czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 124

Antonio zapisał ci Studio..
Teraz kompletnie nie mogłam uwierzyć w słowa przyjaciela. W mojej głowie kłębiło się tysiące różnych myśli, które uparcie nie chciały ułożyć się w logiczną całość. Akademia muzyczna, którą odkąd pamiętałam prowadzi Antonio teraz należała do mnie?
- Nie znam się na zarządzaniu szkołą –szepnęłam po paru minutach rozmyśleń w ciszy. – Jak mam ją prowadzić?
- A chcesz? – zdziwił się Pablo, jakby nie było to czymś oczywistym.
- Przecież nie oddam tak ważnego dla mnie i dla moich bliskich miejsca! A ty? Stracisz pracę, a chcesz zakładać rodzinę.. Uczniowie, Violetta, moje dzieciństwo! Wyobrażasz sobie, że któraś szkoła daje posadę nauczyciela takiemu Beto?! O Boże, przecież bez Studia zamknął go w wariatkowie! – Złapałam się za włosy, ciągnąc za nie i nerwowo krążąc po pokoju. Zachowywałam się, jak obłąkana.  Pablo chyba uznał moje zachowanie za wyjątkowo zabawne, bo roześmiał się szczerze. Mnie nie było wesoło.
- Spokojnie. – Objął mnie ramieniem. – Poradzimy sobie. Na razie szukam dodatkowej pracy, tobie też radzę.
Kiwnęłam nieprzytomnie głową, błądząc myślami wokół spadku, który pozostawił mi Antonio.  Na pytanie przyjaciela o spotkanie z Violettą, opowiedziałam mu krótko o tym, co się stało, pomijając szczegół o tabletkach, Pablo nie wiedział, że choruję. Jego reakcja była podobna do Emilia, jednak cieszyła mnie podwójna dawka otuchy, jaką otrzymałam.
- Wróciłaś do Germana? – zapytał w końcu.
Wzruszyłam ramionami. Teraz było to bez znaczenia.
- On już kogoś ma, zapomniał. Ja chyba też muszę.
Mężczyzna popatrzył na mnie z politowaniem i ponownie przytulił.
- To dupek – szepnął z nutką rozbawienia. Zaczęliśmy chichotać.
Resztę popołudnia spędziliśmy na pogawędkach i wspomnieniach młodzieńczych lat, Studia, Antonia. Pablo nie chciał frustrować mnie niepotrzebnymi wzmiankami do spraw, o które należało zatroszczyć się w przyszłości, dlatego unikaliśmy zbyt głębokiego wkraczania w delikatne tematy. Choć dzisiejszego dnia tak wiele się wydarzyło, dostrzegłam plus:  po długiej rozłące odzyskałam przyjaciela.

Nazajutrz obudziłam się dosyć wcześnie. Wydarzenia wczorajszego dnia wybiły mi  z głowy zakupy, dlatego tym większe było burczenie mojego brzucha, kiedy spostrzegłam, że lodówka świeci pustkami. Nie lubiłam wielogodzinnych spacerów po supermarketach , ucieszyłam się cichą wymówką, że śniadanie zjem w restauracji, a wracając od lekarza uzupełnię zapas szafek.  Pospiesznie się odświeżyłam, ubrałam i umalowałam, bo głód wciąż dawał o sobie znać. W szybkim tempie znalazłam się w mojej ulubionej kawiarni, tuż koło parku, gdzie ja i Pablo poznaliśmy Monicę. I dziś napotkałam ukochaną przyjaciela.
- Cześć, co ci podać? – zapytała z uśmiechem.
- Proszę naleśniki z dżemem truskawkowym, sok pomarańczowy i kawę – wyliczyłam jednym tchem.
- Jasne, zaraz wracam.
I rzeczywiście, „zaraz” okazało się niespełna pięciominutowym czekaniem, po którym znów ujrzałam brunetką, niosącą tacę z moim zamówieniem,
- Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli się dosiądę? Właśnie rozpoczynam przerwę..
Odpowiedziałam jej skinieniem głowy, bo właśnie wcisnęłam do ust niemalże całego naleśnika.
- Ty i Pablo znacie się od dawna?- zapytała. Przytaknęłam mrugnięciem oczu, bo wciąż zajęta byłam śniadaniem.
- Wiesz może czy on.. traktuje mnie poważnie?
Przerwałam żucie i popiłam sokiem, bełkocząc w międzyczasie „Co masz na myśli?”
- No wiesz.. czy chce mieć dzieci.
Z wrażenia zakrztusiłam się piciem, którego połowę wyplułam z powrotem do szklanki. Po opanowaniu tego nieeleganckiego czynu przetarłam usta serwetką i rzekłam:
- Pablo o porządny facet, nie angażuje się, jeśli nie czuje, że mogłoby coś z tego być. Jeżeli chodzi ci o powiększenie rodziny, to sami musicie porozmawiać na ten temat, ale wiem, że byłby  idealnym ojcem
- Byliście razem? – wypaliła znienacka.
- Przez krótki czas, bardzo dawno temu. Ale możesz być pewna, że nic pozaprzyjaźnia między nami nie ma. Pablo cię kocha, nie możesz w to wątpić! Ale nie spieszcie się, pewnie znasz obecną sytuację Studia, oboje musimy poszukać jakiejś posady. – Położyłam dłoń na jej ramieniu i wyciągnęłam pieniądze, żeby zapłacić. Już miałam odchodzić, kiedy zatrzymał mnie głos kobiety.
- Tu, w restauracji szukają kelnerki – oznajmiła. – Marne pieniądze, ale zawsze coś.
Ochoczo przystanęłam na propozycję Monici, która zaprowadziła mnie do swojego szefa. Okazał się być nim chudy biznesmen, desperacko rozglądający się za jakimikolwiek rękami do pracy. Posadę otrzymałam niemalże od razu. Mogłam zaczynać od jutra. Zadowolona podziękowałam kobiecie i w niezłym humorze powędrowałam do kliniki. W końcu jakaś dobra wiadomość, pozwalająca optymistycznie patrzeć w przyszłość. Zauważyłam, że po powrocie do Buenos Aires nawet w przypadku niepowodzeń przepełniała mnie optymizm/

W klinice umówiona byłam z dr. Fleur, poleconym mi przez Włocha na godzinę 16. Profesor chyba mnie oczekiwał, bo poczekalnia świeciła pustkami i prób gabinetu przekroczyłam niemalże od razu.
Mój nowy lekarz okazał się być starszym, pulchnym i niski mężczyzną z brodą, o takim samym siwym odcieniu, jak włosy na jego łysiejącej głowie. Miał na sobie biały kitel i zawzięcie notował coś w kalendarzu, ale na mój widok natychmiast przestał.
- Panna Saramego, zapraszam.  – Wskazał fotel przed swoim biurkiem. Z oczu buchała mu życzliwość. Opowiedział pokrótce czego dowiedział się od mojego poprzedniego lekarza i przedstawił swoje propozycje. Miałam kontynuować zabiegi rozpoczęte we Włoszech. Ten pomysł niezbyt mi się spodobał, dotychczas nie zauważyłam żadnej poprawy.
- To na pewno skuteczne?
- W sześćdziesięciu pro..
-Nie interesują mnie żadne statystyki, chce wiedzieć , czy mi pan pomoże!
Mimo mojego uniesienia lekarz uśmiechnął się.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Jego słowa wzbudziły we mnie jeszcze większą złość, przecież wszyscy lekarze tak mówią, pomyślałam.
- Niech pan przyrzeknie – wypaliłam bez zastanowienia. – Na swoją brodę. – To też wymsknęło mi się mimo woli. – Jeśli nie zdoła mnie pan uratować, zgoli pan brodę. – Wyciągnęłam dłoń w jego stronę.
Zawahał się, ale ku mojemu zdziwieniu, uśmiechnął się i ścisnął dłoń. Mieliśmy umowę.

