niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział 70

-Zostało tylko powiedzieć mojej mamie. - Mruknęłam,zasypiając wtulona w tors Germana. Mężczyzna niespokojnie zamruczał. -Słyszysz?
-Ymm..Tak,tak,już idę. - Chrząknął. - Ymm,Marto.. - Ścisnął poduszkę. - Miękka Marto..
-German?
-Ramallo,idę.. - Mamrotał przez sen. - Musze tylko powiedzieć Angie,że ją kocham.. - Pociągnął nosem.
W duchu zaśmiałam się z usłyszanych słów.Uważając,aby nie obudzić mężczyzny,delikatnie musnęłam jego wargi. - Ja też cię kocham. - Szepnęłam patrząc na  śpiącego inżyniera.Odpowiedziało mi głośne chrapnięcie.Przerażona nieoczekiwanym hałasem,poderwałam się z łóżka.Niezrażony mężczyzna,przekręcił się na drugi bok. - Kocham cię,kocham,ale chrapać mi nie będziesz. - Chichotałam,z powrotem gramoląc się na pościel.Niemalże od razu zasnęłam.


                                                                        ***

Nazajutrz role się odwróciły.Teraz to German całował moje usta.
-Dzień dobry,słońce. - Uśmiechnął się,widząc,jak powoli podnoszę ociężałe powieki. - Jak się spało?
-Ymm,pomijając to,że wydobywasz z siebie dźwięki,niczym traktor - wspaniale. - Wyszczerzyłam zęby.
-O nie,ja nie chrapie. - Zmarszczył brodę,kręcąc głową.
-Tylko mieliśmy w sypialni koncert trzody chlewnej. - Zakpiłam,topiąc dłonie między jego włosami.
-Bardzo zabawne,Angeles. - Przewrócił oczami. - Ha-ha-ha.Droczenie się ze mną sprawia ci przyjemność?
-Ach,przejrzałeś mnie.- Przytaknęłam ze złośliwym uśmieszkiem.

-Nie kłam,kochanie..
-Ja nie kłamie..
Po tych słowach podniosłam się z łóżka,a inżynierowi zapewniłam towarzystwo poduszki.
-Masz,żebyś nie czuł się samotny. - Rzuciłam w jego stronę puchatym workiem.
-A ty gdzie? - Zapytał zdziwiony,widząc,jak zmierzam ku drzwiom.
-Na śniadanie.. - Odparłam z satysfakcją.
-I zostawiasz mnie?
-Ktoś musi pilnować Marty. - Zaśmiałam się,opuszczając pokój i tym samym zdezorientowanego mężczyznę.
Po rewolucji w szafie,zeszłam na dół,gdzie krzątała się już gosposia.Podśpiewując niemiecką piosenkę,rozstawiła jedzenie.Niespodziewanie jej radosny nastrój udzielił się też Ramallo,który popijając kawę,przeglądał najnowszą prasę.Nim jednak zdążyłam zejść po schodach,rozpętała się kolejna awantura.
-No mogłaby pani trochę uważać! - Oburzył się Lisandro,odbijając się od gosposi,niosącej sałatkę. - To nowy garnitur. - Dumnie pogładził materiał.
-Też mi coś. - Prychnęła kobieta. - Wystroił się,jak szczur na otwarcie kanału.
-No ja przynajmniej nie  biegam z jedzeniem,jak dzikie prosie na zakrętach. - Odrzucił asystent Germana,który właśnie pojawił się obok mnie.
-Znowu się kłócą? - Szepnął.
-...taaak?Twarz masz pan od konia,a tyłek od słonia! -Wrzasnęła gosposia,stojąc oko w oko z poczerwieniałym ze złości biznesmenem.
-Dzień dobry. - Wkroczyłam do akcji.
-Co dziś na śniadanie? - Wtrącił się pan domu. - Same przyjemne zapachy się unoszą.Ale..Olgo,czy ja czuję spaleniznę?
-Nie,to tylko Ramallo. - Wycedziła wściekła kobieta. - Zaraz..Moje bułeczki! - Złapała się za głowę,biegnąc do kuchni.
-A nie mówiłem?Szybka,jak Egipska policja na wielbłądach. - Zaśmiał się Lisandro.
-Ty już lepiej nic nie mów,do gabinetu! - Rozkazał mój szwagier. - Lepiej zjem w tam i go popilnuję.Nie wiadomo,co takiemu jeszcze do głowy strzeli. - Pocałował mój policzek. - Przepraszam.
-Nie szkodzi. - Zamruczałam. - Idź,smacznego.
W jadalni zostałam sama,lecz tylko na chwilę,bo zaraz po schodach zbiegła Violetta.
-Cześć,Angie. - Zawołała wesoło,zajmując miejsce przy stole. - A co tu tak pusto?
Nakładając na talerz twarożku,wyjaśniłam dziewczynie przyczynę nieobecności domowników.Zareagowała dość zabawnie.
-Słońce,może przestań zamiatać podłogę ubraniami  i chodź jeść. - Zaproponowałam,rozbawiona jej wybuchem śmiechu.
-Wybacz. - Chichotała,podnosząc się z ziemi. - Już,już. - Z powrotem usiadła na krześle.
-A może zdradzisz mi,co jest powodem twojego dobrego humoru,hmm? - Uśmiechnęłam się,podejrzliwie.
-Tak jakoś. - Zarumieniła się.
-Ty się zakochałaś! - Stwierdziłam.
-Angie,cii,nie tak głośno. - Oburzyła się,przykładając palec do ust. - Po pierwsze: nie krzycz tak,bo jeszcze tato usłyszy,a po drugie: wcale się nie zakochałam,co za bzdurny pomysł.
Rozbawiona zerknęłam na siostrzenicę.Jej oczy zdradzały,że kłamie.
-Coś mnie bujasz. - Skrzyżowałam ręce na piersiach. - Opowiadaj. - Zarządziłam,ciekawa,a zarazem podekscytowana tematem.
W odpowiedzi dziewczyna wzięła głęboki oddech,po czym zaczęła mówić.
-Diego.Na pewno go kojarzysz,od niedawna chodzi do naszego Studia.Proszę,nie myśl,że coś do niego czuję,nie.. - Broniła się,widząc moją zafascynowaną minę. - Tylko..Ach..Od dłuższego czasu za mną łazi,nie daje spokoju.Leon jest o niego szalenie zazdrosny,co w tym przypadku wcale nie jest dobre..Postanowiłam porozmawiać z Diego.Kilka razy już próbowałam,ale zawsze coś przeszkadzało,więc tym razem,aby ostatecznie zakończyć jego temat - zaproponowałam spotkanie w parku,po lekcjach.I wiesz,Angie..?To takie dziwne..Z jednej strony wiem,dlaczego idę się z nim zobaczyć,ale z drugiej - wypełnia mnie jakaś radość..Nie wiem..Szczęście?Nie mogę przestać o nim myśleć,niespokojnie zerkam w stronę zegarka,a wskazówki przesuwają się coraz wolniej.Czy ja zwariowałam? - Zapytała z przerażeniem w oczach. - Jestem przecież z Leonem,kocham go..Wszystko się skomplikowała. - Ukryła twarz w dłoniach,głośno wzdychając.
-Violu.. - Kucnęłam obok niej. - To,co się teraz dzieje,to pewne zauroczenie tym chłopakiem.Jest nowy w szkole,przystojny i bardzo utalentowany.Imponuje ci,jesteś nim zafascynowana.Myślę,że uczucie,które żywisz do Leona przetrwa te próbę,stanowicie doskonałą parę.Z drugiej strony to swego rodzaju test sprawdzający.Może sytuacja z Diego ma pokazać,czy wasz związek jest silny?Jestem pewna,że ty i Leon dacie radę.
-Ale co jeśli podczas spotkania z Diego znowu stracę nad sobą panowanie? - Jęknęła. - On na prawdę umie mnie omamić,zaczarować..
-Przede wszystkim pamiętaj,po co się z nim spotkałaś.Myśl o Leonie,waszej wspólnej przyszłości,kieruj się sercem.Nie można robić niczego na siłę,uwierz mi.Szczera rozmowa wiele może zdziałać,spróbuj. - Uśmiechnęłam się,całując grzbiet jej dłoni.
-I co ja bym bez ciebie zrobiła? - Przytuliła mnie. - Bardzo,bardzo cię kocham.
-Oo,ja ciebie też,skarbie. - Zawtórowałam jej. - A teraz dopij kawę i idź po torebkę,musimy wychodzić. - Ponagliłam ją,a sama zapakowałam do papierowej torebki dwie maślane bułeczki,które Olga zdołała reanimować,po randce z piekarnikiem.
-German,przepraszam,że przeszkadzam. - Jeszcze na moment zajrzałam do gabinetu ukochanego. -Wychodzimy. - Poinformowałam go.Nim jednak opuściłam pracownię,dodałam: -Po lekcjach chciałabym odwiedzić Javiera,mały pytał o ciebie ostatnio,może pójdziesz ze mną? - Zaproponowałam.
-Tak,jasne. - Zgodził się.Widać było,że ta sugestia go ucieszyła. - Spotkamy się na miejscu?
W odpowiedzi skinęłam głową i posyłając Germanowi całusa,dołączyłam do wychodzącej Violetty.



