czwartek, 25 grudnia 2014

Jednorazówka: Opowieść Wigilijna - fioletowa wersja

W domu Castillo 24 grudnia był dniem.. bardzo chaotycznym, mało kiedy poukładanym. Gosposia gotowała, kroiła, przysmażyła, przygotowując stół na tą świąteczną okazję. Córka pana Germana wraz z jej ciocią zdobiły pierniki różnymi słodkimi i dodatkami. Zajęcie w sam raz dla obu kobiet... gdyby nie to, że musiały dodatkowo jeszcze posprzątać cały salon. Pan domu wraz ze swoim asystentem przesiadywali w gabinecie, jedynym pomieszczeniu bez żadnego bałaganu i hałasu. German był osobą zapracowaną, dbającą o drobne szczegóły w swej pracy. Lecz to już powoli zaczynało działać na nerwy pozostałym domownikom.
- Nie możemy już tego zostawić? German, są przecież święta - Ramallo poprawił okulary, obserwując swojego przyjaciela, który zatopiony był w papierach. Inżynier mruknął coś pod nosem biorąc kolejne papiery w dłoń. Nie może tego teraz porzucić! To zwiastuje nie przyjęcie umowy i nici z budowy.
- Nie. Ramallo, czy ty nie potrafisz zrozumieć, że to dla nas wielka szansa?
- Czyli dla ciebie jest ważniejsza praca niż rodzina? - German spojrzał zza dokumentów na przyjaciela. Nie przepadał za tym, gdy do rozmowy a'la kłótni wkrada się słowo rodzina.
- Skończę przed kolacją - wybełkotał, a asystent pokręcił przecząco głową.
- O nie! Skończysz to teraz - Ramallo wyrwał inżynierowi papiery, a ten zdziwiony obserwował przyjaciela. "Co w niego wstąpiło" pomyślał i odwrócił wzrok od asystenta. Mężczyzna coś mówił, lecz Germana to nie obchodziło. Muszą dostać zgodę. Muszą. To jest teraz dla nich najważniejsze.
Kilka minut później Ramallo wyszedł, a pan domu w spokoju mógł się zająć pracą. Skoro powiedział, że odpuści przed kolacją, to tak będzie.
Praca to dla niego inny wymiar. Dzięki niej nie myślał o Angie. Nie chciał o niej myśleć! O ciotce jej córki, o kobiecie z anielskimi, blond włosami, z kojącym głosem, z roześmianymi oczami..
Tymczasem w kuchni zebrali się pozostali domownicy. Olga przyprawiała zupę grzybową, Violetta mieszała sałatki, a Ramallo i Angie czyścili talerze. Byli przygnębieni tą sytuacją. Chcieli by te święta były dla każdego idealne.
- Próbowałem - rzekł asystent Germana, wycierając naczynie. 
Angie uśmiechnęła się smutno wierząc w słowa mężczyzny. Kochała tego pracusia, ale chciała by on odwzajemnił to uczucie. Czy słowo "kocham" zmieniło by jego postępowanie? Chciała go przytulić, pocałować. Lecz najbardziej chciała pomóc. Wyciągnąć go z tej otchłani. Jej myśli krążyły ciągle przy nim.
- Quiero abrazarte, quiero besarte, quiero tenerte junto a mi... - nuciła pod nosem blondynka.
- Może zaproszę Leona - pomyślała na głos nastolatka. Jej ciocia przystanęła ochoczo na tą propozycje. Tak samo gosposia i asystent. Szatynka uśmiechnęła się zadowolona i pomyślała chwilę o tym jakie to by było wspaniałe. Ona, Leon, Angie... i tata.
- Zadzwonię do niego potem - mruknęła po chwili, mieszając dalej sałatki.

- Skończyłem - Zadowolony German wyszedł w końcu z gabinetu. Nie czuł zmęczenia, praca dla niego to przyjemność. Rozejrzał się po salonie, który wyglądał jak nie jego. Mnóstwo światełek, wielka choinka i... Angie, wieszająca jemiołę. Ubrana w typowo świąteczny sweter i czarną spódniczkę wyglądała oszałamiająco. Lecz pan domu szybko uciekł do kuchni. Musiał pamiętać, że blondynka jest jego szwagierką.
- O toż to cud świąteczny, pan German wyszedł z gabinetu - przywitała go gosposia, na co on lekko zawstydzony ruszył do jadalni. Tam Violetta siedziała na krześle, przy stole i rozmawiała przez telefon.
- O właśnie tu jest, poczekaj - oderwała telefon od ucha i uśmiechnęła się w moją stronę. Zegar wybił godzinę 21. - Tato, mogę zaprosić Leona na wigi...
- A czy Leon należy do rodziny? - przerwał córce ojciec. Wiedział, że Leon to chłopak Violetty, nawet go poniekąd tolerował, aczkolwiek święta to czas dla rodziny.
- Ale... tato - jęknęła nastolatka.
- Żadnych ale. Nie może i już - w progu kuchni stanęła Olga, a za nią zaciekawiony Ramallo. Angie powiesiła już jemiołę.
- Dlaczego? Wytłumaczysz - złość w szatynce wzrastała, tak samo w brunecie. "Czy on nie rozumie, że Leon jest dla mnie ważny" pomyślała dziewczyna, patrząc z nienawiścią na ojca.
- Bo święta to czas dla bliskich...
- Ach, tak? To idź do swoich papierów, bo ostatnio to twoi bliscy! - Violetta wykrzyczała Germanowi w twarz, po czym tłumiąc łzy pobiegła do łazienki. Brunet przetarł dłońmi twarz i kątem oka, obserwował twarz Angeles, na której malowało się niedowierzanie.
- Jesteś okropny. Leon dla niej to ktoś ważny...
- A co Leon nie może spędzić świąt z rodzicami? - rzucił wkurzony w stronę blondynki. - Nie ma rodziny, że musi spędzić święta tutaj? - Angie otworzyła usta ze zdziwienia. Dlaczego on nie mógł pojąć tak ważnej rzeczy?
- A ty nie miałeś rodziny jak przyszedłeś do nas na wigilię, do Marii - wypowiedziała spokojnie słowa, a pan domu lekko się uspokoił. Pamięta tą wigilię, pamięta ten uśmiech na jej twarzy, gdy otworzył drzwi i krzyknął "wesołych świąt".
- Nie mieszaj w to Marii. Tracę cierpliwość do was wszystkich, chcieliście rodzinną wigilię proszę bardzo! Zaproście cały Buenos Aires - krzyknął, po czym rozdrażniony ruszył do sypialni.
Serce Angie było nierównomiernie. Dała się omamić. Miała nadzieję, że te święta będą inne, lepsze, rodzinne. Łza skapnęła z jej policzka na podłogę. Ramallo z Olgą spoglądali to na siebie to na blondynkę.
Pan domu trzasnął drzwiami i usiadł na łóżko. Został wyprowadzony z równowagi. Ostatnio dość często wpadał w furię, nawet bez większego powodu. Denerwowało go zupełnie wszystko, a już w szczególności wspomnienia dotyczące zmarłej żony. Czuł, że gdyby tu była, wszystko potoczyłoby się inaczej. Miał pretensje do Boga, że zabrał mu ukochaną osobę, nie umiał też wybaczyć sobie bezradności, która nim rządziła.
Zażywszy prysznica, ułożył się na łóżku, wlepiając wzrok w sufit, skąpany w mroku. Gdy nie pracował, kładł się wcześnie, aby nie musieć rozmawiać z resztą domowników, jednak nie spał, targały nim sprzeczne emocje, których za wszelką cenę nie mógł się pozbyć.
Nagle zza drzwi rozległ się huk. Rozdrażniony, poderwał się na nogi i pospieszył do wyjścia.
- Ała! - ryknął, czując, jak bosą stopę rozrywa mu coś ostrego.
- German! - rozległ się pisk Angie.
Spojrzał w dół i pośród mroku ujrzał klęczącą szwagierkę. Ból wymusił na nim wycofanie się do pokoju.
- Nic ci nie jest? Usiądź. - Kobieta pomogła mu oprzeć się na łóżku.
Brunet wyrwał rękę z jej uścisku i rzucił okiem na krwawiącą ranę, w której widniało kilka kawałków szkła.
- Zostaw! - syknął, gdy blondynka poczęła usuwać odłamki literatki z jego stopy.
- German,,
- Wynoś się! - Odtrącił ją. Kobieta bez słowa, pospiesznie zerwała się z miejsca i uciekła, trzaskając drzwiami.
Odetchnął, zaciskając powieki. Nie chciał jej tak potraktować, ale.. ale nie dała mu wyboru. Warknął pod nosem, pozwalając sobie odpłynąć w sen..

