hawajska koszula. W oczy rzucił mi się duży sygnet na jednym z jego palców oraz złoty ząb, który raczył wyszczerzyć  w moją stronę. - To jak będzie, laleczko?
- Nie, dzięki - odrzuciłam, przenosząc wzrok na barmana, przygotowującego moje zamówienie.
- Ale jesteś spięta, wyluzuj się.. - Dotknął mojego uda.
Poczułam, jak zaczyna zbierać się we mnie złość, pod wpływem jego ruchów na mojej nodze. Zacisnęłam pięść i zamachnęłam się, czując, jak perkaty nos mężczyzny wydaje z siebie chrupnięcie.
- Ty żmijo! - wrzasnął, dotykając twarzy, z której tryskała krew.
Błyskawicznie na miejscu pojawił się ochroniarz, chwycił mnie za ramię i siłą wyprowadził z lokalu. Za sobą słyszałam szepty ludzi i obraźliwe krzyki mężczyzny. Zaraz potem przed budynkiem pojawił się Emilio.
- Co się stało?
W odpowiedzi machnęłam ręką i bez słowa ruszyłam przed siebie. W pewnym momencie pośród wielu budynków wyłonił się sklep całodobowy. Bez namysłu weszłam do środka, już po chwili wychodząc z butelką pierwszego - lepszego wina. Odkorkowałam butelkę i przyłożyłam do ust.
- Angie, nie zachowuj się jak dziecko. - Emilio chwycił mnie za ramię tak mocno, że poczułam ból. Wyrwałam się, klnąc pod nosem. Alkohol zdążył już omamić mój mózg.
- Odczep się - syknęłam, upijając kolejne łyki trunku.
- Nie. - Mężczyzna wyszarpał z mojej dłoni butelkę i odstawił ją na murek.
W akcie buntu usiadłam na środku chodnika, dłubiąc patykiem w chodnikowej kostce. Nie zraziło to Włocha, bo bez wzruszenia klapnął obok mnie. Spojrzałam na niego pytająco. Wzruszył ramionami i skrzyżował nogi. Odwróciłam wzrok.
- Proszę cię.. - wyszeptał.
Bez słowa poderwałam się z ziemi. Nie miałam ochoty na poruszające rozmowy, dlatego nie zwracając uwagi na Emilio, oddaliłam się w kierunku mieszkania.

Nazajutrz, gdy się obudziłam dopadł mnie nurtujący ból głowy.
"Albo umieram, albo mam kaca.. " - pomyślałam, człapiąc do kuchni, gdzie paroma haustami wlałam w siebie trzy szklanki kranówki.
Przetarłam zmęczoną twarz i opadłam na kanapę. Dochodziła siódma rano.
- Cholera, dziś poniedziałek! - Oświeciło mnie.
Narzekając pod nosem popędziłam do sypialni, zarzucając na siebie pierwszą - lepszą sukienkę, do tego zrobiłam nieco mocniejszy w pośpiechu makijaż, ugryzłam skibkę chleba i mijając w holu Tomasa, biegiem ruszyłam w kierunku postoju taksówek. Dopiero siedząc w fotelu samochodu, w spokoju przyjrzałam się efektom porannej rutyny. Miałam na sobie, czarną sukienkę, którą nabyłam podczas zakupów z Ivi i potargane rajstopy, a na paznokciach pozostawały resztki czarnego lakieru. Zapłaciłam kierowcy i wysiadłam przed szkołą. Dziś nie czekał na mnie Emilio. Pomyślałam, że to wszystko przez moje wczorajsze zachowanie i z postanowieniem, że później go przeproszę, ruszyłam do pokoju nauczycielskiego.
Mijający mnie na korytarzu uczniowie przyglądali mi się w osłupieniu. Cóż, wyglądałam dość niecodziennie, w oczy mógł też rzucać się śnięty wyraz twarzy. Starałam się jednak grzecznie przywitać i nie wdawać w zbędne dyskusje. Drzwi gabinetu nauczycieli były otwarte. Usłyszałam kłótnię.
- .. chyba jej nie wyrzucisz! - cedził Emilio.
- Oczywiście, że nie, ale musi się opanować. Ja rozumiem, że choroba wszystko zmienia, wyjazd tej dziewczynki - "Czyli mówili o mnie" - ale ona nie może się publicznie tak zachowywać, dzieci ją widziały! Pomyśl, co będzie, jak zaczną wydzwaniać oburzeni rodzice. Na razie mam na głowie tylko jedną rodzinę.
- Dobrze, obiecuje, że z nią porozmawiam - westchnął blondyn. - Za dwa tygodnie koniec roku, Angie i tak wyjeżdża..
Dłużej nie miałam ochoty tego słuchać. Poczułam się, jakby ktoś dał mi w twarz. Kolejny punkt przesądzający nad powrotem do Buenos Aires.
Zła, stwierdziłam, że pierwsza lekcja odbędzie się bez sprawdzania listy obecności i udałam się do swojej klasy. Podopieczni przez całe zajęcia uważnie lustrowali mnie wzrokiem, ale starałam się to ignorować.  W napięciu przetrwałam czterdzieści pięć minut.

Podczas przerwy do mojej klasy zajrzał Emilio. Przez myśl przeszło mi, że mogłam się tego spodziewać.
- Hej, zapomniałaś czegoś. - Na blat biurka położył dziennik grupy, z którą miałam ostatnią lekcję. Z jego twarzy nie schodził sztuczny uśmiech. Odpowiedziałam mu pochmurnym grymasem. - Kac, co? - roześmiał się. - Jak chcesz, to..
- Nie, nie chcę - obrzuciłam go chłodnym tonem, udając, że zawzięcie szukam czegoś w jednej z szuflad.
- Coś się stało?
- Och, nic - odparłam sarkastycznie.
- Angie, chcę ci pomóc..
- Czyżby?! - Zacisnęłam wargi i odwróciłam się twarzą do niego. - Przecież i tak po zakończeniu roku wyjeżdżam, zapomnimy o sobie..
Włoch westchnął i przetarł twarz dłońmi, mrucząc pod nosem niewyraźne Słyszałaś...
Pokiwałam tylko głową i zabrałam się za dalsze wertowanie szuflady.
- Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. Luisowi chodziło..
- Nie obchodzi mnie, o co chodziło Luisowi, tobie i wszystkim innym. Możecie się odchrzanić.
- Jak ty wyglądasz.. - Emilio zdawał się mnie nie słuchac, zarzucił na moje nagie ramiona i plecy, które przebijały pomiędzy czarną koronką  swoją marynarkę. Błyskawicznie zrzuciłam ją na podłogę.
- Angie, do cholery, nie zachowuj się jak rozkapryszona dziewczynka! - podniósł głos. - Jesteś młodą, piękną, uzdolnioną kobietą, którą spotkało wiele złego, ale..
- Wypchaj się, nie potrzebuje litości - syknęłam,wymijając go. Od niechcenia włożyłam marynarkę mężczyzny, lecz resztę przerw przesiedziałam w łazience.

_____________________________
No i mamy next. 
Trochę dłuższy, nieskładny i mało sensowny w moich oczach, ale cóż, oceńcie go sami. ;)
Ivi wpadła i wypadła, ale spokojnie, jeszcze się pojawi.
Proszę o komentarze.

