poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 127

"Dlaczego zawsze wpadam na niego?!"
- Coś lubimy na siebie wpadać. - German wypowiedział na głos moje myśli i pomógł mi wstać. Wokół nas zgromadziła się spora grupka gapowiczów, w tym mój szef, który z miejsca przystąpił do przepraszania bruneta i błagania, aby nie zaskarżał jego restauracji u lokalnych krytyków. - Nic się nie stało, to ja wpadłem na panią - powiedział, tłumacząc mnie przed Marco.
- Najmocniej pana przepraszam, proszę na zaplecze, Angeles pomoże się panu wysuszyć.
Spojrzałam nienawistnie na szefa, poprawiając swoją spódniczkę. Ten odwdzięczył mi się morderczym wzrokiem, a więc w milczeniu ruszyłam do pokoju dla pracowników, prowadząc za sobą Germana. Czułam przy tym palący wzrok gości oraz samego szwagra, a także jego narzeczonej, której na kilka chwil udało się przedostać do Germana, tłumaczącego się, że za parę minut do niej dołączy. Przygryzłam wargę ze złości, kiedy po raz kolejny nazwał ją swoim skarbem.
Zaprowadziłam mężczyznę do jednego z pomieszczeń.
- Schowek na miotły? - zaśmiał się kpiąco, opierając o futrynę drzwi.
- Chcesz ratować koszulę? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, grzebiąc w szafce, z której po chwili wyłowiłam ręcznik. Namoczyłam go i zaczęłam wycierać plamę w okolicach prawego żebra. Germanowi przez cały czas nie schodził uśmiech z ust, ze złośliwością wertował mnie wzrokiem, żartując ukradkiem z tego, jak blisko się znajdowaliśmy.
- Bawi cię to? - burknęłam, wciąż czyszcząc zabrudzenie. Szatyn uniósł wyraźniej lewy kącik ust i zachwiał się, przysuwając jeszcze bardziej w moją stronę. Instynktownie wykonałam krok w tył. Teraz czułam na plecach chłód marmurowej ściany. Mój szwagier znów znalazł się w podobnej odległości, lecz całkowicie ignorowałam jego zalotne spojrzenia, prowokujące gesty, pociągający zapach i paraliżujący dotyk na mojej skórze.
Zastygłam w bezruchu, wciąż w jednej dłoni ściskając jego koszulę z okolic piersi, a w drugiej ścierkę i czując, jak sunie palcami od połowy mojego uda, przez talię i brzuch. W pewnym momencie jedną dłoń wsunął pod fałdę mojej służbowej spódnicy i ułożył ją na udzie.
- Przestań - wysapałam, mając wrażenie, że nagle brakuje mi powietrza.
German spuścił wzrok, ocierając usta palcem wskazującym. Bałam się na niego spojrzeć, czułam jednocześnie wstyd, bo za ścianą bawiła się jego niczego nie świadoma narzeczona oraz zawód, bo nie mógł być obok mnie. - Nie. - Resztkami sił odepchnęłam go od siebie, choć podświadomie tak bardzo chciałam czuć smak i ciepło jego gorących ust na swoich. Cisnęłam mu ścierką w twarz i wyszłam, trzaskając drzwiami.

Kiedy wróciłam na salę po moim wypadku nie było śladu, ktoś posprzątał stłuczone szkło i plamy z podłogi, a goście zachowywali się tak, jakby nigdy przedtem nie widzieli mnie na oczy. Taki obrót spraw nieco poprawił mi humor, ale do końca przyjęcia unikałam szwagra i gdy tylko pojawiał się wśród tłumu, natychmiast częstowałam przekąskami elitę z drugiego końca sali. On sam nie wydawał się pamiętać o sytuacji sprzed paru minut; z uśmiechem żartował ze znajomymi, popijał szampana i obejmował z czułością swoją narzeczoną, co przyprawiało mnie o mdłości.
- Moje nogi! - jęknęła Bell, opadając na krzesło, kiedy ostatni z gości opuścił lokal.
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu, dochodziło wpół do czwartej nad ranem.
Sięgnęłam do torebki i wyłowiłam z niej fiolkę z błękitnymi tabletkami. Jedną z nich łyknęłam gorzko, popijając wodą.
- To na ból głowy - lekko minęłam się z prawdą, napotykając pytające spojrzenie brunetki. Dziewczyna przetarła zaspane oczy i ziewnęła. Wszyscy byli zmęczeni, przy pozostałych stolikach zgromadzili się pozostali pracownicy, wyczerpani nawałem pracy.
- Dobrze, na dziś to koniec, widzimy się w poniedziałek - powiedział Marco, promieniejąc energią, wówczas, gdy parę osób usnęło, opartych o blaty stolików.
Jako pierwsza kiwnęłam w stronę szefa, który obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem i sięgnąwszy po kurtkę i torebkę, wyszłam z restauracji.
Przed budynkiem dogoniła mnie Bella.
- Hej, Angie! - wysapała, podbiegając do mnie. - To chyba twoje.. - W dłoni chowała fiolkę z moimi tabletkami.
- Och, tak, dziękuję.
- Powinnaś ich pilnować. Naprawdę tak mi przykro..
- To najzwyklejsze pigułki przeciwbólowe. - Uśmiechnęłam się nerwowo.
- Moja mama była lekarzem zanim umarła. Miała guza mózgu, też brała takie tabletki. Cóż za ironia, pomagała wszystkim, ale nikt nie umiał pomóc jej..
Westchnęłam i poklepałam dziewczynę po ramieniu.
- To nawet nie takie straszne - pocieszyłam ją. Wiedziałam, że szuka we mnie pocieszenia, jakiegoś słowa otuchy, dziwnego zapewnienia, że nic się nie czuje, i że jej matka nie cierpiała. - Te proszki pomagają wyłączyć zmysły.
Bell uśmiechnęła się słabo i wyszeptała ciche przepraszam, po czym ku mojej cichej uciesze, zmieniła temat:
- Wracasz do domu?
- No.. tak - odparłam, zaskoczona pytaniem. - A ty nie?
- Pędzę do pracy - rzekła, jakby pójście do pracy o piątej nad ranem, zaraz po skończeniu pierwszej, całonocnej było czymś najzwyklejszym na świecie.
- Nie jesteś zmęczona? Rozumiem, że oszczędzasz, ale nie możesz się wykańczać..
- Ee tam, pewnie szybko się położę - zawołała dźwięcznie, nagle pełna energii. Nie zrozumiałam jej słów, ale nim zdążyłam zapytać, pożegnała się i machając mi ręką, odeszła wgłąb jednej z uliczek.
Chwilę wpatrywałam się w miejsce, w którym zniknęła, zastanawiając się, jaką historię może skrywać ta dziewczyna..