Niestety moje plany pokrzyżował nieoczekiwany wyjazd Pabla.Gregorio i Jackie niby nic nie wiedzieli,Antonio również milczał,a Beto..Beto,jak to Beto.
W związku z nieobecnością dyrektora zostaliśmy przydzieleni do dodatkowych nadgodzin.Choreografom przypadły dwie lekcje z młodszymi grupami,natomiast mi i Roberto powierzono starszych uczniów.
-Cześć,niestety nieco się spóźnię. - Zadzwoniłam do Germana. - ..nie martw się,zatrzymała mnie po prostu praca.Postaram się do ciebie dołączyć,jak najwcześniej.
-(...)
-Dobrze,całuję.
Musiałam przyznać,że dawno nie byłam tak zmęczona,jak po dzisiejszym dniu.Dzieciaki dawały w kość i mimo,iże uwielbiam swój zawód - miałam dość.
Gdy po skończonym dniu wychodziłam ze Studia,napotkałam kolejną przeszkodę.
-Witaj,Angie.Możemy zamienić dwa zdania? - Na ławce ujrzałam Antonia.
-Ee,pewnie. - Uśmiechnęłam się słabo. - Co się dzieje?
-Widzę,że jesteś zmęczona,dlatego przejdę do sedna sprawy - chodzi o Pabla. - Wyjaśnił,a przez moją twarz przeszedł cień niezadowolenia.
-Wolałabym o nim nie rozmawiać. - Odwróciłam wzrok.Imię przyjaciela wzbudziło we mnie uśpione dotąd emocje.
-Od dłuższego czasu was obserwowałem. - Zignorował moje słowa. - Nie rozmawiacie,unikacie się..Dzieci,przecież jesteście przyjaciółmi.. - Ubolewał.
-Przyjaźniliśmy się,czas przeszły. - Zacisnęłam wargi.
-Angeles.. - Starszy człowiek spojrzał na mnie z politowaniem. - Widzę,że oboje się męczycie,ty i on.Przyjaźń jest skarbem..
-Proszę cię,Antonio. - Powiedziałam zduszonym głosem.Za wszelką cenę próbowałam opanować wylew rumieńców.
-Zbliżają się święta,magiczny czas..Powinno się je spędzać w gronie rodziny,przyjaciół.. - Przekonywał mnie. - Porozmawiajcie..
-Miłego wieczoru. - Chrząknęłam,odchodząc.

__________________________________
Nie wiem,co mnie napadło z Germangie. :D Nie zabrakło także kłótliwej Ramallgi,jęczącej Violki oraz miękkiej Marty. :D
Końcówka lekko zamulająca,a to wszystko przez oglądanie na YT rozstania Pangie.Jakoś mi sie szkoda zrobiło naszego Misia.
Jakieś uwagi,sugestie? :)

Uściski. ♥
Wiktoria

piątek, 6 grudnia 2013

Rozdział 69


Wskazówki przesuwały się bardzo szybko.Nim się obejrzałam nastała godzina osiemnasta.
-Zasiedziałam się. - Mruknęłam sama do siebie.W pokoju nauczycielskim nie było już nikogo.
Ociężale podźwignęłam się z krzesła,zbierając z biurka stosy kartek z nutami,ćwiczeń dla uczniów oraz przeróżnych dokumentów.Wszystko włożyłam do teczki i schowałam w jednej z szafek.Uporządkowałam obszerny stół,po czym chwyciłam płaszcz oraz torebkę i wyszłam ze Studia.
Wlokąc się,dokładnie stawiałam nogę,za nogą,celowo opóźniając powrót do domu.Niestety droga,która zwykle nie wydawała się zbyt krótka,dziś jak na złość minęła mi w błyskawicznym tempie.
Stałam przed willą.W wielu oknach paliło się światło,zlewające z blaskiem lampek,ułożonych po obu stronach alejki.Kostka chodnikowa prowadziła pod same schody,dziś była niezwykle interesująca.

-Angie? - Z zamyślenia wyrwał mnie skrzyp drzwi,a zza nich wychylił się German. - Co robisz?
-Ja..Ee..Ładny chodnik. - Wypaliłam bez namysłu,a moja twarz spłonęła rumieńcem.Z miną mówiącą "masz mnie",spojrzałam na ukochanego.Mężczyzna opierał się o ścianę,uśmiechając się litościwie.
-Kochanie.. - Podszedł do mnie powoli.W jego ustach to słowo nabierało jeszcze większej pieszczotliwości. -Nie bój się.. - Ostrożnie mnie do siebie przycisnął.Czułam,jak jego silne ramiona stopniowo coraz bardziej dygoczą,cały się trząsł.Nic w końcu dziwnego - miał na sobie tylko koszulę.
-Rozchorujesz się. - Oderwałam się od niego. - Jest zimno,wracajmy.
-Czyli nie chcesz się wycofać? - Zawołał,gdy miałam wchodzić do środka.
-Nigdy tego nie powiedziałam. - Uśmiechnęłam się,unosząc brwi. - No,chodź. - Skinęłam ręką,znikając za dębowymi drzwiami.Zaraz za mną pojawił się German.
Równo z odłożeniem przeze mnie płaszcza i torebki,w całym domu rozległo się wołanie gosposi na kolację.Nerwowo przełknęłam ślinę.Już miałam zaszyć się w kuchni,kiedy na biodrach poczułam dłonie inżyniera.
-Nie uciekaj mi. - Pogroził palcem. - Swoją drogą nie myślałem,że jesteś taka tchórzliwa,Angeles. - Zaśmiał się pogardliwie.
-Ja?Tchórzliwa?Chyba kpisz! - Prychnęłam,oburzona.
-Właśnie to udowadniasz. - Wzruszył ramionami.
-Serio?No to patrz! - Rzuciłam tuż przy jego twarzy,po czym z uniesioną głową ruszyłam do jadalni.Tuż przed stołem nadeszło otrzeźwienie i dopadła mnie panika.Z wściekłym spojrzeniem,odwróciłam się w stronę nadchodzącego pana domu. - Podpuściłeś mnie,Germanie Castillo. - Wycedziłam przez zęby.
-A państwo nie siadają? - Z kuchni wyszła Olga,a za nią pojawił się Ramallo i Violetta.Cała trójka zasiadła przy stole.Tylko ja i German,staliśmy sparaliżowani.
-Jestem przy tobie. - Usłyszałam stłumiony szept z tyłu głowy,a następnie poczułam,jak palce inżyniera lekko zaciskają moje. - Kochani. - Rzekł tym razem do zebranych,którzy ze zdziwieniem wpatrywali się w nas. - Ja..To znaczy ja i Angie..Mamy wam coś do przekazania. - Wziął głęboki oddech. - Może wydawać się wam to lekko dziwne,jeszcze ten wczorajszy reportaż telewizyjny..Ale ja i Angeles doszliśmy do wniosku,że nie ma sensu dalej się ukrywać,należy wam się prawda.. - Ponowił nabranie powietrza,po czym zerknął na mnie. - Ja i Angie od niedawna jesteśmy razem. - W końcu to powiedział.Teraz czekaliśmy tylko na reakcje pozostałych.
-Jesteście chorzy! - Jako pierwsza wyrwała się Violetta. - To nienormalne!Moja ciotka i mój ojciec! - Wykrzykiwała. - Już zapomniałeś o mamie?! - Rzuciła w stronę Germana. - A ty?! - Wskazała na mnie. - Zdradzasz własną siostrę!Jesteście okropni,nienawidzę was! - Wrzasnęła,wybiegając z pomieszczenia.Zbladłam.
-Nie do przyjęcia,nie do przyjęcia.No jak państwu nie wstyd?! - Oburzył się Ramallo,również wstając od stołu.
-Pathologie, Ende der Welt! (Patologia,koniec świata!) - Za Lisandrem podążyła gosposia.
Załamana,opadłam na krzesło.Tego właśnie się obawiałam - braku akceptacji.I co dalej?
- Ja i Angie od niedawna jesteśmy razem... - Powiedział German,z uśmiechem spoglądając na rodzinę.
-To wspaniała wiadomość!Jejku,tak się cieszę! - Pisnęła Violetta,ściskając nas oboje. - Angie i tata,tata i Angie. - Zachwycała się z błyskiem w oku.
-Ja też wam serdecznie gratuluję. - Powiedział Ramallo. - W końcu moje starania matrymonialne nie poszły na marne! - Uniósł ręce w geście modlitwy.Jego entuzjazm przerwało pochlipywanie gosposi.
-Olgo,co się stało? - Zaniepokoiłam się.
-Ach,nic..Tylko..moja gwiazdeczko.. - Rzuciła mi się w ramiona,szlochając w ramię. - To ze szczęścia,to ze szczęścia. - Oderwała się po chwili,przytulając również mojego szwagra. - Moi kochani! - Ucałowała nasze dłonie. - Upiekę tort czekoladowy!Albo dwa!Nie,trzy!- Jeden na ślub panienki Angie z panem Germanem,drugi na Violi i Leonka,a trzeci na mój i tego starego marudy! - Wyliczała na palcach.
-Olgo,może z tym poczekajmy. - Wtrącił się German,zaalarmowany sugestiami małżeństwa jego córki.
-All right! (No,dobrze) - Zgodziła się. - A teraz zapraszam na zapiekankę.
Wszyscy posłusznie wykonaliśmy polecenie gosposi,kolejno nakładając na swoje talerze ziemniaczano-warzywnej potrawy.
Dalsza część posiłku przebiegała w miłej atmosferze.Od czasu do czasu napotykałam radosne spojrzenie ukochanego.Moje przypuszczenia się nie potwierdziły - związek z Germanem nie spotkał się z dezaprobatą domowników,Bóg nie zesłał w prezencie piorunów,a my oboje nie musieliśmy się już kryć ze swoją miłością.Tego wieczoru nie tylko zmieniłam miejsce przy stole - od teraz w spokoju mogłam wieść normalne,spokojnie życie.  A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało..