Po opuszczeniu kliniki udałam się do najbliższego marketu, musiałam w końcu zrobic zakupy. Przy wejściu chwyciłam koszyk i rozpoczęłam spacer między pułkami, wrzucając do wózka trochę warzyw i owoców, serów, wędlin, paczki makaronów, świeżych przypraw, mąkę, olej i inne przydatne produkty do wyczarowania jakiegoś skromnego obiadu. Stanęłam przed regałem, wypełnionym różnokolorowymi słoiczkami. Brakowało mi domowych dżemów i konfitur Olgi, musiałam zadowolic się sklepowymi. Mój koszyk stał się już ciężki i wyładowany po brzegi, dlatego z ulgą, że nie mogę wrzucić  do niego nic więcej, ruszyłam do kasy.
Przed sklepem, kiwając się na wszystkie strony pod ciężarem siatek spotkał mnie niemiły incydent. Byłam gotowa iść już w stronę domu, kiedy poczułam, że tracę równowagę, wpadając na kogoś. Kobieta wydała z siebie zduszony okrzyk i obie runęłyśmy na ziemię, a nasze zakupy rozsypały się po całym chodniku. Natychmiastowo zerwałam się do ratowania produktów spod nóg przechodni.
- Strasznie panią przepraszam, nie.. Olga?
Kobieta była tak samo zaskoczona jak ja. Momentalnie rzuciła zbierane rzeczy i nie zważywszy na to, że klęczymy na środku chodnika, pośród zniecierpliwionych ludzi, przytuliła mnie. Dopiero, gdy chowała mnie w swoich ramionach poczułam ulgę, jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Cieszyłam się, że ją widzę, była częścią mojej rodziny i osób, których tak bardzo brakowało mi poza granicami Argentyny.
- Angie, moja kochana! – Otarła łzę wzruszenia. Pospiesznie skończyłyśmy pakowanie i stanęłyśmy na uboczu deptaka, nie chcąc torować przejścia. – Pani Esmeralda mówiła, że przyszłaś do Violetty, ale nie chciało mi się wierzyć, w końcu nigdy nie widziała cię na oczy, ale kiedy zapytałam mojej dziewczynki, to jakoś tak dziwnie zareagowała, jeszcze dziwniej, niż kiedy o tobie wspominaliśmy od twojego wyjazdu! Ups.. – Zakryła dłonią usta, zdając sobie sprawę z tego, co przed chwilą powiedziała. – Etschuldigung.
- Nic się nie stało – uśmiechnęłam się, choć w duchu zabolało mnie to, że Violetta wciąż jest na mnie zła.
- Pan German już wie, pani Esmeralda mu powiedziała.
- I jak zareagował? – zapytałam, siląc się na obojtnośc, choć w rzeczywistości bałam się tego, co usłyszę.
- Zdziwił się i jakby trochę przestraszył, ale nic nie powiedział i zaraz zamknął się w gabinecie. – Może i to był dobry znak? - Tak mi przykro..
- Niepotrzebnie – roześmiałam się sztucznie – German i ta.. Esmeralda. Lubisz ją?
- O, ja! Przemiła kobitka, inteligentna, wykształcona i świetnie dogaduje się z Violettą, czego chcieć więcej! – Każde jej kolejne słowo sprawiało, że moje serce przyszywał ostry ból, ale mimo to wymusiłam uśmiech.
- Cieszę się, że wszyscy jesteście szczęśliwi. A ty i Ramallo?
Kobieta machnęła ręką.
- Przestrzeń osobista- pisnęła głosem Lisendra, naśladując jego ruchy, co mocno mnie rozbawiło. – Ale daje się od czasu do czasu pocałować. – Zamrugała znacząco. – Musisz wpaść na obiad, albo na kolację!
- Olgo, nie jestem pewna, czy jestem mile widziana w domu Germana. Chyba tylko ty i Ramallo cieszylibyście się z mojej obecności. Ale możemy się spotkać kiedyś na mieście we trójkę – dodałam pospiesznie, widząc posmutniałą twarz kobiety. Albo odwiedzicie mnie w moim mieszkaniu.
Chwilę jeszcze pogawędziłam z Niemką po czym w nieco mieszanym nastroju oddaliłam się w stronę domu. 
Fakt, że domownicy willi tak dobrze dogadują się z nową wybranką Germana lekko mnie dotknął. Czy to by znaczyło, że tak łatwo można mnie kimś zastąpic? Wszystko się zmieniło. 

Nigdy nie lubiłam gotowac, dlatego ryż z kurczakiem w pełni mnie zadowolił. Od jutra miałam zaczynac pracę w restauracji, więc mogłam korzystac z ostatniego wolnego popołudnia. Nie omieszkałam uprzątnąc dawno nieodwiedzanego mieszkania, ale gdy wybiła siedemnasta ponownie zaległam na kanapie. W końcu nie mogąc odeprzec oczywistych myśli, zdecydowałam się na odwiedzenia cmentarza. Dawno nie byłam na grobie Javiera, czy Marii, chciałam też pożegnac się z Antoniem, nie miałam okazji pojawic się na pogrzebie.
Po drodze kupiłam trzy bukieciki, po jednym na każdy pomnik. Gdy już przekroczyłam cmentarną bramę, przeszedł mnie dreszcz. Nigdy nie lubiłam tego miejsca, zawsze czułam się tu nieswojo. Już jako mała dziewczynka przesiadywałam przed grobami, wpatrując się w wykryte w kamieniu napisy i nie dowierzałam, że tej osoby już ze mną nie ma, nie uśmiechnie się do mnie, nie porozmawia. To miejsce wciąż napełniało mnie strachem. 
Pierwszym przystankiem był grób Marii, znajdujący się najbliżej głównej dróżki. Złożyłam na nim kwiaty i pomodliłam się, szybko odchodząc w kierunku miejsca, gdzie spoczywał Javier. Jak przed moim wyjazdem, pod pomnikiem leżał pluszowy miś, którego ode mnie dostał. Obok niego zauważyłam parę zniczy, German musiał często odwiedzac cmentarz. Poczułam się lepiej, stojąc w tym miejscu. Kiedy przebywałam we Włoszech targały mną wyrzuty sumienia, miałam wrażenie, jakbym go porzuciła, teraz zrozumiałam, że dom jest tam, gdzie jest rodzina.
Pociągnęłam nosem, ocierając mokre policzki. Tak bardzo mi go brakowało, nawet, kiedy wszystko wydawało się przegrane, jego niewinny uśmiech potrafił pomalowac świat. A może tęskniłam za tą stabilizacją, którą mi zapewniał? Za spokojnym, poukładanym życiem? Odkąd go nie ma wszystko zaczęło się sypac, po kolei. Może nie tęsknimy za ludźmi, lecz za wspomnieniami, które z nimi wiążemy?
Pospiesznie ułożyłam bukiecik na marmurowej płycie i udałam się ku pustemu placowi, miejscu, gdzie składano nowe pochówki. Bez problemu odszukałam grób Antonia, otoczony był jeszcze wiązankami i bukietami, wśród których ułożyłam też swój. „W ostatniej podróży towarzyszyła kuzynka”, „Stryja żegna bratanek” – głosiły zachowane wstążki. U samego spodu zapaliłam małą lampkę. Ciekawe, dlaczego ludzie to robią, pomyślałam. Akt pamięci?
- Och, Antonio.. – szepnęłam, zadzierając głowę ku górze. Niebo robiło się coraz bledsze i gdzieniegdzie mogłam dostrzec parę gwiazd. Może i on jest jedną z nich i patrzy na mnie z góry, jak Maria, tato i Javier. Wpatrując się w coraz ciemniejsze sklepienie próbowałam doszukac się odpowiedzi na nurtujące pytania, których był adresatem. – Dlaczego.. – Dlaczego ja? Dlaczego to zrobił, zostawił mi Studio? Dlaczego sądził, że wrócę, że sobie poradzę? Przecież wyjazdem pokazałam mu, jaka jestem niestabilna, nieodpowiedzialna, nie powinien był mi ufac..
Nagle do głowy przyszedł mi pewien pomysł. W końcu myślami odszukałam osobę, która mogła rowiązac wszystkie zagadki.

- Angie, witaj, kochana!
Uścisnęłam dłoń starszego mężczyzny, ponownie zajmując fotel restauracji. Julio LaTorre, stary przyjaciel mojego ojca i Antonia, to z nim byłam umówiona na następne popołudnie po pracy.
- Kiedy ostatni raz rozmawiałem z Emilio, twierdził, że zadomowiłaś się w Rzymie, co cię tu sprowadza?
- Niedokończone sprawy.
- Czyli to nie wakacje? Zostajesz?
- Tak. Rzym był wspaniały, pokochałam swoją pracę, poznałam świetnych ludzi, ale.. to nie moje miejsce. W Buenos Aires zostawiłam serce. – Uśmiechnęłam się słabo. Julio pokiwał głową. – Chciałam porozmawiac o Antonio, pewnie wiesz, że..
- Tak – przerwał mi, co przyjęłam z ulgą, nie będąc zmuszaną do przeciśnięcia przez gardło tych bolesnych słów. – Widziałem się z nim parę dni przed śmiercią, był taki mizerny, blady, zmęczony.. A wiesz, mimo to nie szczędził mi uśmiechu i dowcipów. O tak, takiego właśnie go zapamiętam.. Więc o co chodzi?
- Nie miałam okazji być na pogrzebie, ale kiedy wróciłam, dowiedziałam się, że testament Antonia został otwarty parę dni po jego śmierci, a z niego wynika, że Antonio zapisał mi.. Studio..
LaTorre uniósł brwi ze zdumienia i dziwnie poruszył się w fotelu.
- Jestem pewny, że miał ku temu jakiś powód – powiedział w końcu, uśmiechając się.
- Zaraz.. Julio, pan nie wie nic o zapiskach Antonia? – zdziwiłam się.
- Byliśmy przyjaciółmi, bardzo bliskimi, ja, Toni i twój ojciec, zawsze trzymaliśmy się razem, wspieraliśmy.. najlepsze wspomnienia wiąże właśnie z nimi – westchnął. – Ale niestety nie wtajemniczał mnie w swoje plany dotyczące spadku. Ta szkoła była dla niego wszystkim, może nie wiesz, ale właśnie całą naszą trójką założyliśmy Studio.
- Mój ojciec i pan byliście współwłaścicielami?! – wlepiłam wzrok w mężczyznę, który tylko pokiwał głową. – Ale jak to się stało, że nie masz w tym swojego udziału?
- Och, ja zostawiłem szkołę i wyjechałem podróżowac po Europie, a twój ojciec zajął się rodziną i karierą Marii.. Toni nigdy nie miał nam tego za złe, doskonale sobie radził, mimo młodego wieku zawsze umiał podjąc właściwą decyzję, dlatego jestem pewien, że wiedział, co robi, przekazując ci akademię.
Przetarłam twarz dłońmi. Dotąd myślałam, że Julio udzieli mi jakiejś wskazówki.
- Posłuchaj.. – Mężczyzna najwyraźniej wyczuł, że jego wypowiedź mnie nie usatysfakcjonowała. – Toni był mądrym facetem, jeśli sądził, że sobie poradzisz, to na pewno tak będzie, nie zostawiłby czegoś, czemu poświęcił całe życie w złych rękach. Słyszałem, jak śpiewasz, widziałem z jaką pasją nauczasz, jak obchodzisz się z uczniami. Aniołku, jesteś do tego stworzona! – ścisnął moje dłonie, jednak nie poczułam stabilnego gruntu, Julio trochę mnie uspokoił. 
- Dziękuję. – Uśmiechnęłam się. – Nie wiedziałam, że mój ojciec również zarządzał Studiem.. W zasadzie..  niewiele o nim wiem. Wszystko co pamiętam z nim związane, to szpitalne sale.
- Timothy był wspaniałym przyjacielem. Ja, on i Toni chodziliśmy razem do szkoły i zawsze trzymaliśmy się razem. Byliśmy jak bracia, na dobre i złe.. Wiesz, twój ojciec i Antonio byli jedynymi, którzy nie odtrącili mnie w czasie nauki, pochodziłem z biednej rodziny, nosiłem za duże ubrania, pisałem w poszarpanych i zniszczonych książkach. Później, kiedy Toni chorował zostaliśmy przy nim. Nie wiem, czy wiesz, ale twój ojciec był nosicielem wirusa HIV, często chorował, musiał się leczyc i długo unikał różnych rozrywek.. Traktowany go jako wyrzutka.. Zawsze był z nas trzech najrozsądniejszy i najbardziej honorowy. Zmarł tak tragicznie, kiedy jeszcze byłaś mała.. Wciąż pamiętam jego słowa na łożu śmierci. Uśmiechnął się i powiedział twojej matce, że jedyne czego żałuje w życiu, to to, że nigdy nie będzie mógł cię poznac.. Poprosił mnie i Antonia, żebyśmy kiedyś mu o tobie opowiedzieli.. Teraz ta misja spadła na mnie. O tak, Angeles, był wspaniałym człowiekiem..
Uśmiechnęłam się, czując piekące łzy pod powiekami. Nie pamiętałam ojca, co bolało bardziej, niż jego śmierc, dlatego tak bardzo rozumiałam Violettę.
- Bardzo za nim tęsknie – szepnęłam -  nigdy nie zaakceptowałam tego, że nie nauczy mnie jeździc rowerem i pluc jak facet. Chciałabym mieć swój autorytet..
- Możesz być pewna, że byłby twoim bohaterem..  – Julio ponownie poklepał mnie po ręce.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, po czym mężczyzna wymówił się spotkaniem i z obietnicą, że jeszcze kiedyś powrócimy do rozmowy o moim ojcu, pozostawił mnie w restauracji..

