wtorek, 5 sierpnia 2014

Rozdział 121

Po pracy udała się do kliniki, w której przyjmował dr. Romerro Tam znany mi lekarz jeszcze raz wyjaśnił, jakim zabiegom zostanę poddana i osobiście zaprowadził do konkretnej sali. Radioterapeuta wskazał mi miejsce, które miałam zając i po kilku słowach wstępu, uruchomił wiązkę światła, muskającą część mojej głowy. Polecono mi zachować bezruch, na szczęście sesja trwała niecałe dziesięć minut.
Dziwnie się czułam, poddawana różnym terapiom, dlatego odetchnęłam z ulgą, kiedy w końcu znalazłam się poza murami kliniki.
Moją pierwszą myślą był szybki powrót do domu i obiad z Ivi. Zaraz potem przypomniałam sobie, że w hotelu czeka na mnie pusty apartament i z niezbyt wesołym humorem usiadłam na jednej ze szpitalnych ławek, rozglądając wokół. Przed ogromnym, białym budynkiem mieściły się alejki, po których spacerowali pacjenci, wśród licznych drzew i krzewów, przypominających mały las. Pochłonięta obserwacjami, nie zauważyłam, że mam towarzystwo. Obok mnie przysiadła starsza pani. Miała krótkie, siwe włosy, długą, białą koszulę, sięgającą jej do kostek i różowe kapcie, a na rękach liczne rany po kłuciach. Moją uwagę od razu przyciągnęły jej błękitne oczy, którymi błędnie wpatrywała się przed siebie.
- Dzień dobry - przywitałam się najuprzejmiej, jak potrafiłam. Kobieta nie odpowiedziała, trzymając ręce na kolanach kołysała się wprzód i tył, nieprzerwanie wodząc nieobecnym wzrokiem w dal.
Postanowiłam zignorować ten brak reakcji i luźno opadłam na oparcie ławki. Ukradkiem spoglądałam na starszą panią.
- Przepraszam, czy.. - Ponownie usiadłam prosto, lecz nie było mi dane skończyć zdania, bo w tym momencie staruszka odwróciła się i złapała moje dłonie, z wytrzeszczonymi oczami, patrząc w moje.
- Alicjo..
Sytuacja była dość niezręczna, kobieta wciąż ściskała mnie za ręce, powtarzając usłyszane przed chwilą imię. Odczułam nieznaczny strach.
- Chyba mnie z kimś pani pomyliła.. - Próbowałam wyzwolić się z uwięzi, co bez trudu mi się udało. Wstałam i chwyciwszy torebkę już miałam odejść, kiedy..
- Nie odchodź, Alicjo! - Z niebieskich oczu popłynęły łzy. Nie bardzo wiedziałam, jak mam się zachować, na szczęście uratowała mnie nadchodząca pielęgniarka. Pomogła wstać zapłakanej kobiecie z ławki, która teraz trzęsła się z łkań i wstrzyknęła coś do niezauważonego wcześniej przeze mnie wenflonu.
- Przepraszam, ta pani sama.. Ja nic.. - jąkałam się, jak małe dziecko.
- Proszę się nie obawiać, nie jest pani pierwszą osobą, która znajduje się w takiej sytuacji, nie wszystkie jednak reagują tak spokojnie. Kiedyś jakaś przerażona nastolatka obłożyła ją torebką.
- To straszne - skwitowałam, odczuwając wielki żal, zrobiło mi się po prostu przykro.
- To Sara Smith, doskwiera jej alzheimer i nieoperacyjny guz mózgu, nie poznaje nikogo, zapewne wzięła panią za córkę.
- Jej też nie poznaje?
- Dotąd jej tu nie widziałam, nikt nie odwiedza Sary. To bardzo smutne, jest skazana na samotną śmierć, nigdy nie miałam takiego pacjenta..
Spuściłam głowę, myśląc, że i ja mogę podzielić los pani Smith. Co będzie, jeśli terapie nie okażą się skuteczne? Co jeśli rodzina na tyle znienawidziła mnie po wyjeździe że gdy wrócę do Buenos Aires i ja powoli umrę samotnie? Co, kiedy nie poznam Violetty?
Szybko się otrząsnęłam i odprowadziłam wzrokiem pielęgniarkę, prowadzącą Sarę do szpitala. Z cichym westchnieniem wróciłam do hotelu.

