niedziela, 1 czerwca 2014

Jednorazówka: "The sharp knife of a short life"

Budzę się, ale nie otwieram oczu. Słyszę szum dookoła mnie. Mama upuszcza klucze. Dwa metalowe przedmioty obijają się o kuchenną posadzkę. Trzask drzwi. Ojciec wraca po teczkę. Cisza. Rozmawiają. Szeptem. Ale ja wiem, co mówią. Dzielą nas metry. Ale ja słyszę. Dobiega mnie stłumiony jęk. I nagle ucicha. Trzask drzwi. Ojciec wyszedł. Mija kwadrans. Trzask drzwi. Mama idzie do pracy. Wstaję.

Chłód zimnych paneli rozchodzi się po mojej stopie i dosięga reszty kończyn. Idę boso, choć wiem, że nie powinnam się ziębić. Wchodzę do kuchni. Meble otacza szary dym, pozostały po cygarach taty. Palił. Jest źle.
Na stole napotykam talerz naleśników i karteczkę od mamy.

Angeles,

Wyszłam do szkoły,
na stole czeka na Ciebie śniadanie, 
a w salonie wisi sukienka. 
Wrócę po południu. Bądź gotowa.

Mama

Mnę kartonik i rzucam go w kąt kredensu. Siadam na krześle, biorę do ust naleśnika. Czuję truskawkowy dżem. Gruba warstwa. Jest źle. 

Kończę jeść pierwszą porcję. Czuję mdłości. Zamykam oczy i biorę wdech, aby to opanować. W myślach liczę do dziesięciu. Przechodzi. Sięgam po kolejnego naleśnika. Zaciskam zęby. Czuję, że zwymiotuję. Popijam gorącym mlekiem. Biorę łyżkę miodu. Kończę śniadanie.

Wyblakłe zasłony zamazują obraz zza szczelnie zamkniętego okna. Podchodzę do niego. Widzę starą szopę, ogród mamy, huśtawkę. W tym momencie widzę siebie i Marię. Biegamy dookoła róż. Bawimy się w chowanego. Kryję się. Między młodą sosną, a krzewem bzu. Siedzę tam, uśmiecham się. Mijają minuty. Jestem zadowolona, że  Maria mnie nie znalazła. Teraz słyszę wołania. Szuka mnie. Ale ja nie chcę wyjść. Podoba mi się zabawa. Jestem Alicją, ten świat choć na chwilę jest dla mnie zaczarowany i nikt nie może mnie znaleźć. Krzyki ucichają. Sekunda i znów je słyszę. I znowu cisza. Teraz po ogrodzie rozchodzi się łagodny śpiew. Słyszę skrzyp huśtawki. Wychodzę. Głos Marii mnie hipnotyzuje. Zwabiona idę za jego tropem. Maria się uśmiecha. Wciąż nuci melodię. Dołączam do niej. 

Esta es mi vida y no la quiero cambiar,
Al fin encontere mi luqar.
Pero sueno un amor sincero,
Alguien que me pueda amar.

Wtedy do ogrodu wchodzi mama. Woła nas na obiad. Czar pryska.

Powoli przełykam ślinę. Spoglądam na zegarek - minęły dwie godziny odkąd nieruchomo wpatruję się w siny, zaokienny obraz. Idę do salonu. Na oparciu bujanego fotela wisi błękitna sukienka. Ubieram ją, przewiązując białą wstążkę w pasie. Na stopy, okryte śniadymi podkolanówkami wsuwam błyszczące lakierki. Spoglądam w lustro. Wspominam swój długi, blond warkocz, który kiedyś sięgał mi do pasa. Dziś ledwo odstające włosy od głowy przeczesuję tylko grzebieniem. Podkradam mamie trochę malinowej szminki, ale wyglądam raczej śmiesznie, więc ścieram ją grzbietem dłoni.
Słyszę stukot klucza w drzwiach, wchodzi mama. Uśmiecha się do mnie, ale ja nie odwzajemniam jej udawanego entuzjazmu. Zamiast tego posyłam jej niezadowolony grymas. Uciekam przed jej dotykiem. Patrzy na mnie smutno, ale nic nie mówi. Wyciąga z torebki komórkę i dzwoni do taty. Nie musi wychodzić z pokoju, wszystko dokładnie słyszę zza grubej ściany. Jej słowa do mnie nie trafiają. Czuję się pusta. W końcu wychodzimy.

Zajmujemy miejsca w autobusie. Siedzę przy oknie. Obserwuję łzy nieba, osuwające się po szybie. Szara rzeczywistość pochłania kolejne kolory.
Mija kwadrans. Kolejny. I kolejny. Wysiadamy.

Mam przed sobą potężny, masywny budynek, w całości pokryty wyblakłą, brązową farbą. Niechętnie wchodzę do środka. Mijamy recepcję i poczekalnię, w której nagromadziły się tłumy ludzi. W śród nich widzę strasze osoby i dzieci. Jakiś mały chłopczyk z palcem w buzi przygląda mi się z ciekawością. Jego matka zaraz gani go za ten czyn.
Idę w ślad za mamą. Przedzieramy się przez tłum do poniszczonych drzwi z tabliczką z nazwiskiem lekarza. Otwierają się. Wchodzimy bez kolei.

Starszy, siwowłosy mężczyzna skinieniem ręki pokazuje, gdzie mamy zająć miejsca. Sadowię się na wytypowanym, niewygodnym krześle. Lekarz znudzonym głosem informuje mamę o nowych postępach choroby. Nie wywołuje to u mnie żadnych emocji. Przypominam tarczę, która skutecznie odbija ode mnie wszystkie jego słowa. Czuję się, jak w transie, jak w szklanej bańce. Przerywnikiem, budzącym mnie do rzeczywistości jest chlipanie mamy. Ściska moją dłoń.
Nagle drzwi się otwierają. Wchodzi wysoka, wręcz chuda kobieta z pociągłą twarzą i krótkim kucyku. Nie musi się odzywać, wiem co robić. Przechodzę do innego pomieszczenia, ignorując pytanie mamy, czy ma mi towarzyszyć. Siadam na okrytym poniszczoną tapicerką fotelu i wyciągam rękę. Czuję ukłucie. Nie boli, przyzwyczaiłam się. Biorę płytki oddech. Mija pół minuty. Pielęgniarka wyciąga igłę. Dostaję plaster. Wracam do pokoju, gdzie czeka na mnie mama i lekarz. Na mój widok szepty ustają. Zachowuję minę pokerzysty. Wychodzimy.

W szpitalnym kiosku mama kupuje tabliczkę mlecznej czekolady z orzechami. Taka jak lubię. Dostaję całą. Droga powrotna mija tak samo, tylko mama przez cały czas trzyma moją dłoń, głaszcze po głowię i od czasu do czasu całuje moje czoło. Obserwuję ruch zza okna autobusu. Obraz się rozmazuje. Zasypiam.

Budzi mnie głos mamy. Wysiadamy na przystanku, na obrzeżach Madrytu. Powiew wiatru muska moją prawie nagą głowę i popycha do przodu. Siły odstępują ode mnie z każdym krokiem. Mama podtrzymuje mnie w pasie. Idziemy.
Z uwagą przyglądam się przyrodzie. Po obu stronach ulicy zielenią się drzewa. Wydaje mi się, że robią to na moich oczach. Pąki kwiatów rozchylają płatki, ptaki nucą swe pieśni coraz wyraźniej z każdym moim krokiem, a słońce rozświetla drogę u mych stóp. Łapię się na tym, że zwracam uwagę na rzeczy, które kiedyś dla mnie nie istniały. Teraz znowu wszystko jest inne. Niezwykłe. 
Wchodzimy do domu.

Mijają trzy dni.  Brak mi sił. Czuję się jak piórko, które lewituje bezwładnie wystawione na wiatr. Siedemdziesiąt dwie godziny zmieniają wszystko. Otwierają mi się oczy. Widzę piękno róż, zwierząt, muzyki. Dostrzegam zapomnianych przyjaciół. Każda minuta napełnia mnie nieznanymi uczuciami. Strach. Żal. Smutek. Cierpienie. Miłość? Czuję ciepło dotyku mamy, troskliwy uścisk ojca. Coś co było mi obce, teraz stało się niezbędne. Nie rozumiem tego. 