__________________
Jest i rozdział, trochę koślawy, ale jednak. 
Także ten.. XD Dalszy ciąg Angie, jako właściciela, nowa praca, itd..
Za brak kreseczki nad c gorąco przepraszam.

Uściski,
Wiktoria

piątek, 22 sierpnia 2014

Rozdział 123

Ocknęłam się pod wpływem głosu stweardessy, informującej o lądowaniu. Wyjrzałam za okno. Zza chmur obłoków wychylała się rozświetlona panorama Buenos Aires, otulonego mrokiem.
Poczułam, jak moje serce przyspiesza, a na usta wstępuje uśmiech. Argentyna, moja ojczyzna, kraj, w którym się wychowałam. Wspomnienia chwil spędzonych tutaj uderzyły we mnie niczym potężna fala tsunami. Poczułam lekki strach i obawy, kiedy już wraz z bagażami opuściłam samolot i lotnisko. Znowu tu byłam, mogłam przechadzać się rodzinnymi uliczkami, podziwiać piękno parku, w którym słychać było śpiew ze Studia, bez skrępowania rozmawiać po hiszpańsku z przypadkowo napotkanymi ludźmi, a co najważniejsze.. w końcu mogłam spotkać się z Violettą.
- Powoli, Angeles, nie ekscytuj się tak, mamy trzecią nad ranem. - O moje ramię oparł się Czarek.
Obruszyłam się, pozostawiając go za sobą. Miał rację, miasto powił jeszcze nocny półmrok, choć na deptakach zaczynali pojawiać się pierwsi ludzie, a na ulice powoli wstępowały kolejne samochody. Ziewnęłam głęboko, pomimo kilkugodzinnej drzemki w samolocie i ciągnąc za sobą walizki, udałam się do swojego starego mieszkania. Na klatce schodowej napotkałam sąsiada z góry. Od zawsze rozpoczynał prace już od świtu, dlatego jego widok nie był zaskoczeniem.
- Angie, cześć - przywitał mnie. - Dawno cię tu nie było.
- Jakiś czas przebywałam za granicą - wyjaśniłam.
- Hm, pod twoją nieobecność przychodzili tu jacyś mężczyźni, a kilka razy była też młoda dziewczyna.
- J-jak wyglądali? - wyjąkałam, sądząc, że tajemniczą dziewczyną z pewnością była Violetta.
- Cóż, jeden dość wysoki, bardzo szczupły, wręcz chudy. W średnim wieku i z łysiejącą czupryną, miał na nosie okulary i zawsze garnitur.
"Ramallo." - Przeszło mi przez myśl.
- Ten drugi był raczej przed czterdziestką. Umięśniony, ciemne włosy, zdawało mi się, że go kojarzyłem i nie myliłem się, w gazecie często piszą o niejakim inżynierze, Germanie Castillo, wydaje mi się, że pasuje do opisu - powiedział Adam, drapiąc się po brodzie. - Raz nawet zapytał mnie o ciebie, ale wyjaśniłem, że dawno cię nie widziałem.
- Dzięki. - Posłałam mu słaby uśmiech, na co zasalutował i popędził schodami w dół.
A więc German mnie szukał. I Ramallo. I Violetta. Martwili się.
Westchnęłam, otwierając drzwi mieszkania.
Zapaliłam światło, powitała mnie cisza i zapach kurzu i wilgoci. Rzuciłam bagaże w kąt i opadłam na sofę. Dopiero wtedy odczułam zmęczenie. Oczy piekły mnie niemiłosiernie, a barki i łopatki bolały. Nie zdążyłam nawet się rozebrać, gdy wyczerpana, zasnęłam..

Kidy się ocknęłam dochodziła 13, a ja wciąż leżałam w jeansach i marynarce. Dzień zapowiadał się wspaniale, za oknem błyszczał słońce, nie dające zaistniec ani jednej chmurce. Pogoda w Buenos Aires znacznie różniła sie od tej prawie codziennej pochmuernej we Włoszech. Poczułam, że na prawdęjestem w Argentynie, gdy powiew wiatru wpadł przez uchylone przez mnie okno. Przymknęłam oczy, rozkoszując się ciepłem promieni na moim zziębniętym ciele.
Dziś, poraz pierwszy od paru miesięcy mogłam spotkac się z Violettą. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, jak zachowa się gdy mnie zobaczy? Przed wyjazdem pozostawiłam jej jedynie list, później nie kontaktowałyśmy się ani razu..
Mimo nękających mnie obaw, z uśmiechem zażyłam ożeźwiającego po tak długiej podróży prysznica, pomalowałam się i ubrałam, gotowa ruszyc w drogę do willi Castillo. W moim żołądku i gardle dominowały ciężkie kule, które w parze z zpustkami w lodówce odrzuciły myśli o posiłku.
Zarzuciłam torebkę na ramię, ostatni raz przejżałam się w lustrze i wyszłam z mieszkania.

Normalnie krótka trasa prowadząca do domu szwagra, terazd dłużyła się niemiłosiernie. Idąc tam miałam świadomośc, że widząc się z siostrzenicą, nie uniknę spotkania z Germanem. Nie byłam też przekonana co zrobi on, gdy otworzy drzwi. Zostawiłam go, spędziłam z nim upojną noc, a następnie wyjechałam, mająs świadomośc, że nigdy nie wyzbędę sie uczuc do czekoladowookiego bruneta.
Minęłam park i główną aleję, ciesząc się widokiem znajomych miejsc. W pobliżu ławki, przy której zawsze spotykałam się z Pablo, doleciał mnie słodki zapach jabłek w karmelu. Po kolejnych pięciu minutach byłam już na miejscu. Willa nie zmieniła się, wokół ścieżki prowadzącej od bramy wejściowej rosły jedynie inne kwiaty. Furtka zaskrzypiała donośnie, gdy ją przekroczyłam. Drżącą ręką sięgnęłam dzwonka.