_____________________________________
Tak,tak 69 rozdział za nami. :D I jak?
Pewnie domyślacie się,że pierwotna reakcja domowników była wyobrażeniem Angie. :D
Dzisiaj Mikołajki i piątek- podwójna radość. :D

Saludos! ♥
Wiktoria


środa, 4 grudnia 2013

Rozdział 68

(...) -"Co teraz z nami będzie?
German westchnął głęboko,siadając obok mnie.
-Kocham Cię. - Złapał moje dłonie,patrząc mi w oczy. - Kocham cię. - Powtórzył. - Ten reportaż..To nic nie znaczy..Głupie słowa jakiegoś dziennikarzyny od siedmiu boleści.Nie wierz w to,co mówią.. - Szepnął,zwracając uwagę na mój niepewny wyraz twarzy.
-Co jeśli będą nas prześladować?Co jeśli będziemy na każdej okładce czasopisma,jako 'sławna patologia'? - Pomyślałam.
-Ja się nie boję. - Stwierdził German.Chyba jednak powiedziałam to na głos. -Żadne tabloidy nie wyrzucą cię z mojego serca..

Czasami go nie rozumiałam..Zaskakiwał.Jeszcze rok temu wyśmiałabym osobę,sugerującą łagodne oblicze pana Castillo.A teraz?Sama odkrywałam zakamarki jego serca.
-Przy tobie się zmieniłem. - Ciągnął. - Otworzyłaś mi oczy na pewne rzeczy..Nauczyłaś mnie kochać..
Każde słowo wypowiadał z niezwykłym przekonaniem,czułością.Wierzył w to,co mówił.
Czyny zastąpiły  słowa.Ujęłam w dłonie lekko chropowate policzki szwagra i czule pocałowałam.Chciałam przekazać mu w ten sposób wszystko,czego nie umiałam dotąd wyrazić.Skupiłam na nim całą swoją miłość,wszystkie uczucia.Przenosząc ręce na jego szyję,wyraźnie czułam smak pocałunku.Jego rozgrzane usta delikatnie muskały moje,idealnie współgrając.Każdy dotyk,otarcie rozpalał nowe pragnienia.Oboje zatraciliśmy się w tej chwili.Nie licząc sekund,minut,odpływaliśmy.Jedność,którą tworzyliśmy była niepowtarzalna.Wzajemny dotyk doprowadzał obojga do szału.W końcu jednak oderwaliśmy się od siebie,łapczywie zażywając oddechu.Nadal stykając się nosami,patrzyliśmy w swoje oczy.Wtedy German zrobił coś,czego bardzo potrzebowałam - przytulił mnie.W jego ramionach czułam się bezpieczna,wiedziałam,że nic mi nie grozi.
-Powiedzmy im.. - Szepnęłam,ponownie zatapiając się w czekoladowych ślepiach ukochanego. - Powiedzmy im o nas. - Sprostowałam widząc jego zdziwioną minę. - Powinni wiedzieć. - Uśmiechnęłam się.
-Jesteś pewna? - W oczach Germana dostrzegłam błysk,rozjaśniający nawet najgłębszą otchłań.
-Na sto procent. - Przytaknęłam. - Niczego już nie ukrywajmy.
-Cieszę się. - Mój policzek został obdarzony kilkoma pocałunkami.
-Ogłosimy to jutro,zgoda?Przy kolacji. - Zaproponował.
Zadowolona z podjętej decyzji pomaszerowałam na górę.Po kąpieli,dołączył do mnie German,zaciągając do swojej sypialni.
-To również twój pokój. - Wyjaśnił,gramoląc się na łóżko.Cóż - nie miałam wyboru,naśladując inżyniera posłusznie ułożyłam się po jego prawej stronie.
Słabe światło padające z lampki nocnej,dawało jedyny blask rozjaśniający dokładnie urządzone wnętrze.
Każdy pokój w domu Castillo był inny,pełen innych emocji,nastrojów.Z każdego buchała inna energia.
Ukojona rytmicznym biciem serca ukochanego -zasnęłam.