W holu napotkałam Tomasa. Na mój widok zacmokał zawadiacko.
- Ulala, Angie, ekstra wyglądasz!
Zupełnie zapomniałam, że mam na sobie czarne kozaki, rajstopy i sukienkę w tym samym kolorze, a na ramionach niedbale zarzuconą marynarkę Emilio. Musiałam wyglądać mocno przesadnie.
- Cześć, Tomi - rzuciłam, wymuszając lekki uśmiech i ruszyłam do windy.
- Może dasz się zaprosić na sok, herbatę, cokolwiek..
- Innym razem. - Pomachałam mu, zanim automatyczne drzwi się zamknęły. Oparłam się o jedną ze ścian i westchnęłam, rozkoszując się zapachem perfum Włocha, którymi przesiąknięta była jego marynarka. Wyłowiłam z torebki fiolkę z tabletkami i połknęłam dwie, a następnie, chwytając komórkę, wybrałam numer przyjaciela. Odebrał po dwóch sygnałach.
- Emilio?
- Hej, miło, że dzwonisz. - Jak zwykle powitał mnie ciepłym i pełnym spokoju entuzjazmem.
- Chciałam cię przeprosić za moje dzisiejsze zachowanie, nie wiem, co we mnie wstąpiło..
- Nie ma sprawy - odparł. - Ale musisz pamiętać, kto jest po twojej stronie. Pomogę ci, tylko mi na to pozwól.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się do słuchawki i zakończyłam połączenie, a w tym momencie winda zatrzymała się przy moim piętrze. W lepszym nastroju wróciłam do pustego mieszkania..

Nazajutrz po pracy, kiedy to udało mi się wyjaśnić sprawy z Luisem i zamienić parę miłych słów z Emilio, udałam się do kliniki. Gdy mój zabieg dobiegł końca odszukałam pielęgniarkę i poprosiłam o wskazanie sali, którą zajmowała pani Smith. Przed pokojem zauważyłam napotkaną wczoraj pielęgniarkę. Miała zmartwioną minę.
- Coś się stało? - spytałam, zapominając o przywitaniu.
- Umiera. - Wskazała na szybę, zza której widać było całą salę. Na łóżku przy ścianie leżała Sara. Już z daleka widać było jej bladą twarz i minimalnie zauważalny oddech, który bacznie monitorowały popodpinane do jej ciała, liczne maszyny. Z miejsca przypomniał mi się widok Javiera, w otoczeniu różnych ustrojstw, czy tatę, któremu do ostatniej sekundy towarzyszyły pikające aparatury.
Pielęgniarka bez słowa weszła do środka, a ja podążyłam w ślad za nią. Usiadłam na krześle obok łóżka, ujmując dłoń staruszki, która pod wpływem mojego dotyku uniosła powieki i popatrzyła na mnie niemrawo.
- Alicjo - szepnęła. Jej głos był słaby i zmęczony.
Poczułam ścisk w gardle, a do moich oczu napłynęły łzy. Spojrzałam na równie przejętą pielęgniarkę.
- Alicjo, córeczko, jednak przyszłaś..
- Tak, jestem tu - odparłam, chlipiąc.
W tym momencie miarowe pikanie ustało, a na monitorze, ukazującym gwałtowne fale, powstała jedna, ciągła kreska. Uścisk na mojej dłoni rozluźnił się. Pociągnęłam nosem.
- Dobrze pani zrobiła. - Na ramieniu poczułam dotyk pielęgniarki. - Nie widziała córki od dawna, odeszła szczęśliwa.
Pozwoliłam nadchodzącym pielęgniarzom na wykonywanie swojej pracy, a towarzysząca mi oddziałowa zaproponowała kawę. Odmówiłam, wymigując nie najlepszym samopoczuciem i pospiesznie wróciłam do domu, rozmyślając o życiu i śmierci.


***
Następne tygodnie spędziłam na gorączkowej pracy z dzieciakami nad piosenkami z okazji zakończenia roku szkolnego i udziałami w zabiegach. Przez ten czas nie odczułam porażającej poprawy, przeciwnie - czułam się coraz nie pewniej, nie mogąc wyzbyć nurtującego uczucia niepokoju. Na szczęście miałam przy sobie Emilio, także moje stosunki z Luisem uległy poprawie. Wciąż atmosfera między nami była dość napięta, ale mniej niechętnie dyskutowaliśmy na różne tematy.
Nadszedł wyczekiwany przez wiele włoskich dzieci dzień czerwca - zakończenie roku szkolnego.
Korytarze akademii zapełnione były uczniami, gorączkowo wymieniającymi się planami wakacyjnymi, czy pożegnaniami absolwentów z klasami, nauczycielami, młodszymi przyjaciółmi. Przybyło też wieli rodziców, których pociechy wykazywały muzyczne zdolności, aby już teraz znaleźli się na listach oczekujących przyjęcia.
Przyszłam wcześnie rano, wieszając ostatnie dekoracje i upewniając się, że wszystkie sprzęty działają, jak należy. Nie udało mi się niestety przeprowadzić dodatkowej próby, pełnia niecierpliwości stałam za kurtyną obserwując, jak moi podopieczni wybiegają na scenę. Wśród występów znalazły się dwie piosenki solowe, duet i utwór, własnoręcznie skomponowany przez uczniów. Na koniec rozległy się dźwięki dobrze znanej mi piosenki. Nie była nowa, ani wytworem burzy mózgów absolwentów, zaproponowałam ją sama, długie tygodnie przed zakończeniem roku, aby teraz móc wsłuchiwać się w przepiękną melodię i ujmujący tekst.