Do moich uszu doleciał dźwięk dzwonka, zagłuszonego przez głośne kołatanie serca, które biło tak zawzięcie, że to jego stukot mógł przywołać któregoś z domowników.  Nie minęło pięc sekund, a drzwi otworzyły się, lecz nie stanęła w nich Olga, czy German, w progu ujrzałam kobietę mojego wzrostu, lecz niewiele starszą, o piwnych, prawie żółtych oczach i brązowych włosach, sięgających jej do ramion. Pomyślałam, że jest ładna, gustownie ubrana w białą koszulę i czarną kamizelkę oraz cygaretki i szpilki tego samego koloru. Usta miała podkreślone czerwoną szminką,  a na jej palcu wskazującym widniał pierścień z równie krwistym kamieniem. Może Ramallo wyjechał na wakacje i była nową asystentką Germana? Mimo wyniosłego wizerunku odezwała się miłym i spokojnym tonem”
- Dzień dobry, w czym mogę pani pomóc?
Jej głos natychmiastowo mnie otrzeźwił i choć nie mogłam oprzeć się chęci zapytania kim jest, przestałam lustrować ją wzrokiem i wydusiłam:
- Mam na imię Angie, jestem ciotką Violetty, przyszłam ją odwiedzić.
- A, Angeles? – rzekła kobieta z dziwnym podekscytowaniem w  głosie, jakby codziennie prowadziła wyjątkowo ożywione rozmowy na mój temat. – Viola tylko raz wspomniała mi o tobie, cieszę się, że mogę cię poznać, proszę, wejdź. –Ustąpiła mi miejsca, gestem ręki zapraszając do środka.
Rozejrzałam się po pustym salonie, w powietrzu nie unosił się zapamiętany mi dobrze zapach truskawek, zniknął też fortepian, a na jego miejscu stała gablotka z porcelaną. Nie miałam dalszej okazji przyjże się ewentualnym zmianom, bo w tym momencie drzwi, przez które chwilę wcześniej przeszłam ja i tajemnicza brunetka otworzyły się i ujrzałam Violettę. Ona też wyglądała inaczej, niż przed moim wyjazdem; długie, brązowe włosy zostały ścięte krótko przed ramiona, pocięte i rozjaśnione, a sama nastolatka wyzbyła się cukierkowej spódniczki i wstążek, zastępując je ciemnofioletową sukienką za kolana, czarną kamizelką oraz dużo mocniejszym makijażem, który ukazał się, gdy zsunęła z nosa ciemne okulary. Na mój widok przystanęła, wpatrując się we mnie ze zdziwieniem i.. złością?
- Cześć, Violu. – uśmiechnęłam się. Nozdrza dziewczyny zadrgały, zacisnęła pięści i przygryzła warg. Kątem oka zauważyłam, że piwno oka kobieta czmycha do kuchni, zostawiając mnie z siostrzenicą.
- Co tu robisz? – burknęła, jakby od niechcenia.
- Wróciłam.
- To widzę. Po co?
„Umierasz, więc wracasz..” – w myślach przemknęły mi słowa Ivi. –Tęskniłam, chciałam się z tobą zobaczyć.
- Akurat – prychnęła z odrazą, odwracając wzrok.
- Kochanie, myślałam, że..
- Że przyjedziesz tu tak z Nienacka i zaczarujesz mnie kilkoma słodkimi słówkami i wszystko będzie dobrze? Tak? To źle myślałaś..
- Violu, czytałaś mój list?
- Nie nazywaj mnie tak! – oburzyła się. – Nie jestem już tą dziewczynką, która ślepo wierzyła w te twoje kochane słówka. Czytałam, bo co? Zaraz potem go wyrzuciłam, jak wszystkie wspomnienia z tobą związane. – Poczułam się tak, jakbym dostała do niej prosto w twarz. Było w niej tyle nienawiści. – Tato zrobił to samo. – Szybko uniosłam głowę, ignorując napływ łez do oczu. – Skrzywdziłaś go, zostawiłaś, kiedy nie radził sobie ze śmiercią Javiera.
- Violu, mnie też było ciężko.. – broniłam się, ale nastolatka zdawała się tego nie słyszeć.
- Ta kobieta, którą poznałaś to Esmeralda, dziewczyna taty – rzuciła z sarkastycznym uśmiechem, a ja poczułam jak niewidzialna obręcz ściska moje gardło, a ból przeszywa klatkę piersiową i głowę na wylot. Zapomniałam o tabletce..  Drżącą dłonią, czując, że tracę nad sobą kontrolę, sięgnęłam po fiolkę, wysypując z niej na dłoń kilka błękitnych tabletek.
- Och, nie rób z siebie ofiary – zaśmiała się się kpiąco Violetta, podeszła do mnie i szybkim ruchem ręki wytrąciła kapsułki, które rozsypały się po podłodze.
- Violu.. – Zszokowana nerwowo zaczęłam zbierać  je z paneli, czemu towarzyszył złośliwy chichot siostrzenicy – nie uważasz, że zachowujesz się egoistycznie?
- Ja? – prychnęła, śmiejąc się. – To TY wyjechałaś –rzuciła, jako ostatnie u wspięła się po schodach.
Zaczęło mi się kręcić w głowie, tak, że rozsypane tabletki przypominały teraz jedynie błękitne plamy na kremowym tle. Odpuściłam nieudolnym próbom zgarnięcia ich z podłogi i chwiejnym krokiem ruszyłam do drzwi. Zatrzymałam się jednak tuż przy nich, usłyszawszy znajome głosy.
- Ta kobieta, o której German nie pozwala wspominać jest tu! – zapiszczała z podekscytowaniem Esmeralda.
- Angeles w naszej willi? – wydusiła Olga.
Aby nie natknąć się na którąś z kobiet lub co gorsza pana domu, wyszłam pospiesznie.

Zasapana i zmęczona krótkotrwałą wędrówką, opadłam na ławce w parku, ciężko dysząc. Cały mój podręczny zapas tabletek został w willi, a droga do domu, gdzie w walizce kryłam jeszcze kilka fiolek od dr. Romerro wydawała mi się nie do pokonania. Zatem utknęłam na ulicy, pomyślałam. Przynajmniej miałam pretekst, aby dłużej  rozkoszować się blaskiem słońca, którego radził mi unikać lekarz.
Nie tak wyobrażałam sobie spotkanie z Violettą. Oczywiście byłam przekonana o jej zdeterminowaniu, ale nie sądziłam, że najdelikatniejsza osoba, jaką w życiu znałam mogłaby się aż tak zmienić. Czułam się winna temu zamieszaniu. No i German. „Ta kobieta, o której nie pozwalał wspominać”, czyż nie tak mnie nazwała mnie jego nowa NARZECZONA ?
- Tak szybko się pocieszył! – ryknęłam, kończąc streszczać  Emilio moją wizytę w domu Castillo. Mężczyzna przez krótki czas milczał, aż w końcu odezwał się nieprzytomnym głosem:
- Angie, ale ty nie byłaś gorsza, sama miałaś przy sobie Luisa.
- No tak, ale.. – wyjąkałam – ALE TO BYŁA INNA SYTYACJA i.. i w ogóle!
Emilio chrapnął do słuchawki.
- Nie jesteś, aby przypadkiem zazdrosna?
- Może – westchnęłam. – W sumie mogłam się tego spodziewać, to ja go zostawiłam i dałam do zrozumienia, że ma na mnie nie czekać.
- Wiem, że to boli. Z czasem przekonasz się, czy rzeczywiście los chciał, aby wasz związek zakończył się definitywnie parę miesięcy temu. Jeśli wasze drogi mają się jeszcze skrzyżować, to tak będzie – powiedział, ziewając. – A Violettą nie przejmuj się zbytnio, była w szoku, w końcu sama się do ciebie odezwie.
Uśmiechnęłam się do telefonu, wysłuchując jeszcze przestróg w związku z moim stanem zdrowia.
- Brakuje mi cie tutaj..
- Ja też tęsknię.. – odparł z troską w głosie.
- Uważaj na siebie.
- Masz to, jak w banku – zaśmiałam się, kończąc połączenie. Rozmowa z przyjacielem podniosła mnie na duchu, a także nieco uśmierzyła fizyczny ból. To musiało wystarczyć, z nowym lekarzem umówiona byłam na jutrzejsze popołudnie.

Wieczorem po odświeżeniu i zażyciu zapasowej dawki tabletek, udałam się do mieszkania Pabla. Z nim jednym utrzymywałam kontakt, przebywając we Włoszech, tym większa była moja uciecha, gdy zobaczyłam go samego, z tym samym zarostem, z tym samym uśmiechem, w tych samych drzwiach.
- Co tu robisz, kochana? – zawołał radośnie, obejmując mnie. Miał trochę zakłopotaną minę i dopiero po chwili spostrzegłam, że jest w samych bokserkach.
- Kochanie, wychodzę. – Za plecami mężczyzny stanęła znana mi już, szczupła, młoda kobieta.
- Cześć, Monica. – Uśmiechnęłam się do kelnerki, z którą kilka razy widziałam przyjaciela.
- Angie, dawno cię nie widziałam. – Przytuliła mnie. – Niestety nie porozmawiamy za długo, mam zmianę w kawiarni. Ale Miś chętnie cię ugości. – Musnęła policzek Pabla, pomachała mi ręką i zbiegła po schodach.
Uśmiechnęłam się znacząco do przyjaciela.
- To jak będzie, Misiu? – powtórzyłam za Monicą, a zażenowany mężczyzna wpuścił mnie do środka. Wnętrze mieszkania nie zmieniło się, poza tym, że na pułkach przybyło parę bibelot, zapewne należących do brunetki.
- Mieszkacie razem? – spytałam, gdy mężczyzna w pełnej garderobie usiadł na kanapie obok mnie, choć spodziewałam się odpowiedzi.
- Mon i ja.. zaręczyliśmy się.
Z wrażenia zakrztusiłam się sokiem pomarańczowym, kasłając i sapiąc ciężko.
- Gratuluję! – rzuciłam mu się na szyję. Cieszyłam się, że w końcu znalazł miłość, której ja nie byłam w stanie mu dać. – Coś jeszcze mnie ominęło?
Uśmiech spełzł z jego twarzy. Westchnął i przez moment wydawało mi się, że oczy mu się zaszkliły.
- Antonio zmarł dwa tygodnie temu.
Zszokowana wytrzeszczyłam oczy, a po moich policzkach spłynęło kilka pojedynczych łez. Znałam go od dziecka, ja i Maria uczyłyśmy się w jego szkole, współpracował z naszym ojcem.
- Dlaczego mnie nie zawiadomiłeś?
- Miałaś swoje problemy z Ivi, Luisem, pracą..
- Ale nie uważasz, że powinnam wiedzieć?! – warknęłam z wyrzutem, lecz zaraz dodałam nieco spokojniej: - Co się stało?
- U- Mix za bardzo zaczął mieszać się w wewnętrzne sprawy Studia; organizowanie prywatnych koncertów, narzucanie repertuarów, zmiana wizerunku wybranych gwiazd.. Choćby Violetty. Nie miałem nic do gadania, Antonio miał już swoje lata, nerwy mu nie służyły. W końcu tego nie wytrzymał..
Pociągnęłam nosem, ocierając mokry podbródek.
- Jest jeszcze coś.. – rzekł Pablo, a ja zwróciłam spuszczony wzrok ku niemu. – Testament Antonia. Został odczytany zeszłej środy. Wspomniał tam.. o tobie.
Wytrzeszczyłam oczy w jeszcze większym zdumieniu, niż kiedy dowiedziałam się o śmierci mężczyzny. Antonio uwiecznił mnie w swoich zapiskach majątkowych?
- Jego notariusz miał utrudniony kontakt z tobą, bo opuściłaś kraj, sam dowiedziałem się wczoraj. Angie, powinnaś jak najszybciej się do niego zgłosić. – Dotknął mojego ramienia. - Antonio zapisał ci Studio.