                                                                     
                                                                          ***

Następnego dnia po lekcjach,przed budynkiem Studia,pojawił się niespodziewany gość.
-German,co tu robisz? - Podeszłam do siedzącego na ławce mężczyzny.
-Nie cieszysz się,że mnie widzisz? - Zapytał z głupawym uśmieszkiem.
W odpowiedzi pocałowałam go w policzek.
-Oczywiście,że się cieszę. - Dodałam,obejmując dłońmi jego kark. - Ale czemu zawdzięczam sobie te wiztytę?
-Stęskniłem się. - Wyszczerzył zęby. - A na poważnie? - Uniosłam brwi,śmiejąc się z jego miny.
-No skoro chcesz wiedzieć,to porywam cię na obiad. - Powiedział z szelmowskim uśmiechem. - I nie przyjmuje odmowy. - Dodał,widząc,jak marszczę czoło.
-Nie obraź się,ale mam jeszcze trochę papierkowej roboty. - Przejechałam dłonią po jego policzku.
-Praca zaczeka. - Stwierdził,ciągnąc mnie w kierunku parku. - Nie daj się prosić. - Błyskotliwy urok mężczyzny nie pozwalał na dłuższe opory.Zaczarowana głosem Germana,posłusznie ruszyłam za nim.
Nie śpieszyliśmy się,spokojnie krocząc alejką wyścieloną kolorowymi liściami.
Ukochany przez cały czas trzymał moją dłoń,dumnie rozglądając się wokoło.Zdawało się,że niczym się nie przejmuje,kąciki jego ust uciekały do góry.
Mnie jednak nie opuszczała frustrująca myśl,że zaraz zza rogu wyskoczy,jakiś paparazzi i zrobi nam zdjęcie do  upokarzającego reportarzu.
Jak na zawołanie palce Germana jeszcze bardziej zacieśniły się na moich.Mężczyzna odwrócił głowe w moją stronę.Teraz swobodnie mogłam zerkać w jego kasztanowe oczy,które błyskawicznie mnie onieśmieliły i pozbawiły wszelkich obaw.
Zajęliśmy miejsce przy stoliku koło okna.Z tego miejsca dokładnie widać było rynkową fontannę.
W pomieszczeniu oprócz naszej dwójki był tylko mężczyzna samotnie popijający kawę oraz dwie kelnerki.Na zamówienia nie czekaliśmy długo.
-Denerwujesz się? - Ni to stwierdził,ni zapytał mój towarzysz.
-Nie wiem,o czym mówisz.. - Skłamałam,chociaż dobrze wiedziałam,że miał na myśli dzisiejszy wieczór.
-Violetta gorąco nam kibicuje,Olga uważa nasze życie za najlepszą telenowelę,a o Ramallo już nie wspomnę. - Ciągnął. - Chociaż przyznam,że zdziwił mnie ich brak zainteresowania podczas wczorajszego.. "seansu". - Miłość nie zna stereotypów. - Złapał moją dłoń.
-Wszystko w porządku,German. - Uśmiechnęłam się. - Kocham cię i chcę być z tobą,to najważniejsze.
Następne minuty spędziłam na beztroskiej rozmowie z ukochanym.Czas w jego towarzystwie mijał mi bardzo szybko.Człowiek na pozór tak mi odległy,a jednak tak bliski..
-Muszę skończyć uzupełniać listy uczniów. - Spojrzałam na zegarek,ociężale podźwigając się z krzesła.To samo zrobił German.
-Chcesz mnie eskortować? - Zapytałam,przekrzywiając głowę.
-W rzeczy samej. - "Puścił mi oczko",po czym wyciągnął z kieszeni opasły portfel i ruszył w kierunku lady.
Ja natomiast wyszłam przed budynek.
Dzisiaj pogoda nieco się poprawiła.Oprócz niezmiennych chmur i wiatru,nareszcie wyszło słońce.Jego blada postać była porównywalna do konsystencji zwiędłego słonecznik,lecz lepsze to niż nic.
-Odprowadze cię do Studia i wracam do domu.Zadzwoń,kiedy będziesz wracać. - Usłyszałam szept tuż przy uchu,czemu wtórowały ręce,oplecione wokół mojego podbrzusza.Chwile potem na mojej skroni poczułam ciepłe wargi mężczyzny.
-Idziemy? - Wymamrotałam,oszołomiona jego dotykiem.
-Idziemy. - Przytaknął inżynier,po czym wspólnie ruszyliśmy w kierunku szkoły muzycznej.


___________________________________
Taa-daaam. :)
Jak Wam sie podoba?
Nie mogło się obyś bez romantycznego akcentu. :D
Uściski. :)

Wiktoria


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Rozdział 67

Czas spędzony na zabawie z Javierem minął bardzo szybko.Towarzystwo małego dziecka niezwykle relaksuje i odpręża,niestety jak wszystko,co dobre - szybko się kończy.Równo z wybiciem dziewiętnastej,opuściłam szpital.
Było dość chłodno i ponuro.Słońce,które zmierzało ku horyzontowi,eskortowały szaro-bure chmury.Tempa nadawał im porwisty wiatr.
Już po pierwszym kroku na powietrzu,przeszły mnie dreszcze.Pocierając dłonią o dłoń,naciągnęłam na głowę kaptur fioletowego płaszcza.Szłam żwawo,starając się,jak najszybciej pokonać odległość dzielącą mnie od willi.
Gdy otwierałam dębowe drzwi,poczułam na twarzy zimne krople.Już po chwili rozpętała się ulewa,której towarzyszyły grzmoty,pochodzące jeszcze z oddali.Miałam szczęście - zdążyłam przed burzą.
Wchodząc do korytarza,odwiesiłam torebkę oraz nakrycie i podążyłam do łazienki,aby umyć ręce przed kolacją.
-"Pewnie czekają tylko na mnie" - Pomyślałam,pospiesznie wycierając dłonie.
Tak jak przypuszczałam w jadalni zebrali się już wszyscy.U szczytu stołu siedział pan domu,po lewej stronie - Violetta,zaś na drugim końcu,po prawej - Olga i Ramallo.
-Dobry wieczór. - Przywitałam się,opadając na krzesło. - Przepraszam za spóźnienie,dziękuję,że zaczekaliście.
-W pani towarzystwie od razu lepiej się je. - Powiedział asystent Germana,a na twarzy jego przyjaciela pojawił się krzywy grymas.
-Zostaw w spokoju tę biedną dziewuszkę,stary dziadku.Za wysokie progi.. - Rzuciła  zniesmaczona Olga.
Mimo oczywistej złości,Lisandro nie skomentował słów gosposi i od niechcenia zaczął skubać swoją porcję pieczeni.
-A.więc smacznego. - Uśmiechnęłam się w stronę jedynej zadowolonej osoby - Violetty.
-Smacznego. - Zawtórowała mi.

Po kolacji leniwie rzuciłam się na kanapę.W salonie panowała nieskazitelna cisza,przerywana od czasu do czasu stukotem talerzy,dolatującym z kuchni.
Masowe krople deszczu dźwięcznie bębniły o szyby i dach,wprawiając w refleksyjny nastrój.
Aby nie zapaść w jesienną depresję,włączyłam telewizor.Przeskakując z kanału na kanał,moją uwagę przykuł pewien reportaż,a właściwie słowa,które w nim padły.
-Maria Castillo - światowej sławy piosenkarka,wzór przepięknej osobowości,jaka na prawdę była przyczyna jej śmierci?
Pobudzona kontrowersyjnym sloganem,poderwałam się do pozycji siedzącej.
-Kto taki głuchy?! - Do salonu wpadła zdenerwowana Olga.Trzymając się za uszy,miała minę,jakby ugryzła niedojrzałą cytrynę.Po chwili dołączył do niej German i jego asystent.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego,że mimowolnie ustawiłam największą skalę głosu.Szybko skorygowałam swój błąd.
-Przepraszam. - Wyszeptałam,nie odrywając wzroku od ekranu.
-Znana na całym świecie Argentynka odeszła w tragicznych okolicznościach.Jej młody wiek nie był adekwatny do decyzji Boga,jednak on uważał inaczej.Maria Castillo zginęła w wypadku samolotowym,podczas podróży do Dubaju,gdzie miała wystąpić na koncercie charytatywnym.Był to wielki cios zadany jej fanom oraz rodzinie.
Artystka osierociła dwuletnią wówczas córkę,która po tym tragicznym wydarzeniu pozostała pod opieką ojca-Germana Castillo-światowej klasy inżyniera.Kilka miesięcy po śmierci piosenkarki odszedł również jej ojczym,który z kolei zostawił żonę i młodszą siostrę Marii-Angeles.Co w czasie teraźniejszym dzieje sie z rodziną artystki?Ujawniamy zaskakujące fakty!Nasi reporterzy od dłuższego czasu przyglądali się najbliższym sercu Marii.Jej mąż i dorosła już córka,po latach rozłąki z Buenos Aires,powrócili do
rodzinnego miasta.Nowością jest zamieszkanie w domu Castillo,siostry zmarłej - Angeles Saramego.Zaraz,zaraz..Saramego,czy również Castillo?Czy nauczycielka śpiewu w szkole muzycznej zajmie miejsce u boku męża denatki? - Po tych słowach na ekranie mignęło parę zdjęć moich i Germana. - Inżynier oraz wchodząca gwiazda muzyki.. - "Jaka gwiazda?" - ..od dawna żyją ze sobą w związku.Niezrażeni nieetycznym zachowaniem zapomnieli o żonie,siostrze.Teraz razem zaczęli nową kronikę,w której nie ma miejsca na zmarłą.To przykre i nieludzkie.Tysiące fanów Marii,zdegustowani są zachowaniem pary.Skandal!Ileż musi się wycierpieć biedna córka naszej ukochanej artystki?Szwagier i szwagierka!Widać,że panna Saramego i pan Castillo nic sobie nie robią z zaistniałej sytuacji.Brak moralności.
-Eee tam,nie warto tego słuchać. - Stwierdziła gosposia,niespodziewanie wyłączając telewizor.
-Wierutne kłamstwa. - Podsumował Ramallo,podążając za wychodzącą Olgą. - Dzwonić do adwokatów? - Szepnął do ucha również oszołomionego Germana.
W przeciwieństwie to tamtej dwójki - ja nie wiedziałam ,co o tym myśleć.Podobnie,jak zadumany pan domu.W głowie mieszały się różne nielogiczne myśli.
-Powiedz coś.. - Doleciał mnie zachrypnięty,męski głos.