Ven y canta
Dame tu mano
Cura tus heridas busca hoy 
tu melodía vamos
Ven y canta sigue cantando
Piénsalo en color es hoy,
que tu sueño es mi canción



Pomyślałam o tym, co teraz dzieje się w Studio. Otulona półmrokiem szkoła pewnie świeci pustkami, a uczniowie wraz z przejętymi nauczycielami kłębią się za kulisami jednego z argentyńskich teatrów. Ludmiła poprawia makijaż, Camila z Francescą szepczą gdzieś w kącie, Maxi stara się uspokoić spanikowaną Natalię, a.. Violetta bacznie obserwuje zapełniającą się widownię. Tak bardzo tęskniłam za głosem siostrzenicy. Za parę godzin, czy minut wyjdzie na scenę, czarując publiczność swoim śpiewem, który był mi tak odległy. Pomyślałam o Antonio, zaciskającym mocno kciuki, Pablo wygłaszającym motywujące przemowy, chaotycznym Beto i zdegustowanym występami Gregorio. Ich też mi brakowało. Pożałowałam, że nie jestem częścią tegorocznego przedstawienia. 
Na ziemię przywołały mnie brawa i gwizdy. Absolwenci, którzy przed chwilą zaszczycali zebranych tańcem, stali w zwartym szeregu, czekając na odbiór świadectw. Jako jedna z organizatorów zostałam poproszona na scenę. Luis właśnie mówił o sukcesach, jakie osiągnęli młodzi artyści, racząc ich komplementami. Poczułam się, jakbym to ja kończyła swoją przygodę z akademią muzyczną, którą dla mnie było Studio. Ze łzą w oku spoglądałam na przejęte, ale rozradowane twarze uczniów. Rozległy się powtórne brawa i nim się obejrzałam, cały tłum z sali widowiskowej przeniósł się na korytarze, aby po raz ostatni delektować atmosferą murów. Ja też przechadzałam się między klasami, obserwując uśmiechnięte miny uczniów i żegnając się z nimi, życząc udanych wakacji oraz powodzenia w dalszej nauce. Niespodziewanie poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię. Odwróciłam się i zdębiałam. Przede mną stała.. 
- Ivi! - Przycisnęłam do siebie dziewczynę. 
- Cześć - zaśmiała się. Za jej plecami sali państwo Jones. - Skorzystaliśmy z twojego zaproszenia, cieszysz się?
- Bardzo - wysapałam, szczęśliwa. 
- Widzieliśmy występy, broszurki i postanowiliśmy, że Ivette będzie uczęszczać tu od przyszłego roku - powiedziała opiekunka nastolatki. - Dyrektor był bardzo uprzejmy i sam telefonicznie zaproponował udział w przedstawieniach. 
W duchu obiecałam sobie, że później podziękuję Luisowi, teraz przyszło mi rozkoszować się kilkoma godzinami spędzonymi w towarzystwie Ivi i jej rodziców. Całą czwórką wybraliśmy się na obiad do pobliskiej restauracji.

- To ostatni raz, kiedy się widzimy? - zapytała Ivi, gdy państwo Jones oczekiwali jej w samochodzie, przed powrotem do domu, na obrzeżach Rzymu. 
- Nie, skarbie. - Otarłam z jej policzka łzę. - Będziemy utrzymywać stały kontakt. Możesz do mnie dzwonić, pisać, przyjechać na ferie, albo wakacje. Zawsze znajdziesz u mnie swój drugi dom. 
Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie, wtulając w moje ramiona. Wymieniłam z nią ostatnie zdania, odprowadzając wzrokiem do auta, a następnie patrząc, jak odjeżdża. Nie czułam zawodu, przeciwnie - znów wszystko miało się zmienić.

