- Coś lubimy na siebie wpadać. - German wypowiedział na głos moje myśli i pomógł mi wstać. Wokół nas zgromadziła się spora grupka gapowiczów, w tym mój szef, który z miejsca przystąpił do przepraszania bruneta i błagania, aby nie zaskarżał jego restauracji u lokalnych krytyków. - Nic się nie stało, to ja wpadłem na panią - powiedział, tłumacząc mnie przed Marco.
- Najmocniej pana przepraszam, proszę na zaplecze, Angeles pomoże się panu wysuszyć.
Spojrzałam nienawistnie na szefa, poprawiając swoją spódniczkę. Ten odwdzięczył mi się morderczym wzrokiem, a więc w milczeniu ruszyłam do pokoju dla pracowników, prowadząc za sobą Germana. Czułam przy tym palący wzrok gości oraz samego szwagra, a także jego narzeczonej, której na kilka chwil udało się przedostać do Germana, tłumaczącego się, że za parę minut do niej dołączy. Przygryzłam wargę ze złości, kiedy po raz kolejny nazwał ją swoim skarbem.
Zaprowadziłam mężczyznę do jednego z pomieszczeń.
- Schowek na miotły? - zaśmiał się kpiąco, opierając o futrynę drzwi.
- Chcesz ratować koszulę? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, grzebiąc w szafce, z której po chwili wyłowiłam ręcznik. Namoczyłam go i zaczęłam wycierać plamę w okolicach prawego żebra. Germanowi przez cały czas nie schodził uśmiech z ust, ze złośliwością wertował mnie wzrokiem, żartując ukradkiem z tego, jak blisko się znajdowaliśmy.
- Bawi cię to? - burknęłam, wciąż czyszcząc zabrudzenie. Szatyn uniósł wyraźniej lewy kącik ust i zachwiał się, przysuwając jeszcze bardziej w moją stronę. Instynktownie wykonałam krok w tył. Teraz czułam na plecach chłód marmurowej ściany. Mój szwagier znów znalazł się w podobnej odległości, lecz całkowicie ignorowałam jego zalotne spojrzenia, prowokujące gesty, pociągający zapach i paraliżujący dotyk na mojej skórze.
Zastygłam w bezruchu, wciąż w jednej dłoni ściskając jego koszulę z okolic piersi, a w drugiej ścierkę i czując, jak sunie palcami od połowy mojego uda, przez talię i brzuch. W pewnym momencie jedną dłoń wsunął pod fałdę mojej służbowej spódnicy i ułożył ją na udzie.
- Przestań - wysapałam, mając wrażenie, że nagle brakuje mi powietrza.
German spuścił wzrok, ocierając usta palcem wskazującym. Bałam się na niego spojrzeć, czułam jednocześnie wstyd, bo za ścianą bawiła się jego niczego nie świadoma narzeczona oraz zawód, bo nie mógł być obok mnie. - Nie. - Resztkami sił odepchnęłam go od siebie, choć podświadomie tak bardzo chciałam czuć smak i ciepło jego gorących ust na swoich. Cisnęłam mu ścierką w twarz i wyszłam, trzaskając drzwiami.
Kiedy wróciłam na salę po moim wypadku nie było śladu, ktoś posprzątał stłuczone szkło i plamy z podłogi, a goście zachowywali się tak, jakby nigdy przedtem nie widzieli mnie na oczy. Taki obrót spraw nieco poprawił mi humor, ale do końca przyjęcia unikałam szwagra i gdy tylko pojawiał się wśród tłumu, natychmiast częstowałam przekąskami elitę z drugiego końca sali. On sam nie wydawał się pamiętać o sytuacji sprzed paru minut; z uśmiechem żartował ze znajomymi, popijał szampana i obejmował z czułością swoją narzeczoną, co przyprawiało mnie o mdłości.
- Moje nogi! - jęknęła Bell, opadając na krzesło, kiedy ostatni z gości opuścił lokal.
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu, dochodziło wpół do czwartej nad ranem.
Sięgnęłam do torebki i wyłowiłam z niej fiolkę z błękitnymi tabletkami. Jedną z nich łyknęłam gorzko, popijając wodą.
- To na ból głowy - lekko minęłam się z prawdą, napotykając pytające spojrzenie brunetki. Dziewczyna przetarła zaspane oczy i ziewnęła. Wszyscy byli zmęczeni, przy pozostałych stolikach zgromadzili się pozostali pracownicy, wyczerpani nawałem pracy.
