Potężny Helios ociężale wzbił się ponad horyzont, elektroniczny
zegarek zawył równo z pojawieniem się dwóch zer, obok piątki.
Przetarła zaspane oczy, wsuwając na nos
duże, okrągłe, zielone okulary. Na szafkę odłożyła nocny aparat ortodontyczny i
zastąpiła go tym na dzień, bardziej wygodnym. Podeszła do toaletki i nabrawszy
płynu glicerynowego na płatek kosmetyczny, przetarła twarz. Z każdym dniem jej
cera wyglądała coraz lepiej i z większym zadowoleniem spoglądała w lustro.
Założyła kraciastą spódnicę oraz bluzkę z kołnierzem, szczelnie zakrywającym
jej dekolt i szyję, przeczesała grzywkę, prosto opadającą na czoło, a resztę
włosów zebrała w prosty kucyk. Ugryzła kęs jagodzianki i zwinąwszy z biurka
sterty papierów i segregatorów, udała się na przystanek autobusowy, położony
kilka kilometrów od jej domu.
Każdy dzień blondynki wyglądał tak samo,
toteż zdążyła przyzwyczaić się do męczących wydarzeń. Z czasem nie przeszkadzał
jej deszcz, śnieg, czy skwar - polubiła swoją rutynę. Dlaczego? Odpowiedź stała
się prosta już po paru dniach rozpoczęcia nowej pracy w firmie
architektonicznej, w centrum Buenos Aires. Perspektywa przebywania w sercu
Argentyny była dla prostej dziewczyny z małej wsi wspaniałym marzeniem,
wywołującym przyjemne dreszcze. Poznawała miasto, rozwijała się, spełniając,
jako asystentka sławnego na cały świat młodego architekta - Germana Castillo.
To właśnie ten wysoki, przystojny mężczyzna o oczach, jak czekolada, bujnej
czuprynie i zniewalającym uśmiechu przyprawiał Angeles o zawrót głowy,
sprawiając że każdy męczący dzień w pracy kończyła uśmiechem. Intrygował ją
swoją osobą, była ciekawa tego silnego, zaradnego, wykształconego mężczyzny z wyższych sfer. Czuła, że nie jest, jak wszyscy
zarozumiali biznesmeni, że ma w sobie coś, co odróżnia go od wszystkich.
Z drugiej strony wiedziała, że ziarno,
które rozwija się w jej sercu jest jałowe. W końcu sławny architekt nigdy nie
spojrzałby na kogoś takiego, jak ona. Miała wrażenie, że bijąc się z myślami
sama sobie przeczy.
Kolejny dzień, kolejne stosy dokumentów do
uzupełnienia i.. kolejne spotkanie z szefem.
- Dzień dobry, Angie. - Lubiła, gdy mówi
do niej zdrobniale, nikt dotąd nie zwracał się do niej inaczej, jak pełnym
imieniem. Niby zwykłe, przelotne przywitanie, a umiało wywołać w niej tyle emocji.
- Dzień dobry, panu. - odrzekła,
zarumieniona, poprawiając okulary i spuszczając wzrok.
On także się uśmiechnął, gdy już nie
patrzyła. Lekko, niewinnie - przychodziło mu to z taką łatwością, gdy widział,
jak czerwieni się i nerwowo bawi okularami. Czuł wtedy coś, czego sam nie
rozumiał, co było mu obce, lecz bardzo przyjemne.
Jak zwykle usiadł w fotelu, przeglądając
nowe dokumenty do podpisania, pozostawione mu na biurku przez asystentkę.
Patrząc na projekty w głowie miał jej bystre oczy, patrzące na niego z taką czułością
zza szkieł okularów. Myślał o niej coraz częściej. Przerażało go to, bo sam nie
wiedział kiedy wpadł w taką obsesję. Interesowała go, chciał wiedzieć o niej coraz więcej, choć nie rozmawiali wiele, jak wypada na
najbliższych współpracowników.
- Mogę cię prosić? - chrapnął do telefonu. Tuż potem w drzwiach stanęła Ona.
Obdarzyła go nieśmiałym spojrzeniem. - Wejdź, usiądź. - Wskazał na kanapę w
kącie gabinetu, gdzie oboje spoczęli.