Gdy się obudziłam było już południe. Leniwie się przeciągnęłam i podreptałam do kuchni, ciesząc z leniwego dnia. Nocna praca dała mi się we znaki; sińce pod oczami, bolące nogi i głowa. Kawa mrożona i naleśniki z czekoladą nieco załatwiły sprawę. Zasiadłam przed telewizorem, skacząc z kanału na kanał, lecz nie znalazłam nic godnego uwagi. Wtem rozległ się dzwonek do drzwi. Miałam na sobie jedynie szlafrok, a włosy i cera panowały w nieładzie, lecz mimo to poszłam otworzyć. W progu zastałam najmniej oczekiwaną osobę.
- Cześć.
- Co tu robisz? - zapytałam lodowatym głosem Germana, który z cieniem zmieszania na twarzy przyglądał mi się z uwagą.
- Chciałem porozmawiać.
- Ja uważam, że nie mamy o czym. Powinieneś pilnować swojej narzeczonej - zaakcentowałam wyraźnie ostatnie słowo, samej sobie sprawiając ból.
German jednak był nieustępliwy, wolnymi palcami zaczął tańczyć na guzikach mojej koszuli, zwinnie je rozpinając. - Esmeralda.. - wycedziłam cicho.
To też go nie powstrzymało, przycisnął mnie do ściany, muskając ustami mój obojczyk i szyję. Mimowolnie przymknęłam powieki i rozchyliłam usta, wiedząc, że mimo przeciwności się mu poddaję. Czułam, jak zsuwa z moich ramion szlafrok i przysuwa się jeszcze bliżej, drażniąc ustami moje ucho. Jego ciało stykało się z moim, dzieląc ciepłem.
- Mogę wejść? - zdawał się mnie nie słuchać.
Czy do ciebie nic nie dociera?! - chciałam krzyknąć, ale w tej samej sekundzie poczułam popchnięcie i napotkałam plecami ścianę. Mężczyzna ścisnął moją twarz w dłoniach i niemalże brutalnie połączył nasze wargi. Zanotowałam jeszcze huk zatrzaskujących się drzwi i odpłynęłam myślami. Za każdym razem, gdy stykaliśmy się ustami, czułam jakby przenikał mnie prąd, przyjemne mrowienie towarzyszyło tam, gdzie mnie dotykał. Całował moje usta, dekolt, szyję, mierzwiąc dłońmi piersi i włosy, a ja nie wiedziałam, co było gorsze - to, że się mu poddawałam, czy to, że starałam się dorównać, ślepo błądząc dłońmi po jego plecach, wyrywając zza paska koszulę, aby jak najszybciej dotknąć muskulatury, jeszcze wyraźniej go poczuć. Każdy pocałunek przepełniony był słodką goryczą rozczarowania, pożądania i namiętności, której w żaden sposób nie mogliśmy opanować. Nasze serca sterowały ciałami
Wszystko działo się w tak szaleńczym tempie, dotykał mnie i całował, a ja jednak miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Nie do końca wiedziałam, jak to się stało, że w końcu oboje znaleźliśmy się w jednej sypialni, w jednym łóżku, tworząc jedno ciało. Perfekcyjny ból rozkoszy wypełniał nas w całości. Poddaliśmy się chwili.

