- Nie. Ramallo, czy ty nie potrafisz zrozumieć, że to dla nas wielka szansa?
- Czyli dla ciebie jest ważniejsza praca niż rodzina? - German spojrzał zza dokumentów na przyjaciela. Nie przepadał za tym, gdy do rozmowy a'la kłótni wkrada się słowo rodzina.
- Skończę przed kolacją - wybełkotał, a asystent pokręcił przecząco głową.
- O nie! Skończysz to teraz - Ramallo wyrwał inżynierowi papiery, a ten zdziwiony obserwował przyjaciela. "Co w niego wstąpiło" pomyślał i odwrócił wzrok od asystenta. Mężczyzna coś mówił, lecz Germana to nie obchodziło. Muszą dostać zgodę. Muszą. To jest teraz dla nich najważniejsze.
Kilka minut później Ramallo wyszedł, a pan domu w spokoju mógł się zająć pracą. Skoro powiedział, że odpuści przed kolacją, to tak będzie.
Praca to dla niego inny wymiar. Dzięki niej nie myślał o Angie. Nie chciał o niej myśleć! O ciotce jej córki, o kobiecie z anielskimi, blond włosami, z kojącym głosem, z roześmianymi oczami..
Tymczasem w kuchni zebrali się pozostali domownicy. Olga przyprawiała zupę grzybową, Violetta mieszała sałatki, a Ramallo i Angie czyścili talerze. Byli przygnębieni tą sytuacją. Chcieli by te święta były dla każdego idealne.
- Próbowałem - rzekł asystent Germana, wycierając naczynie.
Angie uśmiechnęła się smutno wierząc w słowa mężczyzny. Kochała tego pracusia, ale chciała by on odwzajemnił to uczucie. Czy słowo "kocham" zmieniło by jego postępowanie? Chciała go przytulić, pocałować. Lecz najbardziej chciała pomóc. Wyciągnąć go z tej otchłani. Jej myśli krążyły ciągle przy nim.
- Quiero abrazarte, quiero besarte, quiero tenerte junto a mi... - nuciła pod nosem blondynka.
- Może zaproszę Leona - pomyślała na głos nastolatka. Jej ciocia przystanęła ochoczo na tą propozycje. Tak samo gosposia i asystent. Szatynka uśmiechnęła się zadowolona i pomyślała chwilę o tym jakie to by było wspaniałe. Ona, Leon, Angie... i tata.
- Zadzwonię do niego potem - mruknęła po chwili, mieszając dalej sałatki.
- Skończyłem - Zadowolony German wyszedł w końcu z gabinetu. Nie czuł zmęczenia, praca dla niego to przyjemność. Rozejrzał się po salonie, który wyglądał jak nie jego. Mnóstwo światełek, wielka choinka i... Angie, wieszająca jemiołę. Ubrana w typowo świąteczny sweter i czarną spódniczkę wyglądała oszałamiająco. Lecz pan domu szybko uciekł do kuchni. Musiał pamiętać, że blondynka jest jego szwagierką.
- O toż to cud świąteczny, pan German wyszedł z gabinetu - przywitała go gosposia, na co on lekko zawstydzony ruszył do jadalni. Tam Violetta siedziała na krześle, przy stole i rozmawiała przez telefon.
- O właśnie tu jest, poczekaj - oderwała telefon od ucha i uśmiechnęła się w moją stronę. Zegar wybił godzinę 21. - Tato, mogę zaprosić Leona na wigi...
- A czy Leon należy do rodziny? - przerwał córce ojciec. Wiedział, że Leon to chłopak Violetty, nawet go poniekąd tolerował, aczkolwiek święta to czas dla rodziny.
- Ale... tato - jęknęła nastolatka.
- Żadnych ale. Nie może i już - w progu kuchni stanęła Olga, a za nią zaciekawiony Ramallo. Angie powiesiła już jemiołę.
- Dlaczego? Wytłumaczysz - złość w szatynce wzrastała, tak samo w brunecie. "Czy on nie rozumie, że Leon jest dla mnie ważny" pomyślała dziewczyna, patrząc z nienawiścią na ojca.
- Bo święta to czas dla bliskich...
- Ach, tak? To idź do swoich papierów, bo ostatnio to twoi bliscy! - Violetta wykrzyczała Germanowi w twarz, po czym tłumiąc łzy pobiegła do łazienki. Brunet przetarł dłońmi twarz i kątem oka, obserwował twarz Angeles, na której malowało się niedowierzanie.
- Jesteś okropny. Leon dla niej to ktoś ważny...
- A co Leon nie może spędzić świąt z rodzicami? - rzucił wkurzony w stronę blondynki. - Nie ma rodziny, że musi spędzić święta tutaj? - Angie otworzyła usta ze zdziwienia. Dlaczego on nie mógł pojąć tak ważnej rzeczy?
