poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rozdział 102

Przez budynek lotniska przewijały się setki ludzi. Jedni całymi rodzinami biegali przez hol, inni statecznie kroczyli z małą walizką. Od grubych murów odbijały się głosy dyspozytorów i przechodnych ludzi. Każdy prędzej, czy później miał wsiąść do swojego samolotu i udać się w swoją stronę świata. Mogli wrócić lub tam zostać. A ja? Czy miałam wybór?
Powoli podeszłam do punktu informacyjnego i podałam swój paszport oraz bilet. Kobieta siedząca za cienką szybką zlustrowała mnie wzrokiem i chłodnym głosem oznajmiła, gdzie powinnam się udać. Nie zwlekając pośpieszyłam we wskazane miejsce, mój samolot odlatywał za dwadzieścia minut. W kolejce do wejścia na pokład ustawił się już szereg pasażerów. Wśród nich był kilkuletni chłopiec, stojący obok mamy tuż przede mną. Był łudząco podobny do Javiera.. Moje serce na widok jego piwnych oczu gwałtownie przyspieszyło, tak że sama się przestraszyłam.
- Co się tak gapisz, starucho?! - Do porządku przywołał mnie ryk dziecka.
- Czy ty mówiłeś do mnie? - Zapytałam nieco zaskoczona.
- Chyba nie do księdza. - Pokazał mi język. - Starość, nie radość.- Mruknął, idąc za rodzicami i jednocześnie pozostawiając mnie w głębokim osłupieniu.
Nie zwlekając również dostałam się na pokład samolotu i zajęłam swoje miejsce. Fotel, który został mi przydzielony, mieścił się przy oknie, tak że swobodnie mogłam obserwować, co dzieje się na lotnisku. Po pasie krążyli jeszcze technicy, sprawdzający gotwość maszyny, ale po chwili i oni zniknęli, a z głośników popłyną głos stweardessy.
- Uprzejmie witamy na pokładzie, proszę o zapięcie pasów, do startu pozostało półtorej minuty. Życzymy miłego lotu.
Pasażerowie posłusznie wykonali polecenie, wciskając się  w swoje fotele.
Poczułam lekki strach, zawsze bałam się wysokości, a okrutna śmierć Marii tylko spotęgowała fobie. Nagle nastał szum, a maszyna zaczęła rozpędzać się po torze. W chwili, gdy koła samolotu oderwały się od podłoża, automatycznie ścisnęłam poręcze siedzenia. Już po chwili poczułam lekki ucisk w okolicach skroni i świadomość płynnego ruchu powietrza. Kątem oka wyglądnęłam przez okno. Wznosiliśmy się już ponad budynki Buenos Aires. Stopniowo wyodrębniała się przepiękna panorama miasta, którego granice właśnie przekraczałam. Pierwszy raz od długich lat opuszczałam rodzinne miasto. Czułam, jakbym wyzbywała się cząstki siebie.
Czekały mnie długie godziny podróży. Na samą myśl ziewnęłam leniwie. Wyjazd był chyba najbardziej porywczą decyzją, jaką w ostatnim czasie podjęłam. Teraz, na spokojnie analizowałam ostatnie wydarzenia.
- Dzień dobry, z tej strony Angeles Saramego. Czy rozmawiam z panem Juliem La Torre? ((Rozdział 88)
- Ach, złotowłosy aniołek! Witaj, moja droga. Julio przy telefonie i do usług!
-  Czy moglibyśmy się spotkać? To dość pilne.- Wysapałam nerwowo. Na szczęście w odpowiedzi usłyszałam propozycję miejsca, w którym miałabym spotkać przyjaciela mojego ojca.
- A więc jesteśmy umówieni.