Obudziły mnie ciepłe promienie słoneczne, muskające moją skórę. Bałam się otworzyć oczy, wiedziałam, że czeka mnie rozmowa z Germanem. Nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć. Było mi wstyd, czułam się winna temu, co stało się w nocy. Przespaliśmy się - dźwięczało mi w uszach.
- Och, Angeles - rozległ się rozbawiony głos Czarka. 
Niepewnie rozchyliłam powieki, z ulgą stwierdzając, że szwagra nie ma obok mnie, a w mieszkaniu panuje nienaganna cisza. Ubrania, które rozrzuciliśmy po sypialni też zniknęły, mężczyzna musiał wyjść, kiedy jeszcze spałam. Odetchnęłam z ulgą i ponownie opadłam na poduszki, wciąż czując przyjemne mrowienie na ciele. W końcu jednak podniosłam się z łóżka, odświeżyłam i ubrałam. Przez cały czas towarzyszyło mi poczucie winy, o czym nie omieszkał przypominać mi Czarek. Do wieczora snułam się po mieszkaniu bez celu. W końcu nie wytrzymałam i mimo późnej godziny wyszłam na spacer. Po dłuższej wędrówce przysiadłam na parkowej ławce. W pewnym momencie poczułam wibracje w kieszeni jeansów.
- Halo? - powiedziałam beznamiętnie.
- Bogu dzięki, Angie, od paru godzin próbuję się z tobą skontaktować! - usłyszałam głos Pabla i nagle mnie oświeciło; byliśmy umówieni na dziś.
- Przepraszam, nie najlepiej się czuję, nie słyszałam telefonu. Możemy spotkać się jutro?
- Jasne. To coś poważnego?
- Zwykła migrena. Do zobaczenia - zakończyłam połączenie i wrzuciłam komórkę z powrotem do kieszeni.
Wstałam z ławki i ruszyłam uliczką. Szłam bez celu, w nieznane miejsce, wpatrując się w swoje przetarte trampki. W pewnym momencie z zamyślenia wyrwał mnie znajomy chichot. Odwróciłam się i ujrzałam Bell. Szła pod rękę z jakimś mężczyzną, co chwila przystając i śmiejąc się. Wyglądała na mocno nietrzeźwą.
- Bell?
- O, hej, Angie! - pisnęła na mój widok i zaraz potem zakryła sobie dłonią usta, powstrzymując chichot.
Z niedowierzaniem zlustrowałam ją wzrokiem, wyglądała nie do poznania; koszule, sweterki i spódniczki w delikatnych kolorach, w których zawsze ją widziałam zastąpiła kusa, czerwona sukienka z dość sporym dekoltem, czarne szpilki i pończochy w tym samym kolorze. Usta miała wyraźnie podkreślone krwistą szminką, a włosy zebrane w ciasnego koka. Nim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, zza rogu wyskoczył mężczyzna w średnim wieku, co jako jedyne zanotowałam, nie mogąc bliżej się mu przyjrzeć, gdyż od razu przystąpił do towarzysza Isabell, okładając go pięściami. Dziewczyna pisnęła i cofnęła się o krok. Wszystko działo się tak szybko, że i ja nie zareagowałam. Dopiero po chwili się ocknęłam i rozdzieliłam walczących.
- Colin - jęknęła ciemnowłosa, patrząc na poobijaną twarz swojego towarzysza. - Eric.. - zwróciła się do oprawcy.
- To wy się znacie się?! - warknął poszkodowany, ocierając krew spod nosa. W duchu pomyślałam, że sama chętnie dowiedziałabym się, co ich łączy.
- Jak ty wyglądasz?! - wrzasnął Eric,zarzucając dziewczynie na ramiona swój płaszcz. Na jego twarzy malowała się furia, rozczarowanie i zmartwienie.
- Ej, grzeczniej, dziadziusiu. Myślałem, że zostaniemy sami, bez twojego tatusia.. - zamruczał znajomy Bell., uporawszy się z krwotokiem. Tymi słowami wzbudził jeszcze większą złość w swoim oprawcy, który zdzielił go trzymaną parasolką.
- Dość! - przerwała brunetka, stając między nimi. - Colin, wybacz, ale raczej nic z tego nie wyjdzie - zwróciła się do poszkodowanego. - A ty nie masz prawa ingerować w moje życie, sam wybrałeś! - nakrzyczała na drugiego z nich, po czym bezceremonialnie zostawiła nas na środku chodnika i pobiegła przed siebie.
- Bell.. - jęknął starszy mężczyzna, gestykulując rękoma, ale nie gonił jej.
- To ja może.. - kiwnęłam ręką w stronę miejsca, gdzie zniknęła młoda kobieta i ruszyłam jej śladem.

Przez kilka minut błądziłam po uliczkach, nawołując brunetkę, ale nie otrzymałam odzewu. W końcu odnalazłam ją na jednej z ławek. Było już po północy i park spowił mrok, rozświetlany przez kilka latarni. Poznałam ją jedynie po zarysie sylwetki, a bliżej mogłam się przyjrzeć, kiedy usiadłam obok. Wciąż zalatywało od niej alkoholem. Kurczowo ściskała w dłoniach brzegi płaszcza mężczyzny, który zaatakował jej towarzysza, a policzki pokryte były stróżkami tuszu, czerwona szminka też wychodziła poza kontury ust. Wpatrywała się tempo przed siebie.
- No nie patrz tak na mnie, nie jestem.. nie jestem.. - zapowietrzyła się, a jej oczy zaszła mgła.
- Wcale tak nie pomyślałam - powiedziałam niepewnie.
- Ja z nimi tylko rozmawiam, stawiają mi drinki. Płacą za dobre towarzystwo, nic więcej, przysięgam - jęknęła. - Ten mężczyzna - pociągnęła nosem - był jednym ze stałych klientów klubu, bogaty dzieciak, który nie wie na co wydać pieniądze rodziców. Ten drugi..
Pomasowałam jej ramię, aby dodać otuchy.
- Pamiętasz, mówiłam ci o facecie, który mnie zostawił.. Eric.
- TO BYŁ ON?! - Wytrzeszczyłam oczy. - Przecież..
- .. mógłby być moim ojcem, tak, wiem - dokończyła. - Ale kocham go, bardzo. I wiem, że on też kocha mnie..
- Więc dlaczego się rozstaliście?
Bell westchnęła i pociągnęła nosem.
- Uważa, że jest dla mnie zbyt stary i biedny.
- I zazdrosny - dodałam z uśmiechem. - Widziałaś, jak zareagował. No i - dotknęłam płaszcza - troszczy się o ciebie.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Szkoda, że nie troszczy się z bliska.
- Miłość lubi zaskakiwać, to jej największa wada i zaleta, coś o tym wiem.
- Ten facet od kawy.. Nie da się ukryć, że coś was łączy..
- Łączyło - poprawiłam ją szybko. - Nam się nie udało. Widocznie.. widocznie tak miało być. Ale wciąż uważam, że jeśli ludzie się kochają, to cokolwiek miało by się wydarzyć, w końcu będą razem.
Bell uśmiechnęła się słabo i przetarła zapłakane oczy.
- No już, weź się w garść i idziemy do mnie.
- Jak to? - spytała, zaskoczona.
- Musisz z tym skończyć - wskazałam na jej strój. - Nie wrócisz tam więcej. I do mieszkania już dziś też nie, przenocujesz u mnie - powiedziałam pewnie.
- Nie chcę ci robić problemu..
- Nie ma o czym mówić, idziemy.
Równocześnie zerwałyśmy się z ławki i ruszyłyśmy w kierunku mojego mieszkania. 

__________________________
127 rozdział możemy odhaczyć. :D
HP everywhere, Zuziałke. XD
No i mamy też Germangie, mam nadzieję, że jesteście zadowoleni. :D
Dziękuję za przeczytanie. 

Całusy,
Wiktoria

czwartek, 11 września 2014

Rozdział 126

- German..
- Angie..
Brunet natychmiast otrząsną się, wyprostował i odchrząknął wymownie. Poszłam za jego przykładem. 
- Przepraszam. - Zauważyłam plamę na jego koszuli. 
- To nic.. to tylko.. taką mamy grawitację - wyjąkał pospiesznie, rzucając mi nerwowy uśmiech. Chyba wyniknęła z tego gafa porównywalna do mojego porządku alfabetycznego. 
Mężczyzna przysiadł na pobliskim krześle i przeją ode mnie ścierkę, wycierając nią mokry brzuch. Nastała chwila milczenia, którą po pewnym czasie przerwał.
- Esmeralda powiedziała mi, że byłaś parę dni temu. Esmeralda to..
- Twoja nowa narzeczona - zaakcentowałam ostatnie słowo, szybko przerywając mu zreflektowanie się.
Kiwną głową i począł ponownie zajmowac się ubraniem.
- Dla Violetty to był szok - wypalił.
- Nie musisz się za nią tłumaczyc - odrzekłam szorstko. Sama nie wiedziałam, dlaczego nagle przybrałam kamienną twarz, choc w środku wszystko się we mnie trzęsło. 
- Nawet nie wiem, co ci teraz powiedziec. - Odłożył ścierkę i spojrzał mi w twarz. Natychmiast odwróciłam wzrok, chciałam grac nieugiętą. Przełknął ślinę, ale nie kontynuował, bo w tym momencie do środka wpadła Esmeralda. 
- Kochanie, nic ci nie jest? Widziałam przez szybę.. 
- Wszystko w porządku - powiedział cierpko German, wciąż lustrując mnie wzrokiem. - Chciałbym was sobie oficjalnie przedstawic. Angie, to jest Esmeralda, moja.. - zawahał się.
- Narzeczona, tak, przecież wiem - rzuciłam chłodniej, niż zdawało mi się w myślach. Mężczyzna skinął głową i dodał:
- Esmeraldo, to Angie, siostra mojej zmarłej żony. 
Odnotowałam tylko ostatnie słowa. Szwagierka, czyż nie tak mnie nazwał? Wolał uniknąc prawdy przed nową kobietą, chowając mnie pod przykrywką zwykłej krewnej. Przełknęłam gorzko ślinę, czując napływ łez. Zabolało mnie to.
- Już się poznałyśmy, pamiętasz, mówiłam ci.. - Uśmiechnęła się ciemnowłosa.
- Tak, tak - odrzekł nieprzytomnie German. 
- Zatem niedługo będziemy rodziną! - pisnęła. Zdawało mi się, że inżynier nagle pobladł, samej ugięły mi się nogi. Wiedziałam już kim jest nowa mieszkanka jego willi, ale dotąd tak na prawdę nie chciałam zaakceptowac prawdy. - Może dasz się zaprosic na kolację, co?
Odważyłam się spojrzec na Germana, który teraz dla odmiany unikął mojego wzroku. 
- Przepraszam, mam dużo pracy, może innym razem - odpowiedziałam, jak parę dni temu Oldze. 
Kobieta chciała chyba zaprotestowac, ale w tym momencie z zaplecza wyskoczył mój szef i zaczął przebłagiwac parę darmowymi kuponami i oferowac Germanowi pokrycie kosztów pralni. Do mnie zdąrzył syknąc tylko, abym schowała się w kuchni i lepiej do końca dnia nie wchodziła mu w drogę. 
- Szybko zdąrzyłeś się pocieszyc - rzuciłam szeptem w kierunku inżyniera, zanim odwróciłam się na pięcie i popędziłam do pomieszczenia dla pracowników. - Mam tylko nadzieję, że Violetta w końcu wybaczy mi moją decyzję. 
Gdy w końcu stanęłam do niego tyłem, pozwoliłam, aby moje łzy luźno spłynęły po policzkach. Pędem pobiegłam na zaplecze.

Skulona, siedząc w kącie składzika słyszałam tylko pojedyncze trzaski i rozmowy. Na moje szczęście nikt nie próbował mnie szukać, zupełnie, jakbym była niewidzialna. Nawet szef nie trudził się o reprymendę.
Westchnęłam głośno, ocierając mokrą twarz. Dlaczego płakałam? Przecież w pełni świadoma odeszłam od Germana, wiedząc, że już nigdy nie będziemy razem. Wszystko skreśliłam, nie licząc, że moje poukładane życie będzie czekało, kiedy wrócę z Włoch. Liczyłam się z tym, że zastanę ich szczęśliwych, z nowym rozdziałem życia, do którego wepcham się z butami. A mimo to cierpiałam, wiedząc, że ktoś zastąpił moje miejsce. Nie, to nie była zazdrość, to nie był egoizm, to był strach przed samotnością. O tak, zostałam sama.
- Angie?
Usłyszałam pukanie, zza drzwi, o które się opierałam dobiegł mnie głos Monici.
- Wiem, że tam jesteś, wpuść mnie.
Niechętnie odsunęłam się od wejścia, pozwalając kobiecie wejść. Kucnęła obok mnie. Czułam na sobie jej troskliwy wzrok, ale mimo to unikałam spojrzenia. Nie było nawet sensu ocierać łez i ukrywać tego, co czułam.
- Widziałam, co się stało - szepnęła. - Pablo tylko raz wspomniał o tym mężczyźnie. German, tak?
Milczałam, wsłuchując się w jej przejęty głos, pełen współczucia. Nie znała mnie, ani mojej historii, a mimo to poczuwała się do solidarności.
- Byłam głupia - powiedziałam w końcu, wciąż wpatrując się w jedno z pudeł. - To ja zakończyłam nasz związek, ale teraz nie mogę dopuścić do siebie myśli, że ktoś zastąpił moje miejsce u boku jego i Violetty.
- Po prostu go kochasz.. Nie powinno się przepraszać za miłość, tak jak płakać nad przeszłością. Zamiast tego zadbaj o przyszłość. Jeśli los chce, żebyście byli jeszcze kiedyś razem, to wasze drogi się skrzyżują.
- Wierzysz w to? - Po raz pierwszy na nią spojrzałam. - W jedyną i prawdziwą miłość.
Widziałam, że się zawahała, ale szybko dodała:
- Wierzę. Miłość nie jest idealna. - Pogłaskała moje kolano i podała chusteczkę, którą głośno wytarłam nos.

Następny dzień powitałam z lekkim ćmieniem głowy. Za oknem szalał wiatr, a niebo przysłoniły chmury, ale mimo to termometr pokazywał dość dużo kresek. Zamiast służbowej koszuli na długi rękaw, ubrałam zwykłą bokserkę w tym, samym ciemnym odcieniu i firmową spódniczkę, do której wpuściłam bluzkę. Włosy jak zwykle związałam w kitkę i zrobiłam makijaż. Ostatnio musiałam używac znacznie większej ilości pudru, aby zatuszowac sińce wokół oczu. Ilekroc wspominałam o nich lekarzowi, oglądał je z uwagą, mrucząc coś pod nosem, ale nic nie mówił. Na razie wolałam nie pytac. Łyknęłam niebieską tabletkę i popiłam ją sokiem pomarańczowym.

Powietrze było dośc ciężkie, lecz przyjemną ochłodę stanowił lekki wiatr. Chyba zanosiło się na burzę, pomyślałam, zerkając na poszarzałe od ciemnych chmur niebo i przyspieszyłam kroku. Do restauracji dotarłam w samą porę, bo tuż po przekroczeniu progu luną deszcz.
- Mam nadzieję, że dziś pójdzie ci lepiej - chłodno powitał mnie szef, po czym odszedł.
Zawiesiłam torbę na wieszaku w pokoju dla pracowników i ruszyłam na salę. Dziś pracowałam z jakąś nowoprzyjętą, dwudziestokilkoletnią dziewczyną. Wyglądała na mocno spiętą i zdenerwowaną pierwszym dniem w nowej pracy, dlatego kilka razy posłałam jej zachęcający uśmiech. W końcu, kiedy nadeszło popołudnie z ulgą stwierdziłam, że ani mi, ani mojej młodszej koleżance nie przydarzyło się dziś nic złego, co niepotrzebnie zdenerwowałoby i tak łysiejącego już i wychudziałego właściciela knajpki.
Gdy w końcu dotarłam do domu, dochodziła osiemnasta. Odświeżyłam się i poprawiłam makijaż, po czym w pełnej gotowości stanęłam przed szafą w poszukiwaniu stroju na wieczór. Po paru minutach wertowań pułek zdecydowałam się na morelową sukienkę, do której dobrałam zwykłe balerinki w jaśniejszym odcieniu, a włosy pozostawiłam rozpuszczone. Przeglądnęłam się ostatni raz w lustrze, po czym wyszłam.

- Hej, świetnie wyglądasz! - W progu powitał mnie Pablo.
- Cześc! - Zaraz obok niego pojawiła się Monica.
Przytuliłam obojga i podałam kobiecie kupione w drodze wino. W salonie stał stół, nakryty białym obrusem, a na nim rozłożona już była zastawa.
- Ja dziękuję - powiedziałam, kiedy Galindo rozlewał do lampek czerwony trunek.
- Daj spokój, mamy weekend, każdy zasługuję na trochę odpoczynku.
- Nie mam ochoty - zaprzeczyłam. Przy mojej terapi i tabletkach, które zażywałam, alkohol był nie wskazany, a wręcz wykluczony.
Mężczyzna popatrzył na mnie dziwnie, ale nie oponował, nalewając do kieliszka zwykłej wody. Uśmiechnęłam się do niego w geście podziękowania.
- Myślę, że od początku sierpnia powinniśmy zacząc układac plan zajęc, koncertów i przede wszystkim już teraz zawiadomic nauczycieli i uczniów. No i trzeba też otworzyc nowe listy naborów - wyliczałam, pochłaniając kolejne kęsy kurczaka.
- Chcesz zachowac całą kadrę? - zapytał dla pewności Pablo.
- Oczywiście. Jak najszybciej musimy spotkac się z Beto i Gregoriem. Wiem, że różnie z nim bywa, ale też jest częścią Studia.. Ja sama dalej poprowadzę zajęcia ze śpiewu, ale trzeba będzie pomyślec o jakimś zmienniku - westchnęłam. Zarządzanie szkołą jednak nie było takie proste.
- Damy radę. - Mrugnął porozumiewawczo mężczyzna.
Resztę wieczoru spędziliśmy na pogawędkach o wakacjach i wspomnieniach dzieciństwa, opowiedziałam też o swoich doświadczeniach nabytych we Włoszech.
- Angie, chcieliśmy.. - rzekł mój przyjaciel, kiedy po skończonym posiłku, całą trójką zasiedliśmy w fotelach.
- Pablo i ja chcieliśmy oficjalnie zaprosic cię na nasz ślub - dokończyła Monica, podając mi białą kopertę. - Zastanawialiśmy się też, czy zechciałabyś zostac moim świadkiem.
- T-tak, jasne - odparłam mile zaskoczona, oglądając kartkę, w środku widniała dokładna data wesela.
- Dwudziesty ósmy lipca.. to już za dwa tygodnie! - wykrzyknęłam zdumiona. Para przytaknęła.
Jeszcze raz podziękowałam za zaproszenie i zebrałam się do wyjścia. Ustaliliśmy z Pablo, że w poniedziałek po pracy spotkamy się z kolegami ze starej pracy i wyszłam.

Następnego dnia mogłam pozwolic sobie na dłuższe lenistwo, zmianę w restauracji rozpoczynałam dopiero wieczorem, kiedy to miał odbyc się jakiś mały bankiet. Kiedy z paczką chipsów zasiadłam przed telewizorem, zapikała moja komórka.

Potrzebuję Cię do pomocy w przygotowaniach.
Widzimy się wszyscy o 15:30 w lokalu.

