poniedziałek, 30 grudnia 2013

Rozdział 80

Wigilia. Moja pierwsza w domu Castillo. Rozpoczynały się święta, których atmosfery nie czułam ostatnimi laty, tym razem wyglądało to inaczej.
W wielkiej zgodzie zasiedliśmy do stołu. Dzisiejszego wieczoru nawet Ramallo i Olga wydawali się porozumieć.
Siedząc przy stole mogłam dokładnie przyjżeć się porozstawianym na nim dekoracjom. Biały obrus gościł adwentowy wianek zrobiony z gałązek jodły, przystrojony fioetowymi wstążkami i czterema świeczkami. Zgodnie z opowiadaniami Olgi zieleń jodły symbolizuje nadzieję, fiolet - refleksje nad przeszłością, a świeczki - światło. Gosposia co niedzielę zapalała jedną, zaś za kilka chwil miała zabłysnąć ostatnia - czwarta, mówiąca, że nadeszło Boże Narodzenie.  Kolejnym mało mi znanym zwyczajem było umieszczenie w oknach światełek, kolorowych gwiazdek i różnych figurek z papieru. W Niemczech Wigilia, jak i Boże  Narodzenie różnią się od tutejszych , lecz Olga starała się kultywować nasze tradycje, gdzie główną świąteczną potrawą jest cordero - pieczone jagnię ze specjalnym barbeque, deserowy musujący cydr - wino jabłkowe i ciasto z bakaliami. O tej porze w Argentynie zaczynają się zbiory owoców i na stole nie mogło zabraknąć też słodkich owoców - czereśni, malin, porzeczek.  Z dań zaczerpniętych z kultury niemieckiej pojawiła się m.in pieczona kiełbasa, potrawy z kaputy kiszonej, strucla. W powietrzu unosił się aromatyczny zapach piernika i leśnego drzewka, kojącego nas swoim blaskiem.
Przygotowane dania były na prawdę wyśmienite, Olga, jak zwykle zachwyciła swoim fachem kulinarnym. Starałam sie spróbować choć kęs każdej potrawy, chociaż już po paru mój brzuch dosłownie pękał. Inni również zajadali się ze smakiem, chwaląc talent gosposi, która zadowolona, rumieniła się pod wpływem komplementów. Dziś nie szczędził ich nawet Lisandro.
Po odejściu od uginającego się pod stosem talerzy i półmisków stołu, przyszedł czas na otwarcie prezentów.
- W tym roku Mikołaj nie mógł osobiście do nas przyjść, ale poprosił, żeby upominki rozdał najmniejszy członek rodziny. - Powiedział German. Spodobał mi się jego opiekuńczy ton, ciągle dziwiło mnie jego podejście do dzieci.
- To ja, to ja! - Poderwał się Javier. Z pomocą Violetty odczytywał karteczki z imionami na paczkach i dostarczał je zebranym.
Z uśmiechem obserwowałam radość na twarzy chłopca, przy otwieraniu coraz większych upominków. Zadowolony, oglądał podarowane mu ubrania i zabawki. Zapewne od córki pana domu otrzymał też dwa nowe zeszyty,blok i duże pudełko kredek i farb. Reszta domowników też ucieszona była swoimi prezentami. Ramallo zachwycał się kompletem poszetek ode mnie oraz innymi dodatkami do garniturów, a Olga nowymi fartuszkami, neonowymi bransoletkami i zestawem szminek. Violetta z dumą mierzyła cukierkowe spódniczki, a ciocia Melania - wełniane szaliki i rękawiczki. Podarowano jej także czerwone korale w parze z żurawinowymi kolczykami. Teraz swoje prezenty otwierał German. Pośród dwóch buteleczek wody kolońskiej, krawatu w renifery oraz skarpet w mikołaje ( Od Melanii ) wyciągnął odtwarzacz mp3 i słuchawki. Z wyraźną ekscytacją uruchomił urządzenie, rozkoszując się usłyszanymi dźwiękami. Na odtwarzaczu nagrana była piosenka ostatnio skomponowana przeze mnie. " Neustro Camino" było odzwierciedleniem spontaniczności i miłości, którą czułam. Wzruszony mężczyzna popatrzył na mnie z czułością, spod swoich ciemnych rzęs. W jego czekoladowych oczach tliły się iskierki radości.
- Dziękuje. - Szepnął, całując mój policzek, płonący rumieńcem. Skąd wiedział, że to prezent ode mnie?
Na końcu przyszła moja kolej. Zaciekawiona różnokształtnymi paczkami, sięgnęłam po jedną z nich. Skrywała w sobie ręcznie haftowaną, kremową apaszkę. Z kolejnych wydobyłam flakonik moich ulubionych prefum, spinkę do włosów w kształcie klucza wiolinowego i zwiewną, liliową sukienkę.
- Wiesz, ja i Javier mamy dla ciebie jeszcze jeden prezent.. - Powiedział tajemniczo German, podając mi ostatnie pudełeczko, leżące pod leśnym drzewkiem. Była tam czerwona ramka w kolorowe ciapki, a w środku laurka namalowana przez Javiera. Przedstawiała mnie, chłopczyka oraz pana domu. Szeroko się uśmiechając, trzymaliśmy się za ręce. Z tyłu rozciągała się udekorowana choinka, a w rogu - błyszcząca gwiazdka.
- Wzruszyłam się.. Cudowny prezent.. - W oczach miałam łzy szczęścia, sentyment do takich rzeczy był w mojej rodzinie dziedziczny.
- Jesteś, jak mama. - Malec przytulił się do mojego uda. Spojrzałam na równie przejętego Germana. Javier potrzebował rodziców, rodziny i tego domowego ciepła, którego w żaden sposób nie mogliśmy, nie chceliśmy mu odmówić
 Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk fortepianu. To German zasiadł przy instrumencie, wygrywając " Dzisiaj w Betlejem ". Bez wahania dołączyła do niego Violetta, a następnie ja i reszta zebranych. Nie skończyło się oczywiście na jednej kolędzie. Następnymi było " Lulajże Jezuniu" , "Gdy śliczna Panna " , " Bóg się rodzi" i w końcu przy akompaniamencie nowej gitary Violetty " Let it snow" oraz " Jingle Bells". Szło nam całkiem nieźle, tworzyliśmy zgrany chórek. Po wykonaniu jeszcze paru pastorałek, zmęczeni domownicy zaczęli rozchodzić się do swoich pokoi. W salonie pozostał jedynie German, Javier i ja. Chłopiec leżał na kanapie z główką ułożoną na moich kolanach. Powoli zasypiał.
- Pójde zanieść go na górę.- Szepnęłam, gdy oddech malca całkowicie się umiarowił. Inżynier bez słowa skinął głową.
Ostrożnie wzięłam dziecko na ręce i powoli podążyłam w stronę schodów. Starając się, aby go nie obudzić, delikatnie ułożyłam drobne ciało na łóżku. Wychodząc z pokoju, usłyszałam cienki głosik :
- Nie idź..
Gwałtownie się odwróciłam, powracając do chłopca. Ziewając, przecierał zaspane oczy.
- Może ściągniesz adidasy ? - Wskazałam na stopy Javiera. - Będzie ci wygodnie.
- Nie chcę, żeby było wygodniej. - Odrzekł stanowczo. Wzruszające, jak wielką radość może sprawić dziecku zwykła para butów. Niby drobnostka.. Dla Javiera było to coś niebywałego. Święta, taka sytuacja. Cieszyłam się, że przez te parę dni może być z nami.
- Śpij już. - Pogłaskałam jego policzek, a chłopiec posłusznie wykonał polecenie, przewracając się na drugi bok. - Dobranoc, zuchu.
- Dobranoc, Angie.. - Ziewnął i momentalnie ucichł.
Jak najostrożniej wyszłam z pokoju, kierując się do sypialni swojej i Germana, gdzie ociężale rozłożyłam się na łóżku. Dopiero teraz poczułam niebywałe zmęczenie, to był dzień pełen wrażeń. Przymykając powieki, czułam jak powoli odpływam. Do stanu trzeźwiości przywołał mnie skrzyp drzwi. Nie musiałam zgadywać, kto wszedł do pokoju.
- Kładziesz się? - Zapytałam, wciąż z zamkniętymi oczami. Odpowiedziała mi cisza. Czyżby German już się ulotnił?
- Ho, ho, ho! - Rozległo się parę minut potem dźwięcznym basem. Twarde bity uderzyły do moich uszu, a serce przyspieszyło.Gwałtownie stanęłam na nogi. Przede mną stał nieoczekiwany gość, a reczej hmmm.. German w stroju Mikołaja. Wciąż lekko oszołomiona wybuchłam niepohamowanym śmiechem na widok jego długiej, zwisającej do pasa brody.
- Jak ty.. German..Hahahaha... Co ty... ? - Chichotałam, ze łzami w oczach. Trzymając się za brzuch ponownie opadłam na łóżko.
- Jaki German?! Jestem św.Mikołaj, a tu chyba nie ma tu grzecznych dzieci.. - Mruknął zdegustowany.
- Oj, przepraszam.. - Chrząknęłam, ocierając kąciki oczu z łez. Obraz inżyniera krótko mówiąc mnie rozgromił. - No ja jestem. - Uśmiechnęłam się niewinnie, a na twarzy mężczyzny pojawił się łobuzerski grymas. Dopiero teraz zauważyłam, że za plecami chowa wielki, lniany worek. Przysiadając na fotelu, ułożył go przy swoich nogach i skinął ręką w kierunku mnie, abym podeszła. Bez słowa wykonałam polecanie. W momencie, gdy stanęłam przy nim, objął mnie w pasie, tak, że znalazłam się na jego kolanach.
- To teraz mi powiedz, co stary Mikołaj może dla ciebie zrobić? - Powiedział niskim głosem, wywołując na mojej twarzy jeszcze szerszy uśmiech.
- Hmm.. - Zmrużyłam oczy, a usta zwinęłam w dzióbek. - Czego mogę sobie życzyć? Czterech sukienek z czystego jedwabiu, przeplatanych złotymi nićmi, swojej gwiazdy, wycieczki na Księżyc, własnej wyspy. - Wyliczałam. - Biegania po Drodze Mlecznej, podróży twoimi saniami i ujeżdżania reniferów.. To chyba będzie na tyle.. - Westchnęłam ociężale, w duchu śmiejąc się ze zmieszanej miny Germana. - Ale najbardziej.. - Okręciłam się do niego przodem, owijając dłonie wokół jego szyi. Oddechem delikatnie muskałam brodę inżyniera, kusząco przygryzając wargę. Wiedziałam, że w tej chwili nad nim góruję, to przysuwając do jego warg, to odsuwając swoje usta. - Najbardziej pragnę, żeby zawsze już było tak, jak jest. Tengo ganas de ti.. - Szepnęłam, ostrożnie skubiąc górną wargę inżyniera. Po chwili poczułam, jak wszczepia on swoje usta w moje, delikatnie gładząc ich kącik kciukiem. Nie czekając na nic więcej zacisnęłam palce na sztucznej brodzie, osuwając ją całkowicie z twarzy Germana. W tamtej chwili poczułam niebywały przypływ pożądania. Kierowana emocjami, bez wahania pogłębiłam pocałunek, czując, jak mężczyzna stara się mi dorównać; jego dłonie powędrowały z moich żeber wprost do pasa, z każdym ruchem wywołując falę przyjemnych dreszczy, wzniecających pragnienie. Obojgu brakowało już tchu, jednak zachłannie pragnęliśmy więcej, dzieląc się swoim ciepłem, miłością i oddaniem. Chwilę potem niechętnie oderwaliśmy się od siebie, łapiąc oddech. W oczach Germana wciąż widniały łobuzerskie chochliki, a na policzkach podobnie, jak i moich - palące rumieńce.
- Pani chyba nie uznaje jemioły. -Zaśmiał się inżynier.
- Skądże. - Odparłam, jeszcze raz muskając jego wargi.
- Wnioskuję,  że tu chyba na prawdę nie ma grzecznych osób. - Westchnął German z udawanym zawodem, grzebiąc w worku, z którego wyciągnął parę krótkich gałązek, przewiązanych żółtą wstążką. - Rózga.- Wzruszył ramionami. - Ale w tym roku pewien mały elf z nieco większym podpuścili mnie i mam coś jeszcze. - Tym razem z kieszeni mikołajowej kurtki wydobył niedużej wielkości pudełeczko. - Otwórz.
Z biciem serca pociągnęłam czerwoną wstęgę. Po rozchyleniu wieczka moim oczom ukazała się miniaturka fortepianu.
- To nie koniec. - Rzekł tajemniczo, wskazując na klamrę z wierzchu figurki. Gdy ją uniosłam, rozległ się dźwięk dobrze znanej mi piosenki.
- " I don't want a lot for Christmas, there's just one thing I need. I don't care about the presents, underneath the Christmas tree." -Śpiewał German. Wsłuchując się w jego melodyjny głos, zauważyłam, że pod wieczkiem kryje się jeszcze coś. W środku na cienkim, złotym łańcuszku błyszczała mała nutka z diamentowym oczkiem. Naszyjnik był tak delikatny, że bałam się go dotknąć. Za mnie zrobił to inżynier.
Nie przerywając nucenia, ostrożnie odgarnął moje włosy, całując w obojczyk. Następnie powolnym ruchem zapiął na niej wisiorek. To był prezent, którego nie wyobrażałam sobie w snach. Skrywał w sobie nie tylko cząstkę materialną.
- " I just want you for my own, more than you could ever know. Make my wish come true, all I want for Christmas is you.." - Uśmiechając się, dołączyłam do niego w refrenie.
- " Cause I just want you here tonight, holding on to me so tight. What more can I do,baby I all want for Christmas is you..You baby.." - Nagle inżynier wstał i ujmując moją dłoń pociągnął w górę. Posłusznie poddałam się jego działaniom, układając na umięśnionych ramionach dłonie, zaś przy obojczyku - głowę. Mężczyzna objął moje plecy i zaczął lekko kołysać w rytm piosenki. - " All the lights are shining, so brightly everywhere. And the sound of children's laughter fills the air. And everyone is singing, I hear those sleigh bells ringing Santa won't you bring me the one. O really need, won't you please bring me baby to me. " - Zaśpiewaliśmy wspólnie, patrząc sobie w oczy.
- Dziękuję. - Wyszeptałam, po długiej, lecz jakże błogiej ciszy. Wtem rozległo się bicie zegara. Nadeszła północ, na świat przychodził Syn Boży , a do mojego serca zapukało nieznane uczucie..