Całe dnie spędzam przy oknie. Doglądam rozkwitających kwiatów. Uśmiecham się widząc, jak kierują sie ku słońcu. Pragnę poczuć ich zapach. Zsuwam się z parapetu. Na plecy zarzucam płaszcz ojca. Mama nie chodzi już do pracy. Pilnuje mnie. Rozglądam się, czy nie ma jej w pobliży drzwi, nie pozwala mi wychodzić. Słyszę stukot garnków z kuchni. Droga wolna. Wymykam się z domu, wprost do ogrodu. Próbuję biec, aby jak najszybciej się tam znaleźć. Każdy krok zabiera mi siłę. Upadam na kolana tuż przed ławką. Mój oddech robi się coraz płytszy. Mnę w dłoni skrawek sukienki i łapię oparcie huśtawki. Siadam na niej, kołysząc się pod działaniem wiatru. Moje nogi bezwładnie zwisają ponad ziemią. Boli, ale uśmiecham się. Do moich nozdrzy dolatuje słodki zapach bzu. Czoło zalewa się potem. Sapię ciężko. Przymykam oczy. Czuję się szczęśliwa. Nagle słyszę muzykę. To nie śpiew skowronków, to piękny, znajomy głos. Wiem, że jestem bezpieczna. Wiem, że.. 
Nagle wbiega mama. Krzyczy coś i bierze mnie na ręce. Pieśń się urywa. Nie chcę opuszczać ogrodu, ale nie mam siły nic zrobić. Pozwalam, żeby zaniosła mnie do łóżka i otuliła puchową pierzyną. Siada obok mnie. Szepcze coś do ucha. Nie wiem ile czasu mija. W pokoju oprócz mamy wyczuwam obecność ojca. Gładzi moje czoło. Jego głos się załamuje z każdym moim oddechem. Mama podtrzymuje moją dłoń, zaciska na niej swoje palce, moczy ją łzami. Słyszę jej płacz, czuję drżenie. Pod powiekami mam obraz kwitnącej róży. Teraz ona budzi się do życia. Teraz ja odchodzę. Równowaga została zachowana. 

Lord make me a rainbow, I'll shine down on my mother,
She'll know I'm safe with you when she stands under my colors.
Life ain't always what you think it oughts to be.
Ain't ever grey, but she burises her baby..

The sharp knife of a short life.
Well, I've had just enough time..

If I die young, burry me in satin,
Lay me down, on a bed of roses.
Sink me in the river at dawn,
Send me away with the words of a love song..

Płacz mamy staje się coraz głośniejszy. Ale ja uśmiecham się szeroko.
- Nie płacz, mamo. - szepczę. - Maria już tu jest..

Piosenka: "If I die young" - The Band Perry

Wiktoria

10 komentarzy:

  1. O jejku....
    Miałam szklanki w oczach gdy to czytałam.
    A ta piosenka tak mi wpadła w ucho, że teraz cały czas jej słucham.
    Dziękuję.
    ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też ją lubię. :) Cieszę się, że rozdział wywołał emocję.

      Usuń
  2. Jakie to było smutne... Nieomal JA się wzruszyłam. A TO coś znaczy. I jeszcze ta piosenka... Ciekawe, słuchałam jej cały tydzień, a tu nagle się pojawie... No, nieważne. Podobało mi się porównanie do "Alicji w Krainie Czarów". W sumie nie wiem, co jeszcze mogę napisać. A, tak. To było piękne. Tekst otoczył mnie gorzką falą smutku i żalu. Tymi, które czuła Angeles. Opadam. Zaciskam w pięści długopis, miażdżę w żelaznym uścisku zeszyt z angielskiego... Jestem poruszona. A JA rzadko jestem poruszona. Pozdrawiam ~B

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łał, udało mi sie wzruszyć B.! Wyczyn na miarę Hamleta. :D Miło, dziękuję. Również pozdrawiam.

      Usuń
  3. Ta końcówka najgorsza...
    Za bardzo mnie wzruszyłaś... zaraz chyba zacznę płakać...
    Piękna jednorazówka, lecz BARDZO smutna.
    Idę się uczyć, może nie zacznę płakać :D
    Pozdrawiam.
    http://moja-historia-germangie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeju ... Płakać mi się zachciało. Ah ! Jak ja tu dawno nie byłam. Boże. Ile mam zaległości. Kiedyś miałaś inny nick i nie rozpoznałam cię. Bałam się że usunęłaś bloga a jednak nie... Jesteś z nami ! ^,^ Miło tu. :) Czekam na rozdziały które pewnie niebawem mi wstawisz czyż nie ? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, tak, zmieniłam. :D A widzisz, jednak dalej tu jestem. A dopiero był dwudziesty rozdział.. Next już wkrótce. :

      Usuń
  5. Wow ciut smutne, nawet bardzo, ale piękne. Aż łzy poleciały.
    Cudo :)

    OdpowiedzUsuń