Abrazo, 
Wiktoria

PS. Znowu  zmieniłam nick, ale spokojnie, to nadal ja. ;)

środa, 23 lipca 2014

Rozdział 119

Z przed kliniki ruszyłam pieszo do domu. Po drodze towarzyszyło mi nieznośne uczucie wątpliwości. Nigdy nie miałam styczności z podobnymi metodami leczenia, toteż bałam się konsekwencji. Mój ojciec zmarł na raka, jednak nie był poddawani tej.. radioterapii. Czy wbrew słowom profesora, miałam się czego bać?
 Minęłam główną aleję i ulicę, na której mimo piątkowego wieczoru kłębiły się liczne stragany. Wybrałam dłuższą drogę, przez park. Przypominał mi ten, w Buenos Aires, do którego przychodziłam pomyśleć, odprężyć się, czy po prostu w spokoju spędzić czas. Co prawda nie było tu mojej ulubionej ławki, na której zawsze spotykałam się z Pablem i gdzie po raz pierwszy pocałował mnie German, ale choć w minimalnym stopniu zapewniał ten spokój i wyciszenie.
Wybrałam miejsce przy fontannie. Na ogradzającym ją murku siedziała para nastolatków, samotnik w średnim wieku, namiętnie czytający jakąś powieść i..
- Javier? - szepnęłam, podrywając się z ławki, ze wzrokiem wlepionym w kilkuletniego chłopca z długimi, blond włosami. Siedział na kamieniu, odwrócony do mnie tyłem i bawił się motorówką. - Javierku..
Stawiałam powolne kroki w kierunku malca, będąc niczym w transie. Moje serce kołatało z przejęcia, a wnętrzności migiem znalazły się w gardle. Byłam coraz bliżej..
Wtem jakaś młoda para podeszła do chłopca. Mężczyzna w okularach wziął go na ręce i wtedy mogłam przyjrzeć się twarzy dziecka, równocześnie czując zawód. Nie był to Javier, choć z daleka wydawał się taki podobny.. Wiedziałam, że to niemożliwe, żeby zmarłe dziecko tak nagle pojawił się w centrum Włoch, ale w duchu miałam nadzieję, że spotkałam właśnie mojego chłopca, jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało.
 Przypomniałam sobie, że dawno nie odwiedzałam argentyńskiego cmentarza, na którym spoczywał. Był to kolejny powód, dla którego czułam, że muszę wrócić do Buenos Aires. Zostawiłam tam nie tylko rodzinę, groby, ale i serce.
Westchnąwszy, stwierdziłam, że wszelka ochota na spacer wyparowała i z niezbyt wesołą miną, już znaną mi drogą wróciłam do apartamentowca.

- No nareszcie! - Spotkałam się z niezadowoleniem Ivi, gdy tylko przekroczyłam próg.
- Cześć - mruknęłam, zrzucając z siebie katanę.
- Gdzieś ty była? Tylko mi nie mów, że tyle trwało spotkanie z tym lekarzem.. Właśnie, co ci powiedział? - Strzelała pytaniami.
- Daj jej odetchnąć. - Doleciał mnie znajomy, męski głos. Uniosłam głowę. Obok Ivi stał..
- Pablo? - jęknęłam.
- Jaki Pablo? - Tym razem odpowiedziało mi zdziwienie nastolatki. Widmo przyjaciela zniknęło.
- N-nie, nic.  - Pokręciłam głową, wlekąc się do łazienki. Tam dla otrzeźwienia przemyłam twarz wodą i wciąż nachylając się nad umywalką, sięgnęłam do kieszeni spodni, z której wyłowiłam zakupione wcześniej lekarstwa, zapisane przez dr. Romerro. Wysypałam na dłoń dwie, podłużne, niebieskie kapsułki, wpatrując się w nie. Nigdy nie pochwalałam nowoczesnej medycyny, w młodości mama zawsze raczyła mnie i Marię domowymi lekarstwami. Westchnęłam i jednym haustem połknęłam tabletki.
- Chcesz się mnie pozbyć, Angeles? 
 Gwałtownie się wyprostowałam. W lustrze odbijała się sylwetka Czarka. Wyglądał na mocno rozwścieczonego, jego blada twarz pożółkła, a oczy wypełniły czerwone żyły.
- Chyba zapomniałaś, że jestem tobą, a przecież nie zniszczysz części siebie. - Znalazł się niebezpiecznie blisko mnie i choć był o dwie głowy niższe, czułam jego rażący poblask. Ani drgnęłam, wpatrując się w naprzeciwległą ścianę. Lodowata dłoń chłopca zetknęła się z moim policzkiem, pokrytym palącym rumieńcem.
- Angie, zrobiłam makaron ze szpinakiem, zjesz? - Przerwało pukanie Ivi. Czarek posłał mi ostatnie, złowieszcze spojrzenie i zniknął.
Schowałam pudełeczko z tabletkami do szafki, wytarłam mokrą twarz i dołączyłam do zdezorientowanej nastolatki.
- Wszystko gra? - spytała, zerkając na mnie znad talerza.
- Jasne - odparłam, grzebiąc widelcem w makaronie. - Przepraszam, jestem zmęczona. - Powiedziawszy to odeszłam od stołu.
- Czekaj! Co powiedział lekarz? - Dolatywało za mną.

Przespałam dobre kilka godzin, bo gdy się ocknęłam za oknem błyszczały już uliczne lampy. Nie do końca obudzona wynurzyłam się z sypialni, człapiąc co salonu, gdzie Ivi z miską popcornu oglądała jakiś thriller. Bez słowa usiadłam obok niej, przecierając zmęczoną twarz. Dziewczyna nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi, wpychając do buzi kolejne porcje prażonej kukurydzy.
- Od poniedziałku będę chodzić na jakieś zabiegi do kliniki, w której dziś byłam. Do tego dostałam lekarstwa - powiedziałam, patrząc na Ivi. Nawet na mnie nie spojrzała. - Przepraszam, że nie poświęcam ci wystarczająco dużo uwagi..
- Ty nie poświęcasz jej sobie. - Odstawiła miskę na szklany stolik. - Martwię się o ciebie. Chodzisz przemęczona, prawie nic nie jesz..
- Wiem, że moje życie nie będzie już nigdy wyglądało, jak wcześniej, ale pozwól mi czuć się, jak normalna osoba. Taka starsza siostra. - Uśmiechnęłam się.
Nastolatka wtuliła się w moje ramiona. Ochoczo odwzajemniłam uścisk, gładząc ją po włosach i plecach. Dziewczyna poczęstowała mnie popcornem i choć nie przepadałam za mrożącymi krew w żyłach filmami, dołączyłam do kina.

Następnego dnia obudziłam się dosyć wcześnie. Tuż po wstaniu z łóżka odczułam ten sam, tępy ból głowy, lecz tym razem postanowiłam nie dawać o nim znać.
Za oknem znacznie się rozpogodziło, choć na niebie wciąż górowały ciemne chmury. Mimo to termometr skoczył w górę. Założyłam czarne jeansy i bordową, zwykłą bluzkę z rękawami do łokci. Na szyi zawiesiłam sowę na dłuższym łańcuszku, podkręciłam loki i zrobiłam lekki makijaż. Następnie najciszej, jak potrafiłam przemknęłam obok kanapy, na której spała Ivi i udałam się do kuchni, gdzie przygotowałam dwa talerze naleśników z serem. Kiedy skończyłam nalewać soku pomarańczowego, w drzwiach stanęła nastolatka. Ziewnęła głęboko i przywitała się, siadając do stołu.
- Która.. godzina? - wymamrotała zaspana, pomiędzy kolejnymi atakami ziewania.
- Dochodzi ósma.
- To ja wracam do łóżka..
- Nie, nie, nie. - Zatrzymałam ją. - Jemy śniadanie i wychodzimy.
- Jak to? - Dziewczyna natychmiastowo otrzeźwiała.
- Zabieram cię na zakupy. - odparłam z uśmiechem. - Pochodzimy po galeriach, a obiad zjemy na miejscu.
- Ale przecież ty..
- Daj spokój, zakupy dobrze zrobią i tobie i mi - przerwałam. 
Śniadanie zniknęło w dość szybkim tempie. Gdy opróżniłyśmy talerze do ostatniego okruszka, ponagliłam nastolatkę do ubrania się i przed dziesiątą wyszłyśmy z mieszkania.