Siedziałam na ławce w ulubionym parku, oczekując Julio. Z każdą sekundą stawałam się coraz bardziej denerwowana, zupełnie jakbym bała się, że ktoś mnie obserwuje, czyhając na potknięcie. W końcu zauważyłam idącego alejką siwego mężczyznę.
- Hola, Angeles! - Zawołał na mój widok, całując wyciągniętą w jego stronę dłoń.
- Dzień dobry.- Przywitałam się, nieco speszona. - Cieszę się , że zgodził się pan ze mną spotkać.
-  Zawsze do usług. A więc w czym mogę ci pomóc, dziecko?
- Będę z panem szczera: muszę wyjechać. Nie wiem dokąd, nie wiem za czym, ale wiem, że muszę. Czy mógłby mi pan coś polecić? Jest pan jedyną osobą, która mnie zrozumie, nie osądzi i przede wszystkim nie będzie próbowała mnie zatrzymać.
Julio sapnął ciężko, marszcząc czoło.
- Mój siostrzeniec jest dyrektorem szkoły muzycznej w Rzymie, stworzonej do pracy z dziećmi chorymi na białaczkę. Muzyka jest dla nich swego rodzaju terapią, pomaga. Jesli chcesz, mogę z nim porozmawiać, na pewno zgodzi się cie przyjąć. Sam z resztą skarżył się na brak rąk do pracy.
Sama nie wiem, dlaczego przyjęłam propozycję. Czy była to pierwsza-lepsza szansa na ucieczkę, czy dlatego, że hasło białaczka poruszyła wspomnienia o Javierze i dała szansę na pomoc dzieciom z jego problemem.. Zgodziłam się opuścić Argentynę, a wraz z nią  zostawiałam swoją przeszłość, która miała pozostać tylko ulotnym wspomnieniem.
Ze snu wyrwał mnie głos stweardessy, oznajmiającej, że lądujemy. Nie wiedziałam, kiedy odpłynęłam, lecz rzeczywiście - za oknem rozciągała się wspaniała panorama Rzymu. Rozmasowałam bolący kark i przeczesałam włosy dłońmi. Byłam na miejscu.