                                                                 Marco
- Cholera - zaklęłam pod nosem, czytając SMSa od szefa. Do umówionej godziny pozostało nie całe pół godziny. - Ten to ma wyczucie czasu. 
Poprawiłam makijaż, chwyciłam torebkę i wyszłam z mieszkania. Pogoda tego lata była wyjątkowo kapryśna, na niebie znów górowały chmury, lecz gdzieniegdzie wyglądało słońce. Wsunęłam w uszy słuchawki i nastawiłam ulubioną piosenkę 3 Doors Down. 
- And all these days I spent away. I'll make up for this, I swear.. - zanuciłam. 
W rytmach ulubionego zespołu dotarłam do restauracji. W środku panował już gwar, moi współpracownicy biegali od stolika do stolika, rozkładając przekąski i napoje, inni zamiatali podłogę, czy zmieniali ustawienie krzeseł pod dyktandem wyraźnie spanikowanego szefa. 
- No jesteś wreszcie! - warknął, widząc mnie w drzwiach. - Natychmiast się przebrac i do roboty!
Kątem oka zauważyłam, że Monica posyła mi porozumiewawczy uśmiech który odwzajemniłam, wlekąc się na zaplecze. 
Z okazji bankietu kelnerzy mieli wyjątkowo ubrac się czarno - białe stroje. Żeńskiej części przypadała ciemna spódnica i biała koszula. Wsunęłam na nogi baletki i spięłam włosy w ciasnego, wysokiego koka. Kiedy wróciłam na salę, znalazłam się w samym środku kłótni pomiędzy Marco i jego najmłodszej pracownicy, której często pomagałam. 
- Mam dośc tego, jak nas traktujesz! - krzyczała.
- Grzeczniej, w każdej chwili mogę cię wyrzucic! - odgrażał się mężczyzna.
- Chyba wystarczy, weźmy się do pracy. - Złapałam dziewczynę za ramię, przerywając im. 
- W końcu mówisz z sensem - mruknął nasz szef i rzucając kilka uwag w stronę obsługi kateringu, zniknął za drzwiami kuchni.
- Dzięki, jeszcze chwila i wydrapałabym mu oczy..
- Sama czuję nóż w kieszeni. Jestem Angie.
- Isabella, ale mów mi Bell. 
Obie zabrałyśmy się za nakrywanie obrusem stołów. Ukradkiem zerkałam na wciąż poczerwieniałą twarz koleżanki. 
- Tak, jestem tu tylko ze względu na dziórę w budżecie - zaśmiała się w pewnym momencie, a moją twarz oblał rumieniec.
- Nie chcia..
- W porządku. To nie jest szczyt moich marzeń, ale potrzebuję pieniędzy, mam niepełnosprawną siostrę, mój ojciec jest w starszym wieku, mama nie żyje, rzuciłam faceta dla innego, ale ten z kolei mnie nie chce.. Życie - mruknęła, prostując biały materiał. - A ty co tu robisz? Też nie wyglądasz na spełnioną. 
Już miałam otworzyc usta, kiedy ponownie przystąpił do nas szef, wrzeszcząc, że za kwadrans zacznął schodzic się goście. 
- Pogadamy po armagedonie - uśmiechnęła się Bell, lecz szybko przybrała kwaśną minę, idąc za przełożonym po kolejne przekąski. 
Kilka minut później sala zapełniła się biznesmenami. Chwyciłam z zaplecza tacę z szampanem i ruszyłam na salę, rozdając lampki gościom. Szybko wydałam wszystkie i wróciłam do kuchni po kolejną serię. W drzwiach minęłam się z Monicą. Wymieniłyśmy uśmiechy i wtopiłyśmy się w tłum. Nie mogłam wyjśc z podziwu, jak takie bankiety mogą byc nadzwyczaj nudne. Zaproszeni goście nie robili nic poza wymienianiem uwag z pracy, czy dyskutowaniem o walucie i polityce. Jak German wytrzymywał na takich spotkaniach, pomyślałam. 
Gdzieś między ludźmi mignęła mi znajoma twarz, nie był to jednak nikt z pracy, czego byłam pewna, pomimo ułamka sekundy, w jakiej mogłam przyglądnąc się osobie. Szybko niestety zgubiłam ją wśród tłumu. 
- Przekąski - syknął Marco, nagle pojawiając się u mojego boku. 
Posłusznie wróciłam na zaplecze i zwinęłam tacę z czymś, co w żadnym razie nie przypominało jadalnej rzeczy.
- Może się pan poczęstuje? - pytałam uprzejmie napotykanych ludzi. ŻRYJ, DZIADU!
Nikt nie miał specjalnie ochoty na specjały przywiezione z kateringu. Może wyczuli z daleka, że chcemy ich otruc? 
Znużona, stanęłam obok jednego ze stołów. Dochodziła północ, a co więcej nie miałam pojęcia, do której godziny będzie trwało przyjęcie, a później spotkanie. Westchnęłam na samą myśl o niekończącej się nocy i czmychnęłam w głąb sali, widząc zbliżającego się szefa. Ku mojemu nieszczęściu sytuacja sprzed dnia powtórzyła się i znów niezdarnie potknęłam się o własne nogi, lądując na którymś z gości. Zielony sos, którą rozdawałam do strączków wylądował na twarzy mężczyzny. Podniosłam głowę i zdębiałam, pode mną równie zdezorientowany leżał German. 

________________________
Pamparam, 126 rozdział za nami.
Powitajmy również nową postac, fanom OUAT jej sylwetka jest z pewnością dobrze znana.
Germangie, a jakże, proszę bardzo. :D
Także ten.. XD Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał i do następnego!