- Dobrze, na dziś to koniec, widzimy się w poniedziałek - powiedział Marco, promieniejąc energią, wówczas, gdy parę osób usnęło, opartych o blaty stolików.
Jako pierwsza kiwnęłam w stronę szefa, który obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem i sięgnąwszy po kurtkę i torebkę, wyszłam z restauracji.Przed budynkiem dogoniła mnie Bella.
- Hej, Angie! - wysapała, podbiegając do mnie. - To chyba twoje.. - W dłoni chowała fiolkę z moimi tabletkami.
- Och, tak, dziękuję.
- Powinnaś ich pilnować. Naprawdę tak mi przykro..
- To najzwyklejsze pigułki przeciwbólowe. - Uśmiechnęłam się nerwowo.
- Moja mama była lekarzem zanim umarła. Miała guza mózgu, też brała takie tabletki. Cóż za ironia, pomagała wszystkim, ale nikt nie umiał pomóc jej..
Westchnęłam i poklepałam dziewczynę po ramieniu.
- To nawet nie takie straszne - pocieszyłam ją. Wiedziałam, że szuka we mnie pocieszenia, jakiegoś słowa otuchy, dziwnego zapewnienia, że nic się nie czuje, i że jej matka nie cierpiała. - Te proszki pomagają wyłączyć zmysły.
Bell uśmiechnęła się słabo i wyszeptała ciche przepraszam, po czym ku mojej cichej uciesze, zmieniła temat:
- Wracasz do domu?
- No.. tak - odparłam, zaskoczona pytaniem. - A ty nie?
- Pędzę do pracy - rzekła, jakby pójście do pracy o piątej nad ranem, zaraz po skończeniu pierwszej, całonocnej było czymś najzwyklejszym na świecie.
- Nie jesteś zmęczona? Rozumiem, że oszczędzasz, ale nie możesz się wykańczać..
- Ee tam, pewnie szybko się położę - zawołała dźwięcznie, nagle pełna energii. Nie zrozumiałam jej słów, ale nim zdążyłam zapytać, pożegnała się i machając mi ręką, odeszła wgłąb jednej z uliczek.
Chwilę wpatrywałam się w miejsce, w którym zniknęła, zastanawiając się, jaką historię może skrywać ta dziewczyna..
Gdy się obudziłam było już południe. Leniwie się przeciągnęłam i podreptałam do kuchni, ciesząc z leniwego dnia. Nocna praca dała mi się we znaki; sińce pod oczami, bolące nogi i głowa. Kawa mrożona i naleśniki z czekoladą nieco załatwiły sprawę. Zasiadłam przed telewizorem, skacząc z kanału na kanał, lecz nie znalazłam nic godnego uwagi. Wtem rozległ się dzwonek do drzwi. Miałam na sobie jedynie szlafrok, a włosy i cera panowały w nieładzie, lecz mimo to poszłam otworzyć. W progu zastałam najmniej oczekiwaną osobę.
- Cześć.
- Co tu robisz? - zapytałam lodowatym głosem Germana, który z cieniem zmieszania na twarzy przyglądał mi się z uwagą.
- Chciałem porozmawiać.
- Ja uważam, że nie mamy o czym. Powinieneś pilnować swojej narzeczonej - zaakcentowałam wyraźnie ostatnie słowo, samej sobie sprawiając ból.
German jednak był nieustępliwy, wolnymi palcami zaczął tańczyć na guzikach mojej koszuli, zwinnie je rozpinając. - Esmeralda.. - wycedziłam cicho.
To też go nie powstrzymało, przycisnął mnie do ściany, muskając ustami mój obojczyk i szyję. Mimowolnie przymknęłam powieki i rozchyliłam usta, wiedząc, że mimo przeciwności się mu poddaję. Czułam, jak zsuwa z moich ramion szlafrok i przysuwa się jeszcze bliżej, drażniąc ustami moje ucho. Jego ciało stykało się z moim, dzieląc ciepłem.
- Mogę wejść? - zdawał się mnie nie słuchać.