_______________________
Ta- daam. 80 rozdział za nami. Kto by pomyślał, że to już? :)
Kiczowaty prezent Angeles, a jakże. :D
German - Mikołaj. Zmieściłby się do komina? :D I oczywiście nie ma pytań do jego zdjęcia. :D
Mam nadzieję, że Violcia nie będzie mnie ścigać za przywłaszczenie Angie piosenki. :D

Udanej zabawy sylwestrowej! Wyszalejcie się! :)
Do przeczytania w Nowy Rok,
Wiktoria

piątek, 27 grudnia 2013

Rozdział 79

Obudziło mnie łaskotanie policzka. Rozchylając powieki ujrzałam nachylającego się nad łóżkiem Germana. Owinąwszy wokół palca pasmo moich loków, muskał nimi to swoje, to moje okolice ust i nosa. Kiedy zauważył, że nie śpię szeroko się uśmiechnął.
- Dzień dobry. - Szepnął. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nocowałam w pokoju Javierka, a chłopiec wciąż zatopiony jest w błogim niebycie.
Jako odpowiedź odwzajemniłam uśmiech, ostrożnie się podnosząc. Razem z inżynierem po cichu opuściłam pokój, tak, aby nie obudzić dziecka.
- Dlaczego wieczorem mnie nie obudziłeś? - Zapytałam, opierając się o drzwi sypialni.
- Tak rozkosznie wyglądałaś, nie miałem serca.. - Zamruczał, opierając dłonie na moich biodrach. - Tak niewinnie, uroczo.. Aż w końcu wstałaś. - Prychnął.
- Iidź.. - Wycedziłam z udawanym oburzeniem, wyzwalając się z uścisku mężczyzny. - "Dziś Wigilia" - Z taką myślą podążałam do swojego pokoju, a następnie już ubrana na śniadanie.
Olga chyba nie spała całą noc, bo wszystkie szafki i stoły obładowane były rozmaitymi potrawami. Zdecydowanie było ich więcej niż dwanaście. Każde danie szykowne, wytworne. Wielu z nich nie rozpoznałam, gosposia musiała czerpań pomysły z rodzinnej, niemieckiej książki kucharskiej. Zachęcona cudownym zapachem, usiałdłam do stołu. Lecz, co otrzymaliśmy na talerzach?
- Jajka? - Skrzywił się Ramallo.
- Śledzie. - Jęknęła Violetta.
- A to, co tam w kuchni.. - Nieśmiało wybełkotał Lisandro.
- To na kolację. Dzisiaj cały dzień pościmy. - Wyjaśniła Olga.
- Na śniadanie jajka i śledzie..A co na obiad? - Wtrącił German.
- Śledzie i jajka. - Rzuciła gosposia, lekko oburzona ich grymaszeniem.
Z mieszanymi uczuciami spojrzałam na swój talerz, po którym wił się płat ryby, usłanej marynowaną cebulą. Pozostali domownicy również nie wyglądali na zachwyconych, tylko Olga ochoczo pałaszowała swoją porcję. W jej stronach należało to do tradycji.
W końcu śledzia postanowiłam spróbować i ja. Dłubiąc widelcem, ugryzłam kęs ryby.
- " Całkiem dobre." - Stwierdziłam, przegryzając chlebem. Zachęceni moim czynem Violetta i German również skosztowali jedzenia.
W połowie śniadania na balkoniku ukazał się zaspany Javier. Przecierając oczy, wspiął się na moje kolana.
- I jak się spało? - Przeciągnął pan domu, na co chłopiec zaregował szerokim ziewnięciem. - Rozumiem, że dobrze. - Zaśmiał się.
Dla małego gościa Olga przygotowała specjalne danie. Dzisiaj chłopiec miał równie duży apetyt, co wczoraj. Cieszyło mnie to, wracał do zdrowia.


Przez następne parę godzin trwały gorączkowe przygotowania do Wigilli. Ramallo testował światełka na choince oraz zewnątrz domu, a Olga z Violettą pilnowały ciast. Co robiłam ja? Otóż poza nerwowym obgryzaniem paznokci - nic. Zamyślona patrzyłam, jak Javier przy stoliku maluje coś farbami.

- O której będzie w Buenos Aires? - Za moimi plecami pojawił się pan domu.
- Uwzględniając zmianę czasu - powinna dotrzeć około godziny szesnastej. - Rzuciłam, pogrążona w lewicie. Mowa oczywiście o moje matce. Inżynier głęboko westchnął, przysiadając obok mnie na kanapie i otaczając ramieniem. Bez słowa wtuliłam się w jego tors. - A Melania?
- Znając ciocię - można się jej spodziewać w każdej sekundzie. Nawet nie pytałem, czy po nią wyjechać. Ona uznaje pociągi i autobusy, jako jedyny środek komunikacji. - Zaśmiał się, próbując rozładować napięcie. - A może pójdziemy na spacer? Javierowi przydałoby się zaczerpnięcie świeżego powietrza. Co, mały? - Chłopiec w przeciwieństwie do mnie, ochoczo przystanął na propozyję. - Dwa do jednego. - Poderwał się German, ciągnąc mnie w górę.
- Z wami nie wygram. - Westchnęłam, śmiejąc się pod nosem.


Słońce nieśmiało wyglądało zza szarych chmur, a wiatr wcale nie dodawał uroku pogodzie. Szliśmy przez wyjątkowo pusty dziś park. W wielu domach również odbywały się ostatnie poprawki przed wieczerzą. Na deptaku mijaliśmy pojedyńczych ludzi, którzy w pośpiechu gniali do swoich rodzin. Tylko nasza trójka z niebywałym spokojem kroczyła chodnikiem.

W pewnym momencie po drugiej stronie ulicy zauważyłam mężczyznę w średnim wieku, klęczącego pod ścianą jednej z kamienic. Miał na sobie brudne, poszarpane  ubrania i wydawał się być przygnębiony. Przed sobą miał wyciągnięty żelazny rądel. Ujęta przykrym widokiem, przystanęłam.
- Za rogiem pewnie stoi jego porsche. - Skwitował German, zauważywszy moje zachowanie. Mnie jednak przejął ujrzany obraz. - Dziś Wigilia, bierze ludzi na litość. - Ciągnął.
- Nie wydaje mi się.. - Szepnęłam. Serce wprost kroiło się, patrząc na biednego człowieka.
- Widzisz? Już udało mu się cie podłamać. Pomyśl, czy gdybyś była w podobej sytuacji, to stałabyś na ulicy, żebrząc? Na pewno nie. Wolałabyś to skrywać, nie chcąc jałmużny od przypadkowych przechodni. - Tłumaczył.
Może German ma rację? Może ciekawszą opcją dla takich ludzi od pójścia do pracy jest litość innych?
- Nie wszyscy kłamią. - Rzuciłam po przemyśleniach w stronę Germana i nie słuchając jego sprzeciwów, podążyłam w stronę mężczyzny. Bez większych zastanowień, wrzuciłam do osmalonego naczynia parę peso. W chwil, gdy to robiłam, mężczyzna uniósł głowę, szepcząc zachrypłe "dziękuję". Obdarowałam go jeszcze najcieplejszym uśmiechem na jaki było mnie stać, po czym dołączyłam do podirytowanego inżyniera.
- Nie przetłumaczysz.. - Mruknął zły. - To naciągacz.
- Człowiek bez domu, rodziny, po prostu z ulicy nie zawsze musi być bezwzględnym złodziejem, mordercą, czy innym "społecznym pasożytem". - Wycedziłam przez zęby. - Uwierz, że tacy ludzie też mają serce, Germanie. Czy gdybym była taka, jak on, pokochałbyś mnie? - Zapytałam z wyrzutem.
- Ale nie jesteś. - Syknął, zaciskając wargi.
- Odpowiedź sama w sobie. - Mruknęłam, zawiedziona jego postawą. - Przecież ty, człowiek z klasą i wysoką rangą nie wiesz, jak kochać nie patrząc na materializm. - Rzuciłam bez zastanowienia, lecz szybko pożałowałam tych słów. Twarz inżyniera przybrała czerwono - blady kolor. Wiedziałam, że zadałam mu ból.
- Nigdy więcej tak nie mów. - Powiedział z niebywałym spokojem. - Dobrze wiedzieć, jak na prawdę o mnie myślisz.. - Szepnął do siebie, jednak udało mi się to dosłyszeć. Mężczyzna jeszcze raz na mnie spojrzał, po czym bez słowa odszedł w przeciwnym kierunku.
- Gdzie poszedł wujek German? - Zapytał Javier, łapiąc rękaw mojego płaszcza. - Płaczesz?
Ocknąwszy się, płynnym ruchem otarłam spływającą po moim policzku pojedyńczą łzę.
- Nie, nie płaczę. - Kucnęłam obok chłopca. - Wujek musiał coś załatwić.. - Skłamałam, zerkając w stronę, gdzie zniknął inżynier. - Wracajmy do domu.


Na miejscu okazało się, że Germana nie ma w willi, a nikt z domowników nie wie, gdzie się znajduje. Zmartwiona, postanowiłam poczekać na niego w gabinecie. Ścienny zegar, wiszący obok dębowej szafy informował, że dochodzi godzina piętnasta. Za sześćdziesiąt minut miała zjawić się Angelika, a po inżynierze nie było śladu. Zmartwiona, wybrałam jego numer. Po kilku sygnałach, usłyszałam znajomy dźwięk komórki dochodzący zza drzwi. Do swojego biura wszedł pan domu.