-Nie wiem..Nie wiem,co.. -Słabo poruszyłam ustami,odwracając głowę w jego kierunku.German wciąż stał za moimi plecami,opierając się rękami o tył kanapy. -Co teraz z nami będzie?

_________________________________
Dobry wieczór! :)
Poniedziałek za nami,no to z górki. :)
67 rozdział.Jak Wam się podobał?Macie uwagi?Piszcie! :)
Abrazo! :*

Wiktoria

sobota, 30 listopada 2013

Rozdział 66

Dzień w Studiu doszczętnie mnie wyczerpał.Dodatkowe nudności i zawroty głowy uniemożliwiały normalne funkcjonowanie.Świat wirował,przybliżał się,oddalał..
Każdy krok w przód równał się z coraz bardziej łapczywymi oddechami.Mimo,iż moje ruchy nie były zbyt dynamiczne,brakowało mi tchu.Przenikliwy ścisk czaszki stawał się nie do zniesienia.
Mimo to,prosto ze szkoły,udałam się w odwiedziny do Javiera.
-Wujek German nie przyszedł? - Padło w pewnym momencie zabawy.
-Dzisiaj ma bardzo dużo pracy,niestety nie dał rady. - Wyjaśniłam,czochrając jego gęstą czuprynę. - Ale za to może jutro uda mu się wpaść. - Starałam sie go pocieszyć.
-Fajnie! - Na twarzy malca zagościł szeroki uśmiech. - Porysujemy? - Zaproponował,zsuwając sie z moich kolan.Już po chwili wrócił z pudełeczkiem kredek i blokiem rysunkowym.
-Dobrze,jeśli masz ochotę. - Posadziłam go przy stoliku,po czym zajęłam miejsce na drugim krześle. - To co dzisiaj mam nabazgrać? - Zażartowałam. - Nie umiem malować tak ślicznie,jak ty.

-Nie prawda. - Zaprzeczył chłopczyk. - Jesteś najśliczniowszą i najmądrowszą panią na świecie!Jak moja mamusia. - Dodał,wyciągając z kolorowego pudełka poniszczone zdjęcie.
Fotografia przedstawiała szczęśliwą parę,ściskającą w swoich ramionach małe dziecko.Kobieta,która trzymała niemowlę bardzo przypominała Javierka.Ten sam uśmiech,rysy twarzy,kolor włosów.Po ojcu maluch odziedziczył nos i bystre spojrzenie.Oni wyglądali na szczęśliwych,spełnionych.Mieli wielki skarb - dziecko,które dawało im poczucie pełnego szczęścia.To takie niesprawiedliwe,że ludzie mający przed sobą całe życie,mający wielkie plany - odchodzą,często osieracając swoje pociechy.
Nie mogłam sobie wyobrazić,jak los może karać niewinne dzieci,pozbawiając ich rodziców,szczęścia.
Zerknęłam na Javiera.Chłopczyk w skupieniu wpatrywał się w wizerunek swoich bliskich.Jego przejęta mina zwolniła hamulce moich łez,które teraz swobodnie spływały po rozgrzanych policzkach.
Mimo tak małego wieku,tyle przeszedł.Może nie do końca rozumie,co się wydarzyło,ale w przyszłości to odczuje.A choroba,która go dotknęła?Nie powinien leżeć w tym szpitalu,w pustej sali,a ja nie powinnam być jedyną osobą,która go odwiedza.Teraz powinien beztrosko bawić się ze swoimi rodzicami,któzy z całych sił wspieraliby go w tych ciężkich chwilach.
To nie do przyjęcia,że to biedne dziecko zostało tak brutalnie skrzywdzone.Teraz wiedziałam,że jak po śmierci Marii - Violetta miała Germana,ja muszę zaopiekować się Javieram. Zasługiwał na szczęście i rodzinne ciepło,które zamierzałam mu dać.
-To może narysujemy Pinto? - Przerwałam ciszę,szybkim ruchem ocierając mokrą twarz.
-Świetny pomysł! -Javier od razu się rozweselił.Schował zdjęcie,po czym chwycił jedną z leżących kredek. - Do dzieła! - Zakomenderował.
Niesamowite ile pozytywnej energii może przekazać jeden dziecięcy uśmiech.Przezwycięża on wszelki ból i koi najgłębsze rany.
-Do dzieła.. - Powtórzyłam,całując skroń malca.


-Mój Pinto gotowy. - Stwierdziłam po dwóch kwadransach mazania gumką krzywych linii i niekształtnych części ciała. - A jak tobie idzie? - Nachyliłam głowę,aby zaglądnąć na kartkę towarzysza.
-Już prawie kończę. - Odpowiedział,zaginając róg obrazka. - Nie podglądaj,to niespodzianka. - Pogroził mi palcem.
-Dobrze,dobrze. - Zagestykulowałam 'poddają się'. - To ty kończ rysunek,a ja pójdę do bufetu po kremówki,co?Masz ochotę?
-Aaa może mufinki? - Zaobserwowałam błysk w oczach chłopczyka.
-Niech będzie. - Zgodziłam się,opuszczając salę.
Nim jednak udałam się po słodkości,zaczepiłam pielęgniarkę czuwającą nad zdrowiem Javiera.
-Dzień dobry Lindo,możemy chwilę porozmawiać?
-Angie,witaj. - Posłałą mi ciepły uśmiech. - Oczywiście,akurat mam przerwę.Może napijemy się kawy?
Przytaknęłam na propozycję i razem z dyżurną zjechałam windą na parter.Oprócz pobudzającego napoju zamówiłam cztery czekoladowe mufinki,które kelnerka wedle życzenia,zapakowała w małe pudełeczko.
-A więc słucham. - Kobieta upiła łyk kawy,uważnie na mnie patrząc. - Domyślam sie,że chodzi Ci o Javierka.
-Tak,ymm..Bez owijania w bawełnę - czy wiesz coś o śmierci jego rodziców? - Zapytałam.
Pielęgniarka ciężko westchnęła,smutno zaciskając wargi.
-To przykra historia. - Ponownie podniosła filiżankę do ust. - Margaret i Christian - tak się nazywali.Oboje pracowali,jako przejezdni aktorzy,dużo podróżowali.Dziecko zostawało pod opieką babci.Kiedy zachorował i trafił tutaj,jego rodzice niezwłocznie postanowili wracać.. - Przerwała,zajmując dłonie skubaniem serwetki. - Ja ich wtedy poinformowałam..Zawrócili z drugiego końca kraju..  - Nerwowo przełknęła ślinę. - Był środek nocy..Jechali bardzo szybko,chcieli być przy swoim maleństwie..Wtedy to się wydarzyło..Rozpędzona ciężarówka uderzyła w ich samochód.. - Jej głos łąmał się z każdym ułamkiem sekundy. - Zginęli na miejscu..
Wzruszona przeczesałam dłonią włosy.Ich historia była taka nieprawdopodobna,tragiczna..
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego,że jestem zalana łzami i cała się trzęsę.
-Babcia Javierka opiekowała się nim przez następne pół roku,ale sama była schorowana.. - Kontynuowała. -Od kąd jej też zabrakło,chłopiec nie opuszcza szpitala..Posłuchaj,Angie. - Złapała moją dłoń. - Jesteś dla niego bardzo ważną osobą,przy tobie Javier ma szansę na normalne życie..Dziękuję,że Bóg postawił cię na jego drodze. - Podsumowała.
Odwzajemniłam posłany mi uśmiech,po czym opuściłam kawiarenkę.
-Będę przy nim już zawsze. - Dodałam przed wyjściem. - Możesz być pewna,Lindo.