Zarządziłam, że do centrum handlowego pojedziemy autobusem.
- Co ty robisz?
- Kupuję bilety. - odpowiedziałam, przeciskając się do kierowcy, podczas gdy Ivi w spokoju zajęła miejsce na siedzeniu na końcu pojazdu.
- Nigdy nie jechałaś na gapę? - zdziwiła się,  kiedy dołączyłam do niej z dwoma świstkami.
- To wbrew zasadom. - przypomniałam.
- Czyim zasadom? - mruknęła pod nosem, wlepiając wzrok w zaokienny obraz.
Nie odpowiedziałam, udając, że tego nie dosłyszałam. Zaraz po tym autobus zatrzymał się przy naszym przystanku. Pociągnęłam nastolatkę za sobą i skierowałyśmy się do nowopowstałej galerii. Była dość duża, mieściła w sobie setki sklepów. Zakupy nigdy nie sprawiały mi szczególnej przyjemności, nie lubiłam bez celu włóczyć się pośród stoisk i manekinów, ale było skutecznym zajęciem na zabicie czasu i odreagowanie. Poza tym chciałam spędzić czas z Ivi poza mieszkaniem i dać jej trochę swobody - w końcu przesiadywała tam nieprzerwanie parę dni. Celem był też zakup paru fajnych gadżetów, wszystkie swoje rzeczy pozostawiła w domu zastępczym i dopóki tam nie wróci, moim zadaniem było o nią zadbać.
Mimo moich dobrych intencji twarz dziewczyny od samego poranka pozostawała zachmurzona. Podczas gdy oglądałam wystawione na manekinach sukienki w kwieciste wzory i wysyłałam zachęcające uśmiechy - ona zbywała je markotną miną.
- Może powiesz, co ci się podoba? - rzekłam w końcu.
Nastolatka stała na środku sklepu, wpatrzona w jeden z manekinów, prezentujący z dumą czarną, skórzaną kurtkę z ćwiekami na ramionach i rękawach oraz mnóstwem zamków.
- Podoba ci się? - spytałam. Ivi uniosła lewy kącik ust w górę i pokiwała twierdząco głową.
Podeszłam do sprzedawczyni i poprosiłam egzemplarz o numer mniejszy, następnie poleciłam nastolatce przymiarkę. Zadowolona dziewczyna ustawiła się przed lustrem, z satysfakcją w nie spoglądając. Skóra i ćwieki to bezapelacyjnie nie był mój styl, ale skoro jej się podobało..
- Kupujemy. - położyłam dłoń na jej ramieniu.
Ivi popatrzyła na mnie ze zdumieniem.
- Nie możesz..
- Daj spokój. - roześmiałam się i podążyłam do kasy. Dziewczyna nie dawała się długo przekonywać. Zapłaciłam, podziękowałam i przeszłyśmy do kolejnego pasażu, wertując następne regały i wieszaki. Przed czternastą byłyśmy uzbrojone w dwie pary butów, trzy t-shirty z nadrukami i czarne oraz granatowe jeansy. Ja także zawiesiłam oko na prześlicznej, turkusowej sukience, jednak Ivi zaproponowała coś innego. Zaprowadziła mnie w kąt sklepu, w którym kupiłyśmy bluzkę z wizerunkami motocyklistów i z dumą zaprezentowała czarną sukienkę przed kolano z  koronkowymi plecami.
- Genialna, musisz przymierzyć! - pisnęła i wpakowała mnie do przymierzalni. Niechętnie zamieniłam jeansy i bluzkę w kolorowe kwiatki na sukienkę w stylu gotyckim, ale kiedy już przejrzałam się w lustrze, widok był całkiem imponujący.
Kiedy odsłoniłam zasłonkę Ivi zacmokała ustami i zaczęła klaskać.
- Laska. - zaśmiała się. - Kupuj!
Jeszcze raz obejrzałam się w lustrze. Jasne loki luźno opadały na odsłonięte ramiona, a koronka odsłaniała tył pleców,  aż do końca kręgosłupa. Była prostolinijna, bez zbędnych dodatków, w całości wykonana z czarnego materiału. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia.
"Raz się żyje."

Z po całości wypchanymi torbami zasiadłyśmy w strefie jedzenia, gdzie mieściło się kilka stoisk z fast-foodami. Wybrałyśmy małą pizzę z owocami morza i dwa kubki coli. Dopiero gdy usiadłyśmy, poczułam ból nóg. Mimo wszystko miły było patrzeć na zadowoloną twarz Ivi, kiedy oglądała nowe zakupy, czy głodna - zajadała się pizzą.
- Chyba pora się zbierać. - mruknęłam, zerkając na zegarek, gdy najedzone opadłyśmy na krzesła lokalu. Dochodziła piętnasta.
Nastolatka zawtórowała mi kiwaniem głowy, chwyciła ostatni kawałek pizzy oraz parę reklamówek i poderwała się z miejsca. Ociężała zrobiłam to, co ona i już po paru minutach byłyśmy w drodze do autobusu.

_______________________________
Bardzo proszę, jest i next. 
Taki jakiś nieskładny, niezachwycający, ani szczególny.
Angie zmienia image. 
Jak sobie ją wyobrażacie w czarnych miniówkach, zamiast w kolorowych wdziankach?

Uściski,
Wiktoria

piątek, 18 lipca 2014

Rozdział 118

W kuchni napotkałam spojrzenie Ivi. Stała z patelnią w ręku, ale gdy tylko mnie zobaczyła, odstawiła ją na blat i rzuciła mi się na szyję. Zaskoczona, objęłam jej plecy.
- Jesteś głodna? - zapiszczała. - O, na pewno!
Zostałam pociągnięta w kierunku stołu, gdzie czekały już trzy talerze z naleśnikami polanymi sosem czekoladowym i truskawkami. Dopiero na widok smakołyków poczułam burczenie brzucha i uświadomiłam sobie, że od wczorajszego ranka nic nie jadłam. Z ochotą zabrałam się za obiad.
Podczas wspólnie zjedzonego posiłku wspominaliśmy występy dzieci i dzieliliśmy się pomysłami co do przedstawienia na zakończenie roku. Ponadto Ivi wyraziła zainteresowanie uczęszczaniem do szkoły muzycznej. Gdy talerze były już puste, całą trójką zasiedliśmy przed telewizorem. Emilio przyniósł nam kubki z ciepłym kakałem, bitą śmietaną i rurkami z czekoladą.
- Chcesz nas utuczyć? - zaśmiałam się.
- Lubię rozpieszczać piękne kobiety. - Posłał mi i Ivi szelmowskie spojrzenie.
Upiłam łyk napoju. Jego ciepło i słodycz migiem rozeszło się po moim ciele. Za oknem szalała wichura. Wtuliłam się w kąt kanapy, gładząc włosy Ivi, której głowa spoczywała na moich kolanach. Zdążyłam jedynie pomyśleć, że czeka mnie kolejna rozmowa z Luisem, zanim otulona ciepłym kocem, z pełnym brzuchem zasnęłam.