____________________________
I tak oto dobrnęliśmy do rozdziału 123. 
Angie powraca, a wraz z nią starzy bohaterowie, fochy Violki i.. esmeralda. 
Jak Wam się podoba perspektywa zarządzania przez nią szkołą? :D 
Swoją drogą, jeśli oglądacie V3, to zapewne wiecie, że prawdopodobnie Antonio odchodzi, choć to jeszcze nic pewnego. ;)

Całusy,
Wiktoria

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Jednorazówka: Przekraczając granice cz. I

Słońce dawno schowało się za horyzontem, ustępując nieba srebrzystemu olbrzymowi. Mimo późnej pory jeden z okazałych posiadłości w Buenos Aires wciąż rozświetlał bijący blask kolorowych świateł, a wnętrze przepełniała muzyka, rozmowy i chichoty. Wielkie było zdziwienie młodej blondynki, gdy jej dziesięcioletni pikap stanął pośród kosztownych porshe. Jeszcze raz zerknęła na kartkę, sprawdzając nagryzmolony na niej adres i z niemiłym uczuciem niepewności wydostała się z auta, walcząc przy tym hałaśliwie z nieszczelnymi drzwiami, co zwróciło uwagę dwóch kobiet, zmierzających w głąb posesji. Zlustrowały wzrokiem blondynkę, rzucając jej pogardliwe spojrzenia. Nic dziwnego, wyglądały na kobiety z klasą, przebierające w wysoko usytuowanym towarzystwie, same nienagannie ubrane w sukienki, które nie mogły równać się z t-shirtem z Myszką Miki i przetartymi jeansami. Już w tak krótkim czasie dało jej się we znaki, że tu nie pasuje, a w najlepszym wypadku po prostu pomyliła adresy.
- Hej, mała.. - Na swoim ramieniu poczuła silną dłoń. Instynktownie odwróciła się w tył, szybkim ruchem chwytając nadgarstek napastnika, który chwilę później zawył przeraźliwie. - Oszalałaś!
Przed nią stał niewysoki brunet z zarostem i poplamioną, niebieską koszulą. Więcej nie była w stanie rozszyfrować, jego rysów twarzy, koloru oczu, mężczyzna zwijał się z bólu.
- Ach, przepraszam - wysapała, uwalniając go z uścisku.
- Ile ty masz siły - jęknął, masując obolałą część ręki. Na jego twarzy wciąż gościł grymas. - Zawsze tak reagujesz na przystojniaków?
- A ty na samotne piękności? - odpowiedziała mu ironią, krzyżując ręce na piersiach i unosząc brwi. Spodobała mu się ta gra,bo wykrzywił usta w dość głupkowatym uśmiechu.
- Twój książę.
- Angie.
Podałam mu rękę, lecz zamiast zwykłego uścisku, uniósł ją na wysokość swoich warg i musnął bardzo powoli, nie odrywając ode mnie swoich karmelowych oczu.
- To nie jest bezpieczna okolica. Ile masz lat? Nie powinnaś się sama włóczyć po nocy.
- Mam pistolet - odparła, dumnie unosząc głowę. Pablo wyglądał na zszokowanego. - Wyluzuj, pozwolenie też. I dowód.
Mężczyzna jakby się otrząsnął, uśmiechnął i rzekł:
- Słodka osiemnastka?
- Dziewiętnaście - poprawiłam go.
- A więc co tu robisz słodka Angie?
- Szukam niejakiego.. Germana Castillo. - Rzuciła okiem na kartonik, na którym spisany był m.in adres, pod którym aktualnie się znajdowałam.
- A to ciekawe - mruknął z nieodzownym uśmiechem, ale przez jego twarz przeszedł nikły cień zaniepokojenia. Zignorowałam to.
- Znasz go?
- A co jeśli powiem, że to ja nim jestem? - Zabawnie poruszał brwiami.
- Będę wiedziała, ze to kłamstwo - roześmiała się.
- Skąd?
- Bo jako gospodarz, nie stałbyś na dworze, podczas gdy w środku rozkręca się impreza i zdecydowanie nie flirtowałbyś ze mną, co jest najmocniejszym argumentem i w stu procentach cię wyklucza. No i po prostu mi nie pasujesz.
- Aha - zamruczał, zwijając usta w rulonik. - Więc dlaczego szukasz mojego brata?
- Brata - powtórzyła ze zdziwieniem. - Jego znajoma, Maria poleciła mi zatrzymać się tu do jej przyjazdu, żeby mogła przedstawić mi swojego byłego narzeczonego.
- Znajoma - zaśmiał się brunet. - Och, to dobrze powiedziane.
- Nie wiem, dlaczego ci tak wesoło - odparła zupełnie poważnie. - Burak zrobił jej dziecko, a następnie zostawił, trzeba mieć klasę.
Mężczyzna odpowiedział  gromkim chichotem.
- Racja – mruknął z rozbawieniem brunet, odsłaniając wymownie ścieżkę do willi. – Panie przodem.
Uśmiechnęła się cierpko i bez skrępowania pomaszerowała do drzwi, zatrzymując się przy samym progu. Zawahała się, czekając na nowego znajomego. Zlękła się, gdy radosne świsty i muzyka tak bezpośrednio uderzyły do jej uszu, kiedy nie okalały ich mury i kiedy znalazła się w ich centrum. Już na pierwszy rzut oka dawało się we znaki, że tu nie pasuje, nieprzyjemną atmosferę podsycały wyniosłe, zdegustowane spojrzenia gości, rzucane w jej stronę. Na szczęście w porę u jej boku pojawił się Pablo, dając do zrozumienia zebranym wokół niej osobom, że nie jest intruzem i mogą wracać do swoich spraw, za co po cichu była mu dozgonnie wdzięczna.
- Tędy.  – wskazał przedpokój, prowadzący do salonu – epicentrum zabawy.
Gdy obeszli brzoskwiniową ścianę ujrzała jeszcze więcej ludzi, zajętych rozmowami i rozmaitymi przekąskami oraz napojami, których multum spoczywało na blacie specjalnego barku. Na środku pomieszczenia leżał dywan, a na niej prostokątna, szklana ława, gdzie z umieszczonych na niej świeczników unosiły się smugi dymu o aromatycznym zapachu. Miniaturowemu stolikowi towarzyszyły dwie kremowe kanapy, wypełnione, jak blondynka zdążyła się domyśleć, gwiazdami tego wieczoru i najbardziej wyczekiwanymi gośćmi. Wśród nich dostrzegła szatyna, którego wskazał jej Pablo, o zniewalających, czekoladowych oczach, ciemniejszych od jego, smukłych rysach, umięśnionym ciele, którą opinała fioletowa koszula i wyraźnie zadowolonym uśmiechu. Trudno było nie rozpoznać w nim gospodarza, na jego muskularnych ramionach zawisły dwie rudowłose kobiety, ślepo wpatrzone w organizatora przyjęcia.
- To osoba, której szukasz – szepnął do niej Pablo, a zaraz potem zbliżył się do roześmianej grupki, zwracając się do szatyna. W tym samym momencie pan domu zauważył blondynkę, mierząc ją przenikliwym spojrzeniem, tak, że coś zaczęło piec ją w klatce piersiowej. Czy German przyjmie ją pod swój dach, za sprawą prośby Marii? A może nic nie wiedział o woli jej siostry i wyrzuci ją na bruk? W kieszeni miała zaledwie parę peso, a bak jej samochodu świecił pustkami, ale od biedy nadawałby się na hotel, na który nie było jej stac, aż do przyjazdu Marii.
Ku jej przerażeniu Castillo teraz kroczył w jej kierunku, ściskając w dłoni literatkę z jakimś drogim alkoholem.
- Angeles? – W jego głosie wyczuła więcej obojętnego stwierdzenia, niż pytania, lecz odważyła się na nieśmiałe kiwnięcie głową.
- Wolę Angie – wymamrotała cicho, starając się nie patrzeć w jego mroczne oczy.
- Pablito, pokaż Angeles  jej pokój – zdawał się zignorować słowa dziewczyny. – Wiesz, ten, który zajmują tacy specjalni goście – dodał z nutką kpiny.
„Jest dobrze, przynajmniej nie kazał ci się wynosić” – pomyślała, nabierając ukradkiem głębokiego wdechu.
- Ale, German.. – zaprotestował niższy o głowę brunet.
- Bez dyskusji – syknął gospodarz.
- Nie możesz prze..
- W porządku, Pablo - zdołała się odezwać. – Bardzo dziękuję, nie zostanę długo, tylko do czasu, kiedy przyjedzie Maria – powiedziała, odważając się zerknąć na Germana. Zdawało jej się, że na dźwięk imienia jej siostry przez jego twarz przechodzi grymas. Ale przecież byli przyjaciółmi, na pewno jej się zdawało.
Brązowooki mężczyzna więcej nie postanawiał się sprzeciwiać i bez słowa, chwycił rączkę walizki Angie, ciągnąc ją w głąb domu. Blondynka ostatni raz spojrzała na pana domu. Silne ręce splótł na piersiach i przyglądał jej się z grobową miną. Uśmiechnęła się lekko, starając jeszcze raz podkreślić swoją wdzięczność wobec niego, ale mężczyzna odwzajemnił to wycofaniem się w głąb salonu, co nieco ją zraziło, ale teraz postanowiła się tym nie przejmować, miała dach nad głową, nowego przyjaciela, a za parę dni zobaczy się z siostrą. Tylko to teraz się liczyło.

