Poszkodowanemu kierowy na szczęście udało się opuścić poturbowane auto. Klnąc pod nosem, wspierał się o chodnikową barierkę.Wokoło zebrało się kilku gapiów.
- Nic panu nie jest? - Zapytał German,podbiegając do blondyna. Wydawał się być znajomy.. - Halo?
- Czego chcesz,człowieku?! - Syknął, odwracając się w stronę inżyniera.W tej chwili z przerażeniem odkryliśmy,że człowiekiem uległym wypadkowi był ... Matias.. - Oo,kogo ja widzę.. - Zaśmiał się z ironią. - Cóż za przypadek.
-Rzeczywiście. - Szepnął mój szwagier z wyczuwalną pogardą.
Widok dawno zapomnianego mężczyzny mocno nas zdziwił. Łut szczęścia /nieszczęścia , czy zwykła ironia losu?
LaFontaine dawno nie pokazywał się w okolicy, a szczerze powiedziawszy,od kąd jego siostra rozstała się z Germanem - nikt go nie widział. Ani ja, ani szwagier, czy ktoś z domowników wolał nie poruszać tematu przebiegłego rodzeństwa.Cała 'przypadkowa' sytuacja wydawała się być dziwna, choć może to ja byłam przewrażliwiona ?
-Nic ci nie jest? - Chciałam zapobiec kłótni. - Twoja głowa.. - Wskazałam na krwawiący łuk brwiowy.
-Cholera. - Dotknął rozciętego miejsca.
-German zawiezie cię do szpitala. - Stwierdziłam bez namysłu. Obaj mężczyźni popatrzyli na mnie ze zdziwieniem i nieukrywaną niechęcią.
-Bez dyskusji. - Zaprzeczyłam im protestom. - Auto zostanie odholowane do warsztatu,a tu chodzi o twoje zdrowie. - Zwróciłam się do brata Jade. - Poczekam na służby drogowe,a wy jedźcie. - Rozkazałam niepewnie. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego,czym może skończyć się wspólna wycieczka tych dwóch osób. Własne słowa też lekko mnie dziwiły.
Po chwilach wahania,jednak ruszyli w drogę.Ja natomiast zgodnie z obietnicą - pilnowałam auta.
Nie minęło pół godziny,a na miejscu wypadku zjawili się dwaj mężczyźni z drogówki.Kilkoma sprawnymi ruchami,wydostali pojazd z pobocza,a mnie poinformowali o tym,dokąd pojazd zostanie zabrany.Pytali również o przyczynę wypadku.
Gdy było już po wszystkim,w końcu mogłam dotrzeć do pracy.Miałam godzinne opóźnienie.W duchu modliłam się,aby nie natrafić na organy władzy szkoły.
Mimo,że dzisiejszy dzień nie był trzynastym miesiąca,szczęście mi nie dopisało - w holu wpadłam na rozgniewanego Pabla.
-Aaa nie powinieneś być na jakimś wyjeździe? - Zapytałam mocno zdziwiona.-A nie powinnaś być na lekcji?! - Zdenerwował się.Jeszcze nie widziałam go w takiej furii. - Nie możesz się cały czas spóźniać i robić,co ci się rzewnie podoba! - Wypalił. - Jesteś nieodpowiedzialna,Angie.
-To nie tak..Jechałam z Germanem samochodem i nagle..
-Daruj sobie.- Przerwał mi. - Nie obchodzą mnie twoje relacje z Germanem,nie chcę o nim słyszeć w mojej szkole.Życie osobiste odłóż na bok,kiedy tu przychodzisz. - Rzucił,odchodząc.W tym samym momencie rozbrzmiał dzwonek na przerwę.Korytarz wypełnił się uczniami,wśród których dostrzegłam Violettę.Chciałam do niej podejść,ale uprzedziła mnie Francesca i Camila.Postanowiłam jej przeszkadzać.
Zmartwiona,podążyłam do pokoju nauczycielskiego,gdzie kawę popijał Gregorio.
-Znów spóźniona,Ęłżi. - Skomentował z kpiącym uśmiechem.
-Daj mi spokój,proszę. - Sięgnęłam po ekspres.
-W końcu wylecisz. - Zaśmiał się. - Twoje dni w Studiu są policzone,na-u-czy-cie-le-czko. - Przesylabował,wychodząc.
Bezwładnie opadłam na krzesło.Zapowiadał się taki cudowny dzień..A wyszło,jak zwykle..
Niechętnie zabrałam się,za przegląd listy uczniów,z którymi dzisiaj miałam mieć zajęcia.Jak na złość każda literka mieszała mi się w głowie,nie ustając na swoim miejscu.Usilne starania odczytu zapisków,przerwał dzwoniący telefon.Także wyświetlacz telefonu zdawał się być zamazany.
-Słucham? - Odebrałam,nie znając rozmówcy.
-Hej,Angie. - W słuchawce rozpoznałam głos Germana. - Właśnie wyszedłem z izby przyjęć.Rana Matiasa nie była głęboka,założyli mu opatrunek.A ty?Długo czekałaś na holowników?