Między nimi nastała cisza. Nie wiedział co
powiedzieć, jak
wytłumaczyć to
nagłe wezwanie. Sam nacisnął guzik telefonu pod wpływem impulsu, bez żadnej
przyczyny, ot tak, żeby po prostu móc ją zobaczyć, czy po prostu posiedzieć w milczeniu.
- Coś.. się stało? - wydusiła.
Podobała mu się dominacja, jaką nad nią
miał.
Mimowolnie się uśmiechnął.
- Zrobiłam coś źle?
Spuściła głowę, chowając ją między ramionami.
Miała wrażenie, że nabija się z niej. Nie była pięknością, urodą w żadnym
stopniu nie dorównywała pięknym współpracownicom Germana, kolejnym jego
kochankom. Czuła jego palące spojrzenie na sobie, wywołujące wstyd, z którym
borykała się już od najmłodszych lat. Wygląd zawsze był jej kompleksem,
utrudniającym życie, toteż śmiech przełożonego był dla niej kolejnym
poniżeniem. W rzeczywistości słodki głosik, który mógł usłyszeć tylko sporadycznie, podsycał nieznane mu
uczucie, nigdy nie mówiła za wiele.
Milczenie przerwał sygnał telefonu.
Castillo niechętnie poderwał się z miejsca, aby uciszyć ustroństwo, które zakończyło tę chwilę.
Nie zdawał sobie sprawy z przytłaczających myśli Angeles, których był
przyczyną. Przeprosił ją krótko i w pośpiechu wyszedł z gabinetu, zaalarmowany
telefonem od wspólnika.
Ona wciąż pozostawała w środku,
zastanawiając się nad tym, co przed chwilą się stało. Nie rozumiała jego
zachowania, ani emocji, które nią rządziły. W tamtej chwili poczuła się urażona
i sfrustrowana. Również opuściła pokój prezesa, pozostawiając w nim jedynie
zapach perfum, harmonijnie układający się z wodą kolońską szefa.
Mijały dni, przez które sytuacja między
Germanem, a Angeles znacznie się uspokoiła: on ciągle kursował między kolejnymi
spotkaniami, ona zajęta papierkową robotą. Nie widywali się, lecz w głowie
wciąż mieli swój obraz, doprowadzający ich do szału. Czuli, jak z każda
dzieląca ich chwila, przyprawia ich o ból głowy, ciągnąc do siebie.
W końcu nie wytrzymał. Kierowany nagłym
impulsem przedwcześnie zakończył biznesowy lunch i odwołał dwa kolejne
zebrania, pędząc do biura, aby jak najszybciej móc ją zobaczyć. Nie myślał, nie rozumiał swojego
zachowania, po prostu poddawał się nagłej rządzy. Mimowolnie na jego ustach
pojawiał się uśmiech, gdy w myśli przywoływał jej nieśmiałe spojrzenie,
zaślepiające ruchliwą ulicę. Coraz szybciej i szybciej pokonywał odległości,
czując, że są coraz bliżej siebie. Ogarniało go fantastyczne uczucie, z jeszcze
większym przekonaniem naciskał pedał gazu.
Ale nie było mu dane spotkać się z ukochaną. Nagle zza zakrętu
wyłoniła się ciężarówka. Nie zauważył jej, wyprzedzając kolejny samochód.
Nastał huk i potężne uderzenie, które dotkliwie odczuł. Usłyszał pisk opon,
dźwięk tłuczonego szkła, miażdżącego metalu. Świat zawirował, uderzając mu do
głowy całą swoją okazałością. Powoli ogarnęła go jasność.
Tymczasem Angeles pochłonięta była
korektami nowych projektów. Pośród opisów i legend w głowie miała obraz szefa,
którego tak dawno już nie widziała. Brakowało jej jego uśmiechu i codziennego Dzień dobry, Angie. Miała nadzieję, że jutrzejszy
poranek nie zacznie się jak pozostałe ostatnimi czasy, że zobaczy jego
śmiejące, czekoladowe oczy. Nieraz zasypiała z romantyczną sceną pod powiekami,
gdzie ujmuje jej twarz i delikatnie muska jej usta swoimi gorącymi wargami. Na
samą myśl o tym, szeroko się uśmiechała pod wpływem przyjemnego łaskotania
żołądka.