Całusy,
Wiktoria

poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 125

Kolejne dni minęły w spokoju, zdąrzyłam się zaadoptowac w nowej pracy, mogłam też liczyc na pomoc Monici. Po zmianach zazwyczaj szłam prosto do kliniki, a zaraz potem, senna opadałam na domowe łóżko. Czasami udawało mi się odwiedzic Pabla, ale zwykle zmęczenie wygrywało. Przez ten czas ani razu nie zobaczyłam się z Violettą, Esmeraldą, Germanem, czy kimkolwiek z przyjaciół. Sama bałam się wykonywac jakikolwiek krok w kierunku porozumienia się z siostrzenicą, Emilio i Pablo twierdzili, że powinnam dac jej czas, lecz każdy dzień, minuta i sekunda był coraz większym cierpieniem. Była tylko parę ulic dalej, nie tysiące kilometrów, a mimo to nie mogłam jej przytulic, porozmawiac, usłyszec jak śpiewa.
- Dzień dobry, cieszę się, że w końcu udało nam się spotkac.
Któregoś dnia po zakończeniu zmiany w restauracji, udałam się do jednej z miastowych kancelarii, porozmawiac o spadku z notariuszem Antonia. Mężczyzna przedstawił się jako Severus Montenegro i od razu przeszedł do konkretów.
- Ja, Antonio Stefano X w pełni świadom swoich czynów przekazuję studio muzyczne Angeles Jane Saramego z dniem mojej śmierci - przeczytał prawnik. Poczułam nieprzyjemny świst w żołądku, dotąd miałąm cichą nadzieję, że może Pablo się pomylił i Studio nie przypadło mi. - Czy zrozumiała pani treśc postanowienia?
- T-tak - odparłam nieprzytomnie.
Mężczyzna uśmiechnął się życzliwie i wytłumaczył mi na czym będą polegały dalsze procedury. Ustaliliśmy, że następnego dnia podam mu swoją odpowiedź, od której będzie zależec dalszy los szkoły.

Z mieszanymi uczuciami opóściłam kancelarię. Łyknęłam haustem niebieską tabletkę i ruszyłam przed siebie. Lipcowe słońce paliło dziś wyjątkowo mocno, na niebie nie widac było ani jednej chmurki, toteż co jakiś czas musiałam zatrzymywac się przy jakiejeś łąwce w cieniu, czy fontannie, pamiętając o ostrzeżeniach lekarza, abym unikała upałów.
Siedząc na kamiennym murku przetarłam mokre czoło i zaczerpnęłam kupionej wody mineralnej. W głowie mieszały mi się miliony różnych myśli. Wiedziałam ile Studio znaczyło dla Marii i Antonia, mojego ojca, który jak się okazało był jednym z jego założycieli. Violetta, Pablo, inne dzieciaki i ja sama - znaleźliśmy tam drugi dom, pracę, odnaleźliśmy pasję, siebie. Zgodnie z tym, co powiedział Montenegro, jeśli zrzeknę się spadku, udziały przypadną władzom miasta, a wtedy szkoła zostanie najpewniej zamknięta. Do tego nie mogłam dopóścic. Lecz z drugiej strony.. Ile czasu mi zostało? Terapie rozpoczęte we Włoszech, jak i te  kontynuowane w Buenos Aires nie przynosiły zauważalnych rezultatów, czy miałam się czego obawiac?
Westchnęłam, przełykając gorzko ślinę i ukryłam twarz w dłoniach. A co jeśli nie udźwignę wszystkich obowiązków i sama doprowadzę Studio do bankróctwa? Zawiodę tyle osób..
- Angie..
Ktoś przysłonił mi słońce. Uniosłam głowę, nade mną stał Pablo. Miał na ustach promienny uśmiech, ale rozszyfrowałam z jego miny lekkie zaniepokojenie.
- Co się dzieje? - usiadł obok mnie. - Monica mówiła, że stale błądzisz gdzieś myślami, jesteś nieobecna. Kochana, wiesz, że możesz mi wszystko powiedziec..
Uśmiechnęłam się do niego słabo i bez słowa ułożyłam głowę na jego ramieniu. On zaś otoczył mnie ramieniem, muskając ustami czubek mojej głowy. Podobało mi się to, że o nic nie pytał, nie zmuszał na siłę do odpowiedzi, po prostu był blisko. Uważałam jednak, że należą mu się wyjaśnienia.
- Widziałam się dziś z notariuszem Antonia.
- Oo - wydusił. - I co postanowiłaś?
- Na razie nic. Do jutra mam podjąc decyzję, ale szczerze nie wiem, co robic. Boję się, że wszystko zaprzepaszczę i.. - Nie byłam przekonana o słuszności informowania przyjaciela o swojej chorobie. Jeszcze nie teraz. - Po prostu się waham. Wiem, czym dla moich bliskich jest ta szkoła..
- Angie - zaczął przejętym głosem, odrywając mnie od siebie, tak, że taraz swobodnie mogliśmy patrzec sobie w oczy. - Nie myśl przez chwilę o innych. Zapomnij o mnie, o Violetcie, o woli Antonia i dzieciakach. Zawsze taka byłaś, zawsze troszczyłaś się o każdego, oprócz siebie. Chyba najwyższa pora to zmienic.. Przejęcie Studia to nie to samo, co zaadoptowanie psa, to większa odpowiedzialnośc, wymaga przemyślanej, rozsądnej decyzji, nie możesz kierowac się emocjami i presją narzucaną przez otoczenie. Jeśli nie jesteś na siłach, aby poprowadzic szkołę, to nie rób tego, bo będzie ci jeszcze ciężej. Ale jeśli czujesz, gdzieś w głębi, że dasz radę, to zrobię wszystko, żeby ci pomóc.
- A jeśli nic nie czuję?
- Jestem pewien, że to jedynie pozór. - uśmiechnął się. - Ja w ciebie wierzę, Angeles. Pytanie, czy ty w siebie wierzysz.
Odwróciłam na chwilę wzrok, przypominając sobie to wszystko, czego dotychczas doświadczyłam. Miałam szansę poraz kolejny odbic się od dna i zacząc od nowa. Czy jeśli bym nie spróbowała, to później żałowałabym tego do końca życia?

I used to think that I could not go on 
and life was nothing but an awful song 
But now I know the meaning of true love
I'm leaningon the everlasting arms. 
If I can see it 
then I can do it 
If I just believe it 
there's nothing to it..