Z letargu wywołało go dziwne uczucie niepokoju. Za oknem wciąż panował mrok, nie mogło być później niż przed drugą nad ranem.
Przetarł spocone czoło, nasłuchując. Zewsząd rozbrzmiewało ciche brzęczenie.. dzwonków. Dźwięk był tak lekki i niewinny, jakby wyrwany z obcej rzeczywistości.
Zdziwiony wstał z łóżka i wolnymi krokami zbliżał do drzwi. Gdy je uchylił, do pokoju wpadł niekiełznany wiatr i zmiótł go z nóg. Świat zawirował i pośród światła księżyca, rzucanego na ścianie, pojawił się cień, tak przerażający, że Germana przeszedł dreszcz. Zląkł się i odruchowo sięgnął po książkę z najtwardszą okładką. 
- K-kim jesteś? - wyjąkał. 
- Duchem Przyszłości - rozległ się głos. Był oziębły i pozbawiony wyrazu.
- Violetta? Szukasz sposobu, żeby mnie przekonać do wizyty Leona? Słabo ci idzie!
Duch nie odpowiedział. Znów zapanowało dzikie tornado, a zaraz potem mężczyzna poczuł, że coś ciągnie go ku oknu. Nim się obejrzał, szybował pośród śnieżnej zamieci, ponad argentyńskimi dachami. Chwilę potem znalazł się w znajomej mu izbie. Wewnątrz znajdował się podupadający kominek, stół i trzy krzesła, stary fotel i segment. Chata wyglądała na ubogą, dobrze znaną szatynowi. To tu przychodziło mu dorastać, w otoczeniu chorej matki i ojca - alkoholika. 
- Proszę, mamo, wypij. - Na łóżku, obok okna leżała kobieta w średnim wieku, a obok niej siedział kilkuletni chłopiec. Inżynier bez trudu rozpoznał swoją zmarłą rodzicielkę i.. siebie samego. 
Nigdy nie zaznał smaku prawdziwego dzieciństwa, jego dni kręciły się wokół zajmowania domem, gotowania i opieką nad schorowaną matką. Ojca nigdy nie obchodził ich los. Mimo, że w rodzinie panował głód i ubóstwo, nie starał się zmienić sytuacji swoich najbliższych, przepijając oszczędności, wymieniając rodzinne pamiątki na najtańsze wina. Już wtedy, ośmioletni German przysiągł sobie, że w przyszłości nie będzie taki, jak jego ojciec, Zdobędzie dobrą pracę, założy rodzinę, zrobi coś dla innych i.. będzie szczęśliwy.
- Kto by pomyślał, że wszystko tak się potoczy? - zagruchotał duch. - Przypomnij sobie czasem o ideach, które kiedyś wyznawałeś. 
Zjawa wykonała gwałtowny ruch i mężczyzna opadł na poduszki. Zszokowany starał się uspokoić zaciekłą gonitwę swojego serca, nim jednak zdążył dojść do siebie, pomieszczenie znów rozbłysło rażącym światłem i dało wyczuć się czyjąś obecność.
- Nie, nie, ja wariuję! - wrzasnął mężczyzna, kuląc się na skraju łóżka. - No dalej, obudź się, to się nie dzieje naprawdę! 
- Germanie. - Zabrzęczał melodyjny głos. - Germanie, spójrz na mnie.
Lecz szatyn nie zamierzał wykonać polecenia, zacisnął powieki, pod którymi zaczęły zbierać się łzy i zatkał dłońmi uszy.
- Ty też chcesz, żebym zwariował?!
- Jestem duchem teraźniejszości i chcę ci pokazać, co właśnie tracisz. - Spokojnie odparła postać.
- O nie, dość wycieczek - żachnął się, lecz w tym momencie ściany sypialni, meble i wszystko inne zniknęło, jak poprzednio, a na ich miejscu pojawił się salon. Ten sam, w jego willi, ten sam, w którym jeszcze niedawno przesiadywał.
Czekoladowym tęczówkom ukazała się ogromna choinka, stojąca na środku pomieszczenia. Sięgała aż do sufitu, dlatego strojąca ją Angeles musiała wspomóc się drabiną, aby dosięgnąć do jej górnych partii.                                           
                                                  Quanto amore nell’aria, rimani con me
e fidati del mio cuore
Quanto amore nell’aria,
se sono con te, non contano più le ore
Per il destino, il egame tra di noi è per sempre
è per sempre


Jej łagodny głos rozbrzmiewał wdzięcznie i napawał bezpieczeństwem.
Germanowi mocniej zabiło serce. Lubił jej słuchać, była taka łagodna i niewinna, ale nigdy nie śmiał jej tego powiedzieć. Nigdy też nie zdobył się na odwagę, aby podziękować za wszystko, co robiła.
Chwilę potem do salonu wszedł Ramallo, a za nim gosposia.
 - Piękna choinka! - zawołał mężczyzna
- Dziękuję, Lisandro - odrzekła, a w jej głosie można było doszukać się smutku.
Zeszła z drabiny i stanęła przy parze, aby wspólnie podziwiać efekt swojej pracy.
- Och, Angeles - westchnęła Olga, kładąc rękę na ramieniu blondynki. Po jej policzkach spływały łzy, załkała cicho.
- Jest chora? - spytał German, zerkając na bladą postać.
- O tak, cierpi na coś nieuleczalnego.
- Jak to?! Da się to wyleczyć?! Sprowadzę najlepszych fachowców!
- To miłość, Germanie - rzekł duch. - Uczucie tak silne miażdży jej serce, bo człowiek, którego nim obdarzyła, odsuwa się od niej.
- Nie mogę z nią być.
- Nie możesz, czy nie chcesz?
Inżynier nie odpowiedział nic. Milczenie zagłuszało głos jego serca, ale zaprzeczenie wyjawiłoby to, co tak naprawę czuł.
- Nie płacz, Angie. - Obok kobiety pojawiła się Violetta. Stanąwszy obok, objęła ją w pasie i przytuliła głowę do ramienia.
- Jak Leon?
- Powiedział, że się nie gniewa i wszystko w porządku, ale.. Angie, do cholery! To miały być nasze pierwsze wspólne święta! Miały pomóc nam w odbudowaniu naszych relacji. To pierwsze święta, odkąd ty jesteś z nami.. Rodzina w komplecie, tak bardzo chciałam to poczuć.
Nim szatyn zdążył cokolwiek powiedzieć, obraz rozpłynął się, a on znalazł się w swoim łóżku.
- Pomyśl o tym, co tracisz, to co przeminie, już nigdy nie wróci.
Obraz zamigotał i mężczyzna został sam. Zszokowany wydarzeniami, naciągnął kołdrę na głowę i zacisnął zęby, Pragnął się obudzić, pragnął, żeby to wszystko okazało się snem.
Nagle poczuł, że jakaś niewidzialna siła zrywa z niego nakrycie. Zacieśnił uścisk na rogach pierzyny, nie puszczając. Mimo ogromnego wytężenia sił, poczuł chłód na ciele, a otworzywszy oczy, ujrzał przed sobą kolejną zjawę. Tym razem była większa, bardziej zniekształcona, przyodziana w potargane łachmany i łańcuchy, wołała żałośnie.
- I teraz ty?! Kolej na przyszłość?! - zawołał jednocześnie zły i przerażony.
Duch wykonał ruch ręką, wywołując u Germana okrzyk strachu.
Kolejny raz rozbłysło światło, ściany pokoju zniknęły, a zastąpiły je mury piętrowego domu jednorodzinnego. Budynek zdobiły kolorowe światełka i gałązki choiny. Zza drzwi słychać było radosny gwar.
Dookoła zalegał śnieg, mężczyzna poczuł, jak mróz przeszywa każdy zakamarek jego ciała. Chwycił kołatkę i zapukał nieśmiało, jednak nikt mu nie odpowiedział. Niepewnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Korytarz prowadził do trzech pokoi, z którego jeden wypełniały czyjeś rozmowy, muzyka i dźwięk fortepianu. W powietrzu unosił się zapach piernika, szatyn nie miał wątpliwości, że to czas Bożego Narodzenia.
Wychylił się zza futryny drzwi, a wtedy jego oczom ukazały się dobrze znane mu osoby. Na sofie siedział Ramallo z Olgą, na fotelu Leon, a na jego kolanach Violetta. Przy choince stała Angie, trzymająca na rękach małą dziewczynkę, Obok niej wyłonił się Pablo. Wszyscy wyglądali na dużo starszych, na ustach mieli szerokie uśmiechy, wyglądali na szczęśliwych.
- Kochanie, ja ją potrzymam, odpocznij - Galindo zwrócił się do blondynki i musnął jej różowy policzek.
W Germanie zebrała się złość. Jak ona mogła pozwolić mu się dotykać?!
- Choć do tatusia, Iska..
I wtedy zrozumiał. Wszystko rozgrywało się w przyszłości, gdy jego już nie było, gdy wszyscy ułożyli sobie życie bez starego, zgorzkniałego Germana.
- Co to ma znaczyć?! - zawołał, jakby do siebie.
- Po tym jak wyrzuciłeś Angie z domu, związała się z Pablo, mają dziecko. Olga i Ramallo wyprowadzili się zaraz potem, a Violetta.. Nie mogła znieść dłużej twojego terroru, nie kontaktujecie się od siedmiu lat.
- Czyli.. ja żyję?
Jak na zawołanie sceneria uległa zmianie i teraz inżynier znajdował się ponownie w swojej willi. Coś jednak było nie tak, Pomieszczenia wyglądały na zaniedbane, meble popodgryzane przez korniki, pajęczyny zalegające w kątach. W fotelu pod oknem siedział.. on sam. Siwiejące włosy, pomarszczone ciało, zmęczone oczy. Otoczony papierami, pracował, zapomniawszy o otaczającym go świecie. Był sam. W Boże Narodzenie. Sam, zapomniany przez rodzinę, przyjaciół, przez otoczenie. Nie miał już na kogo liczyć, na kim polegać. Jedyne, co mu pozostało, to zalegające w każdym zakamarku domu dokumenty..

- Umrzesz samotnie, Germanie. Umrzesz samotnie - powtarzała zjawa. te słowa huczały mu w głowie, nie dając spokoju.
- Dość! - krzyczał, rwąc włosy z głowy. Przed oczami migały mu niedawno rozegrane sceny; umierająca matka, ubieranie choinki przez Violettę, pocałunki Angie i Pablo, on sam, osamotniony i opuszczony. - Nie, nie, NIEEE!

Otworzył oczy i z ulgą stwierdził, że znowu jest w swoim łóżku. Za oknem świtało, z dołu dolatywał dźwięk obijających się naczyń.
Zerknął na kalendarz, stojący na biblioteczce. 24 grudnia.
- Dziś Wigilia! - zawołał sam do siebie. 
Gwałtownie poderwał się na równe nogi i podbiegł do okna, otwierając je na oścież. Buchnęło mroźnym wiatrem, nos mężczyzny poczerwieniała już w przeciągu kilku sekund. 
Przymknął oczy i wydął usta w krzywym uśmiechu, po czym roześmiał się szczerze, łaknąć powietrze pełną piersią. Tak dawno nic nie przynosiło mu tyle uciechy, co w tamtym momencie zimowa pogoda. 
Nagle przypomniał sobie o czymś ważnym.
Na bosaka, w piżamach popędził na dół, gdzie trwały właśnie przygotowania do wieczornej kolacji; Ramallo i Violetta pilnowali w kuchni wypieków Olgi, która w tym czasie przeszukiwała sklepowe półki w poszukiwaniu brakujących produktów, zaś jego szwagierka wieszała ostatnie dekoracje. 
- Violu.. - Mężczyzna podszedł do kuchennego blatu, gdzie przesiadywała nastolatka. - Córeczko. - Złapał ją w ramiona.
Zdziwiona dziewczyna spojrzała pytająco na Ramallo, który równie zszokowany, wzruszył ramionami. 
- Córeczko, jeśli tak ci zależy, to Leon może do nas przyjść. Oczywiście, zaproś go i przekaż, że jest tu jak najmilej widziany. Ha, ha, przyjacielu! - Objął prawnika, po czym z radosnym krzykiem wybiegł z pomieszczenia.
- Oszalał - stwierdził Lisandro.