Niespodziewanie dobiegł ją szum dochodzący
z korytarza. Zdziwiona wyszła sprawdzić, co się dzieje. Przed bufetem stała Esmeralda - śliczna wspólniczka
Germana. Nigdy nie kryła się z adorowaniem kolegi, chcąc za wszelką cenę podbic
jego serce. Nawet jeśli Castillo nie wykazywał większego zainteresowania jej
osobą, Esmeralda przewyższała ją we wszystkim - była piękna, wykształcona,
pochodziła z dobrej rodziny. Takiej narzeczonej German by się nie powstydził.
Ale teraz nie było to istotne, uwagę przykuwało zachowanie brunetki. Trzymając
się za głowę, wykrzykiwała coś do Lisandra - najbliższego doradcy i przyjaciela
prezesa. On też mimo swojej codziennej, statecznej postawy był mocno
roztrzęsiony. W około nich zebrała się spora grupka osób, próbujących
bezskutecznie uspokoić
Esmeraldę. Sam Ramallo zaprzestał tym poczynaniom w momencie, gdy jego wzrok
przeniósł się właśnie na Angeles. Odstąpił od rozhisteryzowanej kobiety i
podszedł do blondynki, szepcząc coś nieskładnie. To co dotarło do niej kilka sekund
potem, wywołało falę niepożądanych uczuć, zawładających nad tym co do tej pory jej towarzyszyło.
- Chodźmy. - zdążyła usłyszeć, zanim mężczyzna pociągnął ją w kierunku
windy.
Pracownicy, zaalarmowani krzykami
Esmeraldy patrzyli na wychodzących zdziwionym wzrokiem, szepcząc coś między
sobą. Ona jednak nie zwracała na to uwagi. Ważne było tylko to, że jej ukochany
właśnie wyszedł na przeciw śmierci, a budząc się na chwilę poprosił właśnie o
JEJ obecność. Nie
narzeczonej, właśnie JEJ. Strach, obawy, przejęcie - to było ponad wszystko.
W kilka minut znaleźli się pod głównym
szpitalem w Buenos Aires, gdzie został przewieziony poszkodowany.
- D-dzień d-dobry. - wyjąkała,
roztrzęsiona.
Na szczęście inicjatywę przejął Lisandro.
- My do Germana Castillo, został
przywieziony z wypadku samochodowego w centrum.
- Kim państwo są dla pacjenta?
- Lisandro Ramallo - przyjaciel i Angeles
Saramego - narzeczona.
Słowo narzeczona blondynka musiała przeliterować w głowie kilkakrotnie. Emocje mąciły jej
myśli, a najbliższy jej ukochanego właśnie nazwał ją jego narzeczoną.
Otyła oddziałowa zerknęła w opasły
segregator, zwany spisem kart pacjentów i skierowała oboje pod salę operacyjną
nr. 7, gdzie mogli poczekać.
- Niech się panienka nie smuci, German to
wyjątkowo silny człowiek. - rzekł Ramallo, podając kobiecie
chusteczkę.
Przetarła zapłakane oczy i zaparowane
okulary, co na nic się nie zdało, gdyż otarte łzy, zaraz zastąpiły kolejne.
Schowała twarz w dłoniach i osunęła się po ścianie. Myśl, że nigdy może nie
zobaczyć już
jego uśmiechu, błyszczących oczu, poczuć woń uderzającej wody kolońskiej, było nie do zniesienia.
Niewyobrażalny ból rozsadzał jej poranione serce. Tysiące emocji kotłowało się
w jej wnętrzu. Nieświadoma tego, co się dzieje, oderwana od rzeczywistości, po
prostu odpłynęła..
- Angie.. - Do jej uszu dotarł melodyjny
głos szefa.
Powoli rozchyliła powieki, czując jak
oślepiająca biel kaleczy jej oczy. W końcu blask opadł. Podniosła się do
pozycji siedzącej, wciąż słysząc wołanie ukochanego.
Nie znała miejsca, w którym się znajdowała.