- A ty nie miałeś rodziny jak przyszedłeś do nas na wigilię, do Marii - wypowiedziała spokojnie słowa, a pan domu lekko się uspokoił. Pamięta tą wigilię, pamięta ten uśmiech na jej twarzy, gdy otworzył drzwi i krzyknął "wesołych świąt".
- Nie mieszaj w to Marii. Tracę cierpliwość do was wszystkich, chcieliście rodzinną wigilię proszę bardzo! Zaproście cały Buenos Aires - krzyknął, po czym rozdrażniony ruszył do sypialni.
Serce Angie było nierównomiernie. Dała się omamić. Miała nadzieję, że te święta będą inne, lepsze, rodzinne. Łza skapnęła z jej policzka na podłogę. Ramallo z Olgą spoglądali to na siebie to na blondynkę.
Pan domu trzasnął drzwiami i usiadł na łóżko. Został wyprowadzony z równowagi. Ostatnio dość często wpadał w furię, nawet bez większego powodu. Denerwowało go zupełnie wszystko, a już w szczególności wspomnienia dotyczące zmarłej żony. Czuł, że gdyby tu była, wszystko potoczyłoby się inaczej. Miał pretensje do Boga, że zabrał mu ukochaną osobę, nie umiał też wybaczyć sobie bezradności, która nim rządziła.
Zażywszy prysznica, ułożył się na łóżku, wlepiając wzrok w sufit, skąpany w mroku. Gdy nie pracował, kładł się wcześnie, aby nie musieć rozmawiać z resztą domowników, jednak nie spał, targały nim sprzeczne emocje, których za wszelką cenę nie mógł się pozbyć.
Nagle zza drzwi rozległ się huk. Rozdrażniony, poderwał się na nogi i pospieszył do wyjścia.
- Ała! - ryknął, czując, jak bosą stopę rozrywa mu coś ostrego.
- German! - rozległ się pisk Angie.
Spojrzał w dół i pośród mroku ujrzał klęczącą szwagierkę. Ból wymusił na nim wycofanie się do pokoju.
- Nic ci nie jest? Usiądź. - Kobieta pomogła mu oprzeć się na łóżku.
Brunet wyrwał rękę z jej uścisku i rzucił okiem na krwawiącą ranę, w której widniało kilka kawałków szkła.
- Zostaw! - syknął, gdy blondynka poczęła usuwać odłamki literatki z jego stopy.
- German,,
- Wynoś się! - Odtrącił ją. Kobieta bez słowa, pospiesznie zerwała się z miejsca i uciekła, trzaskając drzwiami.
Odetchnął, zaciskając powieki. Nie chciał jej tak potraktować, ale.. ale nie dała mu wyboru. Warknął pod nosem, pozwalając sobie odpłynąć w sen..
Z letargu wywołało go dziwne uczucie niepokoju. Za oknem wciąż panował mrok, nie mogło być później niż przed drugą nad ranem.
Przetarł spocone czoło, nasłuchując. Zewsząd rozbrzmiewało ciche brzęczenie.. dzwonków. Dźwięk był tak lekki i niewinny, jakby wyrwany z obcej rzeczywistości.
Zdziwiony wstał z łóżka i wolnymi krokami zbliżał do drzwi. Gdy je uchylił, do pokoju wpadł niekiełznany wiatr i zmiótł go z nóg. Świat zawirował i pośród światła księżyca, rzucanego na ścianie, pojawił się cień, tak przerażający, że Germana przeszedł dreszcz. Zląkł się i odruchowo sięgnął po książkę z najtwardszą okładką.
- K-kim jesteś? - wyjąkał.
- Duchem Przyszłości - rozległ się głos. Był oziębły i pozbawiony wyrazu.
- Violetta? Szukasz sposobu, żeby mnie przekonać do wizyty Leona? Słabo ci idzie!
Duch nie odpowiedział. Znów zapanowało dzikie tornado, a zaraz potem mężczyzna poczuł, że coś ciągnie go ku oknu. Nim się obejrzał, szybował pośród śnieżnej zamieci, ponad argentyńskimi dachami. Chwilę potem znalazł się w znajomej mu izbie. Wewnątrz znajdował się podupadający kominek, stół i trzy krzesła, stary fotel i segment. Chata wyglądała na ubogą, dobrze znaną szatynowi. To tu przychodziło mu dorastać, w otoczeniu chorej matki i ojca - alkoholika. - Proszę, mamo, wypij. - Na łóżku, obok okna leżała kobieta w średnim wieku, a obok niej siedział kilkuletni chłopiec. Inżynier bez trudu rozpoznał swoją zmarłą rodzicielkę i.. siebie samego.
Nigdy nie zaznał smaku prawdziwego dzieciństwa, jego dni kręciły się wokół zajmowania domem, gotowania i opieką nad schorowaną matką. Ojca nigdy nie obchodził ich los. Mimo, że w rodzinie panował głód i ubóstwo, nie starał się zmienić sytuacji swoich najbliższych, przepijając oszczędności, wymieniając rodzinne pamiątki na najtańsze wina. Już wtedy, ośmioletni German przysiągł sobie, że w przyszłości nie będzie taki, jak jego ojciec, Zdobędzie dobrą pracę, założy rodzinę, zrobi coś dla innych i.. będzie szczęśliwy.
- Kto by pomyślał, że wszystko tak się potoczy? - zagruchotał duch. - Przypomnij sobie czasem o ideach, które kiedyś wyznawałeś.
Zjawa wykonała gwałtowny ruch i mężczyzna opadł na poduszki. Zszokowany starał się uspokoić zaciekłą gonitwę swojego serca, nim jednak zdążył dojść do siebie, pomieszczenie znów rozbłysło rażącym światłem i dało wyczuć się czyjąś obecność.
- Nie, nie, ja wariuję! - wrzasnął mężczyzna, kuląc się na skraju łóżka. - No dalej, obudź się, to się nie dzieje naprawdę!
- Germanie. - Zabrzęczał melodyjny głos. - Germanie, spójrz na mnie.
Lecz szatyn nie zamierzał wykonać polecenia, zacisnął powieki, pod którymi zaczęły zbierać się łzy i zatkał dłońmi uszy.
- Ty też chcesz, żebym zwariował?!
- Jestem duchem teraźniejszości i chcę ci pokazać, co właśnie tracisz. - Spokojnie odparła postać.
- O nie, dość wycieczek - żachnął się, lecz w tym momencie ściany sypialni, meble i wszystko inne zniknęło, jak poprzednio, a na ich miejscu pojawił się salon. Ten sam, w jego willi, ten sam, w którym jeszcze niedawno przesiadywał.
Czekoladowym tęczówkom ukazała się ogromna choinka, stojąca na środku pomieszczenia. Sięgała aż do sufitu, dlatego strojąca ją Angeles musiała wspomóc się drabiną, aby dosięgnąć do jej górnych partii.
Quanto amore nell’aria, rimani con me
e fidati del mio cuore
Quanto amore nell’aria,
se sono con te, non contano più le ore
Per il destino, il egame tra di noi è per sempreè per sempre
Quanto amore nell’aria,
se sono con te, non contano più le ore
Per il destino, il egame tra di noi è per sempreè per sempre
Jej łagodny głos rozbrzmiewał wdzięcznie i napawał bezpieczeństwem.
Germanowi mocniej zabiło serce. Lubił jej słuchać, była taka łagodna i niewinna, ale nigdy nie śmiał jej tego powiedzieć. Nigdy też nie zdobył się na odwagę, aby podziękować za wszystko, co robiła.
Chwilę potem do salonu wszedł Ramallo, a za nim gosposia.
- Piękna choinka! - zawołał mężczyzna
- Dziękuję, Lisandro - odrzekła, a w jej głosie można było doszukać się smutku.
Zeszła z drabiny i stanęła przy parze, aby wspólnie podziwiać efekt swojej pracy.
- Och, Angeles - westchnęła Olga, kładąc rękę na ramieniu blondynki. Po jej policzkach spływały łzy, załkała cicho.
- Jest chora? - spytał German, zerkając na bladą postać.
- O tak, cierpi na coś nieuleczalnego.
- Jak to?! Da się to wyleczyć?! Sprowadzę najlepszych fachowców!
- To miłość, Germanie - rzekł duch. - Uczucie tak silne miażdży jej serce, bo człowiek, którego nim obdarzyła, odsuwa się od niej.
- Nie mogę z nią być.
- Nie możesz, czy nie chcesz?
Inżynier nie odpowiedział nic. Milczenie zagłuszało głos jego serca, ale zaprzeczenie wyjawiłoby to, co tak naprawę czuł.
- Nie płacz, Angie. - Obok kobiety pojawiła się Violetta. Stanąwszy obok, objęła ją w pasie i przytuliła głowę do ramienia.
- Jak Leon?
- Powiedział, że się nie gniewa i wszystko w porządku, ale.. Angie, do cholery! To miały być nasze pierwsze wspólne święta! Miały pomóc nam w odbudowaniu naszych relacji. To pierwsze święta, odkąd ty jesteś z nami.. Rodzina w komplecie, tak bardzo chciałam to poczuć.
Nim szatyn zdążył cokolwiek powiedzieć, obraz rozpłynął się, a on znalazł się w swoim łóżku.
- Pomyśl o tym, co tracisz, to co przeminie, już nigdy nie wróci.
Obraz zamigotał i mężczyzna został sam. Zszokowany wydarzeniami, naciągnął kołdrę na głowę i zacisnął zęby, Pragnął się obudzić, pragnął, żeby to wszystko okazało się snem.
Nagle poczuł, że jakaś niewidzialna siła zrywa z niego nakrycie. Zacieśnił uścisk na rogach pierzyny, nie puszczając. Mimo ogromnego wytężenia sił, poczuł chłód na ciele, a otworzywszy oczy, ujrzał przed sobą kolejną zjawę. Tym razem była większa, bardziej zniekształcona, przyodziana w potargane łachmany i łańcuchy, wołała żałośnie.