Włoskie lotnisko, podobnie jak to w Argentynie zapełnione było podróżnymi. Odczekałam chwilę na bagaże, a gdy już miałam je przy sobie przysiadłam na ławce wewnątrz ogromnego budynku.
- I co teraz? - Mruknęłam pod nosem.
Mimo dokładnie ułożonemu planowi czułam lekką dezorientację. Właśnie zostałam jedną z tysięcy mieszkańców Rzymu. Zaczynałam nowe życie w nowym świecie.
Zgodnie z zapewnieniami Julio na lotnisku miał pojawić się jego siostrzeniec Emilio. Niestety w pośpiechu zapomniałam wypytać o więcej informacji na jego temat.
Poddenerwowana zaczęłam wertować wzrokiem każdego przechodnia. W tamtym momencie każdy z osobna wydawał się być taki sam. W końcu dostrzegłam niewysokiego szatyna, lekko przypominającego Julio.
Chwyciłam torby i zmierzyłam ku zauważonemu człowiekowi.
- Emilio? - Spytałam, podchodząc.
Szatyn gwałtownie odwrócił się w moją stronę, mamrocząc coś w swoim języku. Zdawało mi się, że był Niemcem..
- Ich entschuldige. - Rzuciłam, pospiesznie odchodząc. Speszona ponownie stanęłam na środku holu.
- Bella? - Usłyszałam zza pleców.
Gdy się odwróciłam moim oczom ukazał się przystojny mężczyzna, mniej-więcej w moim wieku. Moją uwagę od razu przykuły jego bystre, piwne oczy i włoski akcent.
- No, errore. - Odparłam, jednak mężczyzna nie ustępował.
- Si! - Roześmiał się. - Parla italiano? (Czy mówi pani po włosku?)  
Zdziwiona ponownie zlustrowałam wzrokiem rozmówcę. Ten widząc moje zakłopotanie dodał:
- Mi chiamo Emilio. (Nazywam się Emilio.) 
W jednej sekundzie sprawa stała się jasna. Przed sobą miałam siostrzeńca Julio. Teraz, gdy miałam pewność z kim rozmawiam przeszło mi przez myśl, że mężczyzna jest bardzo przystojny..
- Angeles. - Odwzajemniłam uśmiech, pozwalając aby Włoch ucałował grzbiet mojej dłoni, a następnie szarmancko odebrał bagaże.
 - Pozwól, że pomogę. - Rzekł tym razem po hiszpańsku, lecz wciąż wychwytywałam jego uroczy akcent.
- Dziękuję. - Skinęłam głową. 
Emilio zaprowadził mnie przed budynek lotniska, gdzie zaparkował swój samochód. Do bagarznika schował moje torby, po czym ruszyliśmy w głąb miasta. 
Zgodnie ze słowami Julio w centrum Rzymu czekało na mnie małe mieszkanie, które miałam zajmować. Nigdy nie pomyślałabym, że doświadczę tak bezinteresownej pomocy. Przyjaciel mojego ojca okazał mi tyle serca, pomagając wstać z upadku. Jego krewny również wydawał się być sympatycznym człowiekiem, choć znałam go zaledwie kilanaście minut. 
W drodze z zapartym tchem obserowałam mijane, włoskie budynki. Tu wszystko wydawało się być takie inne. W kilka godzin opuściłam swój kraj, aby teraz zaczynać nowe życie z dala od wspomnień w zupełnie nowym miejscu. Stary kontynent zawsze był obiektem fascynacji reszty świata i ich marzeniem. 
W drodze do apartamentowca Emilio opowiedział mi powieżchownie o szczegółach naszej współpracy, a gdy dotarliśmy już do celu od razu zaproponował spotkanie. 
- Bene, sono d'accordo. (Dobrze, zgadzam się.) - Odparłam bez wahania. Emiolio szybko zaskarbił sobie moją sympatię. 
- Sono lieto di! (Cieszę się.) - Posłał mi ciepły uśmiech. - Jeśli będziesz potrzebować pomocy, na lodówce wisi moja wizytówka. Zadzwonię jeszcze wieczorem, jakoś się dogadamy. 
- Grazie molte. (Dziękuję bardzo.)
- Non c'e di che. (Nie ma za co.) A presto, Angeles. ( Do zobaczenia wkrótce, Angeles.)
Mężczyzna zasalutował i mrugnąwszy, wyszedł z mieszkania, zostawiając mnie samą. Teraz w spokoju mogłam zając się rozpakowywaniem bagaży i podziwianiem nowego miejsca.
Mój apartament składał się z niewielkiej kuchni, łazienki, sypialni i salonu z balkonem. Był wyposażony we wszystkie niezbędne rzeczy. Ściany pokrywała herbaciana farba, bądź jej bledszy odcień tapety. Mieszkanie miało przytulny, ciepły charakter.
Jako pierwsze moją uwagę przykuły duże, balkonowe drzwi, otoczone białą listwą, idealnie kontrastującą z wystrojem całego pomieszczenia. Tu wszystko było skrupukatnie dobierane, z gustem i smakiem. Otworzyłam okno, wpuszczając do środka trochę świeżego powietrza, a następnie kosztując go bezpośrednio na tarasie. Widok, który raczył moje oczy był niesamowity. Z budynku widziałam setki włoskich dachów, ulice i pobliski park. Z oddali przypominał ten ulubiony, argentyński.. Dopiero teraz na dłuższą metę uderzyło we mnie, to co zrobiłam. Pomyślałam o Violetcie, Pablo.. Germanie.. Różnica w czasie wynosiła trzy godziny, więc skoro w Rzymie dochodziła czternasta, to domownicy willi dawno zaczęli już swoją pracę. Violetta rozpoczęła lekcje z Beto, Olga pewnie szykuje obiad, Pablo zajmuje się dokumentacją szkoły, a German.. Jego też pochłonęły służbowe obowiązki. 
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu. W pośpiechu zupełnie zapomniałam go włączyć po przylocie do Włoch. Nacisnęłam czarny przycisk z boku urządzenia, które chwilę potem wydało z siebie pisk, ukazując barwy wyświetlacza. Ujrzałam napływ nieodebranych połączeń i sms'ów. Były wiadomości od.. wszystkich. Od Pablo, Violetty, Julio, Antonio, Olgi i Ramalla i nawet od Beto. Nie ujrzałam jedynie powiadomienia od Germana. W duchu zabolał mnie ich brak, ale przecież sama tego chciałam, czyż nie? 
Po długich wahaniach w końcu postanowiłam oczytać pierwszą-lepszą wiadomość od siostrzenicy, których było najwięcej. 

Angie, proszę, odbierz!
Nie wierzę w to, co się dzieje, nie możesz się poddać, odejść..
Potrzebuję Cię..

Do moich oczu napłynęły łzy. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak egoistycznie się zachowałam. Rzuciłam wszystko w pogoni za własnym szczęściem, nie patrząc na uczucia innych. Poczyłam się, jak potwór, nie mogący odwrócić swoich czynów.

Angie, rozmawiałem z Violettą. 
Chyba musimy zamienić parę zdań. 
Oddzwoń, jak.. wylądujesz.. gdziekolwiek jesteś.. 
- Głosił sms od Pablo.