Otaczały ją tysiące luster, lecz żadne nie ukazywały jej sylwetki. Dopiero, gdy
stanęła na nogi, szklane zwierciadła ujęły niewyraźny obraz. Podeszła bliżej
jednego z nich, przyglądając się zdumiewającemu odpiciu. Normalnie loki spięte
gumką, teraz kaskadami spływały aż do pasa, lekko piegowaty nos pozbawiony był
przydużych, zielonych okularów, odsłaniając chabrowe oczy, a sunąc językiem po
zębach, nie wyczuwała obecności aparatu. Ni stąd, ni zowąd poczuła na ramionach
czyjeś palce. W lustrze nie odbiły się niczyje kroki, toteż zadziwiające było
nagłe pojawienie się w nim Germana. Silne dłonie pozbawione były ciepła, które
tak lubiła, ażeby w ułamku sekundy momentalnie powrócić i rozejść się po ich ciele. Odziany był w biel,
podobnie jak ona - jasne spodnie, buty i śnieżna koszula, ciasno opinająca jego
klatkę, z guzikiem rozpiętym u schyłku kołnierza. Palcem bez słowa wskazał na
jedno z oddalonych luster. Jego odbicie ukazywało ich dwójkę, szczęśliwych,
uśmiechniętych, wpatrujących się w swoje oczy. Dalsze zwierciadło przedstawiało
ich nieco starszych. Po chwili ukazał się też kilkuletni chłopczyk, uderzająco
podobny do Germana. Inna płyta zawierała przeszłość - Ona siedziała na blacie biurka, a On
ujmując jej twarz, zatapiał swoje usta w jej wargach. Momentalnie poczuła ten
smak. Smak pocałunku, niebywałej, rozkosznej słodyczy. Przeniosła wzrok na
lustro najbliżej nich, te któro ukazywało obecny obraz. German przez cały czas
się uśmiechał, co rusz zaciskając palce na jej ramionach.
- Czy to sen? - szepnęła.
- Nie, nie sen.. - odrzekł Castillo równie
cicho, tuż przy jej uchu. Jego łaskoczący oddech sprawił, że zadrżała.
- A więc umarłeś? A ja?
- Cii.. - wysapał, całując jej szyję. -
Nie myśl o tym.
Poczuła gulę w gardle, która zaczęła ją
dusić.
Umarł, odszedł, przestał walczyć? Tak po prostu? Odpuścił? Nie mogła
uwierzyć w
jego okaleczające słowa. A co z nią? Czy ona też żegna się z tamtym
światem?
Nagle poczuła, jak mężczyzna obraca ją ku
sobie.
- Masz piękne oczy. - szepnął namiętnie.
I za to właśnie go kochała. Za to, że
widział słońce, gdy padał deszcz, słyszał śpiew ptaków, pośród głuchej ciszy,
dostrzegał jej oczy, gdy wszyscy widzieli okulary. Za to, że był. Taki, a nie
inny. I choć nigdy, prócz za sprawą Morfeusza nie
dotykała jego ust, nie usłyszała tych dwóch słów, wiedziała, że On też to
czuje. Widziała to w jego ciemnych oczach, które były w stanie powiedzieć jej wszystko, co chciała usłyszeć.
Wtem spełnił się sen. Poczuła, jak
ukochany dzieli się z nią ciepłem swoich ust, mierzwiąc jej wargi. Różniło się
to od chwili, które codziennie wieczorem miała pod powiekami - wyraźny smak
pocałunku, który odczuła był tak prawdziwy, a zarazem tak niewiarygodny. Teraz
marzyła, by spędzić w jego ramionach resztę wieczności, nie
musieć odrywać się od rozżarzonych warg.
- Muszę iść. - Słowa, których tak się bała, uderzyły w
nią z brutalną siłą.
- A ja?
- Ty też musisz. - Mężczyzna wciąż się
uśmiechał. - Ale nie ze mną. Tam. - wskazał za jej plecy. - Ja pójdę w
przeciwną stronę. Ale nie martw się. - uniósł jej podbródek. - Idziemy w różnym
kierunku, ale w końcu się spotkamy.
Wciąż patrzyła w jego roześmiane oczy.
Wydawał się być tak beztroski, że i od niej odstąpił
smutek. Przecież się nie żegnali. Nie, to nie było "Żegnaj", raczej
"Na razie", czy "Do zobaczenia".