Ocknęłam się niespełna dwie godziny później. Moja głowa spoczywała na ramieniu Emilio, który również pochrapywał. Brakowało tylko Ivi.
Wstałam ostrożnie, aby nie obudzić Włocha i zajrzałam do kuchni. Dziewczyna stała przy oknie, beznamiętnie obserwując deszcz. Wyczuła moją obecność, bo gdy tylko przekroczyłam próg, wzdrygnęła się nieznacznie i tyłem do mnie rzekła:
- Nie umrzesz, prawda?
Zaskoczyło mnie jej pytanie. Zamrugałam oczami, przez chwilę nie wiedząc, co odpowiedzieć. 
- Nie - wydusiłam.
Nastolatka obróciła się w moją stronę i uśmiechnęła. Odwzajemniłam to słabym uniesieniem lewego kącika ust. Wtedy do kuchni wszedł zaspany Emilio. Przeciągnął się i głęboko ziewnął. 
- Która godzina?
- 17:53 - odparłam. 
- Uh, będę leciał. - Przetarł oczy. 
- Na pewno przyda ci się drzemka, prysznic i świeże ciuchy - zaśmiała się Ivi. - Emilio był tu przez cały wczorajszy dzień i dzisiejszą noc. - Tym razem zwróciła się do mnie. - Widzisz jak o ciebie dba? Nie to co ten.. Luis. 
Westchnęłam, przypominając sobie o wczorajszej kłótni i popatrzyłam na speszonego przyjaciela. Ivi widząc nasze spojrzenia szybko się ulotniła.
- Dałem mu znać ci się dzieje. Pozwolił mi wciąć dziś wolne, nawet sam chciał przyjechać, ale mu to odradziłem. Mam nadzieję, że się nie gniewasz.
- Nie, skąd. Dziękuję - mruknęłam mało przekonująco. 
- Bardzo się zmartwił. Zapewnił, że posada nauczycielki w jego szkole nadal na ciebie czeka. Angie, może między wami da się jeszcze..
- Nie da - rzuciłam szybko. - Powiedz, że jestem zimną suką, ale nie kocham go i.. nigdy nie kochałam. - Mówiąc to spoglądałam mu w oczy.
- Ten mężczyzna.. German, tak? To dlatego tu jesteś?
Spochmurniałam, wlepiając wzrok w podłogę. Zacisnęłam pięści. Tyle osób o niego pytało, choć zaprzątał moje myśli, nie potrafiłam o nim rozmawiać.
- Luis twierdzi, że to z jego powodu się rozstaliście..
Westchnęłam. Przełamałam się i opowiedziałam mężczyźnie naszą krótką, ale jakże bujną historię. 
- Nie chciałam skrzywdzić Luisa, nie wiem, dlaczego zamiast niego widziałam Germana, dlaczego tak do niego mówiłam. Miałam nadzieję, że nam wyjdzie.. 
Emilio siedział w milczeniu, niemrawo kiwając głową.
- Ciągnie cię do Germana - stwierdził. 
Wzruszyłam ramionami. 
- Może to sentyment, zwykłe przywiązanie. Czuję do niego taką złość i wtręt, ale równocześnie nie umiem bez niego żyć.
- Nie przestałaś go kochać.
- Nie - zaprzeczyłam szybko. - To nie miłość. Ja już nie potrafię kochać.. 
- Przekonasz się, jak wrócisz. - Poklepał moje ramię. Spojrzałam na niego pytająco. - Nie mów, że tego nie chcesz - zaśmiał się. 
Nie odpowiedziałam, bo w tym momencie w kuchni ponownie pojawiła się Ivi. Emilio pożegnał się i wyszedł, a my leniwie spędziłyśmy resztę popołudnia. 

Nazajutrz wstałam o codziennej porze, ubrałam się, zrobiłam makijaż i zabrałam za przygotowywanie śniadania.
- Gdzie się wybierasz? - Ziewnęła Ivi, zabierając się za tosty.
- Do pracy - odparłam, uznając to za coś oczywistego.
- Chyba żartujesz! - Natychmiast otrzeźwiała. - Masz się nie przemęczać!
- Powtarzacie, że guz to nie choroba, więc mnie tak nie traktujcie. - Bez przejęcia posmarowałam grzankę dżemem wiśniowym.
Dziewczyna machnęła ręką, komentując coś pod nosem, jednak udałam, że nie słyszę jej uwag. Skończyłam jedzenie, chwyciłam torebkę i ruszyłam w drogę do szkoły.

Idąc, rozmyślałam nad spotkaniem z Luisem. Wiedziałam, że nie obejdzie się bez rozmowy, której tak bardzo chciałam uniknąć.
W pokoju nauczycielskim powitała mnie Patricia i Emilio, przecząco kręcąc głową. Nie odmówił mi jednak nieodzownego uśmiechu.
Zgarnęłam dziennik i nie zagrzewając dłużej miejsca w pokoju, skierowałam się do swojej klasy z cichą nadzieją, że nie natknę się na dyrektora. Miałam szczęście, to sali udało mi się dotrzeć bez przeszkód.
Kilka minut później zaczęli schodzić się uczniowie. Krótko przećwiczyliśmy nowe piosenki i zabraliśmy się za omawianie kolejnych detali przedstawienia. W zasadzie wszystko było gotowe, moim zadaniem było jedynie przeprowadzić kilka prób przed końcem roku. Młodzież ochoczo pracowała, wkładając w przygotowania serca i cały zapał.
Po skończeniu zajęć równie szybko, jak przyszłam, postanowiłam ulotnić się z akademii. Chwyciłam torebkę i dziennik ostatniej klasy, po czym zmierzyłam do drzwi. Pech chciał, że w progu stanął Luis. Miał dwudniowy zarost, zmierzwione włosy i zatroskaną minę. Wyglądał, jakby nie spał od paru dni.
- Angie..
- Przepuść mnie - zażądałam, próbując przecisnąć sie w drzwiach.
- Porozmawiajmy - poprosił.
- Nie mamy o czym. - Zabolały mnie własne słowa, bo wiedziałam, że zadaję mu tym kolejne ciosy. Odpuściłam i stanęłam przed nim, czekając, aż zacznie.
- Za bardzo wtedy wybuchłem.. Myślę, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz.
- Nie kocham cię - wypaliłam bezwstydnie. Mężczyzna zamilkł i spuścił wzrok. - Nie chcę cie oszukiwać, przepraszam. I myślę, że ty też nie kochasz mnie. Nie potrzebuje niczyjej litości. - Patrzyłam na niego, jednak ten wciąż unikał mojego spojrzenia. - Jesteś wspaniałym człowiekiem, jeszcze znajdziesz kogoś, kto da ci taką miłość, jakiej ja nie potrafię.
Włoch nadal milczał. Przysunęłam usta do jego chropowatego policzka i złożyłam na nim długi pocałunek. Następnie bez słowa go wyminęłam. Nagle poczułam szarpnięcie.
- Wiedz, że nasze relacje nie będą miały wpływu na pracę - szepnął, tym razem spoglądając mi w oczy.
Uśmiechnęłam się słabo i odeszłam.

W piątek byłam umówiona w klinice w profesorem, którego polecił mi Emilio. Nigdy nie lubiłam lekarzy, po prostu nie miałam do nich zaufania po bolesnym doświadczeniu z tatą i Javierem. Dokładnie pamiętałam, jak oboje leżeli przykuci do łóżka przez ciężkie miesiące. Obojga spotkał ten sam los. Ale byłam zobowiązana wałczyć. Obiecałam to Emilio, Ivi i sobie.
O godzinie szesnastej w pierwszy dzień weekendu, siedziałam już w poczekalni, czekając swojej kolejki.
- Conrado Romerro, witam. 
- Dzień dobry - odrzekłam, przyglądając się lekarzowi. Miał niewiele ponad trzydzieści lat, egzotyczną urodę i ciemne włosy do ramion.
Usiadłam we wskazanym miejscu, orzed biurkiem, gdzie mężczyzna przewertował moją dokumentację, mrucząc coś pod nosem. 
- Ma pani szczęście, guz nie jest złośliwy, ale bardzo długo się rozwijał. Dziwię się, że dopiero teraz zgłosiła się pani do nas. Proszę się nie martwic na zapas. - Spojrzał na moją przerażoną minę. - Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pani pomóc. Opracujmy przebieg leczenia. 
Przez następne dwie godziny tkwiłam w gabinecie dr. Romerro, omawiajac zabiegi i lekarswa, którym miałam się poddac.Otrzymałam nawet ulotkę grupy wsparcia. 
Musiałam od początku odpowiedziec na wszystkie pytania, dotyczące przedstawionych mi wcześniej objawów nowotworu. W pewnym momencie temat zaczął stawac się nieco drażliwy. 
- Proszę opowiedziec o halucynacjach. Przełknęłam ślinę, westchnęłam i przymknęłam oczy, zaraz po tym ponownie je otwierając. 
Dotychczas Czarek był moją tajemnicą, najskrytszym sekretem. 
- W dzieciństwie miałam wymyślonego przyjaciela, rozmawiałam z nim, bawiłam się. Od pewnego czasu znów go widzę. Zaczął pojawiac się w najmniej oczekiwanych momentach, kiedy miałam jakiś problem,albo gorej się czułam.
- Proszę mi powiedziec.. Czy teraz też tu jest?
Rozejrzałam się po pokoju. Chłopiec stał za fotelem Romerro i szatańsko się uśmiechał, przecząco kręcąc głową.
- T-tak - wydukałam. - Jest tu. Słyszy nas.
Mężczyzna zanotował coś w zeszycie i podsunął mi jakiś świstek.
 - Proszę wykupić te lekarstwa i brać codziennie rano. Od poniedziałku rozpoczniemy zabiegi radioterapii.
- Czy to.. boli?
- Nie - roześmiał się. - Umiejscowimy panią w specjalnej maszynie, w której zostanie poddana pani naświetleniu. Słychać będzie jedynie dźwięk urządzenia, żadnego bólu, czy dyskomfortu - wyjaśnił.
Kiwnęłam głową, podziękowałam i spojrzawszy ostatni raz na Czarka, wyszłam z gabinetu.