Już wolniejszym krokiem wszedł do salonu. Jego szwagierka właśnie schodziła z drabiny, która pomogła jej w zawieszeniu rozłożystej jemioły, tuż przy suficie. Teraz blondynka dumnie obserwowała całokształt swojej kilkudniowej pracy. 
- Angeles - niemalże wyszeptał, jednak kobiecie udało się to dosłyszeć. Miała wrażenie, że to świąteczny anioł wyśpiewał jej imię, nigdy bowiem nie słyszała tak dźwięcznego zawołania. Odwróciła się, a jej oczom ukazała się sylwetka inżyniera. Bosy, ubrany w pasiastą piżamę, ze zmierzwionymi włosami i uśmiechem na ustach był nie do poznania. 
- German. - Uśmiechnęła się nieśmiało, nie bardzo wiedząc, jak rzeczywiście ma się zachować. 
Mężczyzna był onieśmielony jej niewinnością, nigdy dotąd nie spotkał tak łagodnej osóbki. Od ich pierwszego spotkania po latach, intrygowała go jej postać. Ukradkiem przyglądał się jak śpiewa, gra, czy po prostu śmieje się, oglądając telewizję, czyta książki, opowiada o muzyce o swojej pasji. Pragnął jej całym sercem, pragnął poczuć choć raz dotyk tych malinowych warg. 
- Muszę ci coś powiedzieć - westchnął, dławiony podnieceniem. Podszedł do blondynki tak blisko, że niemalże słyszał przyspieszone bicie jej serca. Szmaragdowe oczy płonęły iskierkami, a usta same układały się w geście uśmiechu. 
Zerknął w górę, tuż nad nimi prezentowała się jemioła. 
Angeles poszła w ślad za szwagrem i roześmiała się szczerze na widok rzeczy, której się przypatrywał.
- Wiesz, jest taki zwyczaj.. - zaczął nieśmiało. 
- Jest..
Poczuł, że dłużej nie zniesie dystansu, który ich dzieli. Ciepło, bijące od kobiety, jej roześmiane tęczówki i miłość, żarząca się w jego sercu, popchnęły go do działania. Zatopił palce w złotych lokach i nie czekając dłużej, wpił się w usta blondynki. Początkowo niewinne pocałunki, z każdą sekundą stawały się coraz bardziej namiętne i zachłanne. Oboje pragnęli więcej i więcej, jakby chcieli jednocześnie wniknąć w siebie nawzajem i tworzyć jedno ciało. 
Z uczuciem przekazywał muśnięciami to, czego dotychczas nie umiał wyrazić słowami. Przygryzał i ssał jej wargę, czując, jak za każdym razem, gdy to robi, jego ukochana lekko się wzdryga.
 Błądziła dłońmi po jego torsie, od czasu do czasu napotykając chropowaty policzek. 
Namiętność biła od obojga. Wreszcie byli wolni, spełnieni, mogli wyrazić to, co tak naprawdę czują. 
- Kocham cię - wyszeptał, gdy oderwali się od siebie i zasapani, stykając się czołami, patrzyli w swoje oczy. 
Tak wiele czasu minęło, zanim odważył się to powiedzieć. Teraz zrozumiał, ile stracił za sprawą swojego gburowatego i oziębłego zachowania. Dzięki nocnym wydarzeniom nareszcie dotarło do niego, co miał, ma i co może stracić. Od dziś - nie od początku nowego roku, lecz właśnie teraz - postanowił być innym człowiekiem. Postanowił się zmienić.
- To prawdziwy cud - szepnęła Angie, zduszonym, radosnym głosem. - To prawdziwy, wigilijny cud. 

_____________________________________
Witajcie!
Powracamy po dość długim czasie razem ze świątecznym prezentem.
Oprócz fioletowego wydania bajki Dickensa, chcemy również jeszcze raz życzyć Wam - naszym czytelnikom wszystkiego, co najlepsze. Samych pogodnych chwil, uśmiechu na twarzy, szczerych przyjaciół, miłości, sukcesów, spełnienia najskrytszych marzeń i tego, czego jeszcze zapragniecie. 
Mamy nadzieję, że chwile spędzone w gronie najbliższych przyniosą Wam wiele radości i pozwolą cieszyć się ostatnimi dniami upływającego roku. 

Pozdrawiamy,
W&Z

sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 131

Wciąż wzburzona przysiadłam na krawężniku. Serce kołatało mi w piersi, a obraz niebezpiecznie się kręcił. Powoli zaciągałam powietrze nosem i wypuszczałam ustami.  Przymknęłam powieki, odliczając w myślach do dziesięciu.
Próbowałam analizować to, co wydarzyło się niecałą minutę temu, lecz w mojej głowie panował zupełny chaos. Przed oczami cały czas miałam oburzoną minę Germana i jego kpiąco - bezczelny ton. Jak on śmiał zwracać się do mnie w taki sposób? Jedno było pewne - bez wątpienia udało mi się wzbudzić złość w szwagrze. Ta myśl w zadziwiający sposób podnosiła mnie na duchu.
Gdy cień przysłonił mi słońce, przypomniałam sobie, że kilkanaście metrów dalej zostawiłam Ivi i Emilio. Uniosłam głowę, spoglądając na nich. Włosi przyglądali mi się z góry z badawczymi minami.
- W porządku? - zapytał blondyn.
Przytaknęłam skinieniem głowy, podnosząc się z ziemi z jego pomocą.
- Ivi, proszę cię, żebyś następnym razem powstrzymała się od komentarzy pod adresem Violetty.
- Angie, ale ona przecież...
Skarciłam ją znaczącym spojrzeniem.
- Dobrze, przepraszam.
Poklepałam dziewczynę po plecach, złapałam przyjaciela pod ramię i wspólnie, już bez przeszkód wróciliśmy do mieszkania, uprzednio wstępując na zakupy.


- Będziesz to sprzątał! - pisnęłam, uciekając przed mąką, fruwającą dokładnie po całej kuchni.
Emilio i Ivi doskonale bawili się przy przygotowywaniu ciasta na pizzę, ja za to biegałam za nimi ze ścierką.
- Chodź tu. - Mężczyzna złapał mnie od tyłu w pasie i zbliżył pięść z białym proszkiem do mojej twarzy. Śmiejąc się, próbowałam się mu wyrwać, lecz był silniejszy i sprytniejszy. Zwinnym ruchem przyozdobił moją twarz mąką.
- Ej, zakochańce, uśmiech! - Niespodziewanie rozbłysł flesz aparatu i nastolatka uwieczniła nasze szaleństwa na zdjęciach. Zastygliśmy z uśmiechami na twarzy, patrząc w obiektyw. Czułam przyspieszony oddech przyjaciela na skroni i jego dłonie umieszczone na moich żebrach, a stopniowo coraz bardziej czerwone policzki bez wątpienia wyróżniały się pomiędzy bielą.
- Dobra, kolacja się sama nie przygotuje - zaśmiał się mężczyzna, a w chwili, gdy oderwał swoje ciało od mojego, poczułam lekki niedosyt.
- No co? - Zawstydzona wzruszyłam ramionami, widząc zawadiacki uśmiech Ivi. Dziewczynka zaśmiała się pod nosem i uciekła do pokoju, natomiast ja, aby odgonić niezręczne myśli, zajęłam się nakrywaniem do stołu.
Talent kulinarny Emilia po raz kolejny mnie zaskoczył, ośmieliłabym się nawet powiedzieć, że niekiedy zbija z podium nawet Olgę.
Kiedy Ivi zasnęła, wróciłam do salonu, gdzie mężczyzna przeglądał nagrania  z odtwarzacza DVD. Wybraliśmy jakiś film akcji, popijając przy tym wino, przywiezione prosto z Włoch przez moich gości.
Zachęcona przez szybko spożyty trunek, wtuliłam się w tors przyjaciela i przymknęłam powieki. Wtem rozległ się dzwonek.
- Spodziewasz się kogoś? - Emilio natychmiastowo się wyprostował.
Pokręciła głową i zdziwiona, podreptałam do drzwi. W progu stał German.
Z niedowierzaniem zacmokałam ustami, opierając się o futrynę. Szatyn wyglądał na zmęczonego.
- Angie, wszystko w porządku? - Obok mnie pojawił się Włoch.
Zobaczyłam jak mój szwagier unosi brwi i prycha pogardliwie.
- To twój nowy facet? - rzucił.
- Emilio. - Blondyn wyciągnął rękę ku szatynowi. - Wracajmy do środka - dodał, gdy ten nie zareagował. Poczułam, jak obejmuje mnie w pasie.
- Masz rację.
Już miałam się odwrócić, kiedy rozległ się stanowczy głos Germana:
- Chciałem porozmawiać.
- Ale ona chyba nie chce rozmawiać z tobą.
- Nikt nie pyta cie o zdanie..
- Ty te..
- Dosyć! - przerwałam im. - Wszystko w porządku, Emilio. - Wyswobodziłam się z jego uścisku. - Wyjaśnię sobie coś z moim szwagrem - wyraźnie zaakcentowałam ostatnie słowo - i zaraz wracam.
Włoch rzucił zirytowane spojrzenie w kierunku Castillo.
- Będę za drzwiami.
Przytaknęłam skinieniem głowy i zbliżyłam się do ojca Violetty.
- Więc o czym chciałeś porozmawiać?
- O nas.
- O nas? - zaśmiałam się, kpiąco. - Nie ma żadnych nas, Germanie. A może pochwaliłeś się narzeczonej? - syknęłam, usiłując spojrzeć w jego oczy, lecz mężczyzna unikał mojego wzroku. - Nie jesteś wobec nas uczciwy, ani szczery. Jesteś nikim. Nie zbliżaj się do mnie. - Chciałam wrócić do mieszkania, lecz ponownie zatrzymał mnie jego głos.
- Nie mów, że o mnie zapomniałaś.
- Nie zapomniałam. - zatrzymałam się, przełykając ślinę i w końcu decydując na szczerość przed nim i samą sobą. - Pamiętam każdy twój dotyk, uśmiech i pocałunek. Wciąż słyszę, jak wołasz mnie przez sen i żegnasz na dobranoc..
- Zniszczyłem to. Zabiłem naszą miłość.
- Nie można zabić czegoś, co dawno było martwe. - Gorzko przełknęłam ślinę, spoglądając na niego. Stał oparty o ścianę ze wzrokiem wlepionym w podłogę.
- Ty naprawdę mnie kochałaś..
- Bardziej niż kogokolwiek - przytaknęłam. Łzy zebrały mi się w kącikach oczu. - Chcę wierzyć, że i ty mnie kochałeś..
German nie odpowiedział. Popatrzył na mnie oczami pełnymi bólu i smutku, po czym podszedł, przysuną do ściany i złożył na moich ustach gorący pocałunek. Nie był ani zbyt gorliwy, ani za delikatny. Oddawał dokładnie wszystko to, co czuliśmy. Był jak ten pożegnalny pocałunek sprzed kilku miesięcy, gdy spędziliśmy pierwszą, wspólną noc.
Zacisnęłam pięści na kołnierzu jego koszuli i mocniej złączyłam nasze wargi. Nie próbował mnie dotykać, lecz zatopił dłonie w moich włosach i tak, jak ja - poddał się chwili, skupiając na tym jednym pocałunku. Każde osunięcie naszych ust krzyczało inną melodią, każde było inne i niepowtarzalne. Nigdy nie całował mnie w ten sam sposób, zawsze zachowywał te nutkę tajemniczości.
W końcu niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Nie wiem jak, nie wiem kiedy, nie obchodzi mnie czyje usta wtedy będziesz całować.. jesteś moją dziewczyną - wysapał wprost do mojego ucha, po czym zdecydowanie odsunął się i nie obejrzawszy się w tył - odszedł, zostawiając mnie samą.
Moje serce kołatało dwa razy szybciej, niż podczas spaceru, całe ciało trzęsło się niczym w febrze, a kąciki oczu były mokre od kropelek łez.
"Nie rozkleję się" - powtarzałam sobie w myślach, lecz kiedy przekroczyłam próg mieszkania i zobaczyłam siedzącego na kanapie Emilia, po prostu wybuchłam.
Popędziłam do mężczyzny, wtulając się w niego, jakbym chciała wniknąć w jego ciało. Ciepło od niego bijące dawało mi dawno zapomniane poczucie bezpieczeństwa i spokój. Emilio, jakby słyszał moje myśli, bo bez wahania zacieśnił uścisk i począł kciukiem gładzić moje udo.
- Jestem, skarbie, jestem, kochanie - szeptał, obsypując czubek mojej głowy pocałunkami.
Płakałam pierwszy raz, odkąd wyjechałam do Włoch. Stopniowo czułam, jak niewidzialna zapora pomiędzy mną, a emocjami znika i mogę się ich wszystkich wyzbyć razem ze łzami.