Czy do ciebie nic nie dociera?! - chciałam krzyknąć, ale w tej samej sekundzie poczułam popchnięcie i napotkałam plecami ścianę. Mężczyzna ścisnął moją twarz w dłoniach i niemalże brutalnie połączył nasze wargi. Zanotowałam jeszcze huk zatrzaskujących się drzwi i odpłynęłam myślami. Za każdym razem, gdy stykaliśmy się ustami, czułam jakby przenikał mnie prąd, przyjemne mrowienie towarzyszyło tam, gdzie mnie dotykał. Całował moje usta, dekolt, szyję, mierzwiąc dłońmi piersi i włosy, a ja nie wiedziałam, co było gorsze - to, że się mu poddawałam, czy to, że starałam się dorównać, ślepo błądząc dłońmi po jego plecach, wyrywając zza paska koszulę, aby jak najszybciej dotknąć muskulatury, jeszcze wyraźniej go poczuć. Każdy pocałunek przepełniony był słodką goryczą rozczarowania, pożądania i namiętności, której w żaden sposób nie mogliśmy opanować. Nasze serca sterowały ciałami
Wszystko działo się w tak szaleńczym tempie, dotykał mnie i całował, a ja jednak miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Nie do końca wiedziałam, jak to się stało, że w końcu oboje znaleźliśmy się w jednej sypialni, w jednym łóżku, tworząc jedno ciało. Perfekcyjny ból rozkoszy wypełniał nas w całości. Poddaliśmy się chwili.
Obudziły mnie ciepłe promienie słoneczne, muskające moją skórę. Bałam się otworzyć oczy, wiedziałam, że czeka mnie rozmowa z Germanem. Nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć. Było mi wstyd, czułam się winna temu, co stało się w nocy. Przespaliśmy się - dźwięczało mi w uszach.
- Och, Angeles - rozległ się rozbawiony głos Czarka.
Niepewnie rozchyliłam powieki, z ulgą stwierdzając, że szwagra nie ma obok mnie, a w mieszkaniu panuje nienaganna cisza. Ubrania, które rozrzuciliśmy po sypialni też zniknęły, mężczyzna musiał wyjść, kiedy jeszcze spałam. Odetchnęłam z ulgą i ponownie opadłam na poduszki, wciąż czując przyjemne mrowienie na ciele. W końcu jednak podniosłam się z łóżka, odświeżyłam i ubrałam. Przez cały czas towarzyszyło mi poczucie winy, o czym nie omieszkał przypominać mi Czarek. Do wieczora snułam się po mieszkaniu bez celu. W końcu nie wytrzymałam i mimo późnej godziny wyszłam na spacer. Po dłuższej wędrówce przysiadłam na parkowej ławce. W pewnym momencie poczułam wibracje w kieszeni jeansów.
- Halo? - powiedziałam beznamiętnie.
- Bogu dzięki, Angie, od paru godzin próbuję się z tobą skontaktować! - usłyszałam głos Pabla i nagle mnie oświeciło; byliśmy umówieni na dziś.
- Przepraszam, nie najlepiej się czuję, nie słyszałam telefonu. Możemy spotkać się jutro?
- Jasne. To coś poważnego?
- Zwykła migrena. Do zobaczenia - zakończyłam połączenie i wrzuciłam komórkę z powrotem do kieszeni.
Wstałam z ławki i ruszyłam uliczką. Szłam bez celu, w nieznane miejsce, wpatrując się w swoje przetarte trampki. W pewnym momencie z zamyślenia wyrwał mnie znajomy chichot. Odwróciłam się i ujrzałam Bell. Szła pod rękę z jakimś mężczyzną, co chwila przystając i śmiejąc się. Wyglądała na mocno nietrzeźwą.
- Bell?
- O, hej, Angie! - pisnęła na mój widok i zaraz potem zakryła sobie dłonią usta, powstrzymując chichot.
Z niedowierzaniem zlustrowałam ją wzrokiem, wyglądała nie do poznania; koszule, sweterki i spódniczki w delikatnych kolorach, w których zawsze ją widziałam zastąpiła kusa, czerwona sukienka z dość sporym dekoltem, czarne szpilki i pończochy w tym samym kolorze. Usta miała wyraźnie podkreślone krwistą szminką, a włosy zebrane w ciasnego koka. Nim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, zza rogu wyskoczył mężczyzna w średnim wieku, co jako jedyne zanotowałam, nie mogąc bliżej się mu przyjrzeć, gdyż od razu przystąpił do towarzysza Isabell, okładając go pięściami. Dziewczyna pisnęła i cofnęła się o krok. Wszystko działo się tak szybko, że i ja nie zareagowałam. Dopiero po chwili się ocknęłam i rozdzieliłam walczących.