Obrzucając mnie obojętnym sporzeniem, odwiesił swój płaszcz na wieszaku.
- German.. - Podeszłam do niego. - Ja na prawdę..
- Wiem, nie musisz się tłumaczyć. - Powiedział bez przekonania, uśmiechając się słabo. - Rozumiem.
- Nie, wcale nie. - Pokręciłam, marszcząc czoło. Ujęłam w dłonie jego chropowate policzki, tak aby patrzył mi w oczy, a nie jak dotychczas - w okno. - Nie powiedziałam tego celowo.. To znaczy.. tak.. Ale nie.. Jejku.. - Westchnęłam.
- Angie, spokojnie. Teraz uświadomiłem sobie po prostu, jak ludzie mnie postrzegają. Miałaś rację. Być może stałem się nieco nieczuły na cierpienie innych, oschły, brutalny.. Ale jednego jestem pewien. Kocham cię. Kocham cię całym swoim sercem, które pod twoim wpływem mięknie z każdą sekundą. Kiedy się stąd wyprowadziłaś, nie wiedziałem, czy ono bije, bo dawno nie patrzyłem w twoje oczy. Cały czas uczysz mnie otwarcia na świat, leczysz dobrocią i niewinnością. Pokazujesz mi, jak żyć. Dziś jest nasza pierwsza, wpólna Wigilia. Te święta będą szczególnie wyjątkowe i ani twoja matka, ani nikt inny nas nie rozdzieli. - Powiedział. - Dzięki tobie się zmieniam..
W oczach obojga widać było ćmienie łez. Zatapiając się w swoich tęczówkach nie potrzebowaliśmy więcej słów. Wystarczyło to, że byliśmy tutaj razem, czuliśmy siebie.
W pewnym momencie zbliżyłam swoje usta do rozgrzanych warg Germana, które momentalnie zaczęły dzielić się swoim ciepłem. Coraz bardziej namiętne pocałunki, sprawiały, że zdawało się słyszeć syk pary unoszącej się z naszych ciał. Na odzew nie musiałam czekać długo, jego dłonie błądziły, gdzieś pomiędzy moimi lokami, za to moje umieszczone były na umięśnionym torsie. Nie obyło się bez kilku rozpiętych guzików przy koszuli Germana i czerwonym od szminki policzku. Tradycyjnie - co dobre, szybko się kończy. Nieoczekiwanie w pomieszczeniu rozległ się przerażający świst mojej komórki.
- Musze odebrać, może to coś ważnego. - Wymamrotałam, pomiędzy kolejnymi muśnięciami. Za piątym sygnałem German niechętnie wypuścił mnie ze swoich objęć. - Halo? - Nie zdążyłam spojrzeć na wyświetlacz, dlatego głos mamy w słuchawce totalnie mnie oszołomił. Miała wyczucie.
- Witaj, córeczko.Jestem na lotnisku w Madrycie, wszystkie loty zostały odwołane, z powodu zbliżającej się wichury. Nie dam rady przjechać na Wigilię i wąpię, czy pojawię się też na świętach.
- Ee, yy.. - Bełkotałam. Do końca nie docierało do mnie, to co mówi mama. - Ale wszystko w porządku, poradzisz sobie? I do kąd pójdziesz? Nie możesz być sama! - Strzelałam.
- Spokojnie, nie będę. Odwiedzę Mirtę i Fryderykę. Pewnie pójdziemy też do domu dziecka, pomagać przy kolacji. - Wyjaśniła. - Nie martw się o mnie. Przeproś i uściskaj ode mnie Olgunię, Ramala, Violę i Pabla. No i ten.. Germana. - Dodała z wyczuwalną niechęcią. - Zdrowych, radosnych świąt. Trzymam kciuki za ciebie i Pabla. Żeby wasza miłość cały czas się rozwijała. Może doczekam jeszcze wnucząt. - Mruknęła, śmiejąc się, a mnie zamurowało. - W każdym razie wszystkiego dobrego, córeczko. Kocham cię ogromnie, buziaki.
- Ja cieie też, wesołych świąt. - Odpowiedziałam wciąż nieco zbita z tropu.
- Nie przyjedzie?! - Zapytał inżynier, nie ukrywając swojego szczęścia.
- Nie, loty zostały odwołane z powodu..
- Yeahaaa!! - Przerwał mi radosny okrzyk. - Wybacz. - Uspokoił się, widząc moją minę. Po chwili jednak sama wybuchłam śmiechem.
- Poważna rozmowa przełożona. - Westchnęłam. - Na razie..


Około godziny siedemnastej rozpoczęły się przygotowania do kolacji. Z wielką ulgą zanużyłam się w pełnej wody wannie, relaksując ciszą i spokojem. Dokładnie umyłam włosy, które później wysuszone - pokręciłam lokówką, a następnie zebrałam w uroczystego koka. Dziś postawiłam na czerwoną sukienkę z czarnym paskiem i szpilki w takim samym klorze oraz nieco mocniejszy makijaż. Nadgarstki i skronie spryskałam perfumami, a usta musnęłam błyszczykiem. Dochodziła osiemnasta, a ja byłam już gotowa. Teraz zabrałam się za przygotowywanie Javierka. Po kąpieli ubrałam chłopczyka w nowe, sztruksowe spodnie i kremową koszulę.

- Elegancko. - Skwitowałam. - Podoba ci się? - W odpowiedzi zachwycony chłopiec energicznie pokiwał głową.
- Mały przystojniak. - W drzwiach sypialni stanęła Violetta. - Angie, pomożesz? - Wskazała na suwak umieszczony z tyłu różowej sukienki. Płynnym ruchem uniosłam zapięcie.
- Gotowe. Ślicznie wyglądasz. - Pocałowałam czubek jej głowy.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi, a następnie radosny okrzyk gosposi, słyszany dość wyraźnie w całym domu.
- Cardozo, mój Cardozo! - Gdy zeszłam na dół gosposia okupowała stojącego w holu mężczyznę. Zapewne był to jej kuzyn.
- Olgiiita! - Zawołał, tuląc się do kobiety. Już teraz śmiało można było stwierdzić, że charakterem dorównuje krewnej, tak jak wyglądem. Był tego samego wzrostu, a nawet budowy. Rysy twarzy także się zgadzały. Jedynie bujne włosy gosposi kolidowały z łysiną Cardoza.
- Dzień dobry. - Przywitał się, wychodzący z gabinetu German. Gdy na mnie spojrzał - znieruchomiał, na co lekko się zarumieniłam. Sam wystrojony był w garnitur i bordowy krawat. Do moich nozdrzy dolatywał mocniejszy dzisiaj zapach perfum.
- Witam szanownego pana. - Kuzyn Olgi, wylewnie uściskał zaskoczonego inżyniera. - Dziękuję jegomości za przyjęcie! - Całował jego policzki.
- Eeyy, nie ma za co. - Wysapał mężczyzna. - To może Olga pokaże panu pokój. - Wybrnął na co kuzynostwo przystanęło. - Pięknie wyglądasz. - Szepnął German, zbliżając się do mnie. Gdy nasze twarze dzieliły milimetry, do salonu wpadła roześmiana chołota, składająca się z Olgi, Cardoza, Violetty oraz Javierka.
- To teraz najmłodsi pójdą sprawdzić, czy na niebie pojawiła sie już pierwsza gwiazdka i możemy siadać do stołu. - Zakomenderowała gosposia, a nastolatka z Javierem poslusznie poszli do kuchennych drzwi. W tym samym czasie German z prędkością światła ułożył pod chionką stosy prezentów. Kiedy mężczyzna trudził się z paczkami, w domu ponownie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
- Otworze. - Oznajmiłam, zmierzając ku wyjściu. Już po chwili w progu stanęła ciocia Melania.
- Mój aniołki, witam cię. - Pisnęła, wchodząc do mieszkania. - Elvisku! - Zawołała w stronę Germana. Zawsze bawił mnie ten pseudonim oraz historia, wiąrząca się z nim. Ciocia pana domu bez skrępowania rozgościła się w salonie, witając z Olgą, Cardozem oraz właśnie przybyłym Ramallo.
- A pan to..? - Lisandro skierował pytanie do kuzyna Olgi.
- Mój chłopak. - Wypaliła gosposia, a zaskoczeni domownicy wlepili w nią wzrok. Jedynie krewny kobiety wydawał się być niewzruszony. Najbardziej przejętą osobą wydawał sie być jednak asystent Germana. Mężczyzna z naburmuszoną miną odwrócił wzrok i odchrząknął pogardliwie.
- Jest! Już jest! - Do salony wbiegł uradowany chłopczyk. - Gwiazdka na niebie! - Zawołał z przejęciem, jednak na widok obcej osoby natychmiastowo zamilkł i włożył kciuka do ust.
- A co to za maleństwo! - Zachwyciła się melania. Jej nowym obiektem tarmosin został Javier. - Ja jestem ciocia Melania. - Pisnęła. - Angie, nie mówiłaś, że masz dziecko.
- Ale ja.. ee. ni.. Nie.. - Wyjąkałam.
- No w takim raziem powinniście się z Elviskiem pospieszyć, bo to dla niego ostatni dzwonek. - Stwierdziła, a nas zamurowało.
- To może siadajmy już do stołu.. - Bohatersko wybrnął German. Szybki rzut był strzałem w dziesiątkę, bo domownicy bez oponowania powędrowali do jadalni.
- Nie ma, jak rodzinka.. - Westchnęła, chichocząc.

___________________________

Tak, tak, znowu przeoczyłam Wigilię.
Ale swoją drogą rozdziały są coraz dłuższe. ;3

Buenas noches, Buenos dias! ♥
Wiktoria

PS. Na skrzyknę e- mailową dostałam parę wiadomości z pytaniami odnośnie blogów. Piszecie też na Asku ( link ). Tam zaglądam częściej, więc jeżeli odpowiedź chcecie uzyskać szybciej - zapraszam. :)


środa, 25 grudnia 2013

Rozdział 78

Przed budynkiem Studia tłoczyło się mnóstwo samochodów, a szkolny plac wypełniali roześmiani uczniowie wraz ze swoimi rodzinami.
Hol dzisiejszego wieczoru wydawał się być jeszcze bardziej bajkowy. Przy suficie wisiały kolorowe lampki, a ogromna choinka migotała tysiącami odblasków. W powietrzu unosił się słodki zapach pierników, zmieszany z orzeźwiającą wonią leśnego drzewka. Z klasy Beto słychać było ostatnie, próbne dźwięki instrumentów.
- To ja lecę się przygotować. - Violetta dość szybko się ulotniła, machając nam ręką na pożegnanie. Przez ułamek sekundy stałam sama z inżynierem, lecz po chwili tuż nad jego ramieniem zauważyłam Pabla, niepewnie spoglądającego w naszym kierunku. Widocznie bał się podejść, w oczach miał popłoch.
- Coś się stało? - Zaśmiał się German, odwracając w stronę, którą zerkałam. Kąciki jego ust momentalnie opadły. Odchrząknął. Wiedziałam, że mimo słów dotyczących Galinda, odczuwał pewnego rodzaju dyskomfort.
- Tak, jak mi powiedziałeś - święta to czas wybaczania. - Szepnęłam do ucha inżyniera, łapiąc jego silną dłoń. Niepewnie pociągnęłam go w kierunku mojego przyjaciela. Tamten również wyglądał na niezbyt zadowolonego spotkaniem.
- Witaj, Angie. - Przywitał się. - German.
- Dobry wieczór. - Niechętnie skinął mój szwagier. Na tym skończyła się ich wymiana zdań.
- Nie uważacie, że.. - Wtrąciłam.
- Uważamy. - Szybko rzucili oboje.
- Angie, pomożesz nam? - Na korytarzu pojawiła się Naty. - Prosimy..
- Jasne, już idę. - Odparłam, zwracając się do mężczyzn. - Mogę was zostawić samych?
- No przecież jesteśmy dorośli.. - Zaśmiał się Pablo.
Jeszcze przez chwilę podejrzliwie patrzyłam na tamtejszą dwójkę, po czym zniknęłam za drzwiami sali widowiskowej.