-Angie,myślałem,że już sobie poszłaś. - Przywitał mnie chłopiec. - Długo cię nie było.
-Przepraszam kochanie.. - Przytuliłam go. - Mnóstwo ludzi lubi mufinki i była dłuuugaśna kolejka! -Uniosłam ręce. -Ale udało mi się parę zdobyć dla mojego zucha. - Podałąm mu pudełeczko.
-Dzięki. - Zapiszczał,uradowany.Miło było patrzeć,jak się cieszy.
-Skończyłeś już rysunek? - Zapytałam.
-O tak! - Powiedział pomiędzy kolejnymi gryzami babeczki. - Pokażę ci. - Przerwał jedzenie i przysunął w moją stronę pustą kartkę. - Odwróć. -Uśmiechnął się łobuzersko.
Po przekręceniu obrazka moim oczom ukazały się dwa patyczkowate,uśmiechnięte ludziki.Środowiskiem,w którym sie znajdowały była słoneczna łąka.
-To twoi rodzice?
-Oj,Angie! - Zaśmiał się malec. - To ty i wujek German!Przecież ma taki duuuży brzuchol. - Rozłożył rączki.

"Taki duuuży brzuchol" - Powtórzyłam w myślach,chichocząc.
Rzeczywiście,męski osobnik na pozór przypominał mojego szwagra.
-Przepięknie. - Pochwaliłam rysunek. - Masz wielki talent.
Na twarzy chłopczyka pojawiły się rumieńce - zawstydził się.
-Dziękuję. - Szepnął,speszony. - Ty i wujek Germi jesteście tacy fajni.Wasze dzieci będą mieć fajną mamusię i tatusia.
Zaskoczona słowami Javiera,lekko wzdrygnęłam.
-O,maleństwo.. - Pogłaskałam jego delikatną główkę. - Już zawsze będę przy tobie..Będziemy..Ja,Violetta i wujek German..Obiecuję..

_______________________________
Takie rodzinne,nudne.. :) Za wszelkie błędy przepraszam,wynik pośpiechu.
Jestę miszczę painta. :D
Napisałam dwa 66-te rozdziały o różnej treści,ale zdecydowałam się w końcu na tę.
Jak Wam się podoba? ;)
Much love. <3

Wiktoria

sobota, 23 listopada 2013

Rozdział 65

(...)po czym opuścił mój pokój.
Nie zareagowałam.Cała ta sytuacja wydawała się być z lekka dziwna.Także zachowanie Germana.
Nie byłam gotowa na taki krok.Może zdawać się to komiczne,ale przerażał mnie fakt,że ktoś obserwuje mój związek,nadal się bałam.Czy to była patologia?Relacje z Germanem były wystarczająco skomplikowane,byliśmy spowinowaceni.Niektórym wydawałoby się,że to nieetyczne,niemoralne.Zupełnie nie byłam na to przygotowana.W duchu odczuwałam lekki niepokój.Nie lubiłam kłócić się ze szwagrem,zawsze wtedy coś ściskało moje gardło.
Zmęczona,całkowicie zrezygnowałam z kąpieli i bezwładnie zatopiłam się w miękkiej pościeli.
Zasnęłam bez pocałunku ukochanego i ciepłego "dobranoc".


                                                                         ***

Nazajutrz obudził mnie przeraźliwy głód.Mimo,że zegarek wskazywał dopiero 5:02,postanowiłam coś przekąsić.
Zarzucając na siebie fioletowy szlafrok,zeszłam na dół,gdzie panowała grobowa cisza.Aby nie obudzić nikogo z domowników stukaniem talerzy, "zwinęłam" z lodówki jogurt truskawkowy,rumianą bułkę oraz łyżeczkę.Po chwili namysłu wyłowiłam ze słoika dwa kiszone ogórki,po czym wraz z jedzeniem,ruszyłam  z powrotem na górę.
Gdy mijałam sypialnię Germana,poczułam palący żar w klatce piersiowej,jednak nie zatrzymałam się.Wina nie leżała po mojej stronie.
Sadowiąc się na łóżku,rozpakowałam mleczny posiłek,który przegryzany bułką i ogórkami.,dość szybko zniknął z plastikowego kubeczka.
Nadal czułam ssanie żołądka,lecz postanowiłam więcej nie podjadać przed śniadaniem.
Nie byłam już senna-bramy królestwa Morfeusza zostały dla mnie zamknięte.Podniosłam rolety,wpuszczając do pokoju trochę światła.Promienie słoneczne znacznie ożywiły wnętrze,nadając sypialni przyjazny charakter.
Do rozpoczęcia lekcji zostały niecałe trzy godziny
-Umrę z nudów . - Powiedziałam sama do siebie.
Dla zabicia czasu zabrałam się za przygotowania do pracy.Dzisiaj jak na złość byłam zdecydowana,co do ubioru; czarna spódnica w stylu Violetty,do której wpuściłam cukierkową bluzkę na ramiączkach dość szybko wpadła mi w oko.Na szyji przewiesiłam przestrzenne serce na długim łańcuszku.Loki pozostawiłam rozpuszczone.Również kwestia makijażu szybko się rozwiązała.Byłam gotowa.Dwie godziny do wyjścia.
-"Pewnie zaraz w kuchni pojawi się Olga." - Przeszło mi przez myśl.
Oczekując na hałasy z dołu,opadłam na zaścielone wcześniej łóżko.W oczy cały czas rzucał mi się ścienny napis.Dzisiaj po raz pierwszy od jakiegoś czasu nie zostałam obudzona pocałunkiem.Nie usłyszałam spokojnego "Skarbie,już ranek.." .
W tej chwili zdałam sobie sprawę,że miłość Germana jest mi potrzebna.To uczucie każdego dnia tchnie do działania,napawa radością.Życie bez miłości nie miałoby sensu.Nie ważne,czy zawiązuje się między ludźmi tej samej płci,czy też nie.Czy ujawnia się w młodym wieku,czy przychodzi na starość - ma takie samo zadanie.
Niekiedy rani,lecz później uśmiecha się do ciebie niczym stara przyjaciółka i mówi : "Nauczyłeś się kochać..".
Ona nigdy nie odchodzi.Wrasta w serce,zakorzenia się.
Przyjaciele,rodzina,partnerzy. - Miłość ma takie samo znaczenie.
Mimo oporu zmorzył mnie sen.Znów odpłynęłam..


-Angie..Angie.. - Doleciał mnie cichy szept. - Ciociu !!
-CO ?! - Poderwałam się z łóżka. - Violu.. - Wysapałam,próbując uspokoić oszalałe serce. - Pali się?
-No niby nie,ale Olga pięć razy wołała cię na śniadanie. - Wyjaśniła,śmiejąc się z mojej nie do końca obudzonej osoby. - Czemu śpisz w ubraniach i makijażu? - Zdziwiła się.
Nie zdążyłam odpowiedzieć.Z prędkością światła opuściłam pokój,biegnąc do łazienki.Czułam,jak w moim brzuchu trwa rewolucja.Po zatrzaśnięciu drzwi,uklękłam przy muszli haftując.