- Colin - jęknęła ciemnowłosa, patrząc na poobijaną twarz swojego towarzysza. - Eric.. - zwróciła się do oprawcy.
- To wy się znacie się?! - warknął poszkodowany, ocierając krew spod nosa. W duchu pomyślałam, że sama chętnie dowiedziałabym się, co ich łączy.
- Jak ty wyglądasz?! - wrzasnął Eric,zarzucając dziewczynie na ramiona swój płaszcz. Na jego twarzy malowała się furia, rozczarowanie i zmartwienie.
- Ej, grzeczniej, dziadziusiu. Myślałem, że zostaniemy sami, bez twojego tatusia.. - zamruczał znajomy Bell., uporawszy się z krwotokiem. Tymi słowami wzbudził jeszcze większą złość w swoim oprawcy, który zdzielił go trzymaną parasolką.
- Dość! - przerwała brunetka, stając między nimi. - Colin, wybacz, ale raczej nic z tego nie wyjdzie - zwróciła się do poszkodowanego. - A ty nie masz prawa ingerować w moje życie, sam wybrałeś! - nakrzyczała na drugiego z nich, po czym bezceremonialnie zostawiła nas na środku chodnika i pobiegła przed siebie.
- Bell.. - jęknął starszy mężczyzna, gestykulując rękoma, ale nie gonił jej.
- To ja może.. - kiwnęłam ręką w stronę miejsca, gdzie zniknęła młoda kobieta i ruszyłam jej śladem.
Przez kilka minut błądziłam po uliczkach, nawołując brunetkę, ale nie otrzymałam odzewu. W końcu odnalazłam ją na jednej z ławek. Było już po północy i park spowił mrok, rozświetlany przez kilka latarni. Poznałam ją jedynie po zarysie sylwetki, a bliżej mogłam się przyjrzeć, kiedy usiadłam obok. Wciąż zalatywało od niej alkoholem. Kurczowo ściskała w dłoniach brzegi płaszcza mężczyzny, który zaatakował jej towarzysza, a policzki pokryte były stróżkami tuszu, czerwona szminka też wychodziła poza kontury ust. Wpatrywała się tempo przed siebie.
- No nie patrz tak na mnie, nie jestem.. nie jestem.. - zapowietrzyła się, a jej oczy zaszła mgła.
- Wcale tak nie pomyślałam - powiedziałam niepewnie.
- Ja z nimi tylko rozmawiam, stawiają mi drinki. Płacą za dobre towarzystwo, nic więcej, przysięgam - jęknęła. - Ten mężczyzna - pociągnęła nosem - był jednym ze stałych klientów klubu, bogaty dzieciak, który nie wie na co wydać pieniądze rodziców. Ten drugi..
Pomasowałam jej ramię, aby dodać otuchy.
- Pamiętasz, mówiłam ci o facecie, który mnie zostawił.. Eric.
- TO BYŁ ON?! - Wytrzeszczyłam oczy. - Przecież..
- .. mógłby być moim ojcem, tak, wiem - dokończyła. - Ale kocham go, bardzo. I wiem, że on też kocha mnie..
- Więc dlaczego się rozstaliście?
Bell westchnęła i pociągnęła nosem.
- Uważa, że jest dla mnie zbyt stary i biedny.
- I zazdrosny - dodałam z uśmiechem. - Widziałaś, jak zareagował. No i - dotknęłam płaszcza - troszczy się o ciebie.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Szkoda, że nie troszczy się z bliska.
- Miłość lubi zaskakiwać, to jej największa wada i zaleta, coś o tym wiem.
- Ten facet od kawy.. Nie da się ukryć, że coś was łączy..
- Łączyło - poprawiłam ją szybko. - Nam się nie udało. Widocznie.. widocznie tak miało być. Ale wciąż uważam, że jeśli ludzie się kochają, to cokolwiek miało by się wydarzyć, w końcu będą razem.
Bell uśmiechnęła się słabo i przetarła zapłakane oczy.
- No już, weź się w garść i idziemy do mnie.
- Jak to? - spytała, zaskoczona.
- Musisz z tym skończyć - wskazałam na jej strój. - Nie wrócisz tam więcej. I do mieszkania już dziś też nie, przenocujesz u mnie - powiedziałam pewnie.