- I teraz ty?! Kolej na przyszłość?! - zawołał jednocześnie zły i przerażony.
Duch wykonał ruch ręką, wywołując u Germana okrzyk strachu.
Kolejny raz rozbłysło światło, ściany pokoju zniknęły, a zastąpiły je mury piętrowego domu jednorodzinnego. Budynek zdobiły kolorowe światełka i gałązki choiny. Zza drzwi słychać było radosny gwar.
Dookoła zalegał śnieg, mężczyzna poczuł, jak mróz przeszywa każdy zakamarek jego ciała. Chwycił kołatkę i zapukał nieśmiało, jednak nikt mu nie odpowiedział. Niepewnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Korytarz prowadził do trzech pokoi, z którego jeden wypełniały czyjeś rozmowy, muzyka i dźwięk fortepianu. W powietrzu unosił się zapach piernika, szatyn nie miał wątpliwości, że to czas Bożego Narodzenia.
Wychylił się zza futryny drzwi, a wtedy jego oczom ukazały się dobrze znane mu osoby. Na sofie siedział Ramallo z Olgą, na fotelu Leon, a na jego kolanach Violetta. Przy choince stała Angie, trzymająca na rękach małą dziewczynkę, Obok niej wyłonił się Pablo. Wszyscy wyglądali na dużo starszych, na ustach mieli szerokie uśmiechy, wyglądali na szczęśliwych.
- Kochanie, ja ją potrzymam, odpocznij - Galindo zwrócił się do blondynki i musnął jej różowy policzek.
W Germanie zebrała się złość. Jak ona mogła pozwolić mu się dotykać?!
- Choć do tatusia, Iska..
I wtedy zrozumiał. Wszystko rozgrywało się w przyszłości, gdy jego już nie było, gdy wszyscy ułożyli sobie życie bez starego, zgorzkniałego Germana.
- Co to ma znaczyć?! - zawołał, jakby do siebie.
- Po tym jak wyrzuciłeś Angie z domu, związała się z Pablo, mają dziecko. Olga i Ramallo wyprowadzili się zaraz potem, a Violetta.. Nie mogła znieść dłużej twojego terroru, nie kontaktujecie się od siedmiu lat.
- Czyli.. ja żyję?
Jak na zawołanie sceneria uległa zmianie i teraz inżynier znajdował się ponownie w swojej willi. Coś jednak było nie tak, Pomieszczenia wyglądały na zaniedbane, meble popodgryzane przez korniki, pajęczyny zalegające w kątach. W fotelu pod oknem siedział.. on sam. Siwiejące włosy, pomarszczone ciało, zmęczone oczy. Otoczony papierami, pracował, zapomniawszy o otaczającym go świecie. Był sam. W Boże Narodzenie. Sam, zapomniany przez rodzinę, przyjaciół, przez otoczenie. Nie miał już na kogo liczyć, na kim polegać. Jedyne, co mu pozostało, to zalegające w każdym zakamarku domu dokumenty..
- Umrzesz samotnie, Germanie. Umrzesz samotnie - powtarzała zjawa. te słowa huczały mu w głowie, nie dając spokoju.
- Dość! - krzyczał, rwąc włosy z głowy. Przed oczami migały mu niedawno rozegrane sceny; umierająca matka, ubieranie choinki przez Violettę, pocałunki Angie i Pablo, on sam, osamotniony i opuszczony. - Nie, nie, NIEEE!
Otworzył oczy i z ulgą stwierdził, że znowu jest w swoim łóżku. Za oknem świtało, z dołu dolatywał dźwięk obijających się naczyń.
Zerknął na kalendarz, stojący na biblioteczce. 24 grudnia.
- Dziś Wigilia! - zawołał sam do siebie.
Gwałtownie poderwał się na równe nogi i podbiegł do okna, otwierając je na oścież. Buchnęło mroźnym wiatrem, nos mężczyzny poczerwieniała już w przeciągu kilku sekund.
Przymknął oczy i wydął usta w krzywym uśmiechu, po czym roześmiał się szczerze, łaknąć powietrze pełną piersią. Tak dawno nic nie przynosiło mu tyle uciechy, co w tamtym momencie zimowa pogoda.
Nagle przypomniał sobie o czymś ważnym.
Na bosaka, w piżamach popędził na dół, gdzie trwały właśnie przygotowania do wieczornej kolacji; Ramallo i Violetta pilnowali w kuchni wypieków Olgi, która w tym czasie przeszukiwała sklepowe półki w poszukiwaniu brakujących produktów, zaś jego szwagierka wieszała ostatnie dekoracje.
- Violu.. - Mężczyzna podszedł do kuchennego blatu, gdzie przesiadywała nastolatka. - Córeczko. - Złapał ją w ramiona.
Zdziwiona dziewczyna spojrzała pytająco na Ramallo, który równie zszokowany, wzruszył ramionami.
- Córeczko, jeśli tak ci zależy, to Leon może do nas przyjść. Oczywiście, zaproś go i przekaż, że jest tu jak najmilej widziany. Ha, ha, przyjacielu! - Objął prawnika, po czym z radosnym krzykiem wybiegł z pomieszczenia.
- Oszalał - stwierdził Lisandro.
Już wolniejszym krokiem wszedł do salonu. Jego szwagierka właśnie schodziła z drabiny, która pomogła jej w zawieszeniu rozłożystej jemioły, tuż przy suficie. Teraz blondynka dumnie obserwowała całokształt swojej kilkudniowej pracy.
- Angeles - niemalże wyszeptał, jednak kobiecie udało się to dosłyszeć. Miała wrażenie, że to świąteczny anioł wyśpiewał jej imię, nigdy bowiem nie słyszała tak dźwięcznego zawołania. Odwróciła się, a jej oczom ukazała się sylwetka inżyniera. Bosy, ubrany w pasiastą piżamę, ze zmierzwionymi włosami i uśmiechem na ustach był nie do poznania.
- German. - Uśmiechnęła się nieśmiało, nie bardzo wiedząc, jak rzeczywiście ma się zachować.
Mężczyzna był onieśmielony jej niewinnością, nigdy dotąd nie spotkał tak łagodnej osóbki. Od ich pierwszego spotkania po latach, intrygowała go jej postać. Ukradkiem przyglądał się jak śpiewa, gra, czy po prostu śmieje się, oglądając telewizję, czyta książki, opowiada o muzyce o swojej pasji. Pragnął jej całym sercem, pragnął poczuć choć raz dotyk tych malinowych warg.
- Muszę ci coś powiedzieć - westchnął, dławiony podnieceniem. Podszedł do blondynki tak blisko, że niemalże słyszał przyspieszone bicie jej serca. Szmaragdowe oczy płonęły iskierkami, a usta same układały się w geście uśmiechu.
Zerknął w górę, tuż nad nimi prezentowała się jemioła.
Angeles poszła w ślad za szwagrem i roześmiała się szczerze na widok rzeczy, której się przypatrywał.
- Wiesz, jest taki zwyczaj.. - zaczął nieśmiało.
- Jest..
Poczuł, że dłużej nie zniesie dystansu, który ich dzieli. Ciepło, bijące od kobiety, jej roześmiane tęczówki i miłość, żarząca się w jego sercu, popchnęły go do działania. Zatopił palce w złotych lokach i nie czekając dłużej, wpił się w usta blondynki. Początkowo niewinne pocałunki, z każdą sekundą stawały się coraz bardziej namiętne i zachłanne. Oboje pragnęli więcej i więcej, jakby chcieli jednocześnie wniknąć w siebie nawzajem i tworzyć jedno ciało.
Z uczuciem przekazywał muśnięciami to, czego dotychczas nie umiał wyrazić słowami. Przygryzał i ssał jej wargę, czując, jak za każdym razem, gdy to robi, jego ukochana lekko się wzdryga.
Błądziła dłońmi po jego torsie, od czasu do czasu napotykając chropowaty policzek.
Namiętność biła od obojga. Wreszcie byli wolni, spełnieni, mogli wyrazić to, co tak naprawdę czują.
- Kocham cię - wyszeptał, gdy oderwali się od siebie i zasapani, stykając się czołami, patrzyli w swoje oczy.
Tak wiele czasu minęło, zanim odważył się to powiedzieć. Teraz zrozumiał, ile stracił za sprawą swojego gburowatego i oziębłego zachowania. Dzięki nocnym wydarzeniom nareszcie dotarło do niego, co miał, ma i co może stracić. Od dziś - nie od początku nowego roku, lecz właśnie teraz - postanowił być innym człowiekiem. Postanowił się zmienić.
- To prawdziwy cud - szepnęła Angie, zduszonym, radosnym głosem. - To prawdziwy, wigilijny cud.
_____________________________________
Witajcie!
Powracamy po dość długim czasie razem ze świątecznym prezentem.
Oprócz fioletowego wydania bajki Dickensa, chcemy również jeszcze raz życzyć Wam - naszym czytelnikom wszystkiego, co najlepsze. Samych pogodnych chwil, uśmiechu na twarzy, szczerych przyjaciół, miłości, sukcesów, spełnienia najskrytszych marzeń i tego, czego jeszcze zapragniecie.
Mamy nadzieję, że chwile spędzone w gronie najbliższych przyniosą Wam wiele radości i pozwolą cieszyć się ostatnimi dniami upływającego roku.
Pozdrawiamy,
W&Z
Germanowi mocniej zabiło serce. Lubił jej słuchać, była taka łagodna i niewinna, ale nigdy nie śmiał jej tego powiedzieć. Nigdy też nie zdobył się na odwagę, aby podziękować za wszystko, co robiła.
Chwilę potem do salonu wszedł Ramallo, a za nim gosposia.
- Piękna choinka! - zawołał mężczyzna
- Dziękuję, Lisandro - odrzekła, a w jej głosie można było doszukać się smutku.
Zeszła z drabiny i stanęła przy parze, aby wspólnie podziwiać efekt swojej pracy.
- Och, Angeles - westchnęła Olga, kładąc rękę na ramieniu blondynki. Po jej policzkach spływały łzy, załkała cicho.
- Jest chora? - spytał German, zerkając na bladą postać.
- O tak, cierpi na coś nieuleczalnego.
- Jak to?! Da się to wyleczyć?! Sprowadzę najlepszych fachowców!
- To miłość, Germanie - rzekł duch. - Uczucie tak silne miażdży jej serce, bo człowiek, którego nim obdarzyła, odsuwa się od niej.
- Nie mogę z nią być.
- Nie możesz, czy nie chcesz?
Inżynier nie odpowiedział nic. Milczenie zagłuszało głos jego serca, ale zaprzeczenie wyjawiłoby to, co tak naprawę czuł.
- Nie płacz, Angie. - Obok kobiety pojawiła się Violetta. Stanąwszy obok, objęła ją w pasie i przytuliła głowę do ramienia.
- Jak Leon?
- Powiedział, że się nie gniewa i wszystko w porządku, ale.. Angie, do cholery! To miały być nasze pierwsze wspólne święta! Miały pomóc nam w odbudowaniu naszych relacji. To pierwsze święta, odkąd ty jesteś z nami.. Rodzina w komplecie, tak bardzo chciałam to poczuć.
Nim szatyn zdążył cokolwiek powiedzieć, obraz rozpłynął się, a on znalazł się w swoim łóżku.
- Pomyśl o tym, co tracisz, to co przeminie, już nigdy nie wróci.
Obraz zamigotał i mężczyzna został sam. Zszokowany wydarzeniami, naciągnął kołdrę na głowę i zacisnął zęby, Pragnął się obudzić, pragnął, żeby to wszystko okazało się snem.
Nagle poczuł, że jakaś niewidzialna siła zrywa z niego nakrycie. Zacieśnił uścisk na rogach pierzyny, nie puszczając. Mimo ogromnego wytężenia sił, poczuł chłód na ciele, a otworzywszy oczy, ujrzał przed sobą kolejną zjawę. Tym razem była większa, bardziej zniekształcona, przyodziana w potargane łachmany i łańcuchy, wołała żałośnie.
- I teraz ty?! Kolej na przyszłość?! - zawołał jednocześnie zły i przerażony.
Duch wykonał ruch ręką, wywołując u Germana okrzyk strachu.
Kolejny raz rozbłysło światło, ściany pokoju zniknęły, a zastąpiły je mury piętrowego domu jednorodzinnego. Budynek zdobiły kolorowe światełka i gałązki choiny. Zza drzwi słychać było radosny gwar.
Dookoła zalegał śnieg, mężczyzna poczuł, jak mróz przeszywa każdy zakamarek jego ciała. Chwycił kołatkę i zapukał nieśmiało, jednak nikt mu nie odpowiedział. Niepewnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Korytarz prowadził do trzech pokoi, z którego jeden wypełniały czyjeś rozmowy, muzyka i dźwięk fortepianu. W powietrzu unosił się zapach piernika, szatyn nie miał wątpliwości, że to czas Bożego Narodzenia.
Wychylił się zza futryny drzwi, a wtedy jego oczom ukazały się dobrze znane mu osoby. Na sofie siedział Ramallo z Olgą, na fotelu Leon, a na jego kolanach Violetta. Przy choince stała Angie, trzymająca na rękach małą dziewczynkę, Obok niej wyłonił się Pablo. Wszyscy wyglądali na dużo starszych, na ustach mieli szerokie uśmiechy, wyglądali na szczęśliwych.
- Kochanie, ja ją potrzymam, odpocznij - Galindo zwrócił się do blondynki i musnął jej różowy policzek.
W Germanie zebrała się złość. Jak ona mogła pozwolić mu się dotykać?!
- Choć do tatusia, Iska..
I wtedy zrozumiał. Wszystko rozgrywało się w przyszłości, gdy jego już nie było, gdy wszyscy ułożyli sobie życie bez starego, zgorzkniałego Germana.
- Co to ma znaczyć?! - zawołał, jakby do siebie.
- Po tym jak wyrzuciłeś Angie z domu, związała się z Pablo, mają dziecko. Olga i Ramallo wyprowadzili się zaraz potem, a Violetta.. Nie mogła znieść dłużej twojego terroru, nie kontaktujecie się od siedmiu lat.
- Czyli.. ja żyję?
Jak na zawołanie sceneria uległa zmianie i teraz inżynier znajdował się ponownie w swojej willi. Coś jednak było nie tak, Pomieszczenia wyglądały na zaniedbane, meble popodgryzane przez korniki, pajęczyny zalegające w kątach. W fotelu pod oknem siedział.. on sam. Siwiejące włosy, pomarszczone ciało, zmęczone oczy. Otoczony papierami, pracował, zapomniawszy o otaczającym go świecie. Był sam. W Boże Narodzenie. Sam, zapomniany przez rodzinę, przyjaciół, przez otoczenie. Nie miał już na kogo liczyć, na kim polegać. Jedyne, co mu pozostało, to zalegające w każdym zakamarku domu dokumenty..
- Umrzesz samotnie, Germanie. Umrzesz samotnie - powtarzała zjawa. te słowa huczały mu w głowie, nie dając spokoju.
- Dość! - krzyczał, rwąc włosy z głowy. Przed oczami migały mu niedawno rozegrane sceny; umierająca matka, ubieranie choinki przez Violettę, pocałunki Angie i Pablo, on sam, osamotniony i opuszczony. - Nie, nie, NIEEE!
Otworzył oczy i z ulgą stwierdził, że znowu jest w swoim łóżku. Za oknem świtało, z dołu dolatywał dźwięk obijających się naczyń.
Zerknął na kalendarz, stojący na biblioteczce. 24 grudnia.
- Dziś Wigilia! - zawołał sam do siebie.
Gwałtownie poderwał się na równe nogi i podbiegł do okna, otwierając je na oścież. Buchnęło mroźnym wiatrem, nos mężczyzny poczerwieniała już w przeciągu kilku sekund.
Przymknął oczy i wydął usta w krzywym uśmiechu, po czym roześmiał się szczerze, łaknąć powietrze pełną piersią. Tak dawno nic nie przynosiło mu tyle uciechy, co w tamtym momencie zimowa pogoda.
Nagle przypomniał sobie o czymś ważnym.
Na bosaka, w piżamach popędził na dół, gdzie trwały właśnie przygotowania do wieczornej kolacji; Ramallo i Violetta pilnowali w kuchni wypieków Olgi, która w tym czasie przeszukiwała sklepowe półki w poszukiwaniu brakujących produktów, zaś jego szwagierka wieszała ostatnie dekoracje.
- Violu.. - Mężczyzna podszedł do kuchennego blatu, gdzie przesiadywała nastolatka. - Córeczko. - Złapał ją w ramiona.
Zdziwiona dziewczyna spojrzała pytająco na Ramallo, który równie zszokowany, wzruszył ramionami.
- Córeczko, jeśli tak ci zależy, to Leon może do nas przyjść. Oczywiście, zaproś go i przekaż, że jest tu jak najmilej widziany. Ha, ha, przyjacielu! - Objął prawnika, po czym z radosnym krzykiem wybiegł z pomieszczenia.
- Oszalał - stwierdził Lisandro.
Już wolniejszym krokiem wszedł do salonu. Jego szwagierka właśnie schodziła z drabiny, która pomogła jej w zawieszeniu rozłożystej jemioły, tuż przy suficie. Teraz blondynka dumnie obserwowała całokształt swojej kilkudniowej pracy.
- Angeles - niemalże wyszeptał, jednak kobiecie udało się to dosłyszeć. Miała wrażenie, że to świąteczny anioł wyśpiewał jej imię, nigdy bowiem nie słyszała tak dźwięcznego zawołania. Odwróciła się, a jej oczom ukazała się sylwetka inżyniera. Bosy, ubrany w pasiastą piżamę, ze zmierzwionymi włosami i uśmiechem na ustach był nie do poznania.
- German. - Uśmiechnęła się nieśmiało, nie bardzo wiedząc, jak rzeczywiście ma się zachować.
Mężczyzna był onieśmielony jej niewinnością, nigdy dotąd nie spotkał tak łagodnej osóbki. Od ich pierwszego spotkania po latach, intrygowała go jej postać. Ukradkiem przyglądał się jak śpiewa, gra, czy po prostu śmieje się, oglądając telewizję, czyta książki, opowiada o muzyce o swojej pasji. Pragnął jej całym sercem, pragnął poczuć choć raz dotyk tych malinowych warg.
- Muszę ci coś powiedzieć - westchnął, dławiony podnieceniem. Podszedł do blondynki tak blisko, że niemalże słyszał przyspieszone bicie jej serca. Szmaragdowe oczy płonęły iskierkami, a usta same układały się w geście uśmiechu.
Zerknął w górę, tuż nad nimi prezentowała się jemioła.
Angeles poszła w ślad za szwagrem i roześmiała się szczerze na widok rzeczy, której się przypatrywał.
- Wiesz, jest taki zwyczaj.. - zaczął nieśmiało.
- Jest..
Poczuł, że dłużej nie zniesie dystansu, który ich dzieli. Ciepło, bijące od kobiety, jej roześmiane tęczówki i miłość, żarząca się w jego sercu, popchnęły go do działania. Zatopił palce w złotych lokach i nie czekając dłużej, wpił się w usta blondynki. Początkowo niewinne pocałunki, z każdą sekundą stawały się coraz bardziej namiętne i zachłanne. Oboje pragnęli więcej i więcej, jakby chcieli jednocześnie wniknąć w siebie nawzajem i tworzyć jedno ciało.
Błądziła dłońmi po jego torsie, od czasu do czasu napotykając chropowaty policzek.
Namiętność biła od obojga. Wreszcie byli wolni, spełnieni, mogli wyrazić to, co tak naprawdę czują.
- Kocham cię - wyszeptał, gdy oderwali się od siebie i zasapani, stykając się czołami, patrzyli w swoje oczy.
Tak wiele czasu minęło, zanim odważył się to powiedzieć. Teraz zrozumiał, ile stracił za sprawą swojego gburowatego i oziębłego zachowania. Dzięki nocnym wydarzeniom nareszcie dotarło do niego, co miał, ma i co może stracić. Od dziś - nie od początku nowego roku, lecz właśnie teraz - postanowił być innym człowiekiem. Postanowił się zmienić.
- To prawdziwy cud - szepnęła Angie, zduszonym, radosnym głosem. - To prawdziwy, wigilijny cud.
_____________________________________
Witajcie!
Powracamy po dość długim czasie razem ze świątecznym prezentem.
Oprócz fioletowego wydania bajki Dickensa, chcemy również jeszcze raz życzyć Wam - naszym czytelnikom wszystkiego, co najlepsze. Samych pogodnych chwil, uśmiechu na twarzy, szczerych przyjaciół, miłości, sukcesów, spełnienia najskrytszych marzeń i tego, czego jeszcze zapragniecie.
Mamy nadzieję, że chwile spędzone w gronie najbliższych przyniosą Wam wiele radości i pozwolą cieszyć się ostatnimi dniami upływającego roku.
Pozdrawiamy,
W&Z
Boska jednorazowka !!!!
OdpowiedzUsuńDziękujemy.:)
UsuńCudnaa jednorazówka! Czytałam książkę, według mnie ciekawsza jest Wasza jednorazówka. Awww pocałunek Germangie pod jemiołą.
OdpowiedzUsuńDziękujemy, choć nigdy nie prześcigniemy Dickensa. /W
UsuńGenialna jednorazówka :)
OdpowiedzUsuńEh.. gdyby w V3 była taka scena z Germangie pod jemiołą... :3
Och, nigdy nie wiadomo. ;) Dzięki. :)
UsuńCzytałam koniec 2586431561829273 razy. XD
OdpowiedzUsuńCUDNA! :D Tego mi było trzeba. :D Właśnie w takich momentach uwielbiam jemiołę. ^^
Genialna jednorazówka. :D
Dziękujemy. :)
UsuńBoooskkka jednorazowka! Musze sie przyznac ze prawie sie poryczlam haha to takie ajsccsucaejjdwabceajbcsebjsce <3 Cudoo <3
OdpowiedzUsuńDziękujemy. ♥
UsuńCudo. *-* No to jest moj 2 kom jak pamietam z anonima jeszcze. ;D ( przepraszam za bledy jestem na tel) Ty cala jestes cudowna piszesz tak ze od wiosny do chyba 26.12 przeczytalam kazdy rozdzial, a teraz gdzie mieszkasz musze cie zabic!! Przez ciebie chodze spac o 3 w nocy i budze sie o 12 ;/ nie wiem czemu ale pisze to o 1:16 0.o. chcialam napisac ci to wszystko przed 2015 i chyba sie udalo. :D No to zawsze jak czytam mowie o polnocy zasne,a pozniej ze jeszcze 2 rozdzialy i tak dalej i w jedna noc czytam 5 rozdzialow, a teraz moge napisac ze czekam na next :D ja wole zawsze czytac twoje rozdzialy na tel i jeszcze lzy leca mi.. ... tez chcialam czy tez chce pisac o naszej angie ale czy cos z tego wyjdzie? ;/ napewno zapomne czegos napisac. Xd teraz jeszcze raz czytam rozdzialy od poczatku jestem juz na 10 jak dobrze pamietam. Podziwiam was, tez b angie podziwiam. koniec xd @M :)))))))
OdpowiedzUsuńOjejku, jestem pod wrażeniem! Nie sądziłam, że komuś uda się przeczytać to od początku. Ale tamto kiedyś, to jakaś porażka. XD Podziwiam wytrwałości. :) Komentuj częściej, skarbie! Pozdrawiam i przepraszam, że przeze mnie niedosypiasz. ♥
UsuńO rety, umarłam. Oczywiście napisane pięknie, ale chyba nie mogłoby być inaczej, kiedy razem piszecie. I tak btw. obiecuję nadrobić wszystkie rozdziały na tym blogu, bo mam trochę zaległości.
OdpowiedzUsuń"- Choć do tatusia, Iska.." - o jezu ahahhahahahahahahhahahahahahahha po prostu umarłam. xD
Trzymamy Cię za słowo. Dzięki. ;)
Usuń