Pokój, o którym wspomniał German i o którego tak bardzo wykłócał się jej nowy znajomy okazał się być małą klitką na miotły pod schodami.
- Jak Harry Potter, może zaraz dostanę list z Hogwartu – zażartowała, przyglądając się wnętrzu. W środku stała tylko maleńka szafka z dwoma półkami i łóżko, które zajmowało większość miejsca. Nie można było nawet swobodnie stać. Aby prowadzić rozmowę z brunetem i jednocześnie nie stać w progu plecami do niego, musiała usiąść na materacu, a walizkę wepchnąć pod łóżko. Jej głowa prawie dotykała skośnego sufitu.
- Naprawdę bardzo mi przykro, Angie.
- Daj spokój, przynajmniej mam gdzie spać, to lepsze od niewygodnych foteli mojego pikapa. – Posłała mu szczery uśmiech, co całą siłą woli odwzajemnił. Nie chciał zostawiać jej w tej ciasnej komórce.
- Może wolałabyś pojechać do mnie? – wypalił. – Mieszkam niedaleko, mam swój dom i sporo wolnych, przestronnych pokoi, dobrze byś się tam czuła.
Zdziwiła ją nagła propozycja przyjaciela, ale jednocześnie ucieszyła się, miło było wiedzieć, że ktoś się o nią troszczy i martwi jej los.
- Bardzo dziękuję, ale zostanę tutaj. Moja siostra poleciła mi, żebym zatrzymała się u Germana – wyjaśniła z życzliwym uśmiechem. 
- Maria, tak? – Pablo podrapał się po karku, marszcząc dość zabawnie policzki i brodę, jakby zjadł niedojrzałą cytrynę.
- Tak, znasz ją?
- Powiedzmy.. Dobra, jeśli  tu zostajesz – urwał- to ja muszę się już zmywać. Matka kazała mi mieć oko na tego staruszka, co za ironia!
- Czekaj.. ty i German jesteście braćmi? – spytała zaskoczona.
- No tak – odrzekł, jakby był na jakimś przesłuchaniu, a każda jego odpowiedz miałaby go pogrążyć. – Ale ja jestem ten przystojniejszy, zabawniejszy i milszy – uśmiechnął się zawadiacko, na co zachichotała. - Nie obraź się, naprawdę muszę już lecieć.
- Jasne. Dzięki za wszystko, Pablo. No i przepraszam za ten atak..
- Kiedyś spłacisz dług – mrugnął do niej prawym okiem i znikną, zamykając za sobą białe drzwiczki.
Blondynka już swobodnie opadła na łóżko, dopiero teraz czując zmęczenie podróży i brudu oraz potu, jaki na sobie nosiła. No tak, zapomniałam zapytać Germana z jakiej łazienki mogę skorzystać, pomyślała. Ale sądząc po tym, jaki pokój jej wskazał, nie miała odpowiadać mu żadna z wanien, czy prysznicy. Z cichym postanowieniem, że jutro czegoś poszuka, opadła na cienką poduszkę i mimo tupotów na schodach dość szybko odpłynęła w sen.

Gdy się obudziła, nie była w stanie określić pory dnia, nie miała telefonu, ani budzika, a w komórce nie było okna. Przeciągnęła się i wychyliła zza drzwi klitki, dom toną w ciszy i bladym świetle, rzuconym przez wschodzące słońce. Musiał być wczesny ranek.
W pobliżu nie było pana domu, ani żadnego z imprezowiczów, za to straszny bałagan; po podłodze walały się butelki i plastikowe kubeczki, a na stolikach zalegały resztki jedzenia.  Prześliznęła się przez równie zapuszczoną kuchnię, aż w końcu jej oczom ukazały się małe drzwi wielkości tych jej pokoju. Domyśliła się, że musi to być łazienka dla pracowników, a po zaglądnięciu tam, stwierdziła, że nie myliła się, w środku był wąski prysznic, mała umywalka i ubikacja, a na półce pod sufitem leżał ręcznik oraz butelka płynu do kąpieli i szampon.
- Bingo.
Po dwudziestu minutach wyszła odświeżona i rześka. Z uwagą obserwowała, czy korytarz nadal jest pusty, nie chciała, aby ktokolwiek dostrzegł ją czmychającą w samej bieliźnie. Na szczęście dom dalej otulała cisza, jego właściciela, jak i tych, którzy zapewne zostali na noc zmęczyła wielogodzinna impreza.
Na palcach prześliznęła się przez przedpokój i salon, a gdy była już nieopodal schodów, ktoś niespodziewanie zagrodził jej drogę. Odbiła się od muskularnego ciała, którego ciepło mimo zetknięcia przez ułamek sekundy zdążyła odczuć i runęła na podłogę.  Tajemnicza osoba zachwiała się, jednak twardo trzymała na nogach. Blondynka nieśmiało uniosła głowę, po czym spełniły się jej najgorsze przypuszczenia: przed nią stał German.
- J-ja.. – wyjąkała. – Przepraszam, chciałam się tylko umyć, ale zapomniałam ubrań i.. i myślałam, że wszyscy jeszcze śpią. Przepraszam.. – panikowała. Zupełnie nie wiedziała, jak ma się obchodzić z pozornie surowym i zadumanym mężczyzną.
- Nie tłumacz się – rzucił, jakby od niechcenia. – I na miłość bosą, wstań z tej podłogi!
Angie odetchnęła z ulgą, niepewnie unosząc się w górę, choć wciąż obawiała się, że dała szatynowi pretekst, aby bezceremonialnie wyrzucił ją z domu. Z drugiej strony intrygowała ją jego tajemnicza i chłodna wobec niej postawa, przecież była siostrą Marii, jej przyjaciółki, czy to nie o nim tak dobrze wyrażała się jej krewna? A może wzbudzała w nim wstręt, jako osoba niższej klasy? On i Maria opływali w luksusie, dzięki wcześnie rozpoczętym karierom i nie byli przyzwyczajeni do noszenia ubrań z wyprzedaży, czy jadania tanich mrożonek z supermarketów.
Ukradkiem spostrzegła, że German lustruje jej półnagie ciało, co sprawiło, że blade policzki oblał potężny rumieniec. Onieśmielał ją swoją bezpośredniością, stojąc przed nią w samych szortach i badając niewinne krągłości swoimi ciemnymi tęczówkami.
Nieśmiało uniosła wzrok, zauważając, że oczy mężczyzny zatrzymały się na jej niebieskim staniku, co sprawiło, że jeszcze bardziej się zawstydziła, jej piersi nie równały się z wydatnymi biustami jego towarzyszek wieczoru.
- Ile masz lat?
- Za dwa miesiące skończę dwadzieścia – wyjąkała, zaskoczona nagły pytaniem.
- Smarkata – skwitował i z dziwnym oporem wyminął ją.
- A ty?- zdążyła zawołać, zanim schował się za ścianą salonu, lecz i tak zniknął z pola widzenia.
- Nie łódź się, jestem dla ciebie za stary.
Jego słowa nagle do niej uderzyły. Dlaczego pomyślał, że chciałaby, aby między nimi mogło coś zaistnieć?
- Ale ja..
- Nie udawaj niewinnej, Angeles. – Natychmiastowo wrócił, trzymając w ręku literatkę z karmelowym, aromatycznym alkoholem. Na ustach miał figlarny uśmieszek. – Widziałem, jak na mnie patrzysz. Pociągam cię? – szepnął wprost do jej ucha, wolną ręką odgarniając jej włosy z szyi, tak, że teraz prócz biustonosza nic nie kryło jej piersi.
Czuła, jak pod wpływem jego dotyku i oddechu jej serce przyspiesza gwałtownie, a temperatura znacznie się podwyższa. Zlękła się, że usłyszy kołatanie w jej piersi, lecz  w żaden sposób nie mogła się ruszyć, czy odezwać. Znali się, albo i nawet nie zaledwie dzień, a on zdążył zdobyć nad nią taką kontrolę.
- Ciekawa z ciebie dziewczynka, Angeles – zaśmiał się, odrywając od jej ciała – ale dam ci radę, nie zbliżaj się do mnie, nie byłoby dobrze, gdybyśmy znaleźli się za blisko.
I odszedł, pozostawiając ją rozgorączkowaną, a zarazem zszokowaną całym zajściem. Uważał ją za interesującą? A może nawet fajną? Czy mu się podobała? I co miały znaczyć ostatnie słowa?
Zupełnie zapomniała o głodzie, jaki doskwierał jej od wczorajszego popołudnia, kiedy opuściła swoje rodzinne miasto, aby udać się do oddalonego o sześc godzin Buenos Aires. Pilnując, aby nie natknąć się więcej na nikogo pobiegła do komórki i pospiesznie się ubrała. Chwyciła jeszcze podniszczoną, skórkową torebkę i niepewna swojego celu wyszła z willi Germana.