-Trochę mi się oberwało.. - Rzuciłam,nie zdając sobie sprawy z tego,o co pytał inżynier.
-Angie,wszystko w porządku? - Zapytał,zmartwiony.
-Tak,pewnie..Wstąpisz do Javiera? -Zmieniłam temat.
-Właśnie miałem taki zamiar,ale może poczekam na ciebie i pójdziemy razem po południu?
-Nie,idź.. - Zacisnęłam zęby.Niewyobrażalna siła rozsadzała moją czaszkę.Obraz zaczął się kręcić. - Muszę kończyć,pa. - Rozłączyłam się,rzucając telefon na stół.
Jedną ręką podparłam brodę,a drugą dotknęłam czoła.Nagle w skutek dzwonka lekcyjnego,moje ciało zadrżało.Pociągnęłam nosem i przetarłam twarz dłońmi,po czym ostrożnie stawiając nogę,za nogą,ruszyłam do klasy.
Reszta lekcji minęła w spokoju.Wszystkim udzielała się nieprzyjemna aura,która od kilku dni gościła za oknem.Nawet Ludmiła zdawała się być cicha.
-Może zaśpiewamy coś dla rozruchu? - Zaproponowałam,chcąc rozweselić młodzież. - Leon,podejdź do klawiszy."Algo suena mi." - Powiedziałam,wstając z biurka.
Pomysł okazał się trafny,dzieciaki w mik nabrały ochoty do pracy.
-"Algo suena mi,algo suena in vos.." - Śpiewały dziewczęta.W refrenie dołączyli chłopcy.
Wszystkim od razu poprawiły się humory.Żaden deszcz,czy wiatr nie mógł zepsuć panującej atmosfery.Ostatnie minuty lekcyjne upłynęły dość szybko,wspaniały początek weekendu.
-Dobrze,nie zadaję pracy domowej,ale pamiętajcie o ćwiczeniach,które powtarzaliśmy. - Powiedziałam,gdy rozbrzmiał dzwonek. - Do widzenia.
O końcu zajęć nie trzeba było mówić długo,w parę sekund klasa doszczętnie opustoszała.Z wyczuwalną,pozytywną energią postanowiłam uporządkować przed wolnym wnętrze biurka.
-Kiedy ja tu ostatnio sprzątałam? - Mruknęłam do siebie,rozbawiona nieładem.
Cztery szuflady kryły w sobie imponujące ilości różnych bibelotów.Od zapisków sprzed lat,do zaginionych notatek,a nawet szczątków moich bransoletek,które z uwagi na wystające klamki - lubiły zwalniać ze sznurków koraliki.
Wśród dawno zapomnianych przedmiotów odnalazłam białą kopertę.Zaciekawiona znaleziskiem,przysiadłam na krześle,zaglądając do środka.Wewnątrz znajdowały się fotografie z różnego okresu mojego życia.Wypatrzyłam stare zdjęcie legitymacyjne,z wycieczki szkolnej do Barcelony,akademii na zakończenie podstawówki,mojego pierwszego występu na scenie,kiedy grałam biedronkę.Było tam wszystko.
Po chwili moją uwagę przykuła fotografia z Pablem.Mieliśmy wtedy po szesnaście lat.Oboje uczyliśmy się w szkole muzycznej w Madrycie.Później też tam studiowaliśmy.To było piękne chwile,poznałam mnóstwo ciekawych ludzi,którym wiele zawdzięczam.Tak na prawdę nigdy nie zastanawiałam się,co mogło się stać z moją licealną klasą.Czy teraz pracują jako urzędnicy państwowi?A może podobnie,jak ja - pochłoną ich artystyczny świat.Może mają rodziny,a może nadal żyją samotnie,poszukując szczęścia,swojego miejsca na ziemi.
Kiedyś w ręce wpadł mi dzienniczek,gdzie powpisywali się wszyscy z mojego rocznika.Warto było mieć coś takiego.Powspominać..
Po chwili zorientowałam się,jak obraz zaczyna zanikać,a na zdjęciu powstają mokre plamy.Trzeźwo otarłam łzy wzruszenia,po czym schowałam pamiątki z powrotem do koperty. Musiałam zabierać się za porządki,było już późno.
Niestety tak to ze mną bywa - ogarnięta zapałem i weną,zabieram się za impulsywne czynności,a natchnienie dość szybko się ulatnia.Tym razem jednak obiecałam sobie dokończyć,to zaczęłam.
Ile czasu zabrało mi sprzątanie?Sądząc po kilku ntelefonach od Germana - długo.Gdy w końcu skończyłam,zegarek wskazywał 20:17.
-Czas do domu,Angeles. - Westchnęłam,przeciągając się.
Nudne.
Angie i German unikneli nieszczęsnego wypadku. :P
Pewnie zauważyliście,że mdłości,bóle głowy przychodzą i odchodzą u naszej bohaterki. :D
Wszystko wyjaśni się w swoim czasie. ;D
Wiktoria