Nazajutrz obudziłam się w swoim łóżku, otulona ciepłym kocem. Z kuchni dobiegły mnie rozmowy Ivi i Emilio w ich ojczystym języku. Niby umiałam go, lecz z tego o czym mówili nie zrozumiałam nic. I pomyśleć, że byłam we Włoszech... i to wszystko przez...
Zamknęłam oczy. Wszystko błyskawicznie pojawiło się przed moim oczami - poznanie Javiera, zapoznanie go z szwagrem, wspólne święta, zmiana Germana na lepsze... i na końcu śmierć chłopca, który nic nie zawinił, nic złego nie robił. 

Łzy napłynęły do moich oczu, gdy przypomniałam sobie to wszystko. Do tego sytuacja z Germanem.
"Nie wiem jak, nie wiem kiedy, nie obchodzi mnie czyje usta będziesz całować... jesteś moją dziewczyną"
"Zabiłem tą miłość"
- Angie. - do pokoju weszła Ivi, trzymając talerz smacznie wyglądających kanapek. - Płaczesz? - Widząc łzy, odłożyła jedzenie na biurko i przytuliła mnie. Była osobą, która również diametralnie się zmieniła. Każdy się zmienił.
- Wszystko w porządku? - Emilio wszedł do sypialni i usiadł obok nastolatki. - Chodzi o Germana? - zapytał, podnosząc przy tym brew.
- Ten leszczu tu był? - zdziwienie i rozgoryczenie malowało się na twarzy brunetki. No tak, w jednym się nie zmieniła...
- To nie istotne... - wyjąkałam, poprawiając swoje włosy. Nastolatka przewróciła oczami i wyszła z pokoju, mówiąc coś o moim szwagrze. Emilio objął mnie ramieniem, głaszcząc go.
- Chodzi o niego, prawda? - zapytał, wskazując na nasze wspólne zdjęcie, stojące na biblioteczce. Byliśmy szczęśliwi, codziennie zasypiałam w jego ramionach, a pocałunkami, pieszczotami i rozmowami poznawałam go na nowo.
Wstałam z łóżka i wrzuciłam fotografię do szuflady biurka.
- German się zmienił. Nie był taki. Gdybyś nas zobaczył, przed śmiercią... - głos mi się załamał. W dłoni trzymałam zdjęcie ze Świąt Bożego Narodzenia. Czuć było od niego tą magię. Magię nie tylko samych świąt...
- Przed czyją śmiercią? - odwróciłam wzrok w kierunku Ivi, która oparta o framugę drzwi, patrzyła zaciekawionym wzrokiem.
- Javiera. - podałam Emilio zdjęcie, któremu przez moment się przyglądałam. Zainteresowana Ivi, przybliżyła się do Włocha, chcąc zobaczyć chłopczyka.
- To on. - pokazałam palcem na malutką, śmiejącą się istotkę. - Javierka poznałam, gdy Violetta miała problemy zdrowotne. Pamiętam, że zaczepił mnie pytając się czy mam czekoladę... - uśmiechnęłam się na samo wspomnienie pierwszego spotkanie z chłopcem.
- Dowiedziałam się od pielęgniarki, że Javier ma białaczkę i jest pod stałą opieką w szpitalu. Jego rodzice umarli w wypadku samochodowym, a babcia opiekowała się nim, dopóki sama nie popadła w chorobę. On miał tylko 6 lat... - zauważyłam, że Włosi z uwagą przyglądają się fotografii.
- Zapoznałam go z Violettą... i Germanem. Wtedy poznałam go z innej strony, on był zafascynowany Javierem, pokochał go jak rodzic, pokochał go jak ja. Spędzaliśmy z nim czas, przychodziliśmy do niego, a on tak się cieszył na nasz widok... nigdy nie zapomnę jego szczęścia, gdy dowiedział się że spędzi z nami święta. W Sylwestra byliśmy z Germanem w jednym miejscu, spędzaliśmy go razem... nagle zadzwonił Ramallo, asystent przyjaciel szwagra. Powiedział, że stan Javiera się pogorszył. Ja...ja... byłam przy nim jak umarł. - łzy lały się po moich policzkach. - Wszystko pamiętam, wszystko... powiedział, że boli go główka, że jak wyzdrowieje to chcę malować... Nie chciał być sam jak pójdzie ze swoim aniołkiem do nieba... i nie był. Ale odszedł. - szlochałam, nie opanowując emocji. Ivi wtuliła się we mnie, mocząc pojedynczymi łzami moją koszulkę. Emilio objął nas obie.
- Ciii. - szeptał do nas, a ja przetarłam oczy. Nastolatka również już się uspokoiła, patrząc na mnie ze współczuciem.
- Jesteś najsilniejszą osobą, którą znam.. - szepnęła. 

Uśmiechnęłam się lekko, dając im znak, że chcę zostać sama. Kiedy wyszli z sypialni, ubrałam się, uczesałam i zrobiłam lekki makijaż. 
Po skończonym śniadaniu, rzekłam tajemniczo:
- Chciałabym was gdzieś zaprowadzić. 
Emilio i Ivi wymienili spojrzenia, ale przystanęli na propozycję i posłusznie powędrowali ze mną poza mieszkanie. 

Przekroczyliśmy bramę cmentarza w ciszy. Powoli ruszyliśmy główną ścieżką, a ja przypominałam sobie pogrzeb Marii, taty i Javiera. 
Przemknęłam oczy, cicho wzdychając, skręciłam w szereg równo ustawionych nagrobków. Włosi szli za mną, szepcząc coś do siebie.
- To tutaj. - rzekłam, siadając na ławce przed kamienną płytą. Emilio zajął miejsce

obok mnie, a Ivi stanęła przy nas. To tutaj, kilka miesięcy temu został pochowany Javier. To tu leży jego malutkie, bezwładne ciało. Przygryzłam wargę i wtuliłam się w towarzysza, który gładził mnie po włosach.
- Mam nadzieję, że spotkał tam swoich rodziców i są szczęśliwi. - szepnęła Ivi zduszonym głosem. 
Wyobraziłam sobie to. To, jak cieszy się obecnością rodziców. To jak maluje z nimi i opowiada o oddanej mu Angie i opiekuńczym wujku Germania, który ma taaaaki wielki brzusio. Opowiada o wszystkim co widział... Przeżegnałam się i pomodliłam, po czym razem z Włochami, ruszyłam w kolejne miejsce.
- Czemu świat jest taki okrutny? - jęknęła brunetka, idąc, lecz nadal przyglądając się znikającemu już za horyzont nagrobkowi.
- To my budujemy świat i od nas zależy jaki on jest. - odpowiedziałam i ujęłam dłoń dziewczyny. - Teraz chcę, żebyśmy zatrzymali się przy grobie mojej siostry. - zauważyłam na twarzy nastolatki uśmiech. Chyba dobrze pamięta, jak to ona podała się jako Maria Saramego. Emilio również uniósł kąciki swoich ust. Idąc dalej, w końcu doszliśmy do nagrobka.
- Moja mama ją uwielbiała. - westchnął Włoch i cmoknął ustami.
- A ty nie? - udałam oburzenia, parskając przy tym śmiechem. Objęłam moich towarzyszy i w ciszy, obserwowaliśmy nagrobek. Paliło się na nim kilka czerwonych zniczy, a w wazonie czerwona róża- ulubiony kwiat Marii. Uwielbiałam wspominać czasy, gdy Maria po kryjomu wychodziła z domu na randki z Germanem i wracała za każdym razem jedną różą. Gdy jej się oświadczał powiedział, że każda róża to miłość, która na nowo odradzała się z każdym ich spotkaniem. Dlatego je tak uwielbiała.
- Angie. - Ivi dotknęła mojego zaróżowiałego i mokrego policzka... sama nie wiedziałam, że łzy kapały z moich oczu. - Chodźmy już...
Przytaknęłam i ruszyłam z nimi, w stronę wyjścia.