_______________________________

Jest sobie taki nijaki rozdział.
Mam nadzieję, że chociaż trochę się spodobał.
Za brak kreseczki nad c gorąco przepraszam.

Wiktoria

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 117

- Proszę pani.. Pani Angeles..
Otworzyłam oczy. Leżałam na kozetce w gabinecie lekarza, który w tejże chwili nachylał się nade mną. Bolesna prawda gwałtownie uderzyła do mojej głowy, poczułam jak znowu robi mi się słabo, ale nie miałam zamiaru kolejny raz mdleć. 
Usiadłam, spuszczając nogi na podłogę. Mężczyzna złapał mnie za rękę, jakby bał się, że znowu upadnę. Ja jednak gwałtownie się mu wyrwałam, zmierzając do drzwi. Nie miałam ochoty na rozmowę o diagnozie, czułam się rozgoryczona, rozżalona, zła.. 
- Guz nie jest złośliwy! Pani Saramego! - krzyczał za mną lekarz, ale nie słuchałam go. 
Przed drzwiami czekał Emilio. Minęłam go spojrzeniem, uciekając korytarzem. 
- Angie? Angie, co się.. 
- Pani Saramego! 
Słyszałam za sobą wołania mężczyzn, jednak byłam poza ich zasięgiem. Zaczęłam biec, gdy w oddali usłyszałam kroki. Nie miałam pojęcia, dlaczego uciekam, chciałam zostać sama, z dala od ludzkich pocieszeń, czułych gestów. Nie pierwszy raz w życiu marzyłam, aby zaszyć się gdzieś samotnie i najzwyczajniej w świecie rozpłakać. To mnie przerosło.. 

Oszołomiona wybiegłam ze szpitala. Przeczuwałam, że Emilio wciąż za mną podąża, dlatego nie wahając się, odbiegłam od budynku.
Nagle poczułam, że ktoś chwyta mnie za ramię.
- Puść mnie! - warknęłam, wyrywając się Emilio. Ku mojemu zdziwieniu napotkałam spojrzenie Luisa.
- Musimy porozmawiać - rzekł stanowczo.
- Nie mam teraz ochoty. - Już miałam odchodzić, kiedy..
- Ale ja mam! - Złapał mnie za nadgarstek z taką brutalnością, że poczułam ból. Wyszarpałam rękę, patrząc na niego z jadem w oczach. Szybko pożałował swojego zachowania i przeprosił.
Rozmowa z nim była ostatnim, czego wtedy potrzebowałam. Czułam, że zaraz się rozpłaczę, okazując słabość, którą za wszelką cenę chciałam przed nim ukryć. Odwróciłam wzrok, zaciskając wargi i powstrzymując napływ łez.
- Myślałem o nas - rzekł. - Kocham cię, Angie. Ale wiem, że ty nie kochasz mnie.
Przełknęłam ślinę, wiedząc do czego zmierza, ale milczałam. To samo usłyszałam niegdyś z ust Pablo.
Nie przeszkadzał mu hałas i to, że stoimy na środku chodnika, narażając się na poszturchiwania ludzi i ich złośliwe komentarze. Kontynuował:
- Nigdy nie zapomniałaś o tym mężczyźnie. Nie wiem co takiego się między wami wydarzyło, że próbujesz pocieszyć się w moich ramionach, choć wiesz, że to jego ci brakuje. Ja jestem tylko marną kopią, co? - mówił z wyrzutem, a jego głos drżał.
- Chciałabym zaprzeczyć - mimowolnie wyrwało mi się z ust. Szybko pożałowałam tych słów, przenosząc wzrok na Włocha. Jego ciemne oczy lśniły od cienkiej warstwy łez. Cierpiał. Zraniłam go. Tak jak Pablo. W ten sam sposób, dla tego samego.. żeby zapomnieć. I tym razem nie podziałało, i tym razem pozostawiła po sobie bolesny ślad.
Mężczyzna podszedł do mnie z wyciągniętymi rękami i pomasował moje ramiona. Następnie delikatnie, prawie w powietrzu musnął mój policzek i zniknął wśród tłumu.
- No brawo, Angeles - doleciał mnie szyderczy śmiech Czarka.

Biegłam  ulicami Rzymu, co rusz wpadając na zdegustowanych ludzi, obrzucających mnie kąśliwymi uwagami.
- Jak łazisz wstrętna babo?! - ryknęła jakaś starsza kobieta, której zakupy za moich pośrednictwem spotkały się z chodnikiem.
- Przepraszam - wyjąkałam cicho, pędząc przez siebie.
Nie wiedziałam dokąd zmierzam. Choć znajdowałam się w znacznej odległości od szpitala, poza zasięgiem Emilio, czy Luisa, wciąż biegłam. Wiatr tańczył pomiędzy moimi włosami, oprzytomniając nieznacznie. Dotąd nieco rozpogodzone niebo ponownie zakryły czarne chmury, z których zaczął kropić deszcz.
Przechodnie w mgnieniu oka poznikali z ulic lub pochowali pod parasolami. Jako jedyna niewzruszenie szłam, nie zwracając uwagi na pogodę. Było mi zupełnie obojętne, że w ciągu kilkunastu sekund zdążyłam przemoknąć do ostatniej, suchej nitki, trzęsłam się z  zimna i kompletnie nie wiedziałam, gdzie jestem. Diagnoza lekarza była wyrokiem, w jednej chwili zawalił się cały mój świat. Do tego nie mogłam wyzbyć się poczucia winy związanego z Luisem. Rozkochałam go, próbując zapomnieć o Germanie. To było jak deja vu, czułam się dokładnie jak rok temu, gdy rozstałam się z Pablo.