-Angie?Angie porządku? - Pukała do drzwi. - Mam iść po tatę? - Palnęła w pewnym momencie.
-.. Violu..Nie.. - Udało mi się wydusić,pomiędzy kolejnymi napadami.
Nastolatka najwidoczniej mnie nie posłuchała,bo chwilę potem obok mnie kucał German.
-Jestem .. - Pogładził moje plecy.
-Idź stąd! - Warknęłam,dławiąc się.
-Nie zostawię cię. - Uparł się,zaciskając swoje palce na mojej dłoni.
-Wynoś się! - Krzyknęłam z całych sił.
-Angie..
-Wynocha!
Mężczyzna niechętnie podźwignął się z posadzki i wyszedł.

Ja też wstałam.Cała się trzęsłam, nogi drżały,ledwo mnie utrzymując.Żeby nie stracić równowagi,oparłam się o umywalkę.
Moja twarz zalana była potem,tusz rozmazany,a oczy podkrążone.Ignorując tępy ból głowy,przepłukałam usta,poprawiłam makijaż i fryzurę,po czym opuściłam łazienkę.
-Raz,dwa..Osiem,dziewięć,dziesięć.. - Odliczyłam w myślach,zmierzając do jadalni.
Przy stole siedzieli już wszyscy,łącznie z panem domu.
Ignorując jego zatroskane spojrzenie,zajęłam miejsce obok siostrzenicy.
-Dzień dobry. - Przywitałam się.Brakowało mi sił.
-O,panienka Angie coś nie w humorze. - Podsumowała gosposia. - Mocno pani spała,pewnie śnił się panience jakiś przystojniak.Chyba to ten Pablito.Ach,ładna z państwa parka,ale coś ostatnio nie widać naszego Misia. - Nawijała. - A blada pani. - Zmrużyła oczy,badawczo mi się przyglądając.
-Trochę mi nie dobrze,to wszystko. - Wyjaśniłam. - Nie martw się Olguniu. - Powiedziałam,wymuszając słaby uśmiech.
-A może w ciąży panienka jest?! - Wyskoczyła nagle,a mnie zamurowało.Podobnie z resztą,jak przerażonego Germana.
-Nie,Olga,nie.. - Wybełkotałam,zaskoczona.
-To pewnie tylko zatrucie pokarmowe. - Stwierdził Ramallo,próbując ratować sytuację.Niestety tym samym,narażając się gosposi.
-Sugeruje pan,że źle gotuję?! - Oburzyła się,mordując Lisandra wzrokiem. - No mów,stary durniu!
-Olgo,Olgito,jestem pewny,że Ramallo nie miał na myśli niczego złego. - Wtrącił się pan domu,wstając od stołu. - Japończycy. - Skwitował,zmierzając do swojego gabinetu.
-To ja też dziękuję. - Asystent Germana również się ulotnił.
W jadalni zostałam sama z siostrzenicą,gosposia krzątała się w kuchni.
-Idziemy,Violu? - Zapytałam,chwytając torebkę.
-Ale..To ty nie zostajesz? - Zdziwiła się. -Może odpocznij,weź dzień wolnego. - Nalegała.
-Nie ma takiej potrzeby,słońce.Chodź. - Pociągnęłam ją za rękę.
Po wyjściu z domu od razu zrobiło mi się lepiej.Świeże powietrze natychmiastowo uderzyło do mojej głowy,a przyjemny wiatr,uspokajająco głaskał twarz.
Dzień zapowiadał się pięknie,jak na listopad.W powietrzu rozchodziła się słodka woń waty cukrowej,dolatującej z pobliskiego stoiska,a delikatne obłoczki stanowiły zaporę dla przebijających się przez nie rąk Heliosa.Miasto tętniło życiem.
-Cudowna pogoda. - Szepnęłam zahipnotyzowana śpiewem ptaków.
Matka natura na szczęście nie odzwierciedlała mojego nastroju.Podziwiając jej dzisiejszą kreację,postanowiłam spróbować jej dorównać.Zapominając o porannej sytuacji oraz kłótni z Germanem,podążałam do Studia.Dziś na ustach wypisane miałam "Będzie dobrze".\

_______________________________
Beznadziejne.
Zachcianki Angie. :D
Drugi rozdział po przerwie.Jak wrażenia?
Nie chcę szantażować Was ilością komentarzy,ale dobrze jest znać opinię czytelników,to pomaga. :)

Pozdrawiam! ♥
Wiktoria

wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział 64


-Zabiorę cię gdzieś. - Rzekłam tajemniczo,obserwując reakcję Germana. - No nie bój się. - Złapałam jego rękę,ciągnąć za sobą. - To miejsce zatarcia się granicy życia i śmierci. - Dodałam,wzniecając płomień przerażenia na twarzy mężczyzny.
-Jesteś zagadką,Angeles Saramego. - Uśmiechnął się niepewnie. -I za to cię tak uwielbiam.- Pocałował mój policzek,dorównując kroku.
Po około piętnastu minutach,stanęliśmy przed drzwiami szpitala.Mina mojego szwagra mówiła sama,za siebie.
-Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? - Zdziwił się. - Wszystko w porządku?Jesteś chora?A może w ciąży..?! - Wytrzeszczył oczy. - W ciąży..Dziecko..Ale my nie..Dziecko..Ciąża..Angie..Ciąża..Dziecko.. - Panikował,trzymając się za głowę. - Dziecko..Boże..Ciąża..Angie..Dziecko..Ciąża..
-German,spokojnie. - Wydusiłam,dławiąc się nieokrzesanym śmiechem. - Nie jestem w ciąży,nic z tych rzeczy. -Dodałam,trzymając się za brzuch. - Chodź. - Skinęłam ręką,znikając w głębi budynku.
Po chwili dołączył do mnie wciąż blady inżynier.
-Dzień dobry,Lindo. - Rozbawiona,przywitałam się ze znajomą pielęgniarką. - To jest mój.. - Zawahałam się. - ..szwagier,German. - Powiedziałam szybko,ignorując lekkie zdenerwowanie mężczyzny.
-Witam. - Pocałował dłoń "piguły",szarmancko się uśmiechając. - Dobrze wiedział,że wywołał tym u mnie złość,jednak ja nie dawałam niczego po sobie poznać.
-Jak się czuje Javier? - Zapytałam,wkraczając na bezpieczny temat.
-Och,widać znaczną poprawę.Choć przeszedł serię bolesnych zastrzyków,dzielnie się trzyma.Został przeniesiony na salę nr.9. - Odgadła moje myśli. - Możecie wejść,na pewno się ucieszy z odwiedzin.
-Dziękujemy. - Kiwnęłam głową,zmierzając w kierunku pokoju.
-Javier jest pięcioletnim chłopcem,chorującym na białaczkę.Odwiedzam go od chwili,gdy Violetta trafiła do szpitala. - Uprzedziłam pytanie mojego towarzysza. - Zachowuj się. - Nakazałam surowo.
Mężczyzna wzruszył ramionami i idąc w ślad za mną,przekroczył próg sali.
Malec siedział przy stoliku i zawzięcie rysował coś w zeszycie.
-Cześć,zuchu. - Zapukałam w futrynę.
-Angieee! - Zapiszczał Javier,rzucając mi się na szyję. - Tęskniłem!
-Ojej,ja też,słoneczko. - Wzięłam go na ręce,sadowiąc się na brzegu szpitalnego łóżka. - Jak było na wycieczce?
-Fajnie,tylko ciebie tam nie było i Violetty też nie..Ale miałem Pinto i widzieliśmy taki duży sprzęt w klinice,co tak pikał i wtedy pani przychodziła. - Tłumaczył z wypiekami na twarzy. -Angiee.. - Przeciągnął chłopiec,biorąc kciuka do buzi. - Kim jest ten pan?
Spojrzałam na stojącego w drzwiach szwagra.Mężczyzna niepewnie się uśmiechał.
-To jest..Ymm.. - Drugi raz tego samego dnia nie wiedziałam,jak wytłumaczyć obecność Germana.
-Cześć. - Mój towarzysz,usiadł na stojącym obok łóżka krześle. -Jestem wujek German.A ty zapewne jesteś tym dzielnym podróżnikiem,co? - Połaskotał jego kolano. - Żółwik! - Wysuną przed siebie zaciśniętą pięść,która już po chwili stykała się z malutką dłonią Javiera.Malec niepewnie skinął głową.
-To co,powiesz nam,jak było na wycieczce? - Zapytał wesoło,rozluźniając atmosferę.