 "Może niedługo się zobaczymy" - dodałam w myślach i z lekkim uśmiechem prowadziłam Włochów w kolejne miejsce. Aleje parku były zajętę przez rodziny przechadzające się z dziećmi przed porą obiadową. Udało się nam- staruszkom- przepchać przez tabun dzieci i młodych rodziców. Emilio niespodziewanie objął mnie w talii, zerknąwszy na dzieciaki, które biegły do swojej mamy.
- Czasem też tak myślisz, że nigdy nie będziesz mieć dzieci? - otworzyłam szeroko oczy. Pytanie przyjaciela wytrąciło mnie z równowagi. Miałam Javiera... co prawda nie był on moim synem, ale czułam się jak matka.
- Ja... nie, nie. - pokręciłam głową, zerkając na nastolatka, która beznamiętnie patrzyła w niebo. - Ej, młoda, co ci jest?
- Zdołowałaś mnie. - wybełkotała, mamrocząc coś o mojej siostrze i Javierku. Wypuściłam powietrze nosem, by lekko się uspokoić.
- Angie! - usłyszałam krzyk za swoimi plecami. W moją stronę szedł Pablo, z torbą na ramieniu i trzy..a może dwudniowym zarostem na brodzie. Zdyszany.. i spocony.. podszedł do mnie, przytulając mnie przy okazji.
- Kochana, tak strasznie cię przepraszam za tą moją nadopiekuńczość. - poczułam jak Włoch zabiera rękę z mojej talii. - Po prostu... aa, chyba w niczym nie przeszkadzam... - Pablo zauważył Emilia i stojącą za mną Ivi.
- Nie, nie... Pablo to jest Emilio, Emilio, to mój przyjaciel Pablo. - uścisnęli swoje dłonie, - A to Ivette.
- Ivi, miło mi cię poznać. - przerwała nastolatka, słysząc swoje pełne imię. Uśmiechnęłam się do Pablo, który mierzył wzrokiem blondyna. Chrząknęłam cicho, chcąc zwrócić uwagę bruneta.
- Ee, szedłem do Studia.
- Świetnie, my też się przejdziemy. - oznajmiłam, głaszcząc po plecach nastolatkę, która w końcu się uśmiechnęłam. Pablo również się uśmiechnął, lecz mało entuzjastycznie. 

Ruszyliśmy w stronę szkoły, rozmawiając o muzyce. Mogłam zauważyć, że Ivi szybko polubiła bruneta, dobrze im się rozmawiało.
- Czyli Violetta się tam uczyła? - przytaknęłam, na pytanie dziewczyny.
- Ugh... - jęknęła, ale ja uśmiechnęłam się, bo w tym momencie pomiędzy koronami rozłożystych drzew ukazał się kolorowy budynek Studia.


_______________________________
131 rozdział za nami. 
Trochę Germangie, a co. :D
Mamy nadzieję, że rozdział się Wam podobał.
Czekamy na wszelkie groźby, prośby, komentarze.

Do przeczytania!
W&Z

środa, 5 listopada 2014

Rozdział 130

(...) W drzwiach stał Emilio, wraz z Ivi.
Przytuliłam oboje, czując łzy szczęścia na policzkach.
http://27.media.tumblr.com/tumblr_l8kay8rg6c1qcv99so1_500.jpg- Co wy tu robicie? - zapytałam, zapraszając ich do środka. Emilio spojrzał na dziewczynę, która przewróciła oczami i rzuciła mi się na szyję. Oboje wyglądali na zmęczonych, ale mimo to uśmiechali się wesoło. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo brakowało mi optymizmu Emilia i jego promieniującej radości
- Postanowiliśmy, że skorzystamy z wakacji i zwiedzimy sobie Argentynę..
- Powiedziałam mu, że musimy przyjechać. - szepnęła mi do ucha dziewczynka. Uśmiechnęłam się do blondyna, na co wzruszył ramionami, odwzajemniając gest.
- Zmusiła mnie - dodał, a ja się zaśmiałam.
Ivi w końcu niechętnie oderwała się ode mnie i weszła do salonu. Wskazałam Emilio moją sypialnię, gdzie zostawił dwie, opasłe torby.
- Rozumiem, że wprowadzacie się na dłużej? - zaśmiałam się, patrząc na Włocha, który w skupieniu patrzył na zdjęcia, stojące na komodzie. Kiwnął głową, zajęty wpatrywaniem się w ramki.
- Kto to? - wskazał na zdjęcie moje i Pabla.
- Mój przyjaciel, Pablo. Opowiadałam ci o nim - rzekłam, uśmiechając się. Spoglądając ze zdjęcia na zdjęcie, mój wzrok zatrzymał się przy fotografii z Germanem z okresu świąt. Siedzieliśmy na kanapie, mężczyzna obejmował mnie ramieniem, a ja wtulona w niego, muskałam nosem jego brodę.
- Coś się zmieniło, odkąd wróciłaś? - zapytał.
- Nic czego byś nie wiedział - skłamałam, nie wspominając o nocy spędzonej ze szwagrem. To nie była pora na takie zwierzenia.
- A Violetta?
- Po tym razie, kiedy się pokłóciłyśmy, więcej jej nie widziałam.
Emilio wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie do pokoju wpadła rozanielona Ivi.
- Angie, masz piękne widoki z okna! - zapiszczała. Widać było, że bardzo się zmieniła, wróciwszy do rodziców.
- Masz za sobą długą podróż, jest po 21, więc teraz grzecznie pójdziesz spać, a jutro po mojej zmianie wybierzemy się na spacer - oświadczyłam, gasząc entuzjazm nastolatki. - No a  teraz chodź do mnie jeszcze, muszę ci się przyjrzeć! - zaśmiałam się, rozchylając ramiona. - Urosłaś.
- A ty zmizerniałaś. Jak się czujesz? - wtrącił Emilio.
Usiadłam na kanapie, biorąc dziewczynę na kolana. Mężczyzna stał obok fotela z rękami włożonymi do kieszeni i badawczo mi się przyglądał.
Znaczącym spojrzeniem  dałam mu znak, że nie jest to temat, w który powinna zagłębiać się kilkunastolatka i mocniej przesunęłam ją do siebie.
- Tak, Angie, powiedz - poprosiła,  chwytając mnie za szyję i badawczo spoglądając w oczy.
Zganiłam Emilia w myślach,  mrucząc łagodne dobrze. Mężczyzna posłał mi nerwowy uśmiech,  ale nie opanował,  dopóki Ivi nie wyszła z salonu.
Przeciągnęłam się ospale, rzucając aluzję, iż nie mam ochoty na rozmowę o moim zdrowiu. Przyjaciel jednak wygodnie usadowił się obok mnie i objął ramieniem.
- Nie patrz tak na mnie - prychnęłam.
- Patrzę na ciebie, jak zakochany w młodszej siostrzyczce brat - odparł jednym tchem i pozwolił mocniej wtulić się w jego tors.
- Kocham cię, przyjacielu - szepnęłam, ziewając.
Dopiero teraz zrozumiałam,  jak bardzo brakowało mi czyjegoś ciepła i obecności,. Przy Emilio nareszcie znowu poczułam się bezpiecznie, w końcu od bardzo długiego czasu odzyskałam spokój,  ciesząc się nim, nawet jeśli wiedziałam,  że jak to bywa moim życiu -  będzie on trwał tylko chwilę..
Ocknęłam się dwie godziny później za sprawą dźwięczącej komórki.  Zaspana, zarejestrowałam,  że nie znajduję się już na kanapie, w objęciach przyjaciela, ale w sypialni, obok pochrapującej Ivi. Czym prędzej dotykiem odszukałam urządzenie i wybiegłam do łazienki.
- Halo? - wymamrotałam do słuchawki, patrząc na swoje zmasakrowane odbicie w lustrze nad umywalką.
- Halo, dzień dobry. - Usłyszałam głos mamy Ivi. - Zdaję sobie sprawę z różnicy czasu, ale już nie mogłam wytrzymać.  Co prawda pan Emilio dzwonił po podróży...
- Wszystko jest w jak najlepszym  porządku. - Zapewniłam, przerywając jej wpół zdania. - Pańska córka dotarła do mojego mieszkania bezpiecznie, z tego co wiem lot też minął bez komplikacji,  a jeśli ma pani na myśli tę niespodziewaną wizytę,  to bardzo się cieszę z odwiedzin Ivi. Myślę,  że spędzimy razem we trójkę miło czas. Będziemy na bieżąco do państwa dzwonić.
- Bardzo dziękuję, już się z mężem martwiliśmy, że może..
- To nie problem. - Znów się wtrąciłam. - Cieszę się, że mogę spędzić trochę czasu z państwa córką. Bardzo przepraszam, ale..
- Och, tak, środek nocy. - Tym razem przerwała mi Brytyjka. - Dziękuję, dobrej nocy. - I zakończyła połączenie.
Potrząsnęłam niemrawo głową, nie świadoma tego, co przed chwilą się rozegrało i odłożyłam telefon na pralkę, poprzednio zerkając na godzinę, dochodziła druga w nocy. Następnie powlokłam się z powrotem do łóżka.