Choć nie znała godziny, o której opuściła dom przyjaciela Marii, teraz jeden z zegarów na ruchomym bilbordzie wskazywał pięć minut po południu. Pogoda też znacznie uległa zmianie; rano panował lekki chłód, za to teraz żar lał się z nieba, doskwierając wszystkim mieszkańcom miasta, którzy roznegliżowani, jak tylko mogli uciekali z zatłoczonych, parujących ulic. W końcu zmęczona spacerem po nowym miejscu, opadła na kanapę jednego z barów mlecznych. Gdy nieco się uspokoiła i pozwoliła trzymanym na uwięzi myślom o Germanie nieco odejść, znów poczuła ssanie w żołądku. Jej mały, koralikowy portfelik krył jedynie parę peso, które po przeliczeniu dawały jej możliwość zamówienia tostów bez sera, albo posnych naleśników. Westchnęła, prosząc kelnerkę w mniej- więcej jej wieku o szklankę mleka. Na siedzeniu obok leżała porzucona przez kogoś gazeta, w której zakreśliła parę korzystnych ogłoszeń o pracę.
- Proszę. – Rudowłosa pracownica baru postawiła przed nią zamówienie i dodatkowo talerz z kanapkami z szynką, sałatą, pomidorem i szczypiorkiem.
- Nie zamawiałam tego.
- Na koszt formy. -  Uśmiechnęła się. – Spodobałaś się mojemu szefowi, wyglądasz na głodną.
Blondynka rozglądnęła się po małym pomieszczeniu, ale wewnątrz oprócz niej i kelnerki pod oknem siedział jakiś starszy mężczyzna.
- Jestem Anabell – przedstawiła się.
- Angie.
- Pierwszy raz cię tu widzę, choc miasto jest duże – powiedziała, przysiadając się. – Powiedz, Angie, nie szukasz może pracy? Will kazał mi cię wypytać – szepnęła, z jednej strony zatykając dłonią usta.
- Tak się składa, że rozglądam się za czymś ciekawym.
- Świetnie! – klasnęła w dłonie i z trzymanej na kolanach tacy zsunęła kartkę papieru, na której czarnym drukiem było coś wypisane. – To umowa o pracę, możesz zaczynać od jutra, zastanów się, Will musiał wyjść, ale powiedział, że chętnie pomówi z tobą jutro, jeśli się zgodzisz.
Blondynka wpatrywała się w Anabell uważnie, jakby starała się odczytać z jej miny intencje, ale rudowłosa uśmiechała się życzliwie. Czy to możliwe, aby taka okazja spadła z nieba?
- No nie wiem.
- Och, Angie, dobrze wiesz, jak jest, trudno teraz o pracę, takich propozycji nie otrzymuje się codziennie.
Miała rację, a dwudziestolatka wiedziała to doskonale. Bez większego namysłu chwyciła długopis, składając w wyeksponowanym miejscu swój podpis. Od jutra zaczynała pracę i nowe życie. 

_________________________
Zamiast rozdziału prezentuję pierwszą część jednorazówki. :D
Ot tak, kolejna Inna Historia. 
Oglądacie V3? Widzieliście powrót Angie? :D
20% nieubłaganie stała się Marcesca, co pozwala nam w spokoju cieszyć się Germangie. 

Komentujcie, krytykujcie, motywujcie!
Wiktoria

wtorek, 5 sierpnia 2014

Rozdział 121

Po pracy udała się do kliniki, w której przyjmował dr. Romerro Tam znany mi lekarz jeszcze raz wyjaśnił, jakim zabiegom zostanę poddana i osobiście zaprowadził do konkretnej sali. Radioterapeuta wskazał mi miejsce, które miałam zając i po kilku słowach wstępu, uruchomił wiązkę światła, muskającą część mojej głowy. Polecono mi zachować bezruch, na szczęście sesja trwała niecałe dziesięć minut.
Dziwnie się czułam, poddawana różnym terapiom, dlatego odetchnęłam z ulgą, kiedy w końcu znalazłam się poza murami kliniki.
Moją pierwszą myślą był szybki powrót do domu i obiad z Ivi. Zaraz potem przypomniałam sobie, że w hotelu czeka na mnie pusty apartament i z niezbyt wesołym humorem usiadłam na jednej ze szpitalnych ławek, rozglądając wokół. Przed ogromnym, białym budynkiem mieściły się alejki, po których spacerowali pacjenci, wśród licznych drzew i krzewów, przypominających mały las. Pochłonięta obserwacjami, nie zauważyłam, że mam towarzystwo. Obok mnie przysiadła starsza pani. Miała krótkie, siwe włosy, długą, białą koszulę, sięgającą jej do kostek i różowe kapcie, a na rękach liczne rany po kłuciach. Moją uwagę od razu przyciągnęły jej błękitne oczy, którymi błędnie wpatrywała się przed siebie.
- Dzień dobry - przywitałam się najuprzejmiej, jak potrafiłam. Kobieta nie odpowiedziała, trzymając ręce na kolanach kołysała się wprzód i tył, nieprzerwanie wodząc nieobecnym wzrokiem w dal.
Postanowiłam zignorować ten brak reakcji i luźno opadłam na oparcie ławki. Ukradkiem spoglądałam na starszą panią.
- Przepraszam, czy.. - Ponownie usiadłam prosto, lecz nie było mi dane skończyć zdania, bo w tym momencie staruszka odwróciła się i złapała moje dłonie, z wytrzeszczonymi oczami, patrząc w moje.
- Alicjo..
Sytuacja była dość niezręczna, kobieta wciąż ściskała mnie za ręce, powtarzając usłyszane przed chwilą imię. Odczułam nieznaczny strach.
- Chyba mnie z kimś pani pomyliła.. - Próbowałam wyzwolić się z uwięzi, co bez trudu mi się udało. Wstałam i chwyciwszy torebkę już miałam odejść, kiedy..
- Nie odchodź, Alicjo! - Z niebieskich oczu popłynęły łzy. Nie bardzo wiedziałam, jak mam się zachować, na szczęście uratowała mnie nadchodząca pielęgniarka. Pomogła wstać zapłakanej kobiecie z ławki, która teraz trzęsła się z łkań i wstrzyknęła coś do niezauważonego wcześniej przeze mnie wenflonu.
- Przepraszam, ta pani sama.. Ja nic.. - jąkałam się, jak małe dziecko.
- Proszę się nie obawiać, nie jest pani pierwszą osobą, która znajduje się w takiej sytuacji, nie wszystkie jednak reagują tak spokojnie. Kiedyś jakaś przerażona nastolatka obłożyła ją torebką.
- To straszne - skwitowałam, odczuwając wielki żal, zrobiło mi się po prostu przykro.
- To Sara Smith, doskwiera jej alzheimer i nieoperacyjny guz mózgu, nie poznaje nikogo, zapewne wzięła panią za córkę.
- Jej też nie poznaje?
- Dotąd jej tu nie widziałam, nikt nie odwiedza Sary. To bardzo smutne, jest skazana na samotną śmierć, nigdy nie miałam takiego pacjenta..
Spuściłam głowę, myśląc, że i ja mogę podzielić los pani Smith. Co będzie, jeśli terapie nie okażą się skuteczne? Co jeśli rodzina na tyle znienawidziła mnie po wyjeździe że gdy wrócę do Buenos Aires i ja powoli umrę samotnie? Co, kiedy nie poznam Violetty?
Szybko się otrząsnęłam i odprowadziłam wzrokiem pielęgniarkę, prowadzącą Sarę do szpitala. Z cichym westchnieniem wróciłam do hotelu.

W holu napotkałam Tomasa. Na mój widok zacmokał zawadiacko.
- Ulala, Angie, ekstra wyglądasz!
Zupełnie zapomniałam, że mam na sobie czarne kozaki, rajstopy i sukienkę w tym samym kolorze, a na ramionach niedbale zarzuconą marynarkę Emilio. Musiałam wyglądać mocno przesadnie.
- Cześć, Tomi - rzuciłam, wymuszając lekki uśmiech i ruszyłam do windy.
- Może dasz się zaprosić na sok, herbatę, cokolwiek..
- Innym razem. - Pomachałam mu, zanim automatyczne drzwi się zamknęły. Oparłam się o jedną ze ścian i westchnęłam, rozkoszując się zapachem perfum Włocha, którymi przesiąknięta była jego marynarka. Wyłowiłam z torebki fiolkę z tabletkami i połknęłam dwie, a następnie, chwytając komórkę, wybrałam numer przyjaciela. Odebrał po dwóch sygnałach.
- Emilio?
- Hej, miło, że dzwonisz. - Jak zwykle powitał mnie ciepłym i pełnym spokoju entuzjazmem.
- Chciałam cię przeprosić za moje dzisiejsze zachowanie, nie wiem, co we mnie wstąpiło..
- Nie ma sprawy - odparł. - Ale musisz pamiętać, kto jest po twojej stronie. Pomogę ci, tylko mi na to pozwól.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się do słuchawki i zakończyłam połączenie, a w tym momencie winda zatrzymała się przy moim piętrze. W lepszym nastroju wróciłam do pustego mieszkania..

Nazajutrz po pracy, kiedy to udało mi się wyjaśnić sprawy z Luisem i zamienić parę miłych słów z Emilio, udałam się do kliniki. Gdy mój zabieg dobiegł końca odszukałam pielęgniarkę i poprosiłam o wskazanie sali, którą zajmowała pani Smith. Przed pokojem zauważyłam napotkaną wczoraj pielęgniarkę. Miała zmartwioną minę.
- Coś się stało? - spytałam, zapominając o przywitaniu.
- Umiera. - Wskazała na szybę, zza której widać było całą salę. Na łóżku przy ścianie leżała Sara. Już z daleka widać było jej bladą twarz i minimalnie zauważalny oddech, który bacznie monitorowały popodpinane do jej ciała, liczne maszyny. Z miejsca przypomniał mi się widok Javiera, w otoczeniu różnych ustrojstw, czy tatę, któremu do ostatniej sekundy towarzyszyły pikające aparatury.
Pielęgniarka bez słowa weszła do środka, a ja podążyłam w ślad za nią. Usiadłam na krześle obok łóżka, ujmując dłoń staruszki, która pod wpływem mojego dotyku uniosła powieki i popatrzyła na mnie niemrawo.
- Alicjo - szepnęła. Jej głos był słaby i zmęczony.
Poczułam ścisk w gardle, a do moich oczu napłynęły łzy. Spojrzałam na równie przejętą pielęgniarkę.
- Alicjo, córeczko, jednak przyszłaś..
- Tak, jestem tu - odparłam, chlipiąc.
W tym momencie miarowe pikanie ustało, a na monitorze, ukazującym gwałtowne fale, powstała jedna, ciągła kreska. Uścisk na mojej dłoni rozluźnił się. Pociągnęłam nosem.
- Dobrze pani zrobiła. - Na ramieniu poczułam dotyk pielęgniarki. - Nie widziała córki od dawna, odeszła szczęśliwa.
Pozwoliłam nadchodzącym pielęgniarzom na wykonywanie swojej pracy, a towarzysząca mi oddziałowa zaproponowała kawę. Odmówiłam, wymigując nie najlepszym samopoczuciem i pospiesznie wróciłam do domu, rozmyślając o życiu i śmierci.