Przetarłam twarz i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Po paru głuchych sygnałach usłyszałam głos przyjaciela.
- Boże, tak dobrze, że dzwonisz! - Doleciało ze słuchawki. - Angie, gdzie ty się podziewasz?! Martwimy się, nie zostawiłaś żadnej wiadomości poza tej do Violetty. Nie wyobrażasz sobie w jakim ona jest teraz stanie. Co się dzieje?! Angie..? - Powtórzył moje imię, gdy skulona w kącie kanapy, przysłuchiwałam się jego monologowi. Po moich policzkach spływały łzy, nie pozwalające mi wydobyć siebie ani jednego słowa. - Proszę, powiedz coś.
- Przepraszam.. - Wydusiłam. - Nie osądzaj mnie, musiałam wyjechać. Proszę cię tylko, żebyś zrozumiał.. 
Nastała cisza, jednak po dłuższej chwili Pablo odpowiedział:
- Wiem, że ci ciężko. Ale do cholery, ucieczka od problemów to nie wyjście, Angie! - Krzyczał, lecz zaraz natychmiastowo spuścił z tonu. - Szanuję twoją decyzję. Widocznie postąpiłaś tak, bo nie miałaś odpowiedniego wsparcia, przepraszam. 
- Nie obwiniaj się. Może stchurzyłam, to co robie to błąd, ale nie dowiem się tego, jeśli nie spróbuję.. - Przekonywałam. 
- Masz rację. - Znów usłyszałam ten ciepły ton.. - Niczym się nie martw, dopiluję, żebyś miała godne zastępstwo, ale nie oszukujmy się - nikt ci nie dorówna.. Będzie nam ciebie brakowało, mam nadzieję, że o nas nie zapomnisz..
- Nie umiałabym. - Uśmiechnęłam się przez łzy. - Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie.
- Bo się zarumienię. - Zażartował. - Niczym się nie przejmuj, powinnaś teraz pomyśleć trochę o sobie. Violetta jest już duża, też da radę.. - Dodał, czytając mi w myślach. - Mogę chociaż wiedzieć, gdzie cię wywiało?
- Jestem w Rzymie.  - Odparłam.
- Włochy.. Mam nadzieję, że kiedyś zaprosisz mnie na wakację.
- Masz to jak w banku. - Roześmiałam się, kończąc połączenie
Rozmowa z Pablo podniosła mnie na duchu. Wciąż zerknałam na wpaniały krajobraz miasta, rozmyślając nad przyszłością. Odtąd Rzym był moim domem.. 

______________________________
102 rozdział [X]
Angie w Rzymie, a nową postacią został Emilio. 
Jego sylwetka niedługo zostanie ukzana w zakładce "Bohaterowie".
Czy to koniec Germangie? 

Pozdrawiam, 
Wiktoria

6 komentarzy:

  1. Coś ty zrobiła z moim germangie, ciekawe jak los angie się potoczy dalej rozdział cudo czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeeeeeeej, to nie Francja :D Rozdział świetny, ale moje czujne oko wychwyciło 2 błędy ortograficzne. Interpunkcji się nie czepiam, bo sama jej nie umiem. Ale nie sprawiało to większych problemów, a twojego bloga naprawdę fajnie się czyta. No i bardzo cieszę się, że dodałaś nowy rozdział, teraz nikt nie ma czasu z powodu nauki. Ja, jako rasowy leń, nie mam ochoty sięgać po podręczniki i wiszę wciąż przy laptopie zerkając co chwilę czy ktoś nie dodał kolejnych "wypocin" :D No więc za to, że dodałaś wiszę ci piwo ;) Oczywiście kiedy będziesz pełnoletnia, inaczej możesz liczyć tylko na kubusia.
    Czekam na next, życzę dużo weny i jeszcze raz bardzo dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Happines chyba powinno być,a nie happynes ;D rozdział bardzo fajny ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. A nie sorry dobrze jest ;D nw o czym myślałam xD

    OdpowiedzUsuń
  5. No weź... Nie to, że w serialu nie ma Germangie, a zaraz nawet Angie nie będzie :( to ty jeszcze tu mi ich niszczysz.
    Ten bachor na lotnisku genialny :D
    Mam pytanie. Kim właściwie jest ten Julio, bo nie kojarzę? No nie mogę sobie przypomnieć.
    Sobie czytam i czytam. Gdzieś w połowie skapłam się, że masz nowe tło. Szybko xD. Fajne tylko, że mi przypomina o odc.66 i od razu chce mi się płakać.
    Szybko dawaj next. To rozkaz!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ty zła, zniszczyłaś Germangie. :(
    Mam nadzieję, że szybko to naprawisz. :D
    Ach, Emilio... Wyczuwam romansik. ^^
    Czekam na następny rozdział. <3 :3

    OdpowiedzUsuń