- Angie, Angie. - usłyszałam jak ktoś krzyczy mi do ucha. Przetarłam oczy i przede mną stała Ivi. Podniosłam się do pozycji siedzącej, przeciągając się przy okazji.
- Co, co? - wybełkotałam.
- Jest już dziesiąta. Chodź, śniadanie czeka. - Brunetka siłą wyciągnęła mnie z łóżka i pociągnęła do kuchni, gdzie Emilio nakładał jajecznicy. Oboje byli już ubrani.
Usiadłam przy stole, ziewając.
- Kawy? - zapytał Emilio, trzymając dzbanek z ciepłym napojem. Kiwnęłam głową i zaczęłam jeść śniadanie. - Pozwoliłem sobie, zajrzeć do twojej lodówki  i szafek - oznajmił, siadając obok mnie. Wybełkotałam coś niewyraźnie, z ustami pełnymi jajek.
- Wszystko dobrze, Angie? Wyglądasz na zmęczoną... - zapytała nastolatka, siadając po przeciwnej stronie.
- Dzwonili twoi rodzice, pytając się czy wszystko dobrze. - Przypomniałam sobie incydent z nocy. Zauważyłam jak kąciki ust dziewczyny wędrują ku górze.
Śniadanie zjedliśmy w miłej atmosferze, dawno nic nie smakowało mi tak dobrze. Nie wiedziałam czy to zasługa kucharza, czy towarzystwa. A może jedno i drugie tak na mnie wpłynęło?- Co będziemy zwiedzać? - pisnęła podekscytowana Ivi,odkładając brudne talerze do zlewu.
- Buenos Aires, a co innego? - zaśmiałam się, zmierzając do sypialni. Dziewczyna podążyła w ślad za mną.
Otworzyłam szafę w poszukiwaniu ubrań na dzisiejszy dzień. Od razu w oczy rzuciła mi się kolorowa sukienka w kwiecistym wzorze, wciśnięta w kąt mebla. Westchnęłam, rozprostowując ją. Łączyły się z nią wspomnienia z tamtego życia, z tamtego świata, gdzie miałam spokojny dom, pracę, byłam zdrowa..
Pewnym ruchem założyłam ją na siebie, była lekko ciasna w okolicach bioder, ale wciąż się sobie w niej podobałam.
Z uśmiechem na twarzy, całą trójką wyszliśmy z mieszkania. Buenos Aires było pełne ludzi, ze względu na wakacje, pogoda dopisywała. 
- Czyli pracujesz w restauracji? - zapytał Włoch, gdy skręciliśmy do miejskiego parku. Kiwnęłam głową, przypominając sobie ostatnią sytuacje z Pablo w pracy.
- Tak poza tym... chcę otworzyć Studio we wrześniu, ale boję się, że nie zdąrzę - dodałam, patrząc na Ivi, która obserwowała ogromne biurowce, rozstawione w około parku. - I jak? - zapytałam.
- Świetnie... Emilio dasz mi kilka peso, strasznie chcę mi się pić? - mężczyzna dał dziewczynie pieniądze, a ona pobiegła do pobliskiej budki.
- Usiądźmy. - poprosił, wskazując jedną z pobliskich ławek.
Uwielbiałam tą porę roku i ten park. Lato zawsze rozweselało to miejsce, które na jesień zaczynało zasypiać.
- Pięknie tu. - rzekł Emilio, obejmując mnie ramieniem.
- Taak. - westchnęłam, opierając się o ramię mężczyzny.
- Ej, zakochani, chodźmy dalej. - usłyszałam krzyk Ivi, na co razem z Włochem wybuchnęliśmy śmiechem. Tęskniłam za nimi... zawsze chciałabym, żeby tak było.
Następnym przystankiem była kawiarnia, w której zamówiliśmy po pucharze lodów. Ivi przez ten czas rozmawiała z rodzicami, Emilio przyglądał się ludziom przechodzącym przez ulicę, a ja wpatrywałam się w nich. Dokończyłam swoją porcję i pogoniłam swoich towarzyszy. Zaprowadziłam ich do muzeum sztuki nowoczesnej i oceanarium, przy okazji na kolejne dni planując wyjście do kina i na basen.
- Już dziewiętnasta... - oświadczyłam, siadając na ławce. Włosi zajęli miejsca obok mnie, wygrzewając się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
- A co na kolacje? - zapytała nastolatka, a ja otworzyłam szeroko oczy.
- Zapomniałam pójść do sklepu. - Uderzyłam otwartą dłonią w czoło.
- Spokojnie - zaśmiał się Emilio. - Pójdziemy na zakupy i w domu przyrządzimy domowej roboty pizze. Co wy na to? - Podsunął pomysł
Na samą myśl o prawdziwym, włoskim jedzeniu poczułam burczenie w brzuchu i razem z Ivi ochoczo przystanęłyśmy na propozycję.
- Pospieszmy się, bo..
- Angie. - Usłyszałam za sobą znajomy głos.
Wstałam z ławki i wzięłam głęboki wdech, po czym powoli go wypuściłam. To Violetta szła w moją stronę, a za nią mogłam dostrzec Germana i jego narzeczoną.
Nerwowo poprawiłam włosy. Poczułam jak dłoń przyjaciela wsuwa się w moją.
- Violu...
- Angie, to ta zołza, która cię tak potraktowała? - Ivi stanęła obok mnie, mrużąc oczy.
Brunetka zacisnęła wargi, pomalowane szminką w kolorze ciemnego różu, aby po chwili je wydąć w kpiącym uśmiechu.
- A ty kim jesteś, żeby mnie przezywać? - zapytała po chwili, i przeniosła ciężar ciała na drugą nogę. Wzrokiem podążyłam w dal za jej plecami, gdzie zauważyłam jak German patrzy na palce Emilia, zaciśnięte na mojej dłoni.
- Na pewno osobą, która lepiej traktuje dorosłych - burknęła.
http://24.media.tumblr.com/b7dd966706835cb58900a9a8f03a0f3e/tumblr_mkc2x0jmRn1rgam16o4_250.gif- Ivi, dosyć. - Zganiłam ją. Oderwałam się od Włocha i podeszłam do siostrzenicy, która wlepiła wściekły wzrok w chodnik.
- Kim oni są? - tym razem pytania nie zadała nastolatka. Zwróciłam wzrok na Germana, który niespodziewanie znalazł się tuż za jej plecami. Tępo spoglądał na Emilia, a jego brawa brew była nieznacznie uniesiona. Esmeralda mocno trzymała się ramienia mojego szwagra, co przyprawiło mnie o złość. Szwagier, kochanek, były...
- A co was to obchodzi? - wybuchnęłam - Co ja was obchodzę? Co ja CIEBIE obchodzę? - Wycelowałam palcem w Germana. Czułam wściekłość i momentalnie zrobiło mi się gorąco. Jak oni śmieli wtrącać się w moje życie?
Z uporem starałam się spojrzeć w oczy mężczyzny, lecz ten skrupulatnie unikał mojego wzroku, z zaciśniętymi wargami obserwując jakiś punkt daleko za moimi plecami.
Zerknęłam na Violettę, która z bólem w oczach patrzyła to na mnie, to na swego ojca. Ivi wraz z Emilio obserwowali całe zdarzenie zza moich pleców. Przechodnie patrzyli na mnie jak na wariatkę, ale mnie to nie obchodziło. Podeszłam do siostrzenicy i złapałam jej dłoń.
- Bardzo cie kocham, mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz moją decyzję i mi wybaczysz. 
Pocałowałam dziewczynę w czoło, po czym odwróciłam się na pięcie i nie zważywszy na nic, ani nikogo, odeszłam. 

________________________________
I drugi rozdział naszego autorstwa mamy już za sobą. :D
Germi taki zazdrosny, a jak. 
Czyżby Emiliangie?

Do przeczytania!
W & Z

niedziela, 19 października 2014

Rozdział 129

Do rozpoczęcia roku szkolnego pozostały niecałe trzy tygodnie, a nad całą kadrą nauczycielską wciąż ciążyły różne prace i formalności. Z całych sił staraliśmy się zapanować nad chaosem związanym z nowymi obowiązkami. Pablo pomagał mi, jak mógł, ale codzienne zmiany w restauracji i wielogodzinne wypełnianie dokumentów odbijało się na mnie echem.
- Angie, odpocznij. - Pablo siłą wyrwał mi z rąk teczkę, z której hurtem posypały się kartki.
Opadłam na krzesło i odchyliwszy głowę do tyłu, przetarłam twarz dłońmi, głośno wzdychając.
- Jak się czujesz?
Odkąd Pablo poznał prawdę, stał się nie do wytrzymania; na każdym kroku mnie kontrolował i z naciskiem odradzał poszczególne plany. Apogeum osiągnął podczas którejś z kolejnych zmian w
restauracji.
- Proszę cię, nie możesz się przemęczać. - Przejął ode mnie tacę z filiżankami i zaprowadził do stolika. Nie zdążyłam nawet policzyć do trzech, kiedy zza zaplecza wyłonił się zdegustowany szef.
- A pani to co? Nóżki od szpileczek bolą? - warknął, opierając ręce na biodrach.
- Przepraszam, już biorę się do pracy.. - jęknęłam, podnosząc się, lecz w tej samej chwili zareagował brunet.
- Pani nie może się przemęczać - rzekł stanowczo.
- To ja decyduję o tym, co można, a czego nie można w moim lokalu - odburknął.
Pablo już otwierał usta, żeby coś wtrącić, ale w porę go uprzedziłam:
- Daj spokój, to moja praca. Zobaczymy się popołudniu - powiedziałam, odchodząc.
W chłodni napotkałam Bellę.
- Hej, co jest? - spytała, odkładając na szafkę koszyk z owocami.
W odpowiedzi machnęłam ręką i z markotną miną zabrałam się za gorączkowe przegrzebywanie pierwszego - lepszego pudełka, w rzeczywistości nie wiedząc, co tak naprawdę tam robię.
- Angie..
- Pogadajmy o czymś innym. - Machinalnie odwróciłam się w jej stronę, - Jak twoja sytuacja z Erickiem? Nadal twierdzisz, że to zamknięty rozdział?
Kobieta westchnęła ciężko i oparła się o krawędź pułki z nabiałem.
- Przyszedł wczoraj do mojego ojca - powiedziała cicho. - On nigdy go nie lubił, twierdził, że jest dla mnie nieodpowiedni, nie akceptował mojego uczucia do Ericka. Nie wiem czego oczekiwał, przychodząc do naszego mieszkania, ale zakończyło się kłótnią, ojciec nie chciał go do mnie dopuścić. Zostawił tylko to. - Rozchyliła pięść, w której krył się jeden, pojedynczy klucz z dopiętym breloczkiem w kształcie pióra.
- To klucze do mieszkania, samochodu?
- Wątpię. - wskazała na wygrawerowane cyfry na odwrocie ozdoby.
- Adres! Bell, sprawdzałaś co tam jest? - pisnęłam, podekscytowana, całkowicie zapominając o zdarzeniu sprzed minuty.
- Nie, nie wiem czy chcę to wiedzieć.
- Och, to prezent, niegrzecznie odmawiać - zaśmiałam się, ciągnąc dziewczynę w kierunku drzwi.
Złapana przeze mnie taksówka zawiozła nas parę przecznic dalej, w jedną z odludnych uliczek. Znajdował się na niej jeden sklep monopolowy, jakiś kantor i parę kamienic.
- Dziękujemy. - podałam kierowcy banknot, po czym wysiadłam z pojazdu. Bella przeglądała się budynkowi, który wyglądał na odnowiony, w około znajdowało się kilka drzew. Wyraźna liczba na ścianie oznaczała, że jesteśmy na miejscu. Kobieta z wyraźną niechęcią podeszła do drzwi, i otworzyła podarunkiem od Ericka. Weszłyśmy do środka, i od razu w oczy rzucił się brak miejsca, spowodowany przez regały pełne..
- Książki? - zdumiłam się. W tym samym momencie z ust mojej przyjaciółki padło to samo słowo, lecz w jej głosie dosłyszałam się zachwytu. Krzyknęła, i zaczęła wertować regały. Również wzięłam w dłoń jedną i przeczytałam tytuł.
- O krok za daleko - mruknęłam i odłożyłam ją na miejsce.
- Jestem w raju. - szepnęła, podchodząca do mnie Bella. Jej oczy błyszczały od radosnych iskierek podniecenia i wyraźnej osłonki łez.
Jeszcze raz, uważnie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dużą salę wypełniały szafki dostosowane do wygiętych w łuki ścian w kolorze pudrowego różu, przeplatanego z kawowym odcieniem. Po środku stały trzy osobne biblioteczki, a naprzeciw drzwi doszukałam się kanapy, fotela i biurka. Miejsce wyglądało na gustownie nowourządzone.
- No, no - zdołałam wydusić.
- Cieszę się, że i pani zainponowałem. - O mało nie podskoczyłam, kiedy z drzwi, kryjących się za jednym z regałów doleciał nas męski głos. Po chwili w odległości zaledwie paru kroków ode mnie stał Erick. Teraz wyraźniej mogłam się mu przyjrzeć, niż pamiętnego wieczoru, gdy pobił adoratora byłej dziewczyny. Miał na sobie czarne, sztruksowe jeansy, białą, dokładnie wyprasowaną koszulę i marynarkę z tego samego materiału i koloru, co spodnie. Ciemne włosy sięgały mu nieco za ucho, a z brązowych oczu emanuował spokój, rozsądek i życzliwość. Aż trduno było uwierzyć, że taki człowiek byłby w stanie zaatakować drugiego.
- Ale gdzie moje maniery, nie przedstawiłem się! Pani wybaczy, Erick. - Skłonił się nieco.
- Angeles, proszę mówić mi Angie. - Uśmiechnęłam się niepewnie.
Kątem oka spojrzałam na zastygłą Bellę. Splatając ręce na piersiach, zaciskała  wargi, wbiwszy wzrok w jasne płytki. Erick z wyczekiwaniem i lekkim uśmiechem zbliżył się do niej, opierając na drewnienej lasce.
- Ma pan niesamowitą kolekcję. - Przerwałam niezręczną ciszę.
Mężczyzna z trudem oderwał wzrok od młodej kobiety i przenosząc go na mnie, rzekł:
- To własność Belli.
Nie dało się nie zauważyć, jak brunetka rozchyla usta ze zdziwienia, gwałtownie spoglądając na byłego partnera.
- Chyba musicie porozmawiać.. - Bardziej zabrzmiało to jak pytanie, niż stwierdzenie, ale ani Erick, ani Bella nie zwrócili uwagi na moje słowa, powracając do stanu sprzed minuty. - To ja.. - Wskazałam na drzwi. - Do widzenia. - Niemalże wyszeptałam i opuścisłam budynek.