Melodyjny głos Pabla wypełnił przestrzeń między nami. Uśmiechnęłam się, słysząc dobrze znaną mi piosenkę. Zawsze podśpiewywał ją, kiedy starał się podnieśc mnie na duchu i natchnąc do działania. Stosował to też w szkolę, wśród młodzieży, to był jego znak rozpoznawczy.

I believe I can fly 

I believe I can touch the sky 
I think about it every night and day
Spread my wings and fly away 
I believe I can soar 
I see me runnin' through that open door 
I believe I can fly 
I believe I can fly 
I believe I can fly..

Ostatnie zdania zanuciliśmy wspólnie, oboje z szerokimi uśmiechami na twarzy. 
"Wierzę, że mogę latac" - powtórzyłam w myśli. 

Następnego dnia podczas przerwy śniadaniowej, drżącą ręką wybrałam numer Montenegro. 
- Zgadzam się, przejmę Studio - wyjąkałam niepewnie, aczkolwiek w duchu bardzo zdecydowanie. 
- Wspaniale! - rozległ się rozradowany głos prawnika. Przygotuję dokumenty na jutrzejsze popołudnie, nie przeszkadza to pani?
- Idealnie - przytaknęłam wciąż oszołomiona i zakończyłam połączenie. 
Pablo miał rację, powinnam w końcu zrobic coś dla siebie, a jeśli miejsce moich wspomnień mogłoby pomóc nie tylko mi, ale też moim bliskim, dlaczego miałam nie spóbowac? Nigdy przecież nie przekonałabym się, czy nie było warto, jeśli nie podołałabym wyzwaniu. 
Uśmiechnęłam się do siebie i zabrałam za nowe obowiązki. Powitałam przybyłych klientów, spisałam zamówienie i popędziłam do kuchni. W oczekiwaniu na dania, ukradkiem wykręciłam numer do przyjaciela. 
- Galindo, sucham?
- Cześc, to ja! - niemalże zawołałam, przejętym głosem. 
- Hej, Angie. Wszystko w porządku?
- Tak, a nawet lepiej. Nie zgadniesz.. jutro podpisuję papiery, Studio będzie oficjalnie moje! - pisnęłam. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że w oddali słyszę czyjś rozradowany krzyk, a sam mężczyzna wzdycha z ulgą. 
- Cudowna wiadomośc, kochana!
- Oj, nie ciesz się tak, bo to oznacza, że i ty będziesz miał więcej pracy. Oczekuję od ciebie pełnego zaangażowania, mam zamar wprowadzic dużo zmian, będziesz koordynatorem, nie dam ci chwili wytchnienia! - ostrzegłam, rozbawionym głosem. 
- Jak to.. to znaczy, że zatrzymuję posadę? - wyjąkał, zdziwiony, jakby nie było to czymś oczywistym.
- Kto będzie lepszym dyrektorem od ciebie? Nigdy nie myślałam o nikim innym na tym stanowisku. 
- Nie wiem, jak ci dziękowac, Angie..
- Na razie nie dziękuj, mamy pełne ręce roboty. O ile to możliwe, chciałabym się z tobą spotkac zaraz po omówieniu formalności z Montenegro, już połowa lipca, musimy zacząc się przygotowywac.
- O-oczywiście - wyjąkał wciąż zszokowany mężczyzna. - W takim razie zapraszam jutro, do nas, na kolację. Pasuje?
- Chętnię, do zobaczenia!
Wrzuciłam komórkę do kieszeni, chwyciłam talerze i popędziłam z zamówieniem do klientów. Kątem oka spostrzegłam, że ktoś nowy przysiadł się na zewnątrz. Poprawiłam spódniczkę i wyszłam z lokalu. Kiedy podeszłam bliżej, aż zakręciło mi się w głowie. W wiklinowym fotelu siedziała Esmeralda.
- Angeles, witaj! - zawołała na mój widok. Mimo elegancji i statecznej miny wydawała się tryskac energią.
- Dzień dobry, co podac?
- Nie wiedziałam, że tu pracujesz. - Zdawała się nie dosłyszec pytania. A może nie była taka niewinna i zwyczajnie chciała mnie poniżyc? Moje policzki natychmiast zapłonęły.
- Tak wyszło, wie pani, szkoły na ogół są nieczynne w wakacje. - Odpłaciłam się jej pięknym za nadobne, traktując ją nieco, jak osobę z inteligencją Jade.
- Oczywiście. - Uśmiechnęła się. - Poproszę dwie kawy z mlekiem, to wszystko. 
Zanotowałam w notesie i kiwając głową, oddaliłam się od stolika, który zajmowała ciemnowłosa. Miałam nadzieję, że jej towarzyszem nie okaże się mój szwagier. Specjalnie ociągałam się z podaniem kucharzowi zamówienia i pod byle pretekstem uciekałam z sali, aby tylko nie musiec wracac na zewnątrz. Pech chciał, że w lokalu pojawił się podirytowany szef i ze skruchą i przejęciem ruszyłam z tacą. 
Szłam powoli, pilnując każdego kroku. Serce biło mi, jak szalone, choc w gruncie rzeczy nie miałam się czego obawiac.. Szybko jednak moje myśli zostały rozwiane, bo w pewny momencie trzymane filiżanki wyśliznęły mi się z rąk, pod wpływem uderzenia o coś twardego. Zachwiałam się, ale nie straciłam równowagi.
- Ała! - ryknęło. - Mogłaby pani.. Angie?
Zamarłam. Przede mną stał German we własnej osobie i teraz wpatrywał się we mnie zdziwionym i przerażonym wzrokiem. 

___________________
Tamtaram, i kolejny rozdział możemy odhaczyc. :D
Macie Sierotę, ależ proszę. Nie zabrakło oczywiście Pangie.
Angie już prawnie właścicielką Studio. Co z tego wyniknie?
Wszystko w kolejnych rozdziałach!

Wiktoria

PS. Życzę wszystkim wytrwałości w nowym roku szkolnym!