Do mieszkania wróciłam grubo po zapadnięciu zmierzchu. W środku czekał na mnie zdenerwowany Emilio, a Ivi oparta na jego kolanach spała na kanapie. Gwałtowne poderwanie mężczyzny obudziło ją.
- Boże, Angie. - Podszedł do mnie, gdy nieudolnie próbowałam wycelować kluczem w zamek. Wyciągnął go z mojej dłoni i odłożył na szafkę. Byłam cała przemoczona i lekko dygotałam, wzdrygnęłam się impulsywnie, czując jego ciepły dotyk.
- Przepraszam, jestem zmęczona - rzuciłam chłodno, człapiąc do sypialni.
Kątem oka zauważyłam, że zaspana nastolatka przygląda mi się z rozdziawionymi ustami. Zignorowałam ją, znikając za zasuwanymi drzwiami. Zrzuciłam z siebie przemoczoną marynarkę i zaczęłam odpinać guziki koszuli, która z niemiły efektem przykleiła się do mojego ciała. W tym samym momencie drzwi szurnęły, a w pokoju wyczułam obecność przyjaciela.
- Angie, nie zachowuj się jak dziecko - zaczął.
- To mnie tak nie traktuj - odrzuciłam, odwrócona do niego tyłem, nie zaprzestając zrzucania z siebie części garderoby.
- No to się tak nie zachowuj - pisnął wysokim głosem. - Posłuchaj. - Złapał mnie za łokieć, odwracając ku sobie. Mój nagi brzuch spotkał się z jego klatą i podzielił swoim chłodem. Stałam przed nim w samej bieliźnie i przemoczonej, rozpiętej koszuli, zarzuconej na skostniałe ramiona. Jakoś nie przeszkadzało mi, że jestem półnaga i Emilio może bez skrępowania wertować mnie wzrokiem, w pomieszczeniu nie paliło się światło, jedyny blask przebijał się zza szyb zamkniętych drzwi. Ledwo dostrzegałam rysy twarzy i oczy Włocha. Patrzyłam na niego odważnie, obserwując jak lustruje mnie zmartwionym wzrokiem. Pozostałam jednak niewzruszona.
Mężczyzna chyba w ostateczności nie wiedział, co powiedzieć, bo wypuścił mnie ze swoich objęć. Usiadłam na skraju łóżka, zrzucając z siebie mokrą koszulę, a następnie w samej bieliźnie wgramoliłam się pod kołdrę.
- Ubierz się - westchnął Emilio. Ja jednak pozostałam głucha na jego polecenie. Zacisnęłam powieki i udałam, że próbuję spać.
Usłyszałam zrezygnowane westchnienie, szurnięcie, a po chwili coś miękkiego wylądowało na moim ramieniu. Nie drgnęłam. Włoch podobnie, jak i ja nie zamierzał odpuszczać. Usiadł na skraju łóżka i szarpnął kołdrą.
- Zostaw! - warknęłam.
- Cicho, Ivi śpi - skarcił mnie, podając t- shirt. Niezadowolona ubrałam go na siebie i posłałam mężczyźnie wściekłe spojrzenie, które mimo ciemności zdawał się dostrzec. Przez chwilę siedziałam po turecku, aż w końcu ponownie zatopiłam się w pościeli. Emilio zrezygnował z dalszych prób porozumienia się i szczelniej otulił mnie kołdrą.
- Jestem po twojej stronie - szepnął mi do ucha, pocałował w skroń i odszedł. Dopiero, gdy upewniłam się, że jestem sama, mogłam dać upust emocjom. Załkałam cicho, chowając twarz w poduszce. Chciałam wyrzucić z siebie cały strach, smutek, ból i rozgoryczenie, które dzisiejszego dnia powróciły, jak stare przyjaciółki. W końcu światło przebijającej się przed drzwi żarówki zniknęło z mojego policzka i wszelki hałas ustał. Słyszałam jedynie kołatanie serca i dzwonienie w uszach, zagłuszające nieme łkanie. Wylewałam z siebie kolejne potoki łez, ale choć w najmniejszym stopniu nie poczułam się lepiej. Sztuczne światło w końcu zastąpił blady blask słońca, nieudolnie walczący z deszczowymi chmurami. Świtało, a ja ani na chwilę nie zmrużyłam oka. Dręczyły mnie te same emocje, których za wszelką cenę nie chciała pochłonąć mokra już poduszka. Czułam ból głowy i głębokie zmęczenie, a jednak nie pozwalałam sobie na sen. Przetoczywszy się na plecy obserwowałam wyłaniający się z mroku błękit sufitu. Zapatrzona, nie wiedziałam w którym momencie obraz zaczął się rozmazywać, czy to znaczy, że umierałam, czy zasypiałam. W końcu osiągnęłam coś, czego w tamtych chwilach pragnęłam najmocniej - straciłam świadomość..

Fala rażącego światła i ogromny zawód przystąpiły do mnie gwałtownie, gdy otworzyłam oczy. Czy miałam nadzieję na spędzenie w krainie snu wieczności? Możliwe. Po przebudzeniu odczułam nienawiść do świata i samej siebie, że pozwolono mi się ocknąć. Nie wiedziałam, która była godzina, ani jaki dziś dzień. Przestało obchodzić mnie, czy spóźnię się do pracy, czy może mamy weekend. Pozwoliłam sobie na śmiałe wylegiwanie, wciąż obserwując doszczętnie niebieski już sufit. Czułam, że mogę spędzić tu całą wieczność. Zapragnęłam jedynie przestać czuć. O tak.
Szuranie uniemożliwiło mi utratę kontaktu z rzeczywistością. Do sypialni wszedł Emilio. Wstąpiła we mnie wściekłość. Z przekąsem kazałam mu wynosić się z mieszkania. On jednak nie posłuchał.
- Napij się. - Wysunął w moim kierunku kubek z parującą owocową herbatą, której zapach uderzył do moich nozdrzy. Ogarniała mnie coraz większa wściekłość, będąc czułą na bodźce zewnętrzne. Tak bardzo chciałam pozostać niewzruszona, ponad to wszystko.. - No to poleżymy. - Włoch odstawił na komodę trzymany napój i ułożył się na łóżku, obok mnie.
Spojrzałam na niego kątem oka. Miał na sobie ubrania wczorajszego dnia; granatowe jeansy i tradycyjną, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem. Blond włosy sterczały na jego głowie w każdą stronę, a dwudniowy zarost podkreślał lekki uśmiech. Tak, nie pomyliłam się - on się uśmiechał. Poczułam jeszcze większą złość, nienawidząc jego uwielbiany jak dotąd optymizm.
- Dziś czwartek, 13:03, spałaś jakieś 14 godzin, jeśli w ogóle zdołałaś usnąć. - Spojrzał na mnie i jeszcze wyżej uniósł kąciki ust, na co odpowiedziałam mu zdegustowanym wzrokiem. - Nie chcesz rozmawiać? - Wesoło wzruszył ramionami. - To nic, ja uciąłem sobie pogawędkę z twoim szwagrem..
- ROZMAWIAŁEŚ Z GERMANEM?! - przerwałam mu, gwałtownie siadając na łóżku. Wlepiłam w niego wściekłe spojrzenie, ale z jego ust nie schodził uśmiech.
- Coś w tym złego? - odparł jakby nigdy nic, patrząc na mnie niewinnie. - Żartuje - rzucił, opuszczając kąciki ust i również usiadł.
- Kiepski dowcip. - wycedziłam przez zęby, zrzucając z siebie kołdrę z zamiarem wstania.
- Angie.. - Emilio chwycił mnie za łokieć, zmuszając do pozostania  w łóżku. Jego ciepłe dłonie spoczęły na moich nagich udach, a on sam wpatrywał się we mnie z troską. Poczułam, że zaczynam mięknąć. - Miałaś być dla Ivi przykładem, ona cię potrzebuje - szepnął. - A twoja siostrzenica? - Wskazał na ledwie widoczną w mroku fotografię Violetty, stojącą  na biblioteczce. - Pomyśl co by się stało, gdyby dowiedziała się, że najsilniejsza osoba, którą zna przestała walczyć. Masz dla kogo żyć, nie możesz się poddawać.
I wtedy nastąpiło coś, czego tak gorączkowo się obawiałam - zwyczajnie się rozpłakałam. Łzy strumieniami ciekły po mojej twarzy i luźno opadały na dłonie Emilio, dalej gładzące moje uda. o nic więcej nie pytał, nic nie mówił, po prostu zrobił coś, czego tak bardzo potrzebowałam - przytulił mnie. Przez te kilka minut mogłam czuć się na prawdę bezpiecznie. W tamtym momencie nie bałam się śmierci, miałam przy sobie przyjaciela, któremu nie przeszkadzało, że umieram i moczę jego porządną koszulę, był przy mnie, to zastępowało wszystkie słowa.
- Dziękuję. - Wymusiłam słaby uśmiech i wydmuchałam nos. - Gdzie Ivi? - Nagle przypomniałam sobie, że mam pod opieką dziecko.
- Jest w kuchni i przygotowuje obiad. Wiesz, jest bardzo inteligentną dziewczyną, dużo rozumie, pomagała mi się tobą opiekować i bardzo się martwiła.
- Nie wiem jak się wam odwdzięczę.
Mężczyzna uśmiechnął się życzliwie i polecił, abym coś z sobą zrobiła. Posłusznie poczłapałam do łazienki. Lustro nad umywalką ukazało moją osobę w opłakanym stanie; miałam mocno spuchnięte oczy, przetłuszczone, potargane włosy, a resztki makijażu strużkami zalegały na bladych policzkach. Przemyłam twarz tonikiem i nałożyłam nową warstwę kosmetyków, umyłam i wysuszyłąm włosy, a także w końcu zamieniłam rozciągnięty t-shirt z Super-Manem na szare, dresowe cygaretki i zwykłą bluzkę na ramiączkach. Wyglądałam nieco lepiej, jedynie nabrzmiałe powieki dawały znać o nieprzespanej nocy. Westchnęłam, wpatrując się w swoje odbicie. Miałam dla kogo walczyć.