***
Następne tygodnie spędziłam na gorączkowej pracy z dzieciakami nad piosenkami z okazji zakończenia roku szkolnego i udziałami w zabiegach. Przez ten czas nie odczułam porażającej poprawy, przeciwnie - czułam się coraz nie pewniej, nie mogąc wyzbyć nurtującego uczucia niepokoju. Na szczęście miałam przy sobie Emilio, także moje stosunki z Luisem uległy poprawie. Wciąż atmosfera między nami była dość napięta, ale mniej niechętnie dyskutowaliśmy na różne tematy.
Nadszedł wyczekiwany przez wiele włoskich dzieci dzień czerwca - zakończenie roku szkolnego.
Korytarze akademii zapełnione były uczniami, gorączkowo wymieniającymi się planami wakacyjnymi, czy pożegnaniami absolwentów z klasami, nauczycielami, młodszymi przyjaciółmi. Przybyło też wieli rodziców, których pociechy wykazywały muzyczne zdolności, aby już teraz znaleźli się na listach oczekujących przyjęcia.
Przyszłam wcześnie rano, wieszając ostatnie dekoracje i upewniając się, że wszystkie sprzęty działają, jak należy. Nie udało mi się niestety przeprowadzić dodatkowej próby, pełnia niecierpliwości stałam za kurtyną obserwując, jak moi podopieczni wybiegają na scenę. Wśród występów znalazły się dwie piosenki solowe, duet i utwór, własnoręcznie skomponowany przez uczniów. Na koniec rozległy się dźwięki dobrze znanej mi piosenki. Nie była nowa, ani wytworem burzy mózgów absolwentów, zaproponowałam ją sama, długie tygodnie przed zakończeniem roku, aby teraz móc wsłuchiwać się w przepiękną melodię i ujmujący tekst.


Ven y canta
Dame tu mano
Cura tus heridas busca hoy 
tu melodía vamos
Ven y canta sigue cantando
Piénsalo en color es hoy,
que tu sueño es mi canción



Pomyślałam o tym, co teraz dzieje się w Studio. Otulona półmrokiem szkoła pewnie świeci pustkami, a uczniowie wraz z przejętymi nauczycielami kłębią się za kulisami jednego z argentyńskich teatrów. Ludmiła poprawia makijaż, Camila z Francescą szepczą gdzieś w kącie, Maxi stara się uspokoić spanikowaną Natalię, a.. Violetta bacznie obserwuje zapełniającą się widownię. Tak bardzo tęskniłam za głosem siostrzenicy. Za parę godzin, czy minut wyjdzie na scenę, czarując publiczność swoim śpiewem, który był mi tak odległy. Pomyślałam o Antonio, zaciskającym mocno kciuki, Pablo wygłaszającym motywujące przemowy, chaotycznym Beto i zdegustowanym występami Gregorio. Ich też mi brakowało. Pożałowałam, że nie jestem częścią tegorocznego przedstawienia. 
Na ziemię przywołały mnie brawa i gwizdy. Absolwenci, którzy przed chwilą zaszczycali zebranych tańcem, stali w zwartym szeregu, czekając na odbiór świadectw. Jako jedna z organizatorów zostałam poproszona na scenę. Luis właśnie mówił o sukcesach, jakie osiągnęli młodzi artyści, racząc ich komplementami. Poczułam się, jakbym to ja kończyła swoją przygodę z akademią muzyczną, którą dla mnie było Studio. Ze łzą w oku spoglądałam na przejęte, ale rozradowane twarze uczniów. Rozległy się powtórne brawa i nim się obejrzałam, cały tłum z sali widowiskowej przeniósł się na korytarze, aby po raz ostatni delektować atmosferą murów. Ja też przechadzałam się między klasami, obserwując uśmiechnięte miny uczniów i żegnając się z nimi, życząc udanych wakacji oraz powodzenia w dalszej nauce. Niespodziewanie poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię. Odwróciłam się i zdębiałam. Przede mną stała.. 
- Ivi! - Przycisnęłam do siebie dziewczynę. 
- Cześć - zaśmiała się. Za jej plecami sali państwo Jones. - Skorzystaliśmy z twojego zaproszenia, cieszysz się?
- Bardzo - wysapałam, szczęśliwa. 
- Widzieliśmy występy, broszurki i postanowiliśmy, że Ivette będzie uczęszczać tu od przyszłego roku - powiedziała opiekunka nastolatki. - Dyrektor był bardzo uprzejmy i sam telefonicznie zaproponował udział w przedstawieniach. 
W duchu obiecałam sobie, że później podziękuję Luisowi, teraz przyszło mi rozkoszować się kilkoma godzinami spędzonymi w towarzystwie Ivi i jej rodziców. Całą czwórką wybraliśmy się na obiad do pobliskiej restauracji.

- To ostatni raz, kiedy się widzimy? - zapytała Ivi, gdy państwo Jones oczekiwali jej w samochodzie, przed powrotem do domu, na obrzeżach Rzymu. 
- Nie, skarbie. - Otarłam z jej policzka łzę. - Będziemy utrzymywać stały kontakt. Możesz do mnie dzwonić, pisać, przyjechać na ferie, albo wakacje. Zawsze znajdziesz u mnie swój drugi dom. 
Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie, wtulając w moje ramiona. Wymieniłam z nią ostatnie zdania, odprowadzając wzrokiem do auta, a następnie patrząc, jak odjeżdża. Nie czułam zawodu, przeciwnie - znów wszystko miało się zmienić.

Hotelowe drzwi trzasnęły o futrynę, rozległ się dźwięk suwaka i sunięcia czegoś po połyskujących panelach. Rzuciłam okiem na pusty apartament. Był dokładnie taki, jak zastałam go parę miesięcy temu; wnętrze wypełniało mnóstwo światła, kremowe kolory łagodnie podkreślały luksus, a potężne, dębowe meble dodawały stanowczości i wygody. Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając przeżyte tu kłótnie z Ivi, ale i pierwsze wygłupy, pocałunki, randki z Luisem oraz rozmowy z Emilio. Znowu, tym razem w przeciwnej stronie świata zostawiałam część siebie. Zmierzyłam salon ostatnim spojrzeniem i powoli wydostałam się z mieszkania. 
Moje bagaże czekały już w taksówce, do której pomógł mi wnieść je Tomas. Chłopak wyrażał głębokie niezadowolenie, ale nie protestował, kiedy się z nim żegnałam. Wsiadłam do auta i machając mu na pożegnanie, patrzyłam, jak budynek wieżowca powoli znika za ścianami kolejnych. 
Byłam bardzo podekscytowana i zdenerwowana. W tak krótkim czasie znowu dałam ponieść się uczuciom, rzucając wszystko. W Rzymie pozostawiałam wspomnienia, ale i fragment duszy. Ludzi, których tu poznałam nigdy nie zapomnę, trudno było się rozstać, choć łączyło nas pozornie niewiele. Nowe rodzaje terapii miał prowadzić inny lekarz, na szczęście doktor Romerro zrozumiał sytuację. Pozostawało tylko cierpliwie czekać na nadejście nowych wydarzeń.. 

Przed lotniskiem czekała mnie kolejna, miła niespodzianka. 
- Nie chciałaś chyba wyjechać bez pożegnania? - Rzuciłam się w ramiona Emilio. 
- Tyle dla mnie zrobiłeś - westchnęłam, ciągnąc nosem. Usłyszałam pocieszający chichot przyjaciela, a już po chwili jego ciepłe palce muskały moje policzki. Patrzył mi w oczy i życzliwie się uśmiechał. 
- Będzie mi ciebie brakowało, Angie.. 
Tylko kiwnęłam głową, ocierając łzy z twarzy.
- Jestem ci bardzo wdzięczna. Przepraszam i dziękuję. Za to, za tamto, za wszystko, za to, że przy mnie byłeś, nawet gdy runęło niebo. 
Mężczyzna otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował, patrząc z uśmiechem w dal za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam zmieszanego Luisa. Widzieliśmy się ostatniego dnia roku szkolnego, krótko rozmawialiśmy, wiedział o moich planach, ale skrycie ucieszyło mnie to, że widzę go znowu. Poczułam, jak Emilio popycha mnie lekko w jego kierunku. Uniosłam kąciki ust i podeszłam do niego żwawo. 
- Dziękuję, że przyszedłeś. - Spojrzałam mu w oczy, co niepewnie odwzajemnił. Milczał, dlatego nie przeciągając ciszy, złożyłam na jego zarośniętym policzku długi pocałunek. 
- Ja też - szepnął, wiedząc, co chciałam mu przekazać i pierwszy raz uśmiechnął się. 
- Samolot 124, Rzym - Buenos Aires ustawia się na pasie ruchu. - Rozległo się z głośników. 
Ostatni raz uścisnęłam Włochów, po czym wlokąc za sobą opasłą walizkę pomachałam im i zniknęłam za drzwiami budynku. 

________________________
Lalala, jest i next, a wraz z nim wielkie zmiany, macie upragniony powrót do BA! :D
A co spotka Angie już na miejscu? Tego dowiecie się w kolejnych rozdziałach. :)
Jeśli są tu fani TDA, to sylwetka Sary na pewno nie jest Wam obca. ;)

Do przeczytania!
Wiktoria