Mimo, że zajmowałam się upinaniem dziewczęcych koków, myślami cały czas byłam przy Pablo i Germanie. Czy jeszcze się nie pogryźli?
Czułam, jak wokół szyi zacieśnia się wąska obręcz, a serce szaleje. Starałam się, jak najszybciej uwinąć się z fryzurami dziewcząt, przez co ręce nerwowo uciekały na boki.
W pewnym momencie kątem oka zauważyłam, jak zza kurtyny wychyla się inżynier, a następnie zmierza w moją stronę. Odczyt 'danych' z jego twarzy nie wychodził mi najlepiej, zdawał się zachowywać minę pokerzysty.
- I jak? - Westchnęłam, udając nieprzejętą. Nim się obejrzałam po mojej prawej stronie stał też Pablo.
- W porządku, wszystko sobie  wyjaśniliśmy. - Stwierdził inżynier.
- Naturalnie. - Przytaknął dyrektor Studia, wymieniając z rywalem porozumiewające spojrzenie. - Dobra, na scenę! - Przerwał niezręczną ciszę. - Dziewczyny gotowe?
Uczniowie zgodnie z poleceniem nauczyciela zajęli wyznaczone miejsca, natomiast ja i German wróciliśmy na widownię.
Nagle światła zgasły, a jedyne oświetlenie dawała lampa wisząca tuż nad sceną, gdzie chwilę potem pojawiła się Naty, Francesca i Camila oraz Federico, Marco i Leon. Pierwszym wykonanym utworem była "Los peces en el Rio". Po skończonym występie, grupa się zmieniła. Teraz rozbrzmiały dźwięki "La Mari Morena".
Ten wieczór wprawił wszystkich zebranych w prawdziwie świąteczny nastrój, bożonarodzeniowy duch wszczepił się w słuchaczy już teraz. Każda nuta trafiająca do naszych uszu, błogo gładziła smutki, całkowicie pochłaniając. Dodatkowo bajecznie ustrojona sala nadawała miejscu domowy, przytulny charakter.
Oba filary sceny oplecione były zielono - czerwonymi światełkami, a z sufitu na cienkich żyłkach zwisały srebrne gwiazdki, od których blask lampek odbijał się i rzucał cień na publiczność.
Kolędy i pastorałki przeplatały się ze sobą, kończąc tak szybko, jak zaczynając. Czas mijał nieubłaganie. Nadszedł  finałowy  utwór. Na estradzie stanęli wszyscy uczniowie, a z głośników popłynęły dźwięki "Cichej Nocy". Publiczność poderwała się ze swoich miejsc, dołączając do rozśpiewanych nastolatków. W pewnym momencie także German podniósł się z krzesła i zaczął nucić pod nosem. Wtórowały nam szaleńczo zmieniające się błyski lampek, specjalnie przygotowanych na ten ostatni utwór.
Cała widownia kołysała się w rytm melodii, niektórzy nawet machali uniesionymi  w górę rękoma.
- " Noche de paz, noche de amor.. Todo duerme en derredor, sobre el santano niño Jesus. "
Gdy melodia się urwała, w całe sali rozległy się gromkie brawa. Zadowoleni nastolatkowie, ukłonili się w geście podziękowań, a mikrofon przeją Antonio.
- W imieniu swoim, całej kadry nauczycielskiej oraz naszych uczniów składam państwu najszersze życzenia oraz podziękowania za tak liczne przybycie. Niech w waszych sercach zawsze gości radość, a na twarzach uśmiech. Życzymy ciepłych, rodzinnych świąt w gronie rodziny i przyjaciół. Wszystkiego dobrego! - Powiedział, po czym znów usłyszeliśmy odzew publiczności. - Dodam jeszcze, że w sali obok znajduje się poczęstunek, na który również gorąco zapraszam.
Spojrzałam na Germana. W jego oczach płonęły małe iskierki, czuł się dumny ze swojej córki, jak po każdym jej występie.
Mężczyzna nieoczekiwanie ułożył dłonie na moich plecach i ostrożnie do siebie przysunął. Jego głowa spoczęła na moim ramieniu. Dokładnie czułam ciepły oddech na karku.
- Wracamy, czy zostajemy? - Zapytał.
- Poszukajmy Violetty. - Stwierdziłam, ujmując dłoń mężczyzny. Razem ruszyliśmy do sali, gdzie zebrały się wszystkie rodziny.


Tak, jak przypuszczałam dziewczyna popijała sok przy jednym ze stolików.
- Jesteście. - Zawołała, gdy zajęliśmy miejsca obok niej.
- Sądziłem, że będziesz z koleżankami. - German popatrzył na mnie znacząco.
- Są razem z  rodzicami, ja też czekałam na swoich. - Odpowiedziała bez namysłu, a moje policzki pokryły się rumieńcami. Te słowa mnie poruszyły, a serce zabiło mocniej. Jedyne, co w tamtej chwili mogłam zrobić, to po prostu się uśmiechnąć.
Jeszcze parę długich minut spędziliśmy w Studiu, śmiejąc się i  żartując. Wokoło krzątały się rodziny i uczniowie, kolejno opuszczając szkołę. W końcu na sali pozostała tylko nasza dwójka.
- Chyba czas się zbierać. - Westchnęłam.W drzwiach zauważyłam Pabla. German i Violetta posłusznie poderwali się z miejsc, zmierzając ku wyjściu. - Zaraz do was dołączę. - Powiedziałam, przystając obok przyjaciela. Przez ułamek sekundy inżynier patrzył na nas z oddali, lecz zgodnie z moją prośbą, wyszedł.
- Wracasz do domu? - Zapytał Galindo, na co skinęłam głową.
- Pojutrze Wigilia, trzeba pomóc Oldze, ubrać choinkę.. Poza tym przyjeżdża jej kuzyn, ciotka Germana i jeszcze jeden gość.. Do tego mama..- Westchnęłam.
- Nie wie?
- Nie. - Rzuciłam szybko. - To może być dla niej szok, ale nie ma innego wyjścia.. Nie ważne, nie chcę teraz o tym mówić. A ty jakie masz plany?
- Jadę na Florydę do mamy i ojczyma. Ma przyjechać mój przyrodni brat z żoną i dziećmi. Będzie wesoło. - Zaśmiał się na wspomnienie małych urwisów.
Jeszcze chwilę rozmawialiśmy, zmierzając ku wyjściu. Na szkolnym placu czekał German z Violettą.
- Idę. - Szepnęłam, przytulając Pabla. - Wesołych świąt, pozdrów rodziców.
- Wzajemnie. Trzymam kciuki. - Mrugną, ponownie mnie ściskając. - Wszystkiego dobrego, Germanie. - Zawołał w stronę inżyniera, gdy dołączyłam do niego i siostrzenicy.
- Wesołych. - Skinął głową. Wspólnie wróciliśmy do auta i w wielkim spokoju do domu.


                                                                                  ***

Następnego dnia wszystkich domowników willi Castillo opanowała świąteczna gorączka. Olga od rana latała w tę i we w te ze ściereczką, Ramallo poszukiwał idealnej choinki, a ja i  Violetta myłyśmy zastawę. Gosposi do porządków udało się zagonić nawet Germana, który w wielkim nieszczęściu latał z odkurzaczem.
Jeszcze nigdy nie widziałam go sprzątającego, przyznam, że to ciekawy widok.
Porządki szły nam całkiem sprawnie, każdy w pełni się zaangażował. W pewnym momencie Violetta zaczęła nucić jedną ze szkolnych piosenek. Bez wahania do niej dołączyłam.
-" Contra todo, contra nada, cuando sobra, cuando falta.." - Śpiewałyśmy, świetnie się bawiąc. I nagle..
-" Tienes todo lo que hay que tener, para ser quien quieras en verdad.." - Zanucił.. German. Jego męska chrypka doskonale współgrała z naszymi głosami. Nie ograniczyliśmy się do jednej piosenki, repertuar ciągnął się i ciągnął. Zdzierając gardła, nuciliśmy " Algo suena mi" , "Voi por ti" , " En Mi mundo" , "Hoy Somos Mas" , czy " Tienes el Talento ". Dziwne, że okna, które polerował pan domu jeszcze nie popękały.
Podczas przerwy na obiad Violetta udała się razem z ojcem do szpitala, skąd mieli przywieść Javiera. Ja zostałam, pomagając gosposi w wypiekach.
Niecałe pół godziny później w drzwiach staną roześmiany chłopiec. Widać było, jak wielkie wrażenie wywarła na nim ta podróż i zwiedzanie ogromnego domu.
- Angie! - Zapiszczał, podbiegając do mnie. Z kuchni wyjrzała też zdziwiona Olga. No tak, nikt nie poinformował jej o jeszcze jednym gościu.
- A jak ty się nazywasz, kruszynko? - Kobieta kucnęła obok chłopca, ciągnąc jego drobny policzek. Dziecku z trudem udało się uwolnić z objęć gosposi.
- Jav.. Javier.. - Szepną, nieśmiało, wtulając się z moje ramiona. Olga chyba zrozumiała, sytuację, bo podrywając się na nogi, przyjaźnie zaproponowała chłopcu obiad według listy artykułów, które można podawać chłopcu. Po chwili wahania Javier przystanął na propozycję, kierowany do jadalni.
Podczas, gdy malec jadł, do domu wrócił Ramallo, ciągnąc na plecach ogromną choinkę. Chłopiec widząc drzewko, pospiesznie zakończył posiłek, podekscytowany widokiem. Teraz przyszedł czas na ubieranie drzewka.
- Gdzie German? - Zapytałam. Na odpowiedź nie musiałam czekać długo. Po schodach z kilkoma pudełkami schodził inżynier. Kartony ledwo mieściły mu się w objęciach, dlatego szybkim ruchem odebrałam od niego dwa, uchylając wieczka. W środku znajdowały się kolorowe bombki, łańcuchy, światełka i inne świąteczne ozdoby.
Lisandro umocował pień drzewka na solidnym stojaku, więc mogliśmy zabierać się za przystrajanie go.
Jako pierwsze zawisły różnorakie bańki. Czerwone, niebieskie, żółte, zielone.. Z napisami, wzorkami, gładkie, chropowate.. Równomiernie ułożone cukierkowe laski i pierniczki, jako drugie przyozdobiły choinkę. Zachwycony Javier umieszczał je, niesiony na ramionach pana domu. Na jego twarzy przez cały czas gościł uśmiech, a w oczach iskierki szczęścia. Zapewne pierwszy raz spotkał się z taką pracą.
Teraz to panowie dopełniali wystrój choinki, ubierając ją w kolorowe łańcuchy oraz światełka. Ja, Violetta i Javier odpoczywaliśmy, orzeźwiając się przyniesioną przez gosposie lemoniadą. Spod przymkniętych powiek obserwowałam, jak Ramallo mocuje się z pilotem, odpowiadającym za światełka.
- I korona naszej leśnej damy. - Powiedział German, wyciągając z pudełka plastikową gwiazdkę, pokrytą złocistym brokatem. - Czy nasz mały gość ma ochotę czynić honory? - Zwrócił się do Javierka. Zafascynowany chłopiec podbiegł do inżyniera, a ten biorąc go na ręce, uniósł ku górze. Już po chwili na czubku drzewka zabłysł ostatni element wystroju. W tym samym momencie asystentowi pana domu udało się włączyć lampki, które rozbłysły milionami kolorów. Choinka wyglądała bajecznie.
- Słabo mi. - Jęknął stojący na taborecie chłopiec i lekko się zachwiał, lecz na szczęście inżynier zdążył go złapać. Przestraszona podbiegłam do malca.
- Może odpoczniesz.. - Przejęłam dziecko, biorąc go na ręce. Javier bez oporu przystanął na moją sugestię.
Ostrożnie podążyłam na górę, a w ślad za mną German. - To jest twój pokój. - Powiedziałam, ukadając chłopczyka na miękkiej pościeli. Chłopiec ciekawie rozejrzał się dookoła. Pod ścianą stał fotel w kształcie piłki, a na półkach stały różnorakie zabawki. Słabo uniósł głowę i mimo braku sił - uśmiechną.
- Prześpij się. - Szepnął mój ukochany. - Gdy się obudzisz, będzie gwiazdka, a wtedy wszyscy razem usiądziemy do kolacji, pośpiewamy..
Javier twierdząco pokiwał głową, lecz gdy chciałam wstać, złapał moje udo.
- Zostaniesz ze mną? - Zapytał błagalnym głosem.
Posłałam Germanowi znaczące spojrzenie, po czym z powrotem przysiadłam na krawędzi łóżka. Zaczęłam nucić jakąś melodię, nie pamiętałam słów, lecz wydawała mi się znajoma.. Jakbym była, gdzieś we mnie od dawna..
Oczy Javiera powoli się zamykały, aż w końcu jego oddech całkiem się ustabilizował. Zasnął. Nie pamiętam kiedy odpłynęłam i ja..

________________________
To bez wątpienia mój najdłuższy rozdział.
Co za dużo, to niezdrowo - Wigilia w następnym rozdziale. :)
Co myślicie? :) Brzuchy pełne?

Besos ,
Wiktoria

PS. Ona zawsze była cudowna! :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 77

Nadchodziły święta, czas magiczny, czas spokoju, pojednania, czas rodzinny.. Z naciskiem na ostatnie słowo.


Podczas jednego z sielankowych wieczorów w towarzystwie Germana, z jego ust padła ciekawa sugestia.
- W Boże Narodzenie ważna jest bliskość.. - Mówił. - Otoczenie przyjaciół, rodziny.. A do tego wariatkowa dawno już dołączył Javier, sądzę, że się ze mną zgodzisz. - Oczekiwał mojej reakcji. Twierdząco skinęłam głową. - Myślę, że powinniśmy zabrać go do domu na ten czas. Mały zasługuje na prawdziwe święta.
- Też się nad tym zastanawiałam. - Przytaknęłam. - Musimy mu pokazać, że wspieramy go w chorobie.
- W tym dziecku jest coś.. coś niebywałego. - Westchnął, uśmiechając się. Lubiłam obserwować te iskierki w jego oczach. Nie myliłam się sądząc, że coś planuje.
Następnego dnia wspólnie mieliśmy udać się na rozmowę z lekarzami opiekującymi się Javierem i zdobyć wszystkie niezbędne dokumenty, aby móc zabrać go z kliniki. O tak, jutro miało być bardzo optymistycznym dniem.


                                                                                ***

Tak, jak to poprzedniego wieczoru zostało uzgodnione, tuż po pracy razem ze szwagrem siedziałam w gabinecie jednego z lekarzy prowadzących leczenie chłopca. Dowiedzieliśmy się, że stan jego zdrowia znacznie się poprawił i nie ma większych przeszkód, aby święta mógł spędzić w willi Germana.
Zgodnie z poleceniem oboje musieliśmy wypełnić tylko kilka niezbędnych formularzy.
Z zadowoleniem opuściłam gabinet doktora, zmierzając ku sali Javiera. Teraz, gdy wszystko było już pewne, mogliśmy przekazać malcowi radosną nowinę.
- Cześć, słońce. - Przytuliłam chłopczyka. - Co tam rysujesz? - Javier z dumą podał mi zapełnioną kartkę. Rysunek przedstawiał uśmiechniętego bałwana w stroju Mikołaja. Bez namysłu pochwaliłam pracę malucha.
Gdy z ust Germana padła propozycja wspólnych świąt, żaden epitet nie mógł opisać szczęścia dziecka. Javiera wprost roznosiła radość. Zadowolony resztę wieczoru przesiedział na moich kolanach, a gdy wychodziliśmy jego oczy lśniły.


                                                                   
                                                                                ***


Pozostały dwa dni do Wigilii, która wypadała w niedzielę. Dzisiaj natomiast gwiazdkę obchodziliśmy w Studio. Koło południa miał odbyć się konkurs kolęd, później opłatek i klasowe poczęstunki z wręczeniem wzajemnie kupowanych sobie prezentów.
Przebudziłam się w doskonałym humorze , czułam, że ten dzień będzie należał do udanych.
Przez delikatne obłoczki przedzierały się promienie słoneczne, parzące szybę, a lekki wiatr mierzwił korony drzew. Już o poranku temperatura była dość wysoka.
Tradycyjnie miejsce po lewej stronie łóżka wypełniała pustka - German znając życie zaszył się już w gabinecie. Może nawet to lepiej, miałam czas, aby przygotować się do konkursu z tak piękną pogodą.
Z racji, że szkolna Wigilia miała rozpocząć się późnym popołudniem - miałam trochę czasu dla siebie. Korzystając z wolnego postanowiłam udać się na długo odwlekane zakupy świąteczne.
Wcześniej jednak zeszłam na śniadanie. Przy stole kawę popijał już pan domu wraz ze swoim przyjacielem.
- Dzień dobry. - Szarmancko przywitał się Ramallo, a German posłał mi ciepły uśmiech. Chwilę potem dołączyła rozpromieniona Violetta. Ekscytacja nadchodzącymi wydarzeniami wprost wychodziła jej uszami.
- Może pójdziemy razem do galerii? - Szepnęłam na ucho dziewczyny. Ta jednak zrobiła niechętną minę, a na jej czole pojawiła się głęboka zmarszczka, jak zawsze, gdy nad czymś myślała.
- Ee, no.. Bo ja już umówiłam się z dziewczynami i wiesz.. - Plątała się. Nie oponowałam, widząc jej zakłopotanie.
- W porządku. - Musnęłam dłonią jej ramię.
Po skończonym posiłku zgodnie z porannymi postanowieniami, wyruszyłam na podbój centrum handlowego. Przyznam, że nigdy nie przepadałam za włóczeniem się po sklepach, nie sprawiało mi to większej przyjemności.
Wystrój budynku Prima  zapierał dech w piersiach. Migoczące figurki reniferów, mikołajów , aniołków i innych postaci wypełniały każdy butik, box. Choinki porozstawiane w każdym kącie korytarzy wprawiały w prawdziwie świąteczny nastrój, a kolorowe wystawy sklepików zachęcały do odwiedzenia.
Znajdowało się tu od groma różnych propozycji upominków, jednak co ja miałam wybrać? Zastanawianie się nad właściwymi prezentami było najtrudniejsze.
Postanowiłam zacząć od Violetty. Nastolatka dawno skarżyła się na zmniejszającą się ilość kartek w swoim pamiętniku, dlatego zabrałam się za oglądanie notesików. Wybór nie był łatwy, szczególnie mając przed sobą tyle atrakcyjnych drobiazgów.
- Pomyślmy. - Mruknęłam do siebie, okręcając w dłoniach kolejne notesy. Każdy następny był coraz bardziej kuszący. Po długich minutach wahania, wybrałam dość opasły pamiętnik w kolorze lawendy. Na twardej okładce liliowymi szlaczkami wypisane były teksty hiszpańskich ballad. Dla pewności, znając skrytość siostrzenicy, sprawdziłam zapięcie. Opór przy otwieraniu książeczki stanowiła stalowa kłódka. - Idealnie. - Zadowolona, zapłaciłam za prezent dla Violetty i pewnym krokiem ruszyłam przed siebie.


Po czterech godzinach błąkania po galerii, obładowana zakupami mogłam wracać do domu. Szczerze czułam się usatysfakcjonowana zakupami, udało mi się wybrać dość ciekawe upominki.
Dla Olgi wypatrzyłam prześliczny, bordowy fartuszek w białe śnieżynki, Ramallo miał dostać komplet poszetek na każdy dzień tygodnia, Cardozo - Niemiec, nieznany mi dotąd kuzyn gosposi - kubek z flagą Argentyny i wypisanymi na niej żartobliwymi związkami frazeologicznymi tego kraju. Kwestia Pabla i Javierka też szybko się rozwiązała. German. Wybór prezentu dla niego, choć nie łatwy - sprawił mi ogromną frajdę.
Na końcu pozostała moja mama. W te święta niewątpliwie miała przeżyć szok, żyjąc dotychczas w przekonaniu, że jestem z dyrektorem szkoły muzycznej. Mój związek z Germanem rozwijał się od trzech miesięcy, jednak nie śpieszyliśmy się z poinformowaniem jej. Może Boże Narodzenie nie było odpowiednim momentem na takie wyznania, lecz co innego mogliśmy zrobić? Z trudem udało się mi ją przekonać, że tegoroczną Wigilię spędzimy w willi Castillo, jej niechęć nie wróżyła niczego dobrego.
Dla mamy wybrałam kaszmirową apaszkę, przeplataną złotą nicią. Czy liczyłam na to, że prezentem wkupię się w jej łaski? Choć doskonale zdawałam sobie sprawę z jej reakcji, jakaś część mnie wciąż w to wierzyła.
W niedzielę rano miała poznać prawdę. Miała wykrzyczeć mi w twarz, że to, co robię jest nieodpowiednie, nieetyczne, że zachowuję się egoistycznie, a German to najwyższe zło. Niewątpliwie miało tak być..
Teraz jednak postanowiłam nie przejmować się wizją nadchodzącego dnia. Za kilka godzin rozpoczynał się koncert, a ja wciąż tkwiłam w centrum handlowym.
Bez namysłu wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer Ramallo. Po kilku sygnałach, usłyszałam zachrypnięty głos w słuchawce. Błagalnie zapytałam, czy mógłby odebrać mnie spod galerii, na co od razu się zgodził.


Niezauważona, prześliznęłam się d sypialni, a stos prezentów upchałam w szafie. Tam nikt nie powinien ich szukać.
Gdy uporczywie starałam się domknąć drzwiczki, rozległo się pukanie, a ułamek sekundy potem w pokoju znalazła się Violetta.
-I jak zakupy? - Zapytała z ciekawskimi iskierkami w oczach.
-A dobrze, mój chochliku. - Uśmiechnęłam się łobuzersko, popychając ją w stronę wyjścia. - Przepraszam, ale muszę się przygotować do wyjścia, tobie też radzę. - Mrugnęłam, przekręcając klamkę.
Jak powiedziałam - tak zrobiłam. Łóżko, które dzieliłam z Germanem całkowicie zniknęło pod stertą ubrań.
Kilka razy w sypialni pojawiał się pan domu, ponaglając mnie, lecz nadal tkwiłam przed lustrem. Po żmudnej godzinie 'pracy' zeszłam na dół, przyodziana w najzwyklejsze, czarne jeansy, szpilki tego samego koloru oraz białą koszulę i bordową marynarkę. Włosy, jak zwykle pozostawiłam rozpuszczone, a makijaż niezbyt mocny.
W salonie czekała już moja siostrzenica, inżynier poszedł wyprowadzić auto.
- Zdenerwowana? - Pogłaskałam ramię dziewczyny.
- Trochę.. Ale to tylko zabawa. - Odparła. - Moje pierwsze święta w Studio..
- Z pewnością ci się spodoba, a występ doskonale uda. - Roześmiałam się, widząc przejęcie na drobnej twarzyczce. - Chodź, tato będzie się niecierpliwić.
Violetta posłusznie chwyciła torebkę i w ślad za mną, opuściła dom. Całą trójką ruszyliśmy do Studia.

_______________________________
Jedzie, jedzie mazureczek, wiezie, wiezie mi wianeczek..Hej! Iiiaa! 
W następnym rozdziale (tj. we wtorek) Germangiowa Wigilia..:D
Śniegu brak, atmosfery też, będę się pocieszać tutaj. ^.^

Miłego wieczoru! ♥
Wiktoria

czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział 76

Dzisiejsze popołudnie wprawiło mnie w na tyle dobry nastrój, że sen całkowicie został zepchnięty z moich powiek. Leżąc w łóżku, zagłębiałam się w treści, jakiejś powieści detektywistycznej, którą znalazłam na biblioteczce Germana. Właściciela opasłego tomiska nie było w pokoju, domyślałam się, że jeszcze pracuje.
- Nie śpisz? - Po długich minutach ogłuszającej ciszy, usłyszałam głos mężczyzny, i aż podskoczyłam ze strachu.
- Przestraszyłeś mnie. - Zmarszczyłam czoło, odkładając książkę, której akcja pochłonęła mnie doszczętnie.
- Ach, przepraszam. - Wyszczerzył zęby, nabijając się z mojej przerażonej,a zarazem zdenerwowanej miny. - Tchórzliwa, płochliwa, a na dodatek bojaźliwa. No, no, Angie. - Kpił z głupkowatym uśmieszkiem, za co już po chwili został skarcony ciosem poduszki. -

A to tak chcesz się bawić? - Zmrużył oczy, podnosząc opadłą na podłoge poduszkę.
- German, nie. - Klęknęłam na łóżku, aby mieć łatwą drogę ucieczki. Jego mina zdradzała zamiary. - Ger.. - Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w tym samym momencie zostałam przygnieciona przez pierzasty worek. Gdy oderwałam go od twarzy, moim oczom ukazała się zbliżająca sylwetka inżyniera. Złośliwie chichocząc, zaczął mnie łaskotać. - Proszę, dość. - Śmiałam się do rozpuku, miotając po łóżku.
- To za karę. - Wołał głosem małego dziecka, które zrobiło rodzicom, jakiegoś psikusa.
Powoli brakowało mi tchu, a brzuch pękał od nadmiaru skurczy. Wariując, turlałam się po łóżku, jak opętana.
- Może tak ciszej? - W drzwiach stanęła zniecierpliwiona Violetta. German natychmiastowo mnie puścił, podrywając się do pozycji siedzącej. To samo, lecz bardziej niechlujnie zrobiłam ja.
-Ymm, przepraszamy, kochanie. - Zmierzwiłam dłonią rozczochrane włosy. - Wracaj do spania. - Uspokoiłam ją.
Dziewczyna z lekkim grymasem, ale też zauważalnym rozbawieniem, pogroziła nam palcem, po czym wróciła do swojego pokoju. Ja natomiast poprawiłam pościel i wygodnie ułożyłam się na miękkim materacu. Czułam na sobie zawiedzione spojrzenie ukochanego.
- Znowu będziesz się obrażać? - Prychnęłam złośliwie z nutką śmiechu. - Spać.
Pan domu posłusznie wyciągnął się obok mnie, owijają wokół  palca pasmo blond loków.
- Jak ci minął dzień? - Zapytał, przyciągając mnie do siebie. Nie stawiając oporu, położyłam głowę na jego torsie i głębiej wtuliłam się w mężczyznę.
- Cudownie. A wszystko dzięki pewnemu mężczyźnie. - Uśmiechnęłam się czarująco.
- Zdradzasz mnie? - Udał przerażonego.
- Ups, wydało się. - Zakryłam dłonią usta, chichocząc. - Dziękuję. - Przewróciłam się na brzuch, patrząc Germanowi w oczy. - Dzięki twoim radom zdecydowałam się porozmawiać z Pablo. - Wyjawiłam. - I wiesz? Wygląda na to, że wszystko zmierza ku dobremu.
- Ciesze się. - Czule pogładził mój policzek. - Mówiłem, że wszystko prędzej, czy później się ułoży. - Powiedział i zamilkł.
- A ty? Wybaczyłeś mu? - Chciałam wiedzieć, co było przyczyną wstawiennictwa mojego szwagra, za przyjacielem.
- Zrozumiałem, że nienawiść i złość nie prowadzi do niczego dobrego.. Nauczyłaś mnie. - Pogładził mój policzek opuszkami palców. -  Zmieniłem się przy tobie..Jeszcze parę miesięcy temu nie miałem pojęcia, że kiedyś może nastąpić we mnie coś tak niewyobrażalnego.. Hmm, a teraz.. - Westchnął. - Kobieto, co ty ze mną zrobiłaś. - Zaśmiał się, kręcąc głową.
W odpowiedzi szturchnęłam go w ramię, przekręcając się na drugi bok.
-  Śmiej się, śmiej. - Prychnęłam, unosząc brew.
- Hej, obrażalska.. - Przeciągnął German, obejmując mnie od tyłu. Po chwili usłyszałam ciche mruczenie tuż przy swoim uchu, gdzie spoczywała głowa mężczyzny. Trzymając mnie w talii, zaczął lekko kołysać na boki. I znowu mu uległam, wsłuchując w jego miarowy oddech, muskający mój policzek. Czułam się, jak w transie, zachipnotyzowana dotykiem ukochanego.
Kojącą ciszę przerwał krzyk Olgi. Zaalarmowana, razem z panem domu zbiegłam se schodów. O frontowe drzwi opierała się gosposia, ściskajaca w dłoniach kawałek papieru. Nie wyglądałą raczej na smutną, lecz.. szczęśliwą.
- Cardozo, mój Cardozo! - Wołała, unosząc ręce ku górze. W oczach miałą łzy, a na jej twarzy gościł szeroki uśmiech.
- W porządku? - Zapytałam, gładząc rękę kobiety. Olga spojrzała na mnie ze wzruszeniem, po czym zacisnęła w swoich ramionach. Po chwili jednak zaczęła tłumaczyć swoje zachowanie.
Otóż Argentynę podczas nadchodzących świąt miał odwiedzić jej kuzyn z Niemiec. Olga nie wyjeżdżała na wigilię do rodzinnego kraju.
- Nie miałby pan nic przeciwko zatrzymaniu się tutaj Cardoza? - Zwróciła się do Germana. Szwagier przecząco pokręcił głową. - Ach, danke, danke! (dziękuję) - Kilkakrotnie ucałowała policzki mężczyzny.
- Wystarczy. - Wydusił, uwalniając się z objęć pracownicy. Kobieta podśpiewując pod nosem, odeszła w stronę kuchni.
- Będzie wesoło. - Mruknęłam, śmiejąc się.


       
                                                                               ***

Pozostało siedem dni do świąt, dokładny tydzień. W tym czasie w całym Studio miały trwać próby do bożonarodzeniowego koncertu kolęd i pastorałek. Mi przypadło prowadzić starszą grupę, z którą wybrałam dwa przepiękne utwory. Pierwszym była : " Campana sobre campana " , a kolejną : " Noche de paz ". ( "Cicha noc" )
Praca szła całą parą , młodzież włożyła w przygotowania całe swoje serce, w pełni się zaangażowali. Z pomocą Beto, wspólne udało się nam przygotować nowy podkład do wybranych tekstów. Gregorio oraz Jackie przygotowywali inscenizację, a Pablo z pomocą pierwszaków pracował nad wystrojem szkoły.
Gdy przechodziłam korytarzem w oczy rzuciło mi się bujne, iglaste drzewko, stojące w centrum holu. Dyrektor wraz z kilkoma uczniami zawieszał przeróżne, kolorowe ozdoby. Od kokardek, mikołajów, bombek, do łańcuchów, migoczących światełek. Na szczycie choinki zabłysła przepiękna gwiazda. Drzewko idealnie odzwierciedlało magiczne chwile, które z każdą sekundą stawiały ku nam coraz większe kroki.
Z zadowoleniem uniosłam kciuk, napotykając spojrzenie przyjaciela.
Świąteczny klimat dało się wyczuć już teraz. Panowała miła i rodzinna atmosfera. Wszystko zmierzało ku lepszemu.

__________________________________
"Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta..Co raz bliżej naa-as ! Nanananana!" :D
76 rozdział za nami. :D
Chociaż po ostatniej liczbie komentarzy zacznę myśleć, że mnie nie lubicie. ;>

Love,
Wiktoria


wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział 75

Następne dwie godziny spędziłam na nadrabianiu straconego czasu z przyjacielem. Doskonale się nam rozmawiało, tego właśnie brakowało obojgu. Było, jak dawniej. 'Paplaliśmy' dosłownie o wszystkim i niczym. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia..
- Angie.. - W pewnym momencie Pablo spuścił głowę, niepewnie przełykając ślinę. Zdawałam sobie sprawę z tego, co chce mi powiedzieć.
- Nie wracajmy do tego. - Ubiegłam go. - Nie ma sensu roztrząsać błędów przyszłości.
Mężczyzna głęboko westchnął.
- Chciałem cię przeprosić. - Zignorował moje prośby.
- Pab..
- Daj mi skończyć. - Skarcił mnie. - To co zrobiłem było niedopuszczalne i nie miało prawa się wydarzyć. Teraz rozumiem swój czyn. Wtedy rządziły mną impulsywne emocje, nie myślałem trzeźwo.. German ma cholerne szczęście. - Uniósł wzrok spod swoich ciemnych rzęs. - Cieszę się, że jesteś z nim szczęśliwa, bo na taką wyglądasz.. - Posłał mi szczery uśmiech, który bez wahania odwzajemniłam. - Życzę wam, jak najlepiej, a my.. My zawsze będziemy przyjaciółmi. - Pocałował moje dłonie.
- Dziękuję.. Dziękuję, za to, że mnie rozumiesz, wspierasz.. Za to, że jesteś. - Nie wytrzymałam i wprost rzuciłam się na mężczyznę, mocno go ściskając.
- Udusisz mnie. - Zaśmiał się, stękając.
- Wybacz. - Wypuściłam go z objęć, aczkolwiek niechętnie. Tęskniłam za jego oparciem.
I kolejna godzina minęła na opowiadaniu news'ów ze swoich żyć. M.in dowiedziałam się, co było przyczyną nagłego wyjazdu Pabla, albowiem za parę miesięcy w Studiu ma się pojawić nowe "odkrycie Rafy Palmera".
Dalsze pogadanki, przerwał dość nieoczekiwana osoba.
- Gregorio? Co ty tu robisz o tej porze? - Zdziwił się dyrektor Studia.
- No zdaje się, że pracuje. - Mruknął mężczyzna. - A poprzedzając wasze głupkowate pytanie " O tej porze? " - Przedrzeźnił - Zapomniałem czegoś. - Zaczął grzebać w jednej z szuflad biurka.
Oboje staraliśmy się nie przejmować jego towarzystwem, niestety każde słowo było komentowane.

- Długo jeszcze? - Wycedził zirytowany Pablo.
- A w czymś wam przeszkadzam? - Zapytał drwiąco - Ależ nie krępujcie się! - Rozłożył ręce,z nutką kpiny w głosie. - W końcu jesteśmy wielką, szkolną rodziną, a poza tym Ęłżi nie ma hamulców przed mizdrzeniem się do swojego szwagra, więc.. - Uśmiechnął się złośliwie, a nas, lecz zwłaszcza mnie - zamurowało. - No nie patrz się tak, Ąszi, już wszyscy widzieli reportarz telewizyjny na temat twojej siostry. Nie mów Pablo, że ty nie. - Udał zaskoczenie.
- Jeśli skończyłeś,to żegnam. - Rzucił, niewzruszony jego słowami Galindo. - No już,do widzenia. - Wskazał drzwi,przez które w tym samym momencie przeszła... Jackie.
- A ty,czego tu ?! - Jako pierwszy wyrwał się choreograf.
- Obcas złamałam, mam tu obuwie zamienne, z resztą ciebie to powinno najmniej obchodzić. - Syknęła, obrzucając mnie w tym samym czasie kującym spojrzeniem.
- Zapomniałaś miotły zatankować? - Ponownie zadrwił Gregorio. Od tego zaczęła się dość ostra i trwałą wymiana zdań między nauczycielami tańca.
- Jeżeli chcecie się kłócić, to zapraszam na rynek , bylibyście doskonali w targowaniu się. - Przerwał im Pablo, bez skrupułów, popychając w kierunku wyjścia. W ślad za całą trójką, podążyłam ja, gasząc wcześniej światła i zamykając szkołę. Kiedy skończyłam, przed budynkiem czekał tylko mój przyjaciel.
- Chyba się nie pozabijali? - Zapytałam, rozbawiona, ale też lekko zaniepokojona.
- Nie, dopilnowałem, aby rozeszli się w przeciwne kierunki. - Wyjaśnił mężczyzna, po czym wspólnie ruszyliśmy w kierunku willi Germana. Droga, tak jak ostatnie godziny upłynęły w mgnieniu oka.
- Może wejdziesz? - Zaproponowałam, gdy staliśmy przed domem.
- To na razie chyba nie jest dobry pomysł. - Pablo wyczuł moje wahanie. - Innym razem. - Jeszcze raz, mocno przytulił.
- Brakowało mi ciebie.. - Wyszeptałam, trzymana w męskich ramionach. - Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo. - Oderwałam się od niego, aby zerknąć w dwa, błyszczące talarki. - Dobrej nocy. - Uśmiechnęłam się.
- Słodkich snów. - Pomachał w moją stronę na odchodne. W dobrym humorze weszłam do willi.



W środku zastałam jedynie gosposię, od której dowiedziałam się, że Violetta wyszła z Camilą i Francescą, German pojechał odwiedzić Javiera, a Ramallo, cytując : " Pewnie wpiernicza, gdzieś po kątach czekoladowe ciasto, które cudem krasnoludki wyniosły z lodówki. ".
Aby poprawić Oldze nastrój, poprosiłam o newsy z jej ulubionej telenoweli. Kobieta z zapartym tchem opowiadała mi historie zawirowań miłosnych, między Ivo, a Milagros, które zdawały się być dość interesujące, a w pewnym momencie nawet mnie wciągnęły.. Pomagając kroić warzywa na sałatkę, zadawałam kolejne pytania dotyczące miłości między tamtą dwójką, a także jej ojcu, a zarazem szefie.
Życia serialowych bohaterów mocno mnie zaciekawiły. Od wpadnięcia w sita obsesji, wybawił mnie German, którego usta poczułam na swojej szyi. Stałam odwrócona do ' oprawcy ', jednak doskonale go znałam.
- Jak miną dzień? - Niezrażony obecnością gosposi, całował raz mój policzek, raz obojczyk..
- Wspaniale. - Odpowiedziałam, ukojona jego dotykiem. - A u ciebie? Podobno byłeś u Javiera. - Starałam się prowadzić bezpieczny temat, peszył mnie ciekawski rentgen w oczach starszej kobiety.
- Ale niech pani się mną nie przejmuje. - Usłyszałam orzeźwiający głos gosposi, która szybko odgadła moje myśli. Czy byłam, aż tak przewidywalna? Mimo jej słów, gestykulując, skarciłam ukochanego za 'nadmierne okazywanie uczuć'. Inżynier niechętnie oderwał się od mich pleców, zachęcająco kiwając ręką w stronę wyjścia z kuchni. Patrzył na mnie wzrokiem, mówiącym "Chcę zostać z tobą sam..". Musiałam przyznać, że nie łatwo było się oprzeć kuszącym iskierkom w jego oczach.
- To ja może..Emm.. Poszukam tych krasnoludków-złodziejaszków. - Palnęłam i nie czekając na odpowiedź, ulotniłam się z kuchni.
-"Krasnoludków-złodziejaszków"? - Zaśmiał się German.Mężczyzna od progu przyciskał mnie do zamkniętych drzwi jego gabinetu. - Widzę, że pierwszym-lepszym pretekstem chciałaś wymusić spotkanie ze mną. - Wyszczerzył się, mocno do mnie przywierając. Ja przyparta do ściany, a on tuż przy mnie - staliśmy w niezwykłej bliskości, ocierając się o siebie.
- Mogę sobie iść, jeśli ci nie opowiada. - Mruknęłam, starając się opanować wylew rumieńców na moich policzkach, które pojawiały się wraz z każdym dotykiem ust Germana. Tym razem pan domu uciszył mnie pocałunkiem w usta.
- Pamiętasz .. jak....kiedyś...podczas...zakupów...stwierdziliśmy..że nie...mo-...glibyśmy..być..razem? - Zapytałam, między kolejnymi muśnięciami.
- Mhm. - Zamruczał mężczyzna, przenosząc usta na mój obojczyk. - Stwierdziliśmy, że się nie lubimy.
- German! - Uniosłam jego głowę z łobuzerskim uśmiechem. - Jakim prawem mnie całujesz? - Udałam oburzoną, jednak zważywszy na rozbawienie , kiepsko mi to wychodziło. Inżynier spojrzał na mnie zdziwiony. - No przecież my się nie lubimy. - Uniosłam brwi, oswobodzając się z jego uścisku. Dopiero teraz zauważyłam, że guziki mojej koszuli zostały całkowicie rozpięte. Nie zważając na głupawą minę pana domu - zapięłam je.
- Ej. - Jęknął, chyląc kąciki ust ku dołowi.
- Nie obrażaj się. - Poklepałam jego ramię. - Żeby mnie całować, musisz mnie najpierw lubić. - Szepnęłam namiętnie do jego ucha, po czym pstryknęłam palcami w jego nos i rozbawiona wyszłam z gabinetu.

_____________________
Namiętny akcent na koniec :D
Chyba nie gniewacie się za  przebłyski Pangie? ;)
Swoją drogą mogę Wam zdradzić, że koniec bloga przewiduję na ok.150 rozdział, dlatego nie cieszcie się z sielanki w życiu Angie. :D

Miłego wieczoru! ;)
Wiktoria

niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 74

Wychodząc odkryłam,że nie byłam jedyną osobą przesiadującą w Studiu - ze swojego gabinetu właśnie wychodził Pablo.Nasze drogi się skrzyżowały.
- Próbujesz wykupić moje łaski,zostając po godzinach? - Rzucił,a mnie zamurowało.Skąd w nim tyle kpiny?
- Chyba się przesłyszałam. - Zignorowałam jego słowa,zwiększając tępo.W duchu jednak, to co powiedział,uderzyło we mnie całą swoją okazałością,dało do myślenia.
Przez resztę drogi do domu analizowałam dziwną wymianę zdań z dyrektorem Studia.Jego słowa tak mnie pochłonęły,że nawet się nie obejrzałam,a stałam przed willą.
- Cześć. - Po wejściu do budynku,od razu skierowałam się do gabinetu Germana. Mężczyzna siedział za biurkiem,bawiąc się tabletem.Kiedy uchyliłam drzwi pokoju,uniósł głowę.
- Hej.. - Momentalnie się uśmiechnął.Jego łagodny wyraz twarzy wzbudził we mnie przyrost endorfin.Wstał,zmierzając w moim kierunku.Kiedy dzieliło nas kilka centymetrów,ostrożnie ujął mój podbródek,a na policzku złożył delikatny pocałunek. - Wracasz coraz później. - Zaglądał mi w oczy.Sama zaś,odwracałam wzrok. - Co się dzieje? - Zapytał z niebywałym przekonaniem.Dawno przyzwyczaiłam się do tego,że nic się przed nim nie ukryje. - Nawet nie próbuj kłamać. - Bezbłędnie rozszyfrował moje myśli,ciągnąc w stronę kręconego fotela.
Z cichym westchnieniem streściłam sprawę z Pableo,choć wiedziałam,że mężczyzna nie jest zachwycony słysząc o nim.Doceniałam fakt,że mimo odrazy do Galindo, chce mi pomóc.
- Wiem,że to trwa już dość długo,ale przecież nie wszystko stracone. - Uśmiechnął się.Jego słowa wprawiły mnie w osłupienie.Próbował usprawiedliwić Pabla? - Myślę,że on szczerze żałuje swojego czynu,a ty poniekąd jesteś dla niego za ostra.Stara się,widać.To jak teraz zachowuje się wobec ciebie,to zwykła bezsilność.Może nawet go rozumiem? - Wzruszył ramionami. - W końcu stracił miłość swojego życia.Dokładnie wiem,jak to jest.Sam nie umiałbym pozwolić ci odejść,a on..A on musiał..Ta rozłąka na pewno dała mu do myślenia i była karą samą w sobie.Powinniście porozmawiać. - Złapał moje dłonie.
-Chwila,chwila. - Pokręciłam głową. - Kim jesteś i co zrobiłeś z moim Germanem? - Usiadłam na jego kolanach,obejmując kark i zatapiając w oszałamiająco brązowej głębinie. - Hmm,to nadal ty. - Żartobliwie zmarszczyłam czoło.
- Tak,ja. - Roześmiał się,przewracając oczami. - Powiedziałem ci to,bo wiem,co facet musi czuć. - Musną mój policzek czubkiem nosa. - Poza tym widzę,ile Ciebie to kosztuje.Tęsknisz za nim. - Stwierdził,a jego tęczówki przez ułamek sekundy dziwnie zamigotały.
- Dziękuję za to,co robisz. - Mocno do niego przywarłam. - Ciesze się,że mam w tobie oparcie.
German nie odpowiedział.Jeszcze mocniej objął moje plecy i przycisną do siebie.Wiedziałam,co chce mi powiedzieć.To miało być zapewnienie,że mogę na nim polegać,że zawsze przy mnie będzie.
- Kocham cię. - Usłyszałam tuż przy swoim uchu.Usta inżyniera ślepo zmierzały ku moim,a już po chwili odnalazły punkt styczności.Mogłabym w nieskończoność opisywać każdy nasz pocałunek i różnice,które je dzielą.Żadne muśnięcie nie powtarzało się dwa razy..Z każdym zakochiwałam się w nim od nowa..


                                                               
                                                                               ***

Nazajutrz,natchniona optymizmem wesoło powitałam dzień.Wiele rzeczy zdawało się być weselszych. Nawet  spór Olgi i Ramalla złagodniał. Było to spowodowane wyjrzeniem zza chmur słońca,czy może ukojeniem w ramionach Germana?
Z uśmiechem na twarzy prowadziłam zajęcia, mijające w przyjemnej atmosferze. Uczniowie również byli,jakby pozytywniej nastawieni.
Gdy skończyłam lekcje, a moja sala wprost lśniła, mogłam udać się do domu. Nim jednak to zrobiłam, moje myśli ukierunkowały się w stronę dyrektora szkoły muzycznej.
- Pablo .. - Jęknęłam, opadając na krzesło.
W środku byłam kłębkiem nerwów i nielogicznych wizji. Może German miał rację, mówiąc o wybaczeniu? To przecież nie był koniec świata. Taka błahostka nie mogła przekreślić lat przyjaźni i wzajemnego wsparcia. Wybaczenie samo w sobie nie jest niczym złym Oboje cierpieliśmy, lecz żadne nie zarzucało tematu. Nastała pora,aby to zmienić.



- "Co ja robię " - Przemknęło mi przez myśl, gdy skora do rozmowy, stanęłam przed gabinetem Pabla.
Bezmyślnie wpatrywałam się w tabliczkę wiszącą na drzwiach, opierając się chęci ucieczki.
- "Nie bądź tchórzem, Angeles. - Skarciłam się w duchu, po czym delikatnie zapukałam. Odpowiedziało mi zachrypnięte " Proszę ". Nie było już odwrotu.
Po przekroczeniu progu , wzrok mężczyzny momentalnie skierował się na moją osobę. Nieśmiało uniosłam kąciki ust.
- Cześć. -  Podeszłam do biurka przy, którym siedział. - Znajdziesz dla mnie chwilkę?
- Jasne.Proszę, siadaj. - Wskazał krzesło, trzymanymi w ręce dokumentami.
Był inny. Jego twarz  blada i pociągła, a ciemna czupryna zaskakująco rozmierzwiona. Dwa węgielki, zwane oczami pociemniały jeszcze bardziej.Dopiero teraz,przyglądając się mu uważnie zauważyłam tę zmianę. Na próżno doszukiwałam się w nich choć iskierki tego samego, co kiedyś na codzień w nich dostrzegałam.
- Co słychać? - Uśmiechnęłam się.
Pablo popatrzyła na mnie zdumiony. Na jego twarzy widać było zmęczenie.
-W porządku..-Lekko podniósł kąciki ust.
-To dobrze..
Nastała chwila milczenia.Wlepiając wzrok w buty, w mojej głowie mieszały się różne myśli,nie pozwalające wyodrębnić jednej,konkretnej odpowiedzi.
- Powiesz, o co chodzi? - Zapytał chłodno, lecz jego głos minimalnie się załamał. Przez chwilę się zapomniałam.
- Nie sądzisz, że czas na rozmowę? - Uniosłam wzrok, oczekując odpowiedzi.
- Tak.. -

 Rzucił, podchodząc do okna. Ja również wstałam.
- Trochę to trwało, ale w końcu wszystko wnikliwie przemyślałam i doszłam do pewnych wniosków, które oboje możemy wyciągnąć z tej ... sytuacji. - Przełknęłam ślinę. Mężczyzna wciąż stał odwrócony do mnie plecami. Z niewiadomych przyczyn bardzo się denerwowałam. - Tęsknie.. - Powiedziałam,choć rozum podpowiadał mi zupełnie coś innego. Nie tak to planowałam..
Zauważyłam, że ciało Pabla lekko wzdrygnęło, lecz nadal zwrócony był ku oknu. Czyżby się wahał?
- Ja też.. - Pierwszy raz od bardzo dawna spojrzał na mnie z tym swoim zniewalającym.. czymś. Po chwili też trzymał mnie w swoich ramionach.
Nie wiedziałam, czy to pot zdenerwowania osuwa się po moim karku, czy to jego łzy.. W tamtej chwili, gdy jego ręce oplatały moje plecy  czułam się szczęśliwa, znacznie mi ulżyło. Tyle tych kłótni, nieporozumień,intryg, aż w końcu odzyskaliśmy się nawzajem. Wraz z jego dotykiem uświadomiłam sobie, jak bardzo mi go brakowało. Uśmiechu, wspólnej chińszczyzny między lekcjami i ciepłego "Hej, nalać ci kawy?" .
Druga część mnie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że stracone zaufanie nie jest tak łatwo odbudować, na to potrzeba szczególnego czasu, lecz przecież żadne przeszkody nie mogły nas ograniczać. "Together we can do it.". Są momenty, w których dumę musimy schować w kieszeń w imię czegoś.. W moim przypadku była to przyjaźń, którą teraz na nowo razem z Pablem będziemy kształtować.

________________________________
Czy fani Germangie czują się zagrożeni?
A może wszyscy, zgodnie cieszycie się z powrotu Pablita? :)
Mi osobiście go brakowało. :D

Miłego popołudnia! :)
Wiktoria

piątek, 13 grudnia 2013

Rozdział 73

German gwałtownie zatrzymał pojazd.Auto jadące tuż przed nami,z głośnym hukiem wypadło z drogi.Oboje ze szwagrem pośpiesznie wysiedliśmy z samochodu.
Poszkodowanemu kierowy na szczęście udało się opuścić poturbowane auto. Klnąc pod nosem, wspierał się o chodnikową barierkę.Wokoło zebrało się kilku gapiów.
- Nic panu nie jest? - Zapytał German,podbiegając do blondyna. Wydawał się być znajomy.. - Halo?
- Czego chcesz,człowieku?! - Syknął, odwracając się w stronę inżyniera.W tej chwili z przerażeniem odkryliśmy,że człowiekiem uległym wypadkowi był ... Matias.. - Oo,kogo ja widzę.. - Zaśmiał się z ironią. - Cóż za przypadek.
-Rzeczywiście. - Szepnął mój szwagier z wyczuwalną pogardą.
Widok dawno zapomnianego mężczyzny mocno nas zdziwił. Łut szczęścia /nieszczęścia , czy zwykła ironia losu?
LaFontaine dawno nie pokazywał się w okolicy, a szczerze powiedziawszy,od kąd jego siostra rozstała się z Germanem - nikt go nie widział. Ani ja, ani szwagier, czy ktoś z domowników wolał nie poruszać tematu przebiegłego rodzeństwa.Cała 'przypadkowa' sytuacja wydawała się być dziwna, choć może to ja byłam przewrażliwiona ?
-Nic ci nie jest? - Chciałam zapobiec kłótni. - Twoja głowa.. - Wskazałam na krwawiący łuk brwiowy.
-Cholera. - Dotknął rozciętego miejsca.
-German zawiezie cię do szpitala. - Stwierdziłam bez namysłu. Obaj mężczyźni popatrzyli na mnie ze zdziwieniem i nieukrywaną niechęcią.
-Bez dyskusji. - Zaprzeczyłam im protestom. - Auto zostanie odholowane do warsztatu,a tu chodzi o twoje zdrowie. - Zwróciłam się do brata Jade. - Poczekam na służby drogowe,a wy jedźcie. - Rozkazałam niepewnie. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego,czym może skończyć się wspólna wycieczka tych dwóch osób. Własne słowa też lekko mnie dziwiły.
Po chwilach wahania,jednak ruszyli w drogę.Ja natomiast zgodnie z obietnicą - pilnowałam auta.
Nie minęło pół godziny,a na miejscu wypadku zjawili się dwaj mężczyźni z drogówki.Kilkoma sprawnymi ruchami,wydostali pojazd z pobocza,a mnie poinformowali o tym,dokąd pojazd zostanie zabrany.Pytali również o przyczynę wypadku.
Gdy było już po wszystkim,w końcu mogłam dotrzeć do pracy.Miałam godzinne opóźnienie.W duchu modliłam się,aby nie natrafić na organy władzy szkoły.
Mimo,że dzisiejszy dzień nie był trzynastym miesiąca,szczęście mi nie dopisało - w holu wpadłam na rozgniewanego Pabla.
-Aaa nie powinieneś być na jakimś wyjeździe? - Zapytałam mocno zdziwiona.
-A nie powinnaś być na lekcji?! - Zdenerwował się.Jeszcze nie widziałam go w takiej furii. - Nie możesz się cały czas spóźniać i robić,co ci się rzewnie podoba! - Wypalił. - Jesteś nieodpowiedzialna,Angie.
-To nie tak..Jechałam z Germanem samochodem i nagle..
-Daruj sobie.- Przerwał mi. - Nie obchodzą mnie twoje relacje z Germanem,nie chcę o nim słyszeć w mojej szkole.Życie osobiste odłóż na bok,kiedy tu przychodzisz. - Rzucił,odchodząc.W tym samym momencie rozbrzmiał dzwonek na przerwę.Korytarz wypełnił się uczniami,wśród których dostrzegłam Violettę.Chciałam do niej podejść,ale uprzedziła mnie Francesca i Camila.Postanowiłam jej przeszkadzać.
Zmartwiona,podążyłam do pokoju nauczycielskiego,gdzie kawę  popijał Gregorio.
-Znów spóźniona,Ęłżi. - Skomentował z kpiącym uśmiechem.
-Daj mi spokój,proszę. - Sięgnęłam po ekspres.
-W końcu wylecisz. - Zaśmiał się. - Twoje dni w Studiu są policzone,na-u-czy-cie-le-czko. - Przesylabował,wychodząc.
Bezwładnie opadłam na krzesło.Zapowiadał się taki cudowny dzień..A wyszło,jak zwykle..
Niechętnie zabrałam się,za przegląd listy uczniów,z którymi dzisiaj miałam mieć zajęcia.Jak na złość każda literka mieszała mi się w głowie,nie ustając na swoim miejscu.Usilne starania odczytu zapisków,przerwał dzwoniący telefon.Także wyświetlacz telefonu zdawał się być zamazany.
-Słucham? - Odebrałam,nie znając rozmówcy.
-Hej,Angie. - W słuchawce rozpoznałam głos Germana. - Właśnie wyszedłem z izby przyjęć.Rana Matiasa nie była głęboka,założyli mu opatrunek.A ty?Długo czekałaś na holowników?
-Trochę mi się oberwało.. - Rzuciłam,nie zdając sobie sprawy z tego,o co pytał inżynier.
-Angie,wszystko w porządku? - Zapytał,zmartwiony.
-Tak,pewnie..Wstąpisz do Javiera? -Zmieniłam temat.
-Właśnie miałem taki zamiar,ale może poczekam na ciebie i pójdziemy razem po południu?
-Nie,idź.. - Zacisnęłam zęby.Niewyobrażalna siła rozsadzała moją czaszkę.Obraz zaczął się kręcić. - Muszę kończyć,pa. - Rozłączyłam się,rzucając telefon na stół.
Jedną ręką podparłam brodę,a drugą dotknęłam czoła.Nagle w skutek dzwonka lekcyjnego,moje ciało zadrżało.Pociągnęłam nosem i przetarłam twarz dłońmi,po czym ostrożnie stawiając nogę,za nogą,ruszyłam do klasy.



Reszta lekcji minęła w spokoju.Wszystkim udzielała się nieprzyjemna aura,która od kilku dni gościła za oknem.Nawet Ludmiła zdawała się być cicha.
-Może zaśpiewamy coś dla rozruchu? - Zaproponowałam,chcąc rozweselić młodzież. - Leon,podejdź do klawiszy."Algo suena mi." - Powiedziałam,wstając z biurka.
Pomysł okazał się trafny,dzieciaki w mik nabrały ochoty do pracy.
-"Algo suena mi,algo suena in vos.." - Śpiewały dziewczęta.W refrenie dołączyli chłopcy.
Wszystkim od razu poprawiły się humory.Żaden deszcz,czy wiatr nie mógł zepsuć panującej atmosfery.Ostatnie minuty lekcyjne upłynęły dość szybko,wspaniały początek weekendu.
-Dobrze,nie zadaję pracy domowej,ale pamiętajcie o ćwiczeniach,które powtarzaliśmy. - Powiedziałam,gdy rozbrzmiał dzwonek. - Do widzenia.
O końcu zajęć nie trzeba było mówić długo,w parę sekund klasa doszczętnie opustoszała.Z wyczuwalną,pozytywną energią postanowiłam uporządkować przed wolnym wnętrze biurka.
-Kiedy ja tu ostatnio sprzątałam? - Mruknęłam do siebie,rozbawiona nieładem.
Cztery szuflady kryły w sobie imponujące ilości różnych bibelotów.Od zapisków sprzed lat,do zaginionych notatek,a nawet szczątków moich bransoletek,które z uwagi na wystające klamki - lubiły zwalniać ze sznurków koraliki.
Wśród dawno zapomnianych przedmiotów odnalazłam białą kopertę.Zaciekawiona znaleziskiem,przysiadłam na krześle,zaglądając do środka.Wewnątrz znajdowały się  fotografie z różnego okresu mojego życia.Wypatrzyłam stare zdjęcie legitymacyjne,z wycieczki szkolnej do Barcelony,akademii na zakończenie podstawówki,mojego pierwszego występu na scenie,kiedy grałam biedronkę.Było tam wszystko.
Po chwili moją uwagę przykuła fotografia z Pablem.Mieliśmy wtedy po szesnaście lat.
Oboje uczyliśmy się w szkole muzycznej w Madrycie.Później też tam studiowaliśmy.To było piękne chwile,poznałam mnóstwo ciekawych ludzi,którym wiele zawdzięczam.Tak na prawdę nigdy nie zastanawiałam się,co mogło się stać z moją licealną klasą.Czy teraz pracują jako urzędnicy państwowi?A może podobnie,jak ja - pochłoną ich artystyczny świat.Może mają rodziny,a może nadal żyją samotnie,poszukując szczęścia,swojego miejsca na ziemi.
Kiedyś w ręce wpadł mi dzienniczek,gdzie powpisywali się wszyscy z mojego rocznika.Warto było mieć coś takiego.Powspominać..
Po chwili zorientowałam się,jak obraz zaczyna zanikać,a na zdjęciu powstają mokre plamy.Trzeźwo otarłam łzy wzruszenia,po czym schowałam pamiątki z powrotem do koperty. Musiałam zabierać się za porządki,było już późno.
Niestety tak to ze mną bywa - ogarnięta zapałem i weną,zabieram się za impulsywne czynności,a natchnienie dość szybko się ulatnia.Tym razem jednak obiecałam sobie dokończyć,to zaczęłam.
Ile czasu zabrało mi sprzątanie?Sądząc po kilku ntelefonach od Germana - długo.Gdy w  końcu skończyłam,zegarek wskazywał 20:17.
-Czas do domu,Angeles. - Westchnęłam,przeciągając się.

_______________________________
Nudne.
Angie i German unikneli nieszczęsnego wypadku. :P
Pewnie zauważyliście,że mdłości,bóle głowy przychodzą i odchodzą  u naszej bohaterki. :D
Wszystko wyjaśni się w swoim czasie. ;D

Wiktoria