Późnym popołudniem wróciłam do Studia z zamiarem uporządkowania dokumentów. Budynek skąpany był w ciszy i półmroku. Kiedy myślałam, że jestem sama, usłyszałam zbliżające się w moim kierunku kroki. - Gregorio. - mężczyzna zatrzymał się na dźwięk swojego imienia. - Możemy pogadać? - zapytałam, patrząc na niego. Odwrócił się po chwili i zobaczyłam, że dobrze wie, jaki temat chcę poruszyć.
- Ee, spieszę się. - wybełkotał, obracając w dłoni małą, żółtą piłeczkę. Był  spięty, a na jego twarzy lśniły krople potu.
- Proszę, zajmie nam to moment. - posłałam mu błagalne spojrzenie.
Mężczyzna jęknął cicho, siadając przy stole i odkładając na bok swoje rzeczy. Podeszłam do ekspresu z kawą i wypełniłam nią dwa kubki. Kątem oka zerknęłam w górę, gdzie znajdował się stary plan lekcji oraz zdjęcie kadry nauczycielskiej. Błękitne ściany lekko zbladły, lecz nadal widać było, że to ta sama, stara sala, do której weszłam zapytać o pracę. Uśmiechnęłam się w duchu, a wzrokiem wróciłam do nauczyciela tańca, który miał odwróconą głowę w strone zdjęcia wiszącego na ścianie. Wiedziałam na kogo patrzy... na Antonia, który szczęśliwy obejmował z jednej strony jego, a z drugiej Pabla.
- Proszę. - podałam mu kubek z kawą i usiadłam naprzeciwko niego. Spojrzał na kawę, a potem na mnie. - Włochy... co tam robiłeś? Męczy mnie to. - wyznałam. Gregorio upił łyk kawy i westchnął.
- Szukałem syna. - palnął.
Nieomal zakrztusiłam się napojem. Gregorio ma syna - to wyznanie wytrąciło mnie to z równowagi. Znam go tak długo, a jednak wszystko wciąż wskazywało na to, że dotychczas bardzo się myliłam.
- I... i znalazłeś go? - zapytałam, starając się ukryć oszołomienie.
Żeby się czymś zająć, zaczęłam stukać palcem w stół, co wybawiło z niego cichy pomruk niezadowolenia.
 Kiwnął głową. Przez dłuższy moment panowała głucha cisza. Słychać było jedynie tykanie zegara i dźwięk obijanych knykci.
- To Tomas - wykrztusił w końcu.
Zamarłam. Czy on miał na myśli tego Tomasa? Tego Hiszpana, który był asystentem Beto? Tego ucznia Studia? Przyjaciela Francesci? Adoratora Violetty? Tego chłopaka, wprost znienawidzonego przez swojego belfra od zajęć tanecznych?
Dobrze pamiętałam wszystkie problemy związane z Tomasem i Gregorio, teraz się okazuje, że są spokrewnieni... i to dosyć poważnie.
"Ale co chłopak robił we Włosz.. No przecież! Tomas przecież tam pracował, i nawet go spotkałam!" - krzyczałam w myślach. Nagle wszystko stało się jasne. Spojrzałam na mężczyzne, który zerkał na mnie, oczekując dwuznacznej reakcji.
- Nienawidzi mnie. Wierzy, ale nienawidzi. Mam o nim zapomnieć, mam go zostawić w spokoju, bo jak był tutaj...- pierwszy raz widziałam ćmienie łez w oczach Gregoria.
- Nie możesz się poddać, poleć do niego, choćby jutro i na spokojnie mu wyjaśnij. - podsunęłam pomysł, przerywając mu wpół zdania. - Dam radę z Beto i Pablo wyszykować wszystko, ale chciałabym żebyś wrócił przed otwarciem i... - nie dokończyłam, bo Gregorio mocno mnie przytulił. Poczułam jakiś nagły przypływ szczęścia i dziwne łaskotanie w okolicach wątroby.
- Dziękuję, Angie, dziękuję. - Porwał rzeczy ze stołu i już miał wychodzić, lecz w progu odwrócił się w moją stronę i rzekł stłumionym głosem: - Brakuje mi go, ale cieszę się.. cięszę się, że wybrał ciebie - wyznał, a ja poczułam pod powiekami łzy wzruszenia.
- Powodzenia - rzekłam, odprowadzając mężczyznę wzrokiem. Przygryzłam wargę, uśmiechając się i jeszcze chwilę wpatrując w miejsce, w którym zniknął tancerz, po czym również zaczęłam zbierać się do domu. 

W końcu udało mi się wyjść z pracy. Starłam krople potu z czoła i szybkim krokiem ruszyłam do domu.

Gdy chciałam otworzyć drzwi od mieszkania, przeszkodził mi dzwonek od telefonu. Trzymając klucze jedną ręką, drugą wyjęłam komórkę. 
Pablo - widniało na wyświetlaczu. Westchnęłam cicho i mimo zmeczęnia i niechęci, odebrałam.
- Halo. - otworzyłam drzwi, i przez przypadek upuściłam klucze, które z wielkim brzękiem upadły na podłogę.
- Halo? Angie? Co się stało? Nic nie jest? - zasypał mnie  pytaniami. Słyszałam w jego głosię troskę i lekko panikę.
- Nic mi nie jest, żyję, muszę kończyć. - rozłączyłam się pod wpływem złości, nie dając mu dojść do słowa. Położyłam klucze na komodzie, po czym wyłączyłam komórkę i włożyłam ją z powrotem do torebki, chcąc mieć chwilę spokoju.
Pablo robił to z troski, martwił się o mnie, ale gdybym mu nie powiedziała, nie przejmowałby się mną... tylko ślubem z Monicą
Opadłam na sofę i położyłam głowę na poduszkach. W końcu znalazł swoją miłość, a ja... ja ją tracę.  Powinnam być silna, powinnam nie okazywać tego, że jestem w rozpadzie. Otarłam mokrą smugę z policzka i poczłapałam do kuchni, czując wielki głód i jednocześnie mając nadzieję, że znajdę coś w lodówce. Jogurt naturalny, ogórki, 5 jajek i pomidor.
 "Wstąpić jutro do sklepu" - pomyślałam.
Jajka, ogórki i pomidor zostawiłam na śniadanie, a zajęłam się bułką i jogurtem. Jedząc go, wróciłam do salonu i położyłam się na kanapie. Myślami byłam przy Violetcie. Czy mi wybaczy? Zapomni o mnie. Tak, na pewno tak będzie. Esmeralda wyjdzie za Germana i zostanie jej macochą idealną, w końcu utworzą perfekcyjną rodzinę, o jakiej zawsze marzył mój szwagier. 
Moje przemyślenia przerwało pukanie. 
- To są chyba jakieś żarty. - mruknęłam, wstając do drzwi. - Pablo, po co... - przerwałam w pół zdania, przecierając oczy.
Nie wierzyłam. W drzwiach stał Emilio, a u jego boku Ivi.

___________________________
Werble prosimy.
Tamtararam, oto prezentujemy 129, a zarazem debiutancką notkę Kierki. :D 
Rozdział jest owocem naszej współpracy, którą mamy przyjemność rozpocząć. 
Przy okazji możecie zapoznać się bliżej z sylwetką Ericka, czyli filmowym Remusem Lupinem i jednym z moich (W)  mężów. XD 
Mamy nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu. 