Przez następne godziny German i Javier znacznie się do siebie zbliżyli.Nie pamiętałam,że mężczyzna,którego niegdyś uważałam za tyrana i despotę,może tak świetnie obchodzić się z małymi dziećmi.Co prawda nie miał on syna,ale doskonale porozumiewał się z chłopczykiem.Chyba brakowało mu takiej beztroskiej zabawy - Violetta już dawno wyrosła z szaleństw z ojcem.
Nić,która zawiązała się między malcem,a Germanem,była jak "miłość od pierwszego wejrzenia".
To było niewiarygodne.Człowiek na pozór chłodny,oschły skrywa tyle warstw.Ciągle mnie zaskakuje.
Odkąd poznałam go drugi raz,zamieszkałam w jego domu nawet,jako guwernantka,stopniowo odkrywałam tajemnicę,jaką chowa.Niczym bohater "Pięknej i Bestii",zmieniał się w moich oczach.Odsłaniał oblicze czułego i uczuciowego romantyka.Fascynująca przemiana wpłynęła nie tylko na postrzeganie go przeze mnie.Jego stosunki z Violettą,ze światem,innymi ludźmi znacznie się poprawiły.Miałam wrażenie,że teraz zupełnie inaczej patrzy na pewne rzeczy.



Wieczorem pogoda uległa całkowitej zmianie.Dotychczas błękitne niebo zakryły szare chmury,którym towarzyszył porwisty wiatr.Po chwili zaczął padać deszcz,a temperatura znacznie spadła.
Okryta kocem wdrapałam się na parapet,przykładając policzek do mokrej od łez nieba szyby.Dlaczego płakało?Dlaczego kąpało nas swoimi łzami?Z góry obserwuje wszystkie nieszczęścia świata,a mimo to i tak góruje uśmiech.A teraz?Deszcz.Niebo też musi od czasu,do czasu popłakać,wyrzucić wszystkie smutki..Wówczas swoje gorzkie łzy zamienia w falę uderzającego chłodu,dającego poczucie rzeczywistości.
Zalewa nas swoim bólem,egoistycznie chowa gwiazdy,w których uporczywie próbujemy doszukać się szczęścia.Ale ono uśmiecha się do nas złośliwie i zmienia ich kryjówkę.
I w końcu nastaje dzień.Niebo zmienia kreakcje z szarej,żałobne sukni,na lekki błękit.Maluje się promieniami słonecznymi i pudruje śmietankowymi obłoczkami.
Stukot,szum,pukanie - często słyszymy te dźwięki.Jednych to relaksuje,innym przeszkadza..
Ja lubię deszcz.Kryje się w nim ziarnko tajemnicy.W każdej kropli.,która obija się o szybę,po czym bezwładnie spada.Każda była inna.Czy można porównać je do ludzi?
Przemoknięte serce miasta powoli usypiało,latarnie gasły.Zmęczenie odczułam dopiero teraz.
Nostalgiczny nastrój,postanowiłam zwalczyć długą,odprężającą kąpielą.
Z ręcznikiem i piżamami na ramieniu,udałam się w stronę łazienki,niestety dolatujący z daleka zapach olejków,głosił,że miejsce jest zajęte.Zrezygnowana zawróciłam do pokoju i opadłam  na łóżko.
Mój sufit dalej przyozdobiony był cudownym prezentem od Germana.
                           

                        "Miłość,jest zawsze chaotyczna.Gubisz się,tracisz trzeźwy osąd.
                                                        Nie umiesz się bronić.
                                               Im większa miłość,tym większy chaos.."


Piękne,prawdziwe słowa.Każde pociągnięcie pędzlem było pełne uczucia.Każde samo w sobie przekazywało inne emocje.
-Cześć,mogę? - Nawet nie zauważyłam,kiedy do pokoju wszedł German. - Na co tak patrzysz? - Zapytał i nie czekając na odpowiedź,położył się obok mnie.

Widząc tekst na ścianie tylko się uśmiechnął,po czym zaczął bawić się moimi włosami.Ja natomiast oparłam głowę na jego torsie i przymknęłam oczy,wsłuchując się w spokojny rytm serca ukochanego.
German okręcił wokół palca pasmo moich loków i łaskotał nimi  moje ramię.W pewnym momencie odwrócił się na bok i oparłszy głowę ręką,obdarzył mój obojczyk kilkoma nieśmiałymi pocałunkami.
Dotyk jego ust momentalnie mnie sparaliżował.,a ciało przeszyły dreszcze.Automatycznie przymknęłam oczy i rozchyliłam wargi.
-Idź już. - Szepnęłam w pewnym momencie. - Zrobiło się późno.
Mężczyzna najwyraźniej zignorował moje słowa,nie ustając z pocałunkami.
Czułam,że tracę nad sobą kontrolę,nie potrafię się mu sprzeciwić.Musiałam się otrząsnąć.
-Ja mówiłam poważnie. - Ujęłam jego twarz,zmuszając do kontaktu wzrokowego.
Na twarzy mężczyzny dostrzegłam lekką irytację.Gładząc brodę podniósł się i przysiadł na brzegu łóżka.
-Angie,ile to jeszcze będzie trwało? - Zapytał wlepiając wzrok w drzwi.
-Nie rozumiem..O co ci chodzi? - Zapytałam marszcząc brwi.Zdziwiło mnie jego zachowanie.
-Ile jeszcze będziemy się ukrywać? - Wycedził. - Zrozum,mam tego dość..Tak nie da się normalnie funkcjonować.Żyjemy w ciągłej obawie,że ktoś przyłapie nas,jak się przytulamy,czy w jakiś sposób,"niewłaściwie patrzymy".Chce móc cieszyć się tobą bez zbędnych zahamowań.
-W takim razie musimy przystopować z czułością. - Zażartowałam nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.
Mężczyzna popatrzył na mnie z żalem w oczach.Był zły.
-German - Westchnęłam,również podrywając się do pozycji siedzącej. - Rozmawialiśmy o tym..Na razie nie chcę,żeby ktokolwiek o nas wiedział..Jest dobrze,tak jak jest.
Twarz ukochanego przybrała blado-czerwony kolor.Niepewnie przełknął ślinę,po czym bez słowa opuścił mój pokój.

_________________________________
-Wujek,despota,niecierpliwy German.
-'Kłótnia' Germangie.
-Javier.
Tak oto moi Kochani wraz z nowym wyglądem i długim rozdziałem,wraca "Trochę inna historia Angie.". :)
Wygrana w konkursie literackim natchnęła mnie do pisania. :)
Jak Wam się podoba? :)
Na moim askowym profilu (Klik) i skrzynce e-mailowej,jak i w komentarzach,znalazły się prośby o dodanie wywiadu przeprowadzonego ze mną przez przyjaciółkę.Nie byłam skłonna publikować go,ale po kilkunastu wiadomościach uległam.Przepisałam tylko parę. ;)

Pozdrawiam! :)
Wiktoria

Skąd zamiłowanie do pisania wierszy,opowiadań?

Od małego miałam bujną wyobraźnię,lubiłam zmyślać,opowiadać historie.W późniejszych latach zaczęłam przelewać to na papier.
Z drugiej strony odziedziczyłam to po mamie i babci.


Ma pani jakieś swoje motto życiowe lub ulubiony cytat?

-Kiedyś zetknęłam się ze słowami Marii Konopnickiej : "A gdy serce twe przytłoczy myśl,że żyć nie warto,z łez ocieraj cudze oczy,chociaż Twoich nie otarto".
Przyznam szczerze,że z niewiadomych powodów ilekroć wspominam ten cytat,przechodzą mnie dreszcze.Uważam,że są to piękne,wartościowe słowa i bez wątpienia należą do moich ulubionych.
Co robi pani w przypadku braku weny?

-Nie zmuszam się do pisania.Czekam,aż sama "przyjdzie".Zazw​yczaj w takiej sytuacji spaceruje,słucha​m muzyki lub czytam stare teksty.