Hotelowe drzwi trzasnęły o futrynę, rozległ się dźwięk suwaka i sunięcia czegoś po połyskujących panelach. Rzuciłam okiem na pusty apartament. Był dokładnie taki, jak zastałam go parę miesięcy temu; wnętrze wypełniało mnóstwo światła, kremowe kolory łagodnie podkreślały luksus, a potężne, dębowe meble dodawały stanowczości i wygody. Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając przeżyte tu kłótnie z Ivi, ale i pierwsze wygłupy, pocałunki, randki z Luisem oraz rozmowy z Emilio. Znowu, tym razem w przeciwnej stronie świata zostawiałam część siebie. Zmierzyłam salon ostatnim spojrzeniem i powoli wydostałam się z mieszkania. 
Moje bagaże czekały już w taksówce, do której pomógł mi wnieść je Tomas. Chłopak wyrażał głębokie niezadowolenie, ale nie protestował, kiedy się z nim żegnałam. Wsiadłam do auta i machając mu na pożegnanie, patrzyłam, jak budynek wieżowca powoli znika za ścianami kolejnych. 
Byłam bardzo podekscytowana i zdenerwowana. W tak krótkim czasie znowu dałam ponieść się uczuciom, rzucając wszystko. W Rzymie pozostawiałam wspomnienia, ale i fragment duszy. Ludzi, których tu poznałam nigdy nie zapomnę, trudno było się rozstać, choć łączyło nas pozornie niewiele. Nowe rodzaje terapii miał prowadzić inny lekarz, na szczęście doktor Romerro zrozumiał sytuację. Pozostawało tylko cierpliwie czekać na nadejście nowych wydarzeń.. 

Przed lotniskiem czekała mnie kolejna, miła niespodzianka. 
- Nie chciałaś chyba wyjechać bez pożegnania? - Rzuciłam się w ramiona Emilio. 
- Tyle dla mnie zrobiłeś - westchnęłam, ciągnąc nosem. Usłyszałam pocieszający chichot przyjaciela, a już po chwili jego ciepłe palce muskały moje policzki. Patrzył mi w oczy i życzliwie się uśmiechał. 
- Będzie mi ciebie brakowało, Angie.. 
Tylko kiwnęłam głową, ocierając łzy z twarzy.
- Jestem ci bardzo wdzięczna. Przepraszam i dziękuję. Za to, za tamto, za wszystko, za to, że przy mnie byłeś, nawet gdy runęło niebo. 
Mężczyzna otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował, patrząc z uśmiechem w dal za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam zmieszanego Luisa. Widzieliśmy się ostatniego dnia roku szkolnego, krótko rozmawialiśmy, wiedział o moich planach, ale skrycie ucieszyło mnie to, że widzę go znowu. Poczułam, jak Emilio popycha mnie lekko w jego kierunku. Uniosłam kąciki ust i podeszłam do niego żwawo. 
- Dziękuję, że przyszedłeś. - Spojrzałam mu w oczy, co niepewnie odwzajemnił. Milczał, dlatego nie przeciągając ciszy, złożyłam na jego zarośniętym policzku długi pocałunek. 
- Ja też - szepnął, wiedząc, co chciałam mu przekazać i pierwszy raz uśmiechnął się. 
- Samolot 124, Rzym - Buenos Aires ustawia się na pasie ruchu. - Rozległo się z głośników. 
Ostatni raz uścisnęłam Włochów, po czym wlokąc za sobą opasłą walizkę pomachałam im i zniknęłam za drzwiami budynku. 

________________________
Lalala, jest i next, a wraz z nim wielkie zmiany, macie upragniony powrót do BA! :D
A co spotka Angie już na miejscu? Tego dowiecie się w kolejnych rozdziałach. :)
Jeśli są tu fani TDA, to sylwetka Sary na pewno nie jest Wam obca. ;)

Do przeczytania!
Wiktoria

4 komentarze:

  1. WIEDZIALAM ZE TA BABKA MI ZNAJOMA! Pierwszy sezon TDA najlepszy - SIBUNA!
    W KOŃCU POWRÓT DO BA, czyli kłopoty. No i znowu mi smutno ;_;
    Dzięki Wika naprawde.
    Czekam na następny rozdzial.

    OdpowiedzUsuń
  2. W końcu do BA! W końcu do BA! :D
    Jaram się jej powrotem xD
    I czekam oczywiście na jak najszybszy next!
    PS Ja coś się jej w ty samolocie stanie to po prostu nie wiem co ci zrobię!!! xD
    Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutny ten rozdział z... Sarą. *Nie, kretynko, nie chodzi o Ciebie. A to, że masz na nazwisko Smith też o niczym nie świadczy. Ogar*
    I znowu mam doła. Wyobraziłam sobie to zakończenie roku w Stud!o bez Angie i... Aht.
    NEXT!

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaaaaa powrót do BA nie moge sie juz doczekać :) super rozdział

    OdpowiedzUsuń