- Nie chcę ci robić problemu..
- Nie ma o czym mówić, idziemy.
Równocześnie zerwałyśmy się z ławki i ruszyłyśmy w kierunku mojego mieszkania.
__________________________
127 rozdział możemy odhaczyć. :D
HP everywhere, Zuziałke. XD
No i mamy też Germangie, mam nadzieję, że jesteście zadowoleni. :D
Dziękuję za przeczytanie.
Całusy,
Wiktoria
- Halo? - powiedziałam beznamiętnie.
- Bogu dzięki, Angie, od paru godzin próbuję się z tobą skontaktować! - usłyszałam głos Pabla i nagle mnie oświeciło; byliśmy umówieni na dziś.
- Przepraszam, nie najlepiej się czuję, nie słyszałam telefonu. Możemy spotkać się jutro?
- Jasne. To coś poważnego?
- Zwykła migrena. Do zobaczenia - zakończyłam połączenie i wrzuciłam komórkę z powrotem do kieszeni.
Wstałam z ławki i ruszyłam uliczką. Szłam bez celu, w nieznane miejsce, wpatrując się w swoje przetarte trampki. W pewnym momencie z zamyślenia wyrwał mnie znajomy chichot. Odwróciłam się i ujrzałam Bell. Szła pod rękę z jakimś mężczyzną, co chwila przystając i śmiejąc się. Wyglądała na mocno nietrzeźwą.
- Bell?
- O, hej, Angie! - pisnęła na mój widok i zaraz potem zakryła sobie dłonią usta, powstrzymując chichot.
Z niedowierzaniem zlustrowałam ją wzrokiem, wyglądała nie do poznania; koszule, sweterki i spódniczki w delikatnych kolorach, w których zawsze ją widziałam zastąpiła kusa, czerwona sukienka z dość sporym dekoltem, czarne szpilki i pończochy w tym samym kolorze. Usta miała wyraźnie podkreślone krwistą szminką, a włosy zebrane w ciasnego koka. Nim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, zza rogu wyskoczył mężczyzna w średnim wieku, co jako jedyne zanotowałam, nie mogąc bliżej się mu przyjrzeć, gdyż od razu przystąpił do towarzysza Isabell, okładając go pięściami. Dziewczyna pisnęła i cofnęła się o krok. Wszystko działo się tak szybko, że i ja nie zareagowałam. Dopiero po chwili się ocknęłam i rozdzieliłam walczących.
- Colin - jęknęła ciemnowłosa, patrząc na poobijaną twarz swojego towarzysza. - Eric.. - zwróciła się do oprawcy.
- To wy się znacie się?! - warknął poszkodowany, ocierając krew spod nosa. W duchu pomyślałam, że sama chętnie dowiedziałabym się, co ich łączy.
- Jak ty wyglądasz?! - wrzasnął Eric,zarzucając dziewczynie na ramiona swój płaszcz. Na jego twarzy malowała się furia, rozczarowanie i zmartwienie.- Ej, grzeczniej, dziadziusiu. Myślałem, że zostaniemy sami, bez twojego tatusia.. - zamruczał znajomy Bell., uporawszy się z krwotokiem. Tymi słowami wzbudził jeszcze większą złość w swoim oprawcy, który zdzielił go trzymaną parasolką.
- Dość! - przerwała brunetka, stając między nimi. - Colin, wybacz, ale raczej nic z tego nie wyjdzie - zwróciła się do poszkodowanego. - A ty nie masz prawa ingerować w moje życie, sam wybrałeś! - nakrzyczała na drugiego z nich, po czym bezceremonialnie zostawiła nas na środku chodnika i pobiegła przed siebie.
- Bell.. - jęknął starszy mężczyzna, gestykulując rękoma, ale nie gonił jej.
- To ja może.. - kiwnęłam ręką w stronę miejsca, gdzie zniknęła młoda kobieta i ruszyłam jej śladem.
Przez kilka minut błądziłam po uliczkach, nawołując brunetkę, ale nie otrzymałam odzewu. W końcu odnalazłam ją na jednej z ławek. Było już po północy i park spowił mrok, rozświetlany przez kilka latarni. Poznałam ją jedynie po zarysie sylwetki, a bliżej mogłam się przyjrzeć, kiedy usiadłam obok. Wciąż zalatywało od niej alkoholem. Kurczowo ściskała w dłoniach brzegi płaszcza mężczyzny, który zaatakował jej towarzysza, a policzki pokryte były stróżkami tuszu, czerwona szminka też wychodziła poza kontury ust. Wpatrywała się tempo przed siebie.