Wtem, jakby wyczuł jej myśli, czytając w
nich. Uśmiechnął się po raz ostatni, szepcząc coś, na co tak długo czekała i
odszedł. Tak właśnie. Tak po prostu, bez pocałunku, ostatniego dotyku. Odszedł,
jak przyszedł - w bieli, w biel.
Wspaniałe bajki, czy komedie romantyczne
nie zawsze kończą się szczęśliwie. Nie każda ma wypisany happy end. To życie
pisze nam scenariusz, co rusz wprowadzając nowe korekty, w najmniej pożądanym
momencie. To nie kolejna legenda w stylu Disneya. Tu Bestia nie zazna miłości u
boku Belli. Tu dwa inne światy wciąż pozostaną różne.
______________
Witajcie po przerwie! :D
Spostrzegawczy na pewno zauważyli, że inspiracją była kochana para z BrzydUli.
Spostrzegawczy na pewno zauważyli, że inspiracją była kochana para z BrzydUli.
Rozdział już niebawem. :D
Besos,
Wiktoria
AAAAAAA! Patrzę, a tu "Piękna i Bestia". Myślę bomba, w końcu kocham Rumpka i Bellę XD A tu ni ma happy endu. :D Ja się nie zgadzam. To się tak wcale nie skończyło. On przeżył i ożenił się z Angie. Mieli czwórkę dzieci. I już. Nie umarł, bo Bestia musi być z Bellą. Może jestem naiwna, ale ja wciąż wierzę, że gdzieś tam czeka szczęśliwe zakończenie. I basta XD Wracając do tekstu: Podobał mi się, tak myślałam, że to ma związek z BrzydUlą :D Angie w okularach XD Świetny był ten tekst pisany pochyłym drukiem. Kooocham takie fragmenty. Ogólnie: To było przecudowne, ale ja i tak wiem, że skończyło się inaczej XD Pozdrawiam - B
OdpowiedzUsuńNieeeeee.....!!!
OdpowiedzUsuńNie zgadzam się! Wszystko może mieć Happy end, jeśli o niego walczymy....
BrzydUla to najlepszy serial jaki powstał. Tak myślałam skoro Angie to Ula, German to Marek to kogo dałaś jako Paulinę... Zdziwiłam się, że to esme a nie jade(chociaż ona by nie pasowała) Dobra piszę od rzeczy....
Cały czas wierzyłam w happy end, no bo niby jak inaczej, serial zakończył się szczęśliwie.
Nawet wypadek mnie nie zraził. A tu takie coś....
Weź jak mogłaś... a już chciałam się jak głupia cieszyć z Germangie. A tu co- N I C...
A trzeci akapit od końca, ostatnie zdanie... Kłamstwo! Bo nie będzie "Do zobaczenia"
Dobra złość znikła, więc mogę na spokojnie ocenić.
Cudo. Nigdy bym nie wpadła na pomysł z BrzydUlą...
Wenyy... no i rozdziału ;)
Pozdrawiam :)
A Orzełki pokonały Kanarki ! ! !
BrzydUla <3 Kocham <3
OdpowiedzUsuńTo najlepszy polski serial jaki widziałam <3
Nigdy nie lubiłam za bardzo Pięknej i Bestii -.-
To prawda że w życiu nie wszystko kończy się dobrze,ale ja wolę wierzyć że istnieją happy endy. Że kiedyś spotkam miłość, i jak w telenowelach, po wielu problemach i nieszczęściach będziemy szczęśliwi. Może jestem głupia że tak myślę,ale ja w to wierzę.
Tekst świetny,chociaż smutny. Nawiązanie do Brzyduli-cudowne.
Zapraszam do mnie ;
http://zapach-sosny.blogspot.com/
Super to nawiązanie do BrzydUli ;) - Kocham ten serial ♥
OdpowiedzUsuńCzy Angie nie może mieć dzieci z duchem? Zabawnie by było :D
Już miałam takie 'Germangie! Germangie! Jej!!!" - A tu co? Nic... (Smuteczek)
Cudne to, pięknie napisane :)
Pozdrawiam, i zapraszam do mnie:
http://moja-historia-germangie.blogspot.com/