__________________________
Lalalala, 117 poleciało. 
Jak Wam się podobało? :D
Tragizm, tragizm. Koniec Luisangie, dla fanów wielki buziak. 
Macie może ochotę na małe urozmaicenie między rozdziałami? ;)

Abrazo. ♥
Wiktoria

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 116

Gdy rozchyliłam powieki, do moich oczu dotarł kujący blask lampy. Usłyszałam stłumione szepty, które zdawały się osaczać mnie ze wszystkich stron, potęgując uczucie niepokoju. Zmarszczyłam czoło, próbując wyostrzyć obraz, ale światło nie ustępowało. Zamiast tego rozmowy zgromadzonych wokół mnie osób powoli stawały się składne i zrozumiałe. Rozróżniłam głos Emilio i drugi, zupełnie obcy dla mojego ucha.
- Budzi się.. - padło z ust nieznajomego. - Panno Angeles, czy mnie pani słyszy?
W odpowiedzi gwałtownie przekręciłam się na prawy bok, czując, że zaraz zwymiotuje. Ktoś podał mi pojemnik, ale okazał się zbędny. Z niemiły uczuciem mdłości, ponownie opadłam na poduszki. 
Niemo poruszyłam ustami, aby coś odpowiedzieć, lecz dopiero po kilku sekundach udało mi się wysapać słabe pytanie na temat tego, co się dzieje.
- I tak musimy poczekać na wyniki. - rozległo się niskim głosem, a następnie usłyszałam szuranie drzwi i ciszę. Poczułam, jak czyjeś ciepłe palce owijają się wokół mojej dłoni. W końcu udało mi się otworzyć oczy i bez większych przeszkód rozejrzeć dookoła. Leżałam na szpitalnej sali, a obok mnie siedział Emilio. Na jego twarzy nie gościł codzienny uśmiech, lecz zmartwioną miną wyrażał głębokie zaniepokojenie.
- Jak się czujesz? - szepnął bardzo cicho, jednak jego głos gwałtownie zakuł mnie w uszy. Zmarszczyłam czoło i przymknęłam oczy.
- Niedobrze mi. - wymamrotałam. - Co się stało?
- Zemdlałaś w szkole. Na szczęście był przy tobie Luis i wezwał pogotowie. - Słowa Włocha przypomniały mi, co działo się w magazynie. - Niestety nie mógł tu przyjechać, bo zatrzymali go rodzice, ale obiecał, że dojedzie po spotkaniach.
Mruknęłam coś i wymusiłam słaby uśmiech, dziękując mu za pomoc. Zadeklarowałam też, że czuję się w pełni na siłach, aby iść już do domu.
- Ivi! - Gwałtownie poderwałam się do pozycji siedzącej, ale tuż po tym obalił mnie ból głowy.
- Spokojnie, zawiadomiłem ją. Zaraz powinien przyjechać Luis, wtedy ja pojadę do twojego mieszkania i posiedzę z nią, nie martw się.
Kiwnęłam głową na znak, że to, co powiedział do mnie dotarło i opadłam na poduszki.
- Wiedzą co mi jest?
- Na razie trwają badania. - wytłumaczył. - Wychodzisz po południu, ale musisz wrócić za kilka dni, odebrać wyniki.
Uśmiechnęłam się lekko, tym razem większą siłą woli, niż wymuszeniem, z ulgą stwierdzając, że dobrze będzie mieć Ivi na oku. Emilio posiedział jeszcze ze mną przez chwilę i zgodnie z obietnicą udał się do mojego mieszkania, mijając się w drzwiach z Luisem. Uścisnęli dłonie, po czym twarz dyrektora szkoły obróciła się w moją stronę. Nie był już tak rozdrażniony, przeciwnie - uśmiechał się życzliwie.
- Już mi lepiej. - odpowiedziałam, zanim zdążył otworzyć usta.
- Cieszę się. - musnął mój policzek. - Nie chciałem tak wybuchnąć, przepraszam.
- Ja też. - szepnęłam beznamiętnie, wbijając wzrok w sufit.
Leżałam na kozetce w sali zabiegowej, toteż drzwi stale zamykały się i otwierały, przyzwyczajając moją głowę do codziennego szumu. Po upływie niespełna pięciu minut pojawiła się kolejna pielęgniarka. Tym razem nie zajęła się gorączkowym przeszukiwaniem dokumentacji, czy wynoszeniem igieł i strzykawek, ale trzymając w dłoniach jakiś świstek, podeszła do mojego łóżka.
- Proszę, wypis i recepta od profesora. Wizyta została zarejestrowana na godzinę jedenastą, 10 czerwca.
- Dziękuję. - Z ukrywanym trudem usiadłam na łóżku, spuszczając nogi i odebrałam kartę. Luis pomógł mi założyć buty i płaszcz oraz wstać, a następnie trzymając moją torebkę, prowadził mnie korytarzem, podtrzymując pod rękę i w pasie, jakby bał się, ze nagle upadnę, osunę się w bezkresną otchłań. Gdy usiadłam na fotelu pasażera, poczułam zmęczenie porównywalne do przebiegnięcia maratonu. Przymknęłam powieki, głośno sapiąc. Luis usiadł w fotelu obok i po chwili byliśmy już w drodze do mieszkania.

Na miejscu okazało się, że Emilio doskonale radzi sobie  z Ivi. Oboje siedzieli przed telewizorem i oglądali jedno ze spotkań Mundialu. Na dźwięk chrobotania klucza w zamku, odwrócili się ku drzwiom. Posłałam im najpromienniejsze uśmiechy na jakie było mnie stać i zamieniwszy kilka słów, z nieodzowną pomocą Luisa skierowałam się do sypialni.
Gdy opadłam na miękkie łóżko, dopiero zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem wyczerpana. Kolejne słowa Włochów i nastolatki już do mnie nie trafiały, niemal natychmiastowo odpłynęłam, ukołysana w objęciach Morfeusza.

