wtorek, 11 sierpnia 2015

Rozdział 137


Zwinięta w kłębek na kanapie przeleżałam następne trzy dni. Moja komórka spoczywała pod ścianą roztrzaskana w drobny mak od czasu, gdy wydała z siebie trzydzieste szóste powiadomienie od Pablo.
Nie pojawiłam się w Studnio ani razu, nie wyszłam też z domu i nie wzięłam lekarstw. Świat przestał istnieć. 
Mimo to w głębi serca pragnęłam czyjejś obecności, ciepła, pociechy.
Z szuflady w komodzie wydobyłam album ze zdjęciami w fioletowej oprawie. Pierwsze strony poświęcone były mojej siostrzenicy. Kilkulatka uśmiechała się wdzięcznie do fotografa, dumnie ukazując śnieżnobiałe ząbki. Na kolejnych była już starsza - w kolorowych, pstrokatych sukienkach i długim kucyku. Aż w końcu odszukałam zdjęcie z naszej pierwszej wspólnej Wigilii po wielu latach rozłąki. Obraz mnie samej, siedzącej pomiędzy Germanem, a jego córką i uśmiechniętej od ucha do ucha wydawał się teraz taki odległy. 
Westchnęłam i odłożyłam album na miejsce, patrząc z  nostalgią na zakurzony fortepian, stojący pod oknem. Nie śpiewałam odkąd zabrano mi dwie najważniejsze muzy w moim życiu. Nagle zapragnęłam znów usłyszeć łagodny dźwięk instrumentu. Usiadłam przy nim i ułożyłam skostniałe palce na klawiszach. Pierwsze ruchy zrodziły nieskładne nuty. Skrzywiłam się i przymknęłam oczy. 
Nagle moje dłonie zaczęły wygrywać nieznaną melodię, samodzielnie  się w przód. Gdy przestałam, moje ciało drżało od niekontrolowanych drgawek. Załkałam, chowając głowę pomiędzy ramiona. Gwałtownie wstałam i chwyciwszy wazon, stojący na instrumencie, cisnęłam nim o ścianę. Różowa porcelana rozsypała się na kawałeczki, a ja niezniechęcona stratą złapałam regał, podtrzymujący zbiór książek. Opasłe tomy runęły na ziemię, podobnie jak drewniana komoda, poduszki zdobiące kanapę, kuchenny obrus i pozostałe przedmioty w zasięgu mojego wzroku, Nocną lampką strąciłam szereg fotografii, zaraz po tym przykucając obok nich i wrzeszcząc ze złości, przycisnęłam jedną z nich do piersi. Zza pękniętej ramki uśmiechała się do mnie cała rodzina Castillo. Olga i Ramallo stali za kanapą, na której siedziałam ja, Violetta i German, obejmujący mnie ramieniem.
Przesunęłam palcami po sylwetkach rodziny i nagle mocno zapragnęłam ich zobaczyć. Zlustrowałam wzorkiem zmasakrowane mieszkanie i nie zamykając drzwi, wybiegłam na klatkę schodową.

Dopiero przed posiadłością Castillo dopadły mnie wątpliwości. Drżącą dłonią sięgnęłam do dzwonka, zauważając, że moje knykcie i opuszki palców krwawią od wbitych w nie drobinek szkła.
- Angeles! - Nim się obejrzałam, drzwi otworzyły się, a w progu stanęła Olga. W pierwszej chwili uśmiechnęła się do mnie radośnie, ale chwilę później z niedowierzaniem trzymała moje dłonie w swoich i bacznie mi się przyglądała. - Kochanie, wyglądasz..
Niechętnie uniosłam kąciki ust, choć w głębi duszy szczerze ucieszył mnie jej widok. Kobieta uchyliła szerzej drzwi i zaprosiła mnie do środka. Od razu skierowałyśmy się do kuchni, po której rozchodził się wspaniały zapach pieczonego kurczaka i przypraw. Poczułam jak burczy mi w brzuchu. Nic w końcu dziwnego, nie miałam nic w ustach od kilku dni.
- Jesteś głodna? - Gosposia zdawała się czytać w moich myślach. Z kredensu wyciągnęła własnoręcznie przygotowane bułeczki maślane i postawiła przede mną razem z dużą szklanką mleka.
Bez słowa zabrałam się za jedzenie, łapczywie sięgając do talerza. Gdy w całości opróżniłam naczynie i wypiłam ostatni łyk mleka, zauważyłam, że Olga przez cały czas wpatruje się we mnie zatroskanym wzrokiem.
Spojrzałam w lustro wiszące za kobietą. Ujrzałam w nim bladą postać z podkrążonymi oczami i zmęczonym wyrazem twarzy. Włosy miałam potargane, a szarą dresową bluzę i t-shirt pomięte i poplamione.
Spuściłam głowę, bawiąc się końcówką obursa, lecz w końcu nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem. Kobieta natychmiast obeszła stół i przytuliła mnie.
- Skarbie.. - Poklepała mnie po plecach.
Zaszlochałam, mocniej wtulajac się w jej ramię. W końcu jednak oderwałam się od Niemki i wytarłam twarz chusteczką. Poczułam nieznaczną ulgę i głośno odetchnęłam.
Nagle rozległy się brawa i świsty. Spojrzałam pytająco na gosposię i dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że od mojego przyjścia z salonu dobiega muzyka i gwar.
Wstałam i nieznacznie rozchyliłam kuchenne drzwi. Przez niewielką szparę ujrzałam tłum gości, a pośród nich pana domu i jego nową partnerkę.
Poczułam dotyk gosposi na swoim ramieniu i ścisk w gardle. Słowa Germana mnie ogłuszyły.
Poruszyłam niemo ustami i posłałam Oldze słaby uśmiech, po czym nie oglądając się za siebie, opuściłam dom szwagra.