- No nie patrz tak na mnie, nie jestem.. nie jestem.. - zapowietrzyła się, a jej oczy zaszła mgła.
- Wcale tak nie pomyślałam - powiedziałam niepewnie.
- Ja z nimi tylko rozmawiam, stawiają mi drinki. Płacą za dobre towarzystwo, nic więcej, przysięgam - jęknęła. - Ten mężczyzna - pociągnęła nosem - był jednym ze stałych klientów klubu, bogaty dzieciak, który nie wie na co wydać pieniądze rodziców. Ten drugi..
Pomasowałam jej ramię, aby dodać otuchy.
- Pamiętasz, mówiłam ci o facecie, który mnie zostawił.. Eric.
- TO BYŁ ON?! - Wytrzeszczyłam oczy. - Przecież..
- .. mógłby być moim ojcem, tak, wiem - dokończyła. - Ale kocham go, bardzo. I wiem, że on też kocha mnie..
- Więc dlaczego się rozstaliście?
Bell westchnęła i pociągnęła nosem.
- Uważa, że jest dla mnie zbyt stary i biedny.
- I zazdrosny - dodałam z uśmiechem. - Widziałaś, jak zareagował. No i - dotknęłam płaszcza - troszczy się o ciebie.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Szkoda, że nie troszczy się z bliska.
- Miłość lubi zaskakiwać, to jej największa wada i zaleta, coś o tym wiem.
- Ten facet od kawy.. Nie da się ukryć, że coś was łączy..
- Łączyło - poprawiłam ją szybko. - Nam się nie udało. Widocznie.. widocznie tak miało być. Ale wciąż uważam, że jeśli ludzie się kochają, to cokolwiek miało by się wydarzyć, w końcu będą razem.
Bell uśmiechnęła się słabo i przetarła zapłakane oczy.
- No już, weź się w garść i idziemy do mnie.
- Jak to? - spytała, zaskoczona.
- Musisz z tym skończyć - wskazałam na jej strój. - Nie wrócisz tam więcej. I do mieszkania już dziś też nie, przenocujesz u mnie - powiedziałam pewnie.
- Nie chcę ci robić problemu..
- Nie ma o czym mówić, idziemy.
Równocześnie zerwałyśmy się z ławki i ruszyłyśmy w kierunku mojego mieszkania.
__________________________
127 rozdział możemy odhaczyć. :D
HP everywhere, Zuziałke. XD
No i mamy też Germangie, mam nadzieję, że jesteście zadowoleni. :D
Dziękuję za przeczytanie.
Całusy,
Wiktoria
Oh My Gold! :D
OdpowiedzUsuńCzuję Germangie :D
Czuję Rumbellę :D
I czuję babeczki. Mama coś piecze XD
O, Matyldo!
Przeczytałam jeszcze raz. Trwa analiza.
CHOLERA JASNA! GERMANGIE SIĘ PRZESPAŁO :D
I był Czarek <3
I GERMANGIE SIĘ PRZESPAŁO :D
A Bell odwala Lacey :D
I GERMANGIE <3
Kocham Cię, człowieku :D
Cudowny rozdział. Boże, jaram się :D A nauka na fizykę czeka XD Walić to :D Idę przeczytać jeszcze raz. I jeszcze raz. Aż do mnie dotrze cała zawartość. :D Człowieku, zawarłaś w jednym rozdziale dwie, najkochańsze pary :D Czemu nie dostałaś jeszcze literackiego Nobla, ja się pytam?! :D Holender! I Bell ogarnęła chorobę Angie. I Germangie się przespało! :D
Tak, nie kontaktuję. Pozdrawiam ~B.
Bez odbioru XD
Świetny rozdział ;)
OdpowiedzUsuńGermangie <3
Czekam na next i zapraszam do mnie:
http://mi-corazon-no-te-puede-olvidar.blogspot.com/
Awwww germangie zawsze spoko super czekam na next
OdpowiedzUsuńGermangie sie przepało *O*
OdpowiedzUsuńJaram sie ♥♥♥
Germangie się przespało ! Oczywiście, że zadowoleni ! :)
OdpowiedzUsuńCzekam na next !