Dni mijały, a ja nabierałam sił. Po pewnym czasie wróciłam do pracy i choć nie czułam się do końca zregenerowana oraz ku niezadowoleniu Luisa i Emilia - zajęłam się przedstawieniem na koniec roku.
Ivi także się uspokoiła, wyjaśniłyśmy sprawę z jej starym znajomym i postanowiłyśmy zacząć od nowa. Oczywiście nie zaprzestałam poszukiwań rodziny zastępczej dziewczyny, Emilio zdobywał coraz więcej informacji. Także sprawy z Luisem przybrały nieco inny kształt - mężczyzna bardzo troszczył się o stan mojego zdrowia, ale znacznie oddaliliśmy się od siebie. Punkt kulminacyjny osiągnęliśmy, gdy pewnego dnia, podczas wspólnego lunchu w restauracji znowu padło imię German.
- To mój szwagier. - rzuciłam zgodnie z prawdą, gdy zdenerwowany Włoch po raz kolejny zdecydował się torturować stół pięścią.
- Tylko? - syknął. - Nie wmówisz mi, że majaczysz imię męża siostry!
- Moja siostra nie żyje. - powiedziałam bardzo spokojnie, wciąż na niego nie patrząc. - Zmarła grube lata temu. I.. masz rację, German nie był dla mnie zwykłym, spowinowaconym członkiem rodziny. Byliśmy parą, bardzo długo, kochałam go. Ale to już nie ma znaczenia. - Ostatnie zdanie rzekłam odważnie patrząc mu w oczy. Luis jednak zdawał się nie dowierzać.
- Nic cię z nim nie łączy, ale jednak podświadomie o nim myślisz. - wycedził przez zęby, czerwieniąc się coraz bardziej. Nigdy nie pomyślałabym, że kryje w sobie tyle zazdrości.
Wzruszyłam ramionami, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć. Włocha najwyraźniej poruszyła moja obojętność, bo jeszcze bardziej poczerwieniał i z hukiem wyszedł z lokalu. Ja poczułam jedynie lekkie ćmienie głowy i w żołądku, nie chciałam doprowadzać do napiętej sytuacji między nami, ale nie mogłam ukryć prawdy - coraz częściej myślałam o Violetcie, Argentynie i.. Germanie.

Ruszyłam deptakiem w kierunku postoju taksówek. Mimo wspaniale rozbłyskującego słońca i lekkiego wietrzyka, dzień wydawał się szary i ponury. Szłam wpatrzona w brukową kostkę, raz po raz napotykając przed sobą zniecierpliwionych ludzi.
- Jak łazisz, kobieto?! - burknął jakiś mężczyzna. - Zaraz na kogoś wpadniesz!
Nie musiałam czekać długo, aby jego słowa znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Zapatrzona w wystawy sklepów, nagle poczułam uderzenie. Zachwiałam się i odskoczyłam w tył, słysząc czyjeś narzekania. Głos wydawał się dziwnie znajomy..
- Gregorio?! - Wytrzeszczyłam oczy, wpatrując się w rodaka.
- Och, Ążi. - wycedził z odrazą. - Jaki świat jest mały, nawet na innym kontynencie plączą ci się nogi.
Mimo jego kąśliwych uwag ucieszył mnie jego widok. Uśmiechnęłam się lekko i poklepałam go po ramieniu.
- Też się cieszę, że cie widzę.
Mężczyzna wyglądał na mocno zdegustowanego moim zachowaniem i otrzepał ramię, jakby otarło się o nie coś zdechłego.
- Co robisz w Rzymie?
- Stoję na środku ulicy i rozmawiam z niedorajdą. - burknął, ale widząc moją minę szybko dodał: Sprawy prywatne.
Pokiwałam głową. Nie bardzo wiedziałam jak z nim rozmawiać, w końcu nigdy nie dogadywaliśmy się, nawet jeśli spotkałam go w innym kraju i był jedyną bliską mi osobą.
- Będę już szedł. - powiedział obojętnym tonem, jednak patrzył na mnie ukradkiem. Odszedł parę kroków, ale nagle się odwrócił i znienacka rzucił w moje ramiona.
- Ciebie też miło widzieć. - zaśmiałam się.
- Nic takiego nie powiedziałem. - Gwałtownie oderwał się ode mnie, poprawił koszulę i z zadartym nosem ruszył przed siebie.
Chwilę jeszcze patrzyłam, jak odchodzi i sama się oddaliłam.

W szpitalu odszukałam recepcję, gdzie skierowano mnie do sali nr. 8. W środku, przy biurku siedział znany mi już lekarz.
- Dzień dobry, proszę usiąść. - Wskazał spory fotel.
- Wiecie już co mi jest?
- Niezupełnie.. Badania krwi i serca niczego nie wykazał. Proszę mi powiedzieć.. kiedy zaczęły się omdlenia?
Przez następne parę minut opowiadałam o utracie świadomości, bólach głowy i nudnościach, o które wypytywał mnie lekarz. Wszystko zaczęło się parę miesięcy temu, ale wcześniej nie przywiązywałam do tego większej wagi.
- Myślałam, że to przez stres..
Mężczyzna pogładził wąsy, zapisał wszystko w dzienniku, po czym ni stąd, ni zowąd wypalił:
- Cz miewa pani halucynacje?
Popatrzyłam na niego zdziwiona.
- Skąd to pytanie?
- Proszę odpowiedzieć.
Westchnęłam.
- Czasami widzę.. pewne osoby, albo.. sytuacje, które nie miały miejsca..
I tym razem lekarz mruknął coś pod nosem, a na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka, symbolizująca, że wnikliwie się nad czymś zastanawia.
- Dobrze, zrobimy jeszcze tomografię. Pielęgniarka panią zaprowadzi.
Zgodnie z tym, co powiedział, zabrano mnie do ciemnego pomieszczenia na wyższym piętrze. Tam ułożona na mechanicznym łóżku odczekałam na prześwietlenie. Gdy rutynowe zajęcia dobiegły końca, poinformowano mnie, że mam zaczekać przed gabinetem lekarza prowadzącego. Tam czekał na mnie Emilio. Zupełnie zapomniałam, że byłam z nim umówiona, chciał towarzyszyć mi przy odbiorze wyników. Przeprosiłam go za nieuwagę i usiedliśmy w poczekalni. 
Niewiele rozmawialiśmy, czułam lekkie ćmienie głowy i ogromny niepokój. Mina lekarza, gdy przeprowadzał ze mną wywiad mówiła sama za siebie, coś go martwiło i to samo władało teraz mną, ale nie chciałam dawać o tym znać. 
- To na pewno nic groźnego. - Włoch otoczył mnie ramieniem, czytając w myślach. Nie odpowiedziałam. Poderwałam się z miejsca, bo w tym momencie drzwi gabinetu lekarza otworzyły się i zaprosił mnie do środka. Chwyciłam płaszcz i torebkę, po czym posłałam Emilio ostatnie spojrzenie i weszłam do środka. Twarz lekarza nie wyrażała zadowolenia. 
- Co mi jest?
Lekarz westchnął głęboko, wpatrując się w wyniki tomografii.
- Wie pani, w medycynie istnieją..
- NIE OBCHODZI MNIE CO ISTNIEJE W MEDYCYNIE, CHCĘ SIĘ DOWIEDZIEC NA CO CHORUJĘ, CZY TO TAKIE TRUDNE DO ZROZUMIENIA?! - wrzasnęłam, zrywając się na nogi. Odgarnęłam włosy za ucho i usiadłam spowrotem na miejsce. Zrobiło mi się głupio, poczerwieniałam, nigdy wcześniej się tak nie zachowywałam. - Bardzo przepraszam. 
Mężczyzna mimo mojego wybuchu, uniósł kąciki ust, co było bardzo wymuszonym uśmiechem. Widziałam współczucie w jego oczach. 
- Badania wykazały obecność nowotworu ośrodkowego układu nerwowego.. Guz mózgu. 
Poczułam, że się chwieję. 

_________________________________

Tamtaram. I jest 116.
Rozdział jest wyjaśnieniem dwóch zapowiedzi (zakładka Ogłoszenia): Gregorio oraz Dlaczego Angie ma mdłości?
Tak, tak, biedna nasza. Biedny Luis. :P 
Mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecie.  
Do następnego! 

Wiktoria