Pozdrawiamy,
W & Z

czwartek, 2 października 2014

Rozdział 128

Nazajutrz rano zadzwoniłam do Marco, że dziś, ani ja, ani Bella nie pojawimy się w pracy. Dziewczyna spała jeszcze w mojej sypialni, gdzie pościeliłam jej tuż po powrocie do mieszkania, a sama zdrzemnęłam się na kanapie. Nasz szef nie wykazał przyjaznej inicjatywy i z nieodzowną złośliwością zdobył się na kilka komentarzy, ale niechętnie przystanął na udzielenie nam jednodniowego urlopu.
Zadowolona z pozytywnie zakończonej misji, podreptałam do kuchni i przygotowałam talerz tostów z serem i szynką. W chwili, gdy kończyłam parzyć kawę, w progu stanęła zaspana brunetka. Jej oczy były podpuchnięte i zaczerwienione, włosy rozczochrane, a na policzkach zalegały pozostałości tuszu. Domyśliłam się, że musiała przepłakać pół nocy, ale posłałam jej zachęcający uśmiech i zaprosiłam do stołu.
- Jak to jest, że ty masz zawsze tyle energii? - zapytała, upijając łyk napoju.
- O to samo mogłabym zapytać ciebie.
- Wiesz, że jesteśmy spóźnione do pracy, nie? Marco nas zabije.. - westchnęła, opierając brodę o kremowy blat.
- Dzwoniłam do niego i uprzedziłam, że dziś nie przyjdziemy.
- Wylecimy, jak nic..
- Nawet był miły - zaśmiałam się.
Nastała chwila ciszy. Dziewczyna z głową ułożoną na stole skubała brzeg tosta, a ja zastanawiałam się, jak zacząć rozmowę i ją pocieszyć.
- Wiesz, Bell..
- Wiem - przerwała mi. - Muszę się ogarnąć, wciąć w garść i skończyć z tamtą robotą.
- To też - przyznałam. - Ale przemyślałam to wszystko i myślę, że powinnaś jeszcze raz porozmawiać z Erickiem.
Brunetka gwałtownie się wyprostowała i wlepiła we mnie aromatycznie zielone oczy, tak, że poczułam się nieco zakłopotana.
- Żartujesz? Nie mam mu nic do powiedzenia.
- Ale on tobie najwidoczniej tak, skoro wczoraj cię odnalazł.
- Myślałam, że wszystko wczoraj ustaliłyśmy.
- Ja też, skarbie, pamiętasz co mówiłam? Że jeśli ludzie mają być ze so..
- To nie bajka, Angie! Nie jestem tą Bellą, księżniczką, która pokochała Rumpelstiltskina, a on mimo przeciwności losu robił wszystko, by byli razem. Nie jestem też Tonks z serii J.K Rowling o Harrym Potterze i nie będę już starała się przekonać swojego Remusa do tego, że mimo wszystko kocham właśnie jego. Nie jestem też tobą, Angie, nie będę cierpieć z miłości do faceta, który przez cały czas pokazywał, że ma mnie gdzieś..
Uśmiechnęłam się słabo, nagle czując nieprzyjemną gulę w gardle.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. - Przytuliłam ją.
- Powiesz mi, jak ty to robisz? - zaśmiała się. - Jak to jest, że mimo tego wszystkiego, czego doświadczyłaś, choroby i problemów, promieniejesz i ciągle myślisz o innych.
- Jeśli nie mogę pomóc sobie, to chcę być przy moich bliskich - odpowiedziałam.
W tym momencie rozległo się ćwierkanie mojej komórki. Na wyświetlaczu pojawił się numer Pabla. Bell ulotniła się z kuchni, natomiast ja odebrałam telefon.
- Cześć, Angie, gdzie jesteś? Czekamy na ciebie, Gregorio zaczyna się niecierpliwić..
- Cholera - zaklęłam. Zupełnie zapomniałam o spotkaniu z nauczycielami Studia. - Dajcie mi kwadrans, zaraz będę - rzuciłam i zakończyłam połączenie. W locie chwyciłam torebkę, przeczesałam dłonią włosy i ruszyłam do wyjścia, w porę przypominając sobie o mojej lokatorce.
- Bell, słuchaj, muszę na moment wyjść, ale..
- Daj spokój, leć. Ja też się zbieram i wracam do mieszkania, tato na pewno się niepokoił. Widzimy się w pracy.
Kiwnęłam głową i popędziłam na spotkanie.

Do Resto, gdzie byłam umówiona dotarłam parę minut później. Wnętrze znacznie się zmieniło; stoliki były ustawione w inny sposób, nowo ustawioną scenę zapełniały instrumenty, a na kremowo - czerwonych ścianach były namalowane nuty i wisiały zdjęcia moich starych uczniów, W miejscu przy oknie zauważyłam znajomych.
- Cześć. - Posłałam im ciepły uśmiech i zajęłam miejsce pomiędzy Pablem, a Beto. - Przepraszam za spóźnienie.
- Kochana! - Roberto rzucił mi się na szyję, wywracając przy tym cukierniczkę. - Tak się cieszę!
- Ta, my też - mruknął Gregorio, któremu złośliwym prychnięciem zawtórowała Jackie, ale przez ułamek sekundy zdawało mi się, że jego oczy zaświeciły radośnie. W duchu pomyślałam, że spróbuję się dowiedzieć więcej o jego pobycie w Rzymie, kiedy spotkaliśmy się na jednej z ulic.
- Was też miło widzieć - uśmiechnęłam się. - Dobrze, przejdźmy do konkretów. Wszyscy mamy świadomość tego, co stało się z naszym przyjacielem,, - zaczęłam, czując na kolanie dłoń Pabla. Podziękowałam mu w duchu za wsparcie i kontynuowałam. - W wyniku ostatniej woli Antonia, po jego odejściu to ja jestem właścicielką Studia - powiedziałam odważnie.
Beto zastygł z ciastkiem w ustach, Gregorio, jakby nagle zbladł, a Jackie zakrztusiła się kawą i wlepiła we mnie mordercze spojrzenie. Na pewno była wściekła i rozczarowana, że to nie jej, jako siostrzenicy zmarłego przypadł spadek. Sama kilkakrotnie zastanawiałam się nad tym, dlaczego mężczyzna nie powierzył swój dobytek komuś z rodziny, choćby związanej ze szkołą artystyczną Jackie.
- Ja też nie do końca rozumiem decyzje Antonia.. Początkowo chciałam zrzec się spadku, ale - Tu spojrzałam na Pabla - po dłuższych przemyśleniach zdecydowałam się na poprowadzenie Studia i.. potrzebuję waszej pomocy.
- M - możesz na mnie liczyć, Angie! - wyrwał się Roberto, któremu posłałam szczery uśmiech.
- Gregorio, Jackie? - Spojrzałam na nich wymownie.
- Cóż.. Ktoś musi pilnować, żebyś nie sprowadziła szkoły do bankructwa - dodał tancerz, usilnie obojętnym tonem.
- Świetnie.
- Jackie? - spytał Pablo. Kobieta siedziała z rękami skrzyżowanymi na piersiach i dzikim wzrokiem, wlepionym w cukierniczkę. - Bez ciebie sobie nie poradzimy..
- No to macie problem - syknęła, chwyciła torebkę i z hukiem opuściła lokal.

- Całkiem nieźle poszło - zaśmiał się Pablo w drodze do mojego mieszkania.
Od jutra, popołudniami mieliśmy spotykać się całą kadrą, planując nowy rok szkolny. Musiałam też pomyśleć o dodatkowym nauczycielu na miejsce Jackie.
- Hej, będzie dobrze. - Przyjaciel objął mnie ramieniem, tak że wtulona w niego i nieco uspokojona szłam dalej.
- Jak przygotowania do ślubu?
- Dobrze, to nie będzie wielkie przyjęcie, ale roboty jest sporo, został tydzień.
- Pablo, jeśli mogłabym wam jakoś pomóc, to..
- Wiem, dziękuję. - Wymieniliśmy uśmiechy i w dobrych nastrojach rozeszliśmy się do domów.

Kolejne dni minęły pracowicie. Rankiem pędziłam do restauracji, a popołudnia spędzałam w Resto z nauczycielami. Dotąd nie udało nam się znaleźć kogoś konkretnego na miejsce Jackie, ale starałam się myśleć pozytywnie, w końcu tyle czasu pracowaliśmy w czwórkę.
Każdy z nas mocno odczuł brak Antonia, kiedy po raz pierwszy przekroczyliśmy próg Studia. W wakacje, w połowie sierpnia, to on zawsze otwierał szkołę i witał wszystkich w gabinecie na otwarciu rady pedagogicznej.
Budynek nie zmienił się z zewnątrz, jak i w środku. Wciąż dominowały tam abstrakcyjne kolory, tęczowe poduszki, którymi obłożone były fotele w korytarzach. Drzwi do głównej sali dalej pokrywały klawisze pianina, a na ścianach wisiały tabla ze zdjęciami absolwentów szkoły.
Jednak miałam świadomość, że największy ból sprawi mi przemowa na otwarcie nowego roku szkolnego. Jak zareagują uczniowie na wprowadzone zmiany? A może nie podołam zadaniu?
Pablo na każdym kroku starał się dawać mi do zrozumienia, że mogę na nim polegać, jeździł na spotkania z dawnymi sponsorami i pomagał mi w załatwianiu ubezpieczeń oraz formalności z firmami dostawczymi. Rewanżowałam się pomocą z kateringiem i wystrojem sali, choć w końcu sama przed sobą musiałam przyznać, że stres i praca nie działają na mnie korzystnie.
- Panno Saramego, zdaje sobie pani sprawę z tego, że taki tryb życia, jaki pani prowadzi jest niedopuszczalny?
- Chcę zachowywać się normalnie. Sam pan mówił, że guz, to nie wyrok.
- Zgadza się, ale musi być pani świadoma ryzyka! Tabletki, które pani bierze najwidoczniej działają u pani odwrotnie - szkodzą, zamiast pomagać.
- Nie rozumiem, zawroty głowy, nudności i halucynacje mijają, gdy je wezmę.
- To efekt krótkotrwały, wyniszczają pani organizm. Musi pani odstawić leki.
- I pozwolić się zabić?! - straciłam kontrolę. - Obiecał pan! Na swoje wąsy..
- Obiecałem i zamierzam dotrzymać słowa - rzekł łagodnie. - Będziemy kontynuować radioterapię i jednocześnie szukać zastępczych lekarstw. Do tego czasu proszę się oszczędzać.
Milcząc, kiwnęłam głową i wyszłam z gabinetu, przed którym czekał na mnie spanikowany Pablo i szczera rozmowa.
- I co? Angie, jak się czujesz? - Złapał mnie pod rękę i zaprowadził na krzesło.
- Spokojnie, nic mi nie jest, to zwykłe omdlenie.
- Proszę, nie trzymaliby cię tam tyle. Monica mówiła, że to nie pierwszy raz, kiedy po kryjomu łykasz jakieś proszki.. Co się dzieje? Jesteśmy przyjaciółmi, możesz mi powiedzieć..
Troska w jego głosie wierciła w moim sercu. Westchnęłam i przymknęłam powieki, a głowę oparłam o ścianę. Przyszedł czas na wyznanie prawdy.
- Mam guza mózgu.
Usłyszałam, jak mężczyzna wydaje z siebie niemy okrzyk zdziwienia i świdruje mnie spojrzeniem. Najwidoczniej nie wiedział, co powiedzieć, ale nie oczekiwałam tego.
- To jeszcze nic nie znaczy, Angie. Przecież..
- Wiem, - Uśmiechnęłam się do niego. - Walczę z tym od kilku miesięcy, przepraszam, że ci nie powiedziałam, ale chciałam dalej żyć, jak kiedyś, bez wyrzeczeń. I spójrz, jestem silna.
- Zawsze byłaś. - Przytulił mnie.

_____________________________
Witam, witam i o zdrowie pytam. :D
Oto mamy rozdział nr. 128.
Pablito poznał prawdę, Angie choruje, Studio ruszyło, co dalej przyniosą moje szatańskie pomysły? XD

Do przeczytania,
Wiktoria!

PS. Po prawej stronie pojawiła się ankieta, na której bardzo mi zależy, także wszystkich czytelników gorąco proszę o odpowiedź. :)