Biegłam ulicami Buenos Aires, powoli słabnąc, jednak ból w klatce piersiowej i brak tchu nie przeszkodziły mi w zwiększeniu tempa. Chciałam uciec jak najdalej. Od Germana. Od wspomnień. Od siebie. Właśnie teraz poczułam, że wszystko, co kochałam i wszystko na czym mi zależało, ostatecznie zostało mi odebrane.

Nagle rozległ się huk. Pisk opon. Uderzenie. Ostanie, co zobaczyłam, to niebezpiecznie zbliżajacy się samochód.
Przegrałaś, no przyznaj. 

- Angie! Angie, bądź silna, słyszysz? Dasz radę! Nie poddawaj się.. - Słyszałam Pablo. Był mocno wystraszony.

- Panowie, na trzy! - Nie umiałam rozpoznać właściciela tego głosu - Raz, dwa.. Poczułam, że ktoś mnie podnosi. Otworzyłam oczy, żeby zobaczyć co się dzieje, ale oślepił mnie blask lampy.
- Przytomna! - zawołał mężczyzna, który przez chwilę trzymał mnie w powietrzu.
 Wokół mnie tyle się działo, a ja nie wiedziałam ,o co chodziło wszystkim tym ludziom krzątającym się w pobliżu i co chwile wykrzykujących dziwne zdania: Tętno?, Traci świadomość?, Czy mnie pani słyszy?
O, to ostatnie to było chyba pytanie do mnie.. 
Poruszyłam ustami, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku.. Nagle ciężkie powieki wygrały walkę z opierającą się im chęcią głośnego krzyku. Zasnęłam. 
Pod powiekami miałam obraz Violetty, Germana i jakiejś kobiety, a w uszach dźwięczały mi słowa szwagra: "Esmeraldo, wyjdziesz za mnie"?

Ciepło rozchodzące się po palcach u mojej dłoni sugerowało czyjąś obecność w sali, w której mnie położono. Nieznajomy ścisnął moje palce, po czym uniósł je do swoich ust i delikatnie musnął.
- Och, Angie.. - Rozpoznałam głoś przyjaciela. - Nie możesz odejść. Nie..  - zaszlochał. - Są ludzie, którzy cię kochają, ja cię kocham..
- To nie guz mózgu, kiedyś ci przejdzie. - Zebrałam w sobie całą siłę woli, aby poruszyć wargami, jednak nie otworzyłam oczu.
Mężczyzna westchnął ciężko.
- Wiesz, - wysapałam, czując, że każde wypowiedziane słowo zabiera mi oddech. - Plusem całego tego cholerstwa jest to, że są momenty, kiedy zapominam o niektórych rzeczach. Tak jakbym nigdy nie pochowała siostry, albo nie spotkała Emilio. Noszę ból po ich stracie, lecz nie wiem z czym się wiąże. - Przełknęłam ślinę. - Czasami zamazuje się obraz Germana i bywa, że pamiętam go tylko, jako nastolatka wpadającego do mojego domu na niedzielne obiady. Mój mózg zapomina, ale serce nie..
- Znajdziemy lekarstwo, które ci pomoże.
Zaśmiałam się słabo, wciąż nie rozchylając powiek.
- Moje lekarstwo ma metr osiemdziesiąt, czekoladowe oczy i niedługo się żeni.

__________________________
Witam Was za pośrednictwem tego krótkiego rozdziału!
Spostrzegawczy pewnie zauważyli, że tekst zapisany kursywą to wycinek z 1 rozdziału. Ciekawych zachęcam do odświeżenia pamięci. :) 

Do szybkiego przeczytania!
Wiktoria

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz