niedziela, 19 października 2014

Rozdział 129

Do rozpoczęcia roku szkolnego pozostały niecałe trzy tygodnie, a nad całą kadrą nauczycielską wciąż ciążyły różne prace i formalności. Z całych sił staraliśmy się zapanować nad chaosem związanym z nowymi obowiązkami. Pablo pomagał mi, jak mógł, ale codzienne zmiany w restauracji i wielogodzinne wypełnianie dokumentów odbijało się na mnie echem.
- Angie, odpocznij. - Pablo siłą wyrwał mi z rąk teczkę, z której hurtem posypały się kartki.
Opadłam na krzesło i odchyliwszy głowę do tyłu, przetarłam twarz dłońmi, głośno wzdychając.
- Jak się czujesz?
Odkąd Pablo poznał prawdę, stał się nie do wytrzymania; na każdym kroku mnie kontrolował i z naciskiem odradzał poszczególne plany. Apogeum osiągnął podczas którejś z kolejnych zmian w
restauracji.
- Proszę cię, nie możesz się przemęczać. - Przejął ode mnie tacę z filiżankami i zaprowadził do stolika. Nie zdążyłam nawet policzyć do trzech, kiedy zza zaplecza wyłonił się zdegustowany szef.
- A pani to co? Nóżki od szpileczek bolą? - warknął, opierając ręce na biodrach.
- Przepraszam, już biorę się do pracy.. - jęknęłam, podnosząc się, lecz w tej samej chwili zareagował brunet.
- Pani nie może się przemęczać - rzekł stanowczo.
- To ja decyduję o tym, co można, a czego nie można w moim lokalu - odburknął.
Pablo już otwierał usta, żeby coś wtrącić, ale w porę go uprzedziłam:
- Daj spokój, to moja praca. Zobaczymy się popołudniu - powiedziałam, odchodząc.
W chłodni napotkałam Bellę.
- Hej, co jest? - spytała, odkładając na szafkę koszyk z owocami.
W odpowiedzi machnęłam ręką i z markotną miną zabrałam się za gorączkowe przegrzebywanie pierwszego - lepszego pudełka, w rzeczywistości nie wiedząc, co tak naprawdę tam robię.
- Angie..
- Pogadajmy o czymś innym. - Machinalnie odwróciłam się w jej stronę, - Jak twoja sytuacja z Erickiem? Nadal twierdzisz, że to zamknięty rozdział?
Kobieta westchnęła ciężko i oparła się o krawędź pułki z nabiałem.
- Przyszedł wczoraj do mojego ojca - powiedziała cicho. - On nigdy go nie lubił, twierdził, że jest dla mnie nieodpowiedni, nie akceptował mojego uczucia do Ericka. Nie wiem czego oczekiwał, przychodząc do naszego mieszkania, ale zakończyło się kłótnią, ojciec nie chciał go do mnie dopuścić. Zostawił tylko to. - Rozchyliła pięść, w której krył się jeden, pojedynczy klucz z dopiętym breloczkiem w kształcie pióra.
- To klucze do mieszkania, samochodu?
- Wątpię. - wskazała na wygrawerowane cyfry na odwrocie ozdoby.
- Adres! Bell, sprawdzałaś co tam jest? - pisnęłam, podekscytowana, całkowicie zapominając o zdarzeniu sprzed minuty.
- Nie, nie wiem czy chcę to wiedzieć.
- Och, to prezent, niegrzecznie odmawiać - zaśmiałam się, ciągnąc dziewczynę w kierunku drzwi.
Złapana przeze mnie taksówka zawiozła nas parę przecznic dalej, w jedną z odludnych uliczek. Znajdował się na niej jeden sklep monopolowy, jakiś kantor i parę kamienic.
- Dziękujemy. - podałam kierowcy banknot, po czym wysiadłam z pojazdu. Bella przeglądała się budynkowi, który wyglądał na odnowiony, w około znajdowało się kilka drzew. Wyraźna liczba na ścianie oznaczała, że jesteśmy na miejscu. Kobieta z wyraźną niechęcią podeszła do drzwi, i otworzyła podarunkiem od Ericka. Weszłyśmy do środka, i od razu w oczy rzucił się brak miejsca, spowodowany przez regały pełne..
- Książki? - zdumiłam się. W tym samym momencie z ust mojej przyjaciółki padło to samo słowo, lecz w jej głosie dosłyszałam się zachwytu. Krzyknęła, i zaczęła wertować regały. Również wzięłam w dłoń jedną i przeczytałam tytuł.
- O krok za daleko - mruknęłam i odłożyłam ją na miejsce.
- Jestem w raju. - szepnęła, podchodząca do mnie Bella. Jej oczy błyszczały od radosnych iskierek podniecenia i wyraźnej osłonki łez.
Jeszcze raz, uważnie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dużą salę wypełniały szafki dostosowane do wygiętych w łuki ścian w kolorze pudrowego różu, przeplatanego z kawowym odcieniem. Po środku stały trzy osobne biblioteczki, a naprzeciw drzwi doszukałam się kanapy, fotela i biurka. Miejsce wyglądało na gustownie nowourządzone.
- No, no - zdołałam wydusić.
- Cieszę się, że i pani zainponowałem. - O mało nie podskoczyłam, kiedy z drzwi, kryjących się za jednym z regałów doleciał nas męski głos. Po chwili w odległości zaledwie paru kroków ode mnie stał Erick. Teraz wyraźniej mogłam się mu przyjrzeć, niż pamiętnego wieczoru, gdy pobił adoratora byłej dziewczyny. Miał na sobie czarne, sztruksowe jeansy, białą, dokładnie wyprasowaną koszulę i marynarkę z tego samego materiału i koloru, co spodnie. Ciemne włosy sięgały mu nieco za ucho, a z brązowych oczu emanuował spokój, rozsądek i życzliwość. Aż trduno było uwierzyć, że taki człowiek byłby w stanie zaatakować drugiego.
- Ale gdzie moje maniery, nie przedstawiłem się! Pani wybaczy, Erick. - Skłonił się nieco.
- Angeles, proszę mówić mi Angie. - Uśmiechnęłam się niepewnie.
Kątem oka spojrzałam na zastygłą Bellę. Splatając ręce na piersiach, zaciskała  wargi, wbiwszy wzrok w jasne płytki. Erick z wyczekiwaniem i lekkim uśmiechem zbliżył się do niej, opierając na drewnienej lasce.
- Ma pan niesamowitą kolekcję. - Przerwałam niezręczną ciszę.
Mężczyzna z trudem oderwał wzrok od młodej kobiety i przenosząc go na mnie, rzekł:
- To własność Belli.
Nie dało się nie zauważyć, jak brunetka rozchyla usta ze zdziwienia, gwałtownie spoglądając na byłego partnera.
- Chyba musicie porozmawiać.. - Bardziej zabrzmiało to jak pytanie, niż stwierdzenie, ale ani Erick, ani Bella nie zwrócili uwagi na moje słowa, powracając do stanu sprzed minuty. - To ja.. - Wskazałam na drzwi. - Do widzenia. - Niemalże wyszeptałam i opuścisłam budynek.

Późnym popołudniem wróciłam do Studia z zamiarem uporządkowania dokumentów. Budynek skąpany był w ciszy i półmroku. Kiedy myślałam, że jestem sama, usłyszałam zbliżające się w moim kierunku kroki. - Gregorio. - mężczyzna zatrzymał się na dźwięk swojego imienia. - Możemy pogadać? - zapytałam, patrząc na niego. Odwrócił się po chwili i zobaczyłam, że dobrze wie, jaki temat chcę poruszyć.
- Ee, spieszę się. - wybełkotał, obracając w dłoni małą, żółtą piłeczkę. Był  spięty, a na jego twarzy lśniły krople potu.
- Proszę, zajmie nam to moment. - posłałam mu błagalne spojrzenie.
Mężczyzna jęknął cicho, siadając przy stole i odkładając na bok swoje rzeczy. Podeszłam do ekspresu z kawą i wypełniłam nią dwa kubki. Kątem oka zerknęłam w górę, gdzie znajdował się stary plan lekcji oraz zdjęcie kadry nauczycielskiej. Błękitne ściany lekko zbladły, lecz nadal widać było, że to ta sama, stara sala, do której weszłam zapytać o pracę. Uśmiechnęłam się w duchu, a wzrokiem wróciłam do nauczyciela tańca, który miał odwróconą głowę w strone zdjęcia wiszącego na ścianie. Wiedziałam na kogo patrzy... na Antonia, który szczęśliwy obejmował z jednej strony jego, a z drugiej Pabla.
- Proszę. - podałam mu kubek z kawą i usiadłam naprzeciwko niego. Spojrzał na kawę, a potem na mnie. - Włochy... co tam robiłeś? Męczy mnie to. - wyznałam. Gregorio upił łyk kawy i westchnął.
- Szukałem syna. - palnął.
Nieomal zakrztusiłam się napojem. Gregorio ma syna - to wyznanie wytrąciło mnie to z równowagi. Znam go tak długo, a jednak wszystko wciąż wskazywało na to, że dotychczas bardzo się myliłam.
- I... i znalazłeś go? - zapytałam, starając się ukryć oszołomienie.
Żeby się czymś zająć, zaczęłam stukać palcem w stół, co wybawiło z niego cichy pomruk niezadowolenia.
 Kiwnął głową. Przez dłuższy moment panowała głucha cisza. Słychać było jedynie tykanie zegara i dźwięk obijanych knykci.
- To Tomas - wykrztusił w końcu.
Zamarłam. Czy on miał na myśli tego Tomasa? Tego Hiszpana, który był asystentem Beto? Tego ucznia Studia? Przyjaciela Francesci? Adoratora Violetty? Tego chłopaka, wprost znienawidzonego przez swojego belfra od zajęć tanecznych?
Dobrze pamiętałam wszystkie problemy związane z Tomasem i Gregorio, teraz się okazuje, że są spokrewnieni... i to dosyć poważnie.
"Ale co chłopak robił we Włosz.. No przecież! Tomas przecież tam pracował, i nawet go spotkałam!" - krzyczałam w myślach. Nagle wszystko stało się jasne. Spojrzałam na mężczyzne, który zerkał na mnie, oczekując dwuznacznej reakcji.
- Nienawidzi mnie. Wierzy, ale nienawidzi. Mam o nim zapomnieć, mam go zostawić w spokoju, bo jak był tutaj...- pierwszy raz widziałam ćmienie łez w oczach Gregoria.
- Nie możesz się poddać, poleć do niego, choćby jutro i na spokojnie mu wyjaśnij. - podsunęłam pomysł, przerywając mu wpół zdania. - Dam radę z Beto i Pablo wyszykować wszystko, ale chciałabym żebyś wrócił przed otwarciem i... - nie dokończyłam, bo Gregorio mocno mnie przytulił. Poczułam jakiś nagły przypływ szczęścia i dziwne łaskotanie w okolicach wątroby.
- Dziękuję, Angie, dziękuję. - Porwał rzeczy ze stołu i już miał wychodzić, lecz w progu odwrócił się w moją stronę i rzekł stłumionym głosem: - Brakuje mi go, ale cieszę się.. cięszę się, że wybrał ciebie - wyznał, a ja poczułam pod powiekami łzy wzruszenia.
- Powodzenia - rzekłam, odprowadzając mężczyznę wzrokiem. Przygryzłam wargę, uśmiechając się i jeszcze chwilę wpatrując w miejsce, w którym zniknął tancerz, po czym również zaczęłam zbierać się do domu. 

W końcu udało mi się wyjść z pracy. Starłam krople potu z czoła i szybkim krokiem ruszyłam do domu.

Gdy chciałam otworzyć drzwi od mieszkania, przeszkodził mi dzwonek od telefonu. Trzymając klucze jedną ręką, drugą wyjęłam komórkę. 
Pablo - widniało na wyświetlaczu. Westchnęłam cicho i mimo zmeczęnia i niechęci, odebrałam.
- Halo. - otworzyłam drzwi, i przez przypadek upuściłam klucze, które z wielkim brzękiem upadły na podłogę.
- Halo? Angie? Co się stało? Nic nie jest? - zasypał mnie  pytaniami. Słyszałam w jego głosię troskę i lekko panikę.
- Nic mi nie jest, żyję, muszę kończyć. - rozłączyłam się pod wpływem złości, nie dając mu dojść do słowa. Położyłam klucze na komodzie, po czym wyłączyłam komórkę i włożyłam ją z powrotem do torebki, chcąc mieć chwilę spokoju.
Pablo robił to z troski, martwił się o mnie, ale gdybym mu nie powiedziała, nie przejmowałby się mną... tylko ślubem z Monicą
Opadłam na sofę i położyłam głowę na poduszkach. W końcu znalazł swoją miłość, a ja... ja ją tracę.  Powinnam być silna, powinnam nie okazywać tego, że jestem w rozpadzie. Otarłam mokrą smugę z policzka i poczłapałam do kuchni, czując wielki głód i jednocześnie mając nadzieję, że znajdę coś w lodówce. Jogurt naturalny, ogórki, 5 jajek i pomidor.
 "Wstąpić jutro do sklepu" - pomyślałam.
Jajka, ogórki i pomidor zostawiłam na śniadanie, a zajęłam się bułką i jogurtem. Jedząc go, wróciłam do salonu i położyłam się na kanapie. Myślami byłam przy Violetcie. Czy mi wybaczy? Zapomni o mnie. Tak, na pewno tak będzie. Esmeralda wyjdzie za Germana i zostanie jej macochą idealną, w końcu utworzą perfekcyjną rodzinę, o jakiej zawsze marzył mój szwagier. 
Moje przemyślenia przerwało pukanie. 
- To są chyba jakieś żarty. - mruknęłam, wstając do drzwi. - Pablo, po co... - przerwałam w pół zdania, przecierając oczy.
Nie wierzyłam. W drzwiach stał Emilio, a u jego boku Ivi.

___________________________
Werble prosimy.
Tamtararam, oto prezentujemy 129, a zarazem debiutancką notkę Kierki. :D 
Rozdział jest owocem naszej współpracy, którą mamy przyjemność rozpocząć. 
Przy okazji możecie zapoznać się bliżej z sylwetką Ericka, czyli filmowym Remusem Lupinem i jednym z moich (W)  mężów. XD 
Mamy nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu. 

Pozdrawiamy,
W & Z

czwartek, 2 października 2014

Rozdział 128

Nazajutrz rano zadzwoniłam do Marco, że dziś, ani ja, ani Bella nie pojawimy się w pracy. Dziewczyna spała jeszcze w mojej sypialni, gdzie pościeliłam jej tuż po powrocie do mieszkania, a sama zdrzemnęłam się na kanapie. Nasz szef nie wykazał przyjaznej inicjatywy i z nieodzowną złośliwością zdobył się na kilka komentarzy, ale niechętnie przystanął na udzielenie nam jednodniowego urlopu.
Zadowolona z pozytywnie zakończonej misji, podreptałam do kuchni i przygotowałam talerz tostów z serem i szynką. W chwili, gdy kończyłam parzyć kawę, w progu stanęła zaspana brunetka. Jej oczy były podpuchnięte i zaczerwienione, włosy rozczochrane, a na policzkach zalegały pozostałości tuszu. Domyśliłam się, że musiała przepłakać pół nocy, ale posłałam jej zachęcający uśmiech i zaprosiłam do stołu.
- Jak to jest, że ty masz zawsze tyle energii? - zapytała, upijając łyk napoju.
- O to samo mogłabym zapytać ciebie.
- Wiesz, że jesteśmy spóźnione do pracy, nie? Marco nas zabije.. - westchnęła, opierając brodę o kremowy blat.
- Dzwoniłam do niego i uprzedziłam, że dziś nie przyjdziemy.
- Wylecimy, jak nic..
- Nawet był miły - zaśmiałam się.
Nastała chwila ciszy. Dziewczyna z głową ułożoną na stole skubała brzeg tosta, a ja zastanawiałam się, jak zacząć rozmowę i ją pocieszyć.
- Wiesz, Bell..
- Wiem - przerwała mi. - Muszę się ogarnąć, wciąć w garść i skończyć z tamtą robotą.
- To też - przyznałam. - Ale przemyślałam to wszystko i myślę, że powinnaś jeszcze raz porozmawiać z Erickiem.
Brunetka gwałtownie się wyprostowała i wlepiła we mnie aromatycznie zielone oczy, tak, że poczułam się nieco zakłopotana.
- Żartujesz? Nie mam mu nic do powiedzenia.
- Ale on tobie najwidoczniej tak, skoro wczoraj cię odnalazł.
- Myślałam, że wszystko wczoraj ustaliłyśmy.
- Ja też, skarbie, pamiętasz co mówiłam? Że jeśli ludzie mają być ze so..
- To nie bajka, Angie! Nie jestem tą Bellą, księżniczką, która pokochała Rumpelstiltskina, a on mimo przeciwności losu robił wszystko, by byli razem. Nie jestem też Tonks z serii J.K Rowling o Harrym Potterze i nie będę już starała się przekonać swojego Remusa do tego, że mimo wszystko kocham właśnie jego. Nie jestem też tobą, Angie, nie będę cierpieć z miłości do faceta, który przez cały czas pokazywał, że ma mnie gdzieś..
Uśmiechnęłam się słabo, nagle czując nieprzyjemną gulę w gardle.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. - Przytuliłam ją.
- Powiesz mi, jak ty to robisz? - zaśmiała się. - Jak to jest, że mimo tego wszystkiego, czego doświadczyłaś, choroby i problemów, promieniejesz i ciągle myślisz o innych.
- Jeśli nie mogę pomóc sobie, to chcę być przy moich bliskich - odpowiedziałam.
W tym momencie rozległo się ćwierkanie mojej komórki. Na wyświetlaczu pojawił się numer Pabla. Bell ulotniła się z kuchni, natomiast ja odebrałam telefon.
- Cześć, Angie, gdzie jesteś? Czekamy na ciebie, Gregorio zaczyna się niecierpliwić..
- Cholera - zaklęłam. Zupełnie zapomniałam o spotkaniu z nauczycielami Studia. - Dajcie mi kwadrans, zaraz będę - rzuciłam i zakończyłam połączenie. W locie chwyciłam torebkę, przeczesałam dłonią włosy i ruszyłam do wyjścia, w porę przypominając sobie o mojej lokatorce.
- Bell, słuchaj, muszę na moment wyjść, ale..
- Daj spokój, leć. Ja też się zbieram i wracam do mieszkania, tato na pewno się niepokoił. Widzimy się w pracy.
Kiwnęłam głową i popędziłam na spotkanie.

Do Resto, gdzie byłam umówiona dotarłam parę minut później. Wnętrze znacznie się zmieniło; stoliki były ustawione w inny sposób, nowo ustawioną scenę zapełniały instrumenty, a na kremowo - czerwonych ścianach były namalowane nuty i wisiały zdjęcia moich starych uczniów, W miejscu przy oknie zauważyłam znajomych.
- Cześć. - Posłałam im ciepły uśmiech i zajęłam miejsce pomiędzy Pablem, a Beto. - Przepraszam za spóźnienie.
- Kochana! - Roberto rzucił mi się na szyję, wywracając przy tym cukierniczkę. - Tak się cieszę!
- Ta, my też - mruknął Gregorio, któremu złośliwym prychnięciem zawtórowała Jackie, ale przez ułamek sekundy zdawało mi się, że jego oczy zaświeciły radośnie. W duchu pomyślałam, że spróbuję się dowiedzieć więcej o jego pobycie w Rzymie, kiedy spotkaliśmy się na jednej z ulic.
- Was też miło widzieć - uśmiechnęłam się. - Dobrze, przejdźmy do konkretów. Wszyscy mamy świadomość tego, co stało się z naszym przyjacielem,, - zaczęłam, czując na kolanie dłoń Pabla. Podziękowałam mu w duchu za wsparcie i kontynuowałam. - W wyniku ostatniej woli Antonia, po jego odejściu to ja jestem właścicielką Studia - powiedziałam odważnie.
Beto zastygł z ciastkiem w ustach, Gregorio, jakby nagle zbladł, a Jackie zakrztusiła się kawą i wlepiła we mnie mordercze spojrzenie. Na pewno była wściekła i rozczarowana, że to nie jej, jako siostrzenicy zmarłego przypadł spadek. Sama kilkakrotnie zastanawiałam się nad tym, dlaczego mężczyzna nie powierzył swój dobytek komuś z rodziny, choćby związanej ze szkołą artystyczną Jackie.
- Ja też nie do końca rozumiem decyzje Antonia.. Początkowo chciałam zrzec się spadku, ale - Tu spojrzałam na Pabla - po dłuższych przemyśleniach zdecydowałam się na poprowadzenie Studia i.. potrzebuję waszej pomocy.
- M - możesz na mnie liczyć, Angie! - wyrwał się Roberto, któremu posłałam szczery uśmiech.
- Gregorio, Jackie? - Spojrzałam na nich wymownie.
- Cóż.. Ktoś musi pilnować, żebyś nie sprowadziła szkoły do bankructwa - dodał tancerz, usilnie obojętnym tonem.
- Świetnie.
- Jackie? - spytał Pablo. Kobieta siedziała z rękami skrzyżowanymi na piersiach i dzikim wzrokiem, wlepionym w cukierniczkę. - Bez ciebie sobie nie poradzimy..
- No to macie problem - syknęła, chwyciła torebkę i z hukiem opuściła lokal.

- Całkiem nieźle poszło - zaśmiał się Pablo w drodze do mojego mieszkania.
Od jutra, popołudniami mieliśmy spotykać się całą kadrą, planując nowy rok szkolny. Musiałam też pomyśleć o dodatkowym nauczycielu na miejsce Jackie.
- Hej, będzie dobrze. - Przyjaciel objął mnie ramieniem, tak że wtulona w niego i nieco uspokojona szłam dalej.
- Jak przygotowania do ślubu?
- Dobrze, to nie będzie wielkie przyjęcie, ale roboty jest sporo, został tydzień.
- Pablo, jeśli mogłabym wam jakoś pomóc, to..
- Wiem, dziękuję. - Wymieniliśmy uśmiechy i w dobrych nastrojach rozeszliśmy się do domów.

Kolejne dni minęły pracowicie. Rankiem pędziłam do restauracji, a popołudnia spędzałam w Resto z nauczycielami. Dotąd nie udało nam się znaleźć kogoś konkretnego na miejsce Jackie, ale starałam się myśleć pozytywnie, w końcu tyle czasu pracowaliśmy w czwórkę.
Każdy z nas mocno odczuł brak Antonia, kiedy po raz pierwszy przekroczyliśmy próg Studia. W wakacje, w połowie sierpnia, to on zawsze otwierał szkołę i witał wszystkich w gabinecie na otwarciu rady pedagogicznej.
Budynek nie zmienił się z zewnątrz, jak i w środku. Wciąż dominowały tam abstrakcyjne kolory, tęczowe poduszki, którymi obłożone były fotele w korytarzach. Drzwi do głównej sali dalej pokrywały klawisze pianina, a na ścianach wisiały tabla ze zdjęciami absolwentów szkoły.
Jednak miałam świadomość, że największy ból sprawi mi przemowa na otwarcie nowego roku szkolnego. Jak zareagują uczniowie na wprowadzone zmiany? A może nie podołam zadaniu?
Pablo na każdym kroku starał się dawać mi do zrozumienia, że mogę na nim polegać, jeździł na spotkania z dawnymi sponsorami i pomagał mi w załatwianiu ubezpieczeń oraz formalności z firmami dostawczymi. Rewanżowałam się pomocą z kateringiem i wystrojem sali, choć w końcu sama przed sobą musiałam przyznać, że stres i praca nie działają na mnie korzystnie.
- Panno Saramego, zdaje sobie pani sprawę z tego, że taki tryb życia, jaki pani prowadzi jest niedopuszczalny?
- Chcę zachowywać się normalnie. Sam pan mówił, że guz, to nie wyrok.
- Zgadza się, ale musi być pani świadoma ryzyka! Tabletki, które pani bierze najwidoczniej działają u pani odwrotnie - szkodzą, zamiast pomagać.
- Nie rozumiem, zawroty głowy, nudności i halucynacje mijają, gdy je wezmę.
- To efekt krótkotrwały, wyniszczają pani organizm. Musi pani odstawić leki.
- I pozwolić się zabić?! - straciłam kontrolę. - Obiecał pan! Na swoje wąsy..
- Obiecałem i zamierzam dotrzymać słowa - rzekł łagodnie. - Będziemy kontynuować radioterapię i jednocześnie szukać zastępczych lekarstw. Do tego czasu proszę się oszczędzać.
Milcząc, kiwnęłam głową i wyszłam z gabinetu, przed którym czekał na mnie spanikowany Pablo i szczera rozmowa.
- I co? Angie, jak się czujesz? - Złapał mnie pod rękę i zaprowadził na krzesło.
- Spokojnie, nic mi nie jest, to zwykłe omdlenie.
- Proszę, nie trzymaliby cię tam tyle. Monica mówiła, że to nie pierwszy raz, kiedy po kryjomu łykasz jakieś proszki.. Co się dzieje? Jesteśmy przyjaciółmi, możesz mi powiedzieć..
Troska w jego głosie wierciła w moim sercu. Westchnęłam i przymknęłam powieki, a głowę oparłam o ścianę. Przyszedł czas na wyznanie prawdy.
- Mam guza mózgu.
Usłyszałam, jak mężczyzna wydaje z siebie niemy okrzyk zdziwienia i świdruje mnie spojrzeniem. Najwidoczniej nie wiedział, co powiedzieć, ale nie oczekiwałam tego.
- To jeszcze nic nie znaczy, Angie. Przecież..
- Wiem, - Uśmiechnęłam się do niego. - Walczę z tym od kilku miesięcy, przepraszam, że ci nie powiedziałam, ale chciałam dalej żyć, jak kiedyś, bez wyrzeczeń. I spójrz, jestem silna.
- Zawsze byłaś. - Przytulił mnie.

_____________________________
Witam, witam i o zdrowie pytam. :D
Oto mamy rozdział nr. 128.
Pablito poznał prawdę, Angie choruje, Studio ruszyło, co dalej przyniosą moje szatańskie pomysły? XD

Do przeczytania,
Wiktoria!

PS. Po prawej stronie pojawiła się ankieta, na której bardzo mi zależy, także wszystkich czytelników gorąco proszę o odpowiedź. :)

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 127

"Dlaczego zawsze wpadam na niego?!"
- Coś lubimy na siebie wpadać. - German wypowiedział na głos moje myśli i pomógł mi wstać. Wokół nas zgromadziła się spora grupka gapowiczów, w tym mój szef, który z miejsca przystąpił do przepraszania bruneta i błagania, aby nie zaskarżał jego restauracji u lokalnych krytyków. - Nic się nie stało, to ja wpadłem na panią - powiedział, tłumacząc mnie przed Marco.
- Najmocniej pana przepraszam, proszę na zaplecze, Angeles pomoże się panu wysuszyć.
Spojrzałam nienawistnie na szefa, poprawiając swoją spódniczkę. Ten odwdzięczył mi się morderczym wzrokiem, a więc w milczeniu ruszyłam do pokoju dla pracowników, prowadząc za sobą Germana. Czułam przy tym palący wzrok gości oraz samego szwagra, a także jego narzeczonej, której na kilka chwil udało się przedostać do Germana, tłumaczącego się, że za parę minut do niej dołączy. Przygryzłam wargę ze złości, kiedy po raz kolejny nazwał ją swoim skarbem.
Zaprowadziłam mężczyznę do jednego z pomieszczeń.
- Schowek na miotły? - zaśmiał się kpiąco, opierając o futrynę drzwi.
- Chcesz ratować koszulę? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, grzebiąc w szafce, z której po chwili wyłowiłam ręcznik. Namoczyłam go i zaczęłam wycierać plamę w okolicach prawego żebra. Germanowi przez cały czas nie schodził uśmiech z ust, ze złośliwością wertował mnie wzrokiem, żartując ukradkiem z tego, jak blisko się znajdowaliśmy.
- Bawi cię to? - burknęłam, wciąż czyszcząc zabrudzenie. Szatyn uniósł wyraźniej lewy kącik ust i zachwiał się, przysuwając jeszcze bardziej w moją stronę. Instynktownie wykonałam krok w tył. Teraz czułam na plecach chłód marmurowej ściany. Mój szwagier znów znalazł się w podobnej odległości, lecz całkowicie ignorowałam jego zalotne spojrzenia, prowokujące gesty, pociągający zapach i paraliżujący dotyk na mojej skórze.
Zastygłam w bezruchu, wciąż w jednej dłoni ściskając jego koszulę z okolic piersi, a w drugiej ścierkę i czując, jak sunie palcami od połowy mojego uda, przez talię i brzuch. W pewnym momencie jedną dłoń wsunął pod fałdę mojej służbowej spódnicy i ułożył ją na udzie.
- Przestań - wysapałam, mając wrażenie, że nagle brakuje mi powietrza.
German spuścił wzrok, ocierając usta palcem wskazującym. Bałam się na niego spojrzeć, czułam jednocześnie wstyd, bo za ścianą bawiła się jego niczego nie świadoma narzeczona oraz zawód, bo nie mógł być obok mnie. - Nie. - Resztkami sił odepchnęłam go od siebie, choć podświadomie tak bardzo chciałam czuć smak i ciepło jego gorących ust na swoich. Cisnęłam mu ścierką w twarz i wyszłam, trzaskając drzwiami.

Kiedy wróciłam na salę po moim wypadku nie było śladu, ktoś posprzątał stłuczone szkło i plamy z podłogi, a goście zachowywali się tak, jakby nigdy przedtem nie widzieli mnie na oczy. Taki obrót spraw nieco poprawił mi humor, ale do końca przyjęcia unikałam szwagra i gdy tylko pojawiał się wśród tłumu, natychmiast częstowałam przekąskami elitę z drugiego końca sali. On sam nie wydawał się pamiętać o sytuacji sprzed paru minut; z uśmiechem żartował ze znajomymi, popijał szampana i obejmował z czułością swoją narzeczoną, co przyprawiało mnie o mdłości.
- Moje nogi! - jęknęła Bell, opadając na krzesło, kiedy ostatni z gości opuścił lokal.
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu, dochodziło wpół do czwartej nad ranem.
Sięgnęłam do torebki i wyłowiłam z niej fiolkę z błękitnymi tabletkami. Jedną z nich łyknęłam gorzko, popijając wodą.
- To na ból głowy - lekko minęłam się z prawdą, napotykając pytające spojrzenie brunetki. Dziewczyna przetarła zaspane oczy i ziewnęła. Wszyscy byli zmęczeni, przy pozostałych stolikach zgromadzili się pozostali pracownicy, wyczerpani nawałem pracy.
- Dobrze, na dziś to koniec, widzimy się w poniedziałek - powiedział Marco, promieniejąc energią, wówczas, gdy parę osób usnęło, opartych o blaty stolików.
Jako pierwsza kiwnęłam w stronę szefa, który obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem i sięgnąwszy po kurtkę i torebkę, wyszłam z restauracji.
Przed budynkiem dogoniła mnie Bella.
- Hej, Angie! - wysapała, podbiegając do mnie. - To chyba twoje.. - W dłoni chowała fiolkę z moimi tabletkami.
- Och, tak, dziękuję.
- Powinnaś ich pilnować. Naprawdę tak mi przykro..
- To najzwyklejsze pigułki przeciwbólowe. - Uśmiechnęłam się nerwowo.
- Moja mama była lekarzem zanim umarła. Miała guza mózgu, też brała takie tabletki. Cóż za ironia, pomagała wszystkim, ale nikt nie umiał pomóc jej..
Westchnęłam i poklepałam dziewczynę po ramieniu.
- To nawet nie takie straszne - pocieszyłam ją. Wiedziałam, że szuka we mnie pocieszenia, jakiegoś słowa otuchy, dziwnego zapewnienia, że nic się nie czuje, i że jej matka nie cierpiała. - Te proszki pomagają wyłączyć zmysły.
Bell uśmiechnęła się słabo i wyszeptała ciche przepraszam, po czym ku mojej cichej uciesze, zmieniła temat:
- Wracasz do domu?
- No.. tak - odparłam, zaskoczona pytaniem. - A ty nie?
- Pędzę do pracy - rzekła, jakby pójście do pracy o piątej nad ranem, zaraz po skończeniu pierwszej, całonocnej było czymś najzwyklejszym na świecie.
- Nie jesteś zmęczona? Rozumiem, że oszczędzasz, ale nie możesz się wykańczać..
- Ee tam, pewnie szybko się położę - zawołała dźwięcznie, nagle pełna energii. Nie zrozumiałam jej słów, ale nim zdążyłam zapytać, pożegnała się i machając mi ręką, odeszła wgłąb jednej z uliczek.
Chwilę wpatrywałam się w miejsce, w którym zniknęła, zastanawiając się, jaką historię może skrywać ta dziewczyna..

Gdy się obudziłam było już południe. Leniwie się przeciągnęłam i podreptałam do kuchni, ciesząc z leniwego dnia. Nocna praca dała mi się we znaki; sińce pod oczami, bolące nogi i głowa. Kawa mrożona i naleśniki z czekoladą nieco załatwiły sprawę. Zasiadłam przed telewizorem, skacząc z kanału na kanał, lecz nie znalazłam nic godnego uwagi. Wtem rozległ się dzwonek do drzwi. Miałam na sobie jedynie szlafrok, a włosy i cera panowały w nieładzie, lecz mimo to poszłam otworzyć. W progu zastałam najmniej oczekiwaną osobę.
- Cześć.
- Co tu robisz? - zapytałam lodowatym głosem Germana, który z cieniem zmieszania na twarzy przyglądał mi się z uwagą.
- Chciałem porozmawiać.
- Ja uważam, że nie mamy o czym. Powinieneś pilnować swojej narzeczonej - zaakcentowałam wyraźnie ostatnie słowo, samej sobie sprawiając ból.
German jednak był nieustępliwy, wolnymi palcami zaczął tańczyć na guzikach mojej koszuli, zwinnie je rozpinając. - Esmeralda.. - wycedziłam cicho.
To też go nie powstrzymało, przycisnął mnie do ściany, muskając ustami mój obojczyk i szyję. Mimowolnie przymknęłam powieki i rozchyliłam usta, wiedząc, że mimo przeciwności się mu poddaję. Czułam, jak zsuwa z moich ramion szlafrok i przysuwa się jeszcze bliżej, drażniąc ustami moje ucho. Jego ciało stykało się z moim, dzieląc ciepłem.
- Mogę wejść? - zdawał się mnie nie słuchać.
Czy do ciebie nic nie dociera?! - chciałam krzyknąć, ale w tej samej sekundzie poczułam popchnięcie i napotkałam plecami ścianę. Mężczyzna ścisnął moją twarz w dłoniach i niemalże brutalnie połączył nasze wargi. Zanotowałam jeszcze huk zatrzaskujących się drzwi i odpłynęłam myślami. Za każdym razem, gdy stykaliśmy się ustami, czułam jakby przenikał mnie prąd, przyjemne mrowienie towarzyszyło tam, gdzie mnie dotykał. Całował moje usta, dekolt, szyję, mierzwiąc dłońmi piersi i włosy, a ja nie wiedziałam, co było gorsze - to, że się mu poddawałam, czy to, że starałam się dorównać, ślepo błądząc dłońmi po jego plecach, wyrywając zza paska koszulę, aby jak najszybciej dotknąć muskulatury, jeszcze wyraźniej go poczuć. Każdy pocałunek przepełniony był słodką goryczą rozczarowania, pożądania i namiętności, której w żaden sposób nie mogliśmy opanować. Nasze serca sterowały ciałami
Wszystko działo się w tak szaleńczym tempie, dotykał mnie i całował, a ja jednak miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Nie do końca wiedziałam, jak to się stało, że w końcu oboje znaleźliśmy się w jednej sypialni, w jednym łóżku, tworząc jedno ciało. Perfekcyjny ból rozkoszy wypełniał nas w całości. Poddaliśmy się chwili.

Obudziły mnie ciepłe promienie słoneczne, muskające moją skórę. Bałam się otworzyć oczy, wiedziałam, że czeka mnie rozmowa z Germanem. Nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć. Było mi wstyd, czułam się winna temu, co stało się w nocy. Przespaliśmy się - dźwięczało mi w uszach.
- Och, Angeles - rozległ się rozbawiony głos Czarka. 
Niepewnie rozchyliłam powieki, z ulgą stwierdzając, że szwagra nie ma obok mnie, a w mieszkaniu panuje nienaganna cisza. Ubrania, które rozrzuciliśmy po sypialni też zniknęły, mężczyzna musiał wyjść, kiedy jeszcze spałam. Odetchnęłam z ulgą i ponownie opadłam na poduszki, wciąż czując przyjemne mrowienie na ciele. W końcu jednak podniosłam się z łóżka, odświeżyłam i ubrałam. Przez cały czas towarzyszyło mi poczucie winy, o czym nie omieszkał przypominać mi Czarek. Do wieczora snułam się po mieszkaniu bez celu. W końcu nie wytrzymałam i mimo późnej godziny wyszłam na spacer. Po dłuższej wędrówce przysiadłam na parkowej ławce. W pewnym momencie poczułam wibracje w kieszeni jeansów.
- Halo? - powiedziałam beznamiętnie.
- Bogu dzięki, Angie, od paru godzin próbuję się z tobą skontaktować! - usłyszałam głos Pabla i nagle mnie oświeciło; byliśmy umówieni na dziś.
- Przepraszam, nie najlepiej się czuję, nie słyszałam telefonu. Możemy spotkać się jutro?
- Jasne. To coś poważnego?
- Zwykła migrena. Do zobaczenia - zakończyłam połączenie i wrzuciłam komórkę z powrotem do kieszeni.
Wstałam z ławki i ruszyłam uliczką. Szłam bez celu, w nieznane miejsce, wpatrując się w swoje przetarte trampki. W pewnym momencie z zamyślenia wyrwał mnie znajomy chichot. Odwróciłam się i ujrzałam Bell. Szła pod rękę z jakimś mężczyzną, co chwila przystając i śmiejąc się. Wyglądała na mocno nietrzeźwą.
- Bell?
- O, hej, Angie! - pisnęła na mój widok i zaraz potem zakryła sobie dłonią usta, powstrzymując chichot.
Z niedowierzaniem zlustrowałam ją wzrokiem, wyglądała nie do poznania; koszule, sweterki i spódniczki w delikatnych kolorach, w których zawsze ją widziałam zastąpiła kusa, czerwona sukienka z dość sporym dekoltem, czarne szpilki i pończochy w tym samym kolorze. Usta miała wyraźnie podkreślone krwistą szminką, a włosy zebrane w ciasnego koka. Nim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, zza rogu wyskoczył mężczyzna w średnim wieku, co jako jedyne zanotowałam, nie mogąc bliżej się mu przyjrzeć, gdyż od razu przystąpił do towarzysza Isabell, okładając go pięściami. Dziewczyna pisnęła i cofnęła się o krok. Wszystko działo się tak szybko, że i ja nie zareagowałam. Dopiero po chwili się ocknęłam i rozdzieliłam walczących.
- Colin - jęknęła ciemnowłosa, patrząc na poobijaną twarz swojego towarzysza. - Eric.. - zwróciła się do oprawcy.
- To wy się znacie się?! - warknął poszkodowany, ocierając krew spod nosa. W duchu pomyślałam, że sama chętnie dowiedziałabym się, co ich łączy.
- Jak ty wyglądasz?! - wrzasnął Eric,zarzucając dziewczynie na ramiona swój płaszcz. Na jego twarzy malowała się furia, rozczarowanie i zmartwienie.
- Ej, grzeczniej, dziadziusiu. Myślałem, że zostaniemy sami, bez twojego tatusia.. - zamruczał znajomy Bell., uporawszy się z krwotokiem. Tymi słowami wzbudził jeszcze większą złość w swoim oprawcy, który zdzielił go trzymaną parasolką.
- Dość! - przerwała brunetka, stając między nimi. - Colin, wybacz, ale raczej nic z tego nie wyjdzie - zwróciła się do poszkodowanego. - A ty nie masz prawa ingerować w moje życie, sam wybrałeś! - nakrzyczała na drugiego z nich, po czym bezceremonialnie zostawiła nas na środku chodnika i pobiegła przed siebie.
- Bell.. - jęknął starszy mężczyzna, gestykulując rękoma, ale nie gonił jej.
- To ja może.. - kiwnęłam ręką w stronę miejsca, gdzie zniknęła młoda kobieta i ruszyłam jej śladem.

Przez kilka minut błądziłam po uliczkach, nawołując brunetkę, ale nie otrzymałam odzewu. W końcu odnalazłam ją na jednej z ławek. Było już po północy i park spowił mrok, rozświetlany przez kilka latarni. Poznałam ją jedynie po zarysie sylwetki, a bliżej mogłam się przyjrzeć, kiedy usiadłam obok. Wciąż zalatywało od niej alkoholem. Kurczowo ściskała w dłoniach brzegi płaszcza mężczyzny, który zaatakował jej towarzysza, a policzki pokryte były stróżkami tuszu, czerwona szminka też wychodziła poza kontury ust. Wpatrywała się tempo przed siebie.
- No nie patrz tak na mnie, nie jestem.. nie jestem.. - zapowietrzyła się, a jej oczy zaszła mgła.
- Wcale tak nie pomyślałam - powiedziałam niepewnie.
- Ja z nimi tylko rozmawiam, stawiają mi drinki. Płacą za dobre towarzystwo, nic więcej, przysięgam - jęknęła. - Ten mężczyzna - pociągnęła nosem - był jednym ze stałych klientów klubu, bogaty dzieciak, który nie wie na co wydać pieniądze rodziców. Ten drugi..
Pomasowałam jej ramię, aby dodać otuchy.
- Pamiętasz, mówiłam ci o facecie, który mnie zostawił.. Eric.
- TO BYŁ ON?! - Wytrzeszczyłam oczy. - Przecież..
- .. mógłby być moim ojcem, tak, wiem - dokończyła. - Ale kocham go, bardzo. I wiem, że on też kocha mnie..
- Więc dlaczego się rozstaliście?
Bell westchnęła i pociągnęła nosem.
- Uważa, że jest dla mnie zbyt stary i biedny.
- I zazdrosny - dodałam z uśmiechem. - Widziałaś, jak zareagował. No i - dotknęłam płaszcza - troszczy się o ciebie.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Szkoda, że nie troszczy się z bliska.
- Miłość lubi zaskakiwać, to jej największa wada i zaleta, coś o tym wiem.
- Ten facet od kawy.. Nie da się ukryć, że coś was łączy..
- Łączyło - poprawiłam ją szybko. - Nam się nie udało. Widocznie.. widocznie tak miało być. Ale wciąż uważam, że jeśli ludzie się kochają, to cokolwiek miało by się wydarzyć, w końcu będą razem.
Bell uśmiechnęła się słabo i przetarła zapłakane oczy.
- No już, weź się w garść i idziemy do mnie.
- Jak to? - spytała, zaskoczona.
- Musisz z tym skończyć - wskazałam na jej strój. - Nie wrócisz tam więcej. I do mieszkania już dziś też nie, przenocujesz u mnie - powiedziałam pewnie.
- Nie chcę ci robić problemu..
- Nie ma o czym mówić, idziemy.
Równocześnie zerwałyśmy się z ławki i ruszyłyśmy w kierunku mojego mieszkania. 

__________________________
127 rozdział możemy odhaczyć. :D
HP everywhere, Zuziałke. XD
No i mamy też Germangie, mam nadzieję, że jesteście zadowoleni. :D
Dziękuję za przeczytanie. 

Całusy,
Wiktoria

czwartek, 11 września 2014

Rozdział 126

- German..
- Angie..
Brunet natychmiast otrząsną się, wyprostował i odchrząknął wymownie. Poszłam za jego przykładem. 
- Przepraszam. - Zauważyłam plamę na jego koszuli. 
- To nic.. to tylko.. taką mamy grawitację - wyjąkał pospiesznie, rzucając mi nerwowy uśmiech. Chyba wyniknęła z tego gafa porównywalna do mojego porządku alfabetycznego. 
Mężczyzna przysiadł na pobliskim krześle i przeją ode mnie ścierkę, wycierając nią mokry brzuch. Nastała chwila milczenia, którą po pewnym czasie przerwał.
- Esmeralda powiedziała mi, że byłaś parę dni temu. Esmeralda to..
- Twoja nowa narzeczona - zaakcentowałam ostatnie słowo, szybko przerywając mu zreflektowanie się.
Kiwną głową i począł ponownie zajmowac się ubraniem.
- Dla Violetty to był szok - wypalił.
- Nie musisz się za nią tłumaczyc - odrzekłam szorstko. Sama nie wiedziałam, dlaczego nagle przybrałam kamienną twarz, choc w środku wszystko się we mnie trzęsło. 
- Nawet nie wiem, co ci teraz powiedziec. - Odłożył ścierkę i spojrzał mi w twarz. Natychmiast odwróciłam wzrok, chciałam grac nieugiętą. Przełknął ślinę, ale nie kontynuował, bo w tym momencie do środka wpadła Esmeralda. 
- Kochanie, nic ci nie jest? Widziałam przez szybę.. 
- Wszystko w porządku - powiedział cierpko German, wciąż lustrując mnie wzrokiem. - Chciałbym was sobie oficjalnie przedstawic. Angie, to jest Esmeralda, moja.. - zawahał się.
- Narzeczona, tak, przecież wiem - rzuciłam chłodniej, niż zdawało mi się w myślach. Mężczyzna skinął głową i dodał:
- Esmeraldo, to Angie, siostra mojej zmarłej żony. 
Odnotowałam tylko ostatnie słowa. Szwagierka, czyż nie tak mnie nazwał? Wolał uniknąc prawdy przed nową kobietą, chowając mnie pod przykrywką zwykłej krewnej. Przełknęłam gorzko ślinę, czując napływ łez. Zabolało mnie to.
- Już się poznałyśmy, pamiętasz, mówiłam ci.. - Uśmiechnęła się ciemnowłosa.
- Tak, tak - odrzekł nieprzytomnie German. 
- Zatem niedługo będziemy rodziną! - pisnęła. Zdawało mi się, że inżynier nagle pobladł, samej ugięły mi się nogi. Wiedziałam już kim jest nowa mieszkanka jego willi, ale dotąd tak na prawdę nie chciałam zaakceptowac prawdy. - Może dasz się zaprosic na kolację, co?
Odważyłam się spojrzec na Germana, który teraz dla odmiany unikął mojego wzroku. 
- Przepraszam, mam dużo pracy, może innym razem - odpowiedziałam, jak parę dni temu Oldze. 
Kobieta chciała chyba zaprotestowac, ale w tym momencie z zaplecza wyskoczył mój szef i zaczął przebłagiwac parę darmowymi kuponami i oferowac Germanowi pokrycie kosztów pralni. Do mnie zdąrzył syknąc tylko, abym schowała się w kuchni i lepiej do końca dnia nie wchodziła mu w drogę. 
- Szybko zdąrzyłeś się pocieszyc - rzuciłam szeptem w kierunku inżyniera, zanim odwróciłam się na pięcie i popędziłam do pomieszczenia dla pracowników. - Mam tylko nadzieję, że Violetta w końcu wybaczy mi moją decyzję. 
Gdy w końcu stanęłam do niego tyłem, pozwoliłam, aby moje łzy luźno spłynęły po policzkach. Pędem pobiegłam na zaplecze.

Skulona, siedząc w kącie składzika słyszałam tylko pojedyncze trzaski i rozmowy. Na moje szczęście nikt nie próbował mnie szukać, zupełnie, jakbym była niewidzialna. Nawet szef nie trudził się o reprymendę.
Westchnęłam głośno, ocierając mokrą twarz. Dlaczego płakałam? Przecież w pełni świadoma odeszłam od Germana, wiedząc, że już nigdy nie będziemy razem. Wszystko skreśliłam, nie licząc, że moje poukładane życie będzie czekało, kiedy wrócę z Włoch. Liczyłam się z tym, że zastanę ich szczęśliwych, z nowym rozdziałem życia, do którego wepcham się z butami. A mimo to cierpiałam, wiedząc, że ktoś zastąpił moje miejsce. Nie, to nie była zazdrość, to nie był egoizm, to był strach przed samotnością. O tak, zostałam sama.
- Angie?
Usłyszałam pukanie, zza drzwi, o które się opierałam dobiegł mnie głos Monici.
- Wiem, że tam jesteś, wpuść mnie.
Niechętnie odsunęłam się od wejścia, pozwalając kobiecie wejść. Kucnęła obok mnie. Czułam na sobie jej troskliwy wzrok, ale mimo to unikałam spojrzenia. Nie było nawet sensu ocierać łez i ukrywać tego, co czułam.
- Widziałam, co się stało - szepnęła. - Pablo tylko raz wspomniał o tym mężczyźnie. German, tak?
Milczałam, wsłuchując się w jej przejęty głos, pełen współczucia. Nie znała mnie, ani mojej historii, a mimo to poczuwała się do solidarności.
- Byłam głupia - powiedziałam w końcu, wciąż wpatrując się w jedno z pudeł. - To ja zakończyłam nasz związek, ale teraz nie mogę dopuścić do siebie myśli, że ktoś zastąpił moje miejsce u boku jego i Violetty.
- Po prostu go kochasz.. Nie powinno się przepraszać za miłość, tak jak płakać nad przeszłością. Zamiast tego zadbaj o przyszłość. Jeśli los chce, żebyście byli jeszcze kiedyś razem, to wasze drogi się skrzyżują.
- Wierzysz w to? - Po raz pierwszy na nią spojrzałam. - W jedyną i prawdziwą miłość.
Widziałam, że się zawahała, ale szybko dodała:
- Wierzę. Miłość nie jest idealna. - Pogłaskała moje kolano i podała chusteczkę, którą głośno wytarłam nos.

Następny dzień powitałam z lekkim ćmieniem głowy. Za oknem szalał wiatr, a niebo przysłoniły chmury, ale mimo to termometr pokazywał dość dużo kresek. Zamiast służbowej koszuli na długi rękaw, ubrałam zwykłą bokserkę w tym, samym ciemnym odcieniu i firmową spódniczkę, do której wpuściłam bluzkę. Włosy jak zwykle związałam w kitkę i zrobiłam makijaż. Ostatnio musiałam używac znacznie większej ilości pudru, aby zatuszowac sińce wokół oczu. Ilekroc wspominałam o nich lekarzowi, oglądał je z uwagą, mrucząc coś pod nosem, ale nic nie mówił. Na razie wolałam nie pytac. Łyknęłam niebieską tabletkę i popiłam ją sokiem pomarańczowym.

Powietrze było dośc ciężkie, lecz przyjemną ochłodę stanowił lekki wiatr. Chyba zanosiło się na burzę, pomyślałam, zerkając na poszarzałe od ciemnych chmur niebo i przyspieszyłam kroku. Do restauracji dotarłam w samą porę, bo tuż po przekroczeniu progu luną deszcz.
- Mam nadzieję, że dziś pójdzie ci lepiej - chłodno powitał mnie szef, po czym odszedł.
Zawiesiłam torbę na wieszaku w pokoju dla pracowników i ruszyłam na salę. Dziś pracowałam z jakąś nowoprzyjętą, dwudziestokilkoletnią dziewczyną. Wyglądała na mocno spiętą i zdenerwowaną pierwszym dniem w nowej pracy, dlatego kilka razy posłałam jej zachęcający uśmiech. W końcu, kiedy nadeszło popołudnie z ulgą stwierdziłam, że ani mi, ani mojej młodszej koleżance nie przydarzyło się dziś nic złego, co niepotrzebnie zdenerwowałoby i tak łysiejącego już i wychudziałego właściciela knajpki.
Gdy w końcu dotarłam do domu, dochodziła osiemnasta. Odświeżyłam się i poprawiłam makijaż, po czym w pełnej gotowości stanęłam przed szafą w poszukiwaniu stroju na wieczór. Po paru minutach wertowań pułek zdecydowałam się na morelową sukienkę, do której dobrałam zwykłe balerinki w jaśniejszym odcieniu, a włosy pozostawiłam rozpuszczone. Przeglądnęłam się ostatni raz w lustrze, po czym wyszłam.

- Hej, świetnie wyglądasz! - W progu powitał mnie Pablo.
- Cześc! - Zaraz obok niego pojawiła się Monica.
Przytuliłam obojga i podałam kobiecie kupione w drodze wino. W salonie stał stół, nakryty białym obrusem, a na nim rozłożona już była zastawa.
- Ja dziękuję - powiedziałam, kiedy Galindo rozlewał do lampek czerwony trunek.
- Daj spokój, mamy weekend, każdy zasługuję na trochę odpoczynku.
- Nie mam ochoty - zaprzeczyłam. Przy mojej terapi i tabletkach, które zażywałam, alkohol był nie wskazany, a wręcz wykluczony.
Mężczyzna popatrzył na mnie dziwnie, ale nie oponował, nalewając do kieliszka zwykłej wody. Uśmiechnęłam się do niego w geście podziękowania.
- Myślę, że od początku sierpnia powinniśmy zacząc układac plan zajęc, koncertów i przede wszystkim już teraz zawiadomic nauczycieli i uczniów. No i trzeba też otworzyc nowe listy naborów - wyliczałam, pochłaniając kolejne kęsy kurczaka.
- Chcesz zachowac całą kadrę? - zapytał dla pewności Pablo.
- Oczywiście. Jak najszybciej musimy spotkac się z Beto i Gregoriem. Wiem, że różnie z nim bywa, ale też jest częścią Studia.. Ja sama dalej poprowadzę zajęcia ze śpiewu, ale trzeba będzie pomyślec o jakimś zmienniku - westchnęłam. Zarządzanie szkołą jednak nie było takie proste.
- Damy radę. - Mrugnął porozumiewawczo mężczyzna.
Resztę wieczoru spędziliśmy na pogawędkach o wakacjach i wspomnieniach dzieciństwa, opowiedziałam też o swoich doświadczeniach nabytych we Włoszech.
- Angie, chcieliśmy.. - rzekł mój przyjaciel, kiedy po skończonym posiłku, całą trójką zasiedliśmy w fotelach.
- Pablo i ja chcieliśmy oficjalnie zaprosic cię na nasz ślub - dokończyła Monica, podając mi białą kopertę. - Zastanawialiśmy się też, czy zechciałabyś zostac moim świadkiem.
- T-tak, jasne - odparłam mile zaskoczona, oglądając kartkę, w środku widniała dokładna data wesela.
- Dwudziesty ósmy lipca.. to już za dwa tygodnie! - wykrzyknęłam zdumiona. Para przytaknęła.
Jeszcze raz podziękowałam za zaproszenie i zebrałam się do wyjścia. Ustaliliśmy z Pablo, że w poniedziałek po pracy spotkamy się z kolegami ze starej pracy i wyszłam.

Następnego dnia mogłam pozwolic sobie na dłuższe lenistwo, zmianę w restauracji rozpoczynałam dopiero wieczorem, kiedy to miał odbyc się jakiś mały bankiet. Kiedy z paczką chipsów zasiadłam przed telewizorem, zapikała moja komórka.

Potrzebuję Cię do pomocy w przygotowaniach.
Widzimy się wszyscy o 15:30 w lokalu.

                                                                 Marco
- Cholera - zaklęłam pod nosem, czytając SMSa od szefa. Do umówionej godziny pozostało nie całe pół godziny. - Ten to ma wyczucie czasu. 
Poprawiłam makijaż, chwyciłam torebkę i wyszłam z mieszkania. Pogoda tego lata była wyjątkowo kapryśna, na niebie znów górowały chmury, lecz gdzieniegdzie wyglądało słońce. Wsunęłam w uszy słuchawki i nastawiłam ulubioną piosenkę 3 Doors Down. 
- And all these days I spent away. I'll make up for this, I swear.. - zanuciłam. 
W rytmach ulubionego zespołu dotarłam do restauracji. W środku panował już gwar, moi współpracownicy biegali od stolika do stolika, rozkładając przekąski i napoje, inni zamiatali podłogę, czy zmieniali ustawienie krzeseł pod dyktandem wyraźnie spanikowanego szefa. 
- No jesteś wreszcie! - warknął, widząc mnie w drzwiach. - Natychmiast się przebrac i do roboty!
Kątem oka zauważyłam, że Monica posyła mi porozumiewawczy uśmiech który odwzajemniłam, wlekąc się na zaplecze. 
Z okazji bankietu kelnerzy mieli wyjątkowo ubrac się czarno - białe stroje. Żeńskiej części przypadała ciemna spódnica i biała koszula. Wsunęłam na nogi baletki i spięłam włosy w ciasnego, wysokiego koka. Kiedy wróciłam na salę, znalazłam się w samym środku kłótni pomiędzy Marco i jego najmłodszej pracownicy, której często pomagałam. 
- Mam dośc tego, jak nas traktujesz! - krzyczała.
- Grzeczniej, w każdej chwili mogę cię wyrzucic! - odgrażał się mężczyzna.
- Chyba wystarczy, weźmy się do pracy. - Złapałam dziewczynę za ramię, przerywając im. 
- W końcu mówisz z sensem - mruknął nasz szef i rzucając kilka uwag w stronę obsługi kateringu, zniknął za drzwiami kuchni.
- Dzięki, jeszcze chwila i wydrapałabym mu oczy..
- Sama czuję nóż w kieszeni. Jestem Angie.
- Isabella, ale mów mi Bell. 
Obie zabrałyśmy się za nakrywanie obrusem stołów. Ukradkiem zerkałam na wciąż poczerwieniałą twarz koleżanki. 
- Tak, jestem tu tylko ze względu na dziórę w budżecie - zaśmiała się w pewnym momencie, a moją twarz oblał rumieniec.
- Nie chcia..
- W porządku. To nie jest szczyt moich marzeń, ale potrzebuję pieniędzy, mam niepełnosprawną siostrę, mój ojciec jest w starszym wieku, mama nie żyje, rzuciłam faceta dla innego, ale ten z kolei mnie nie chce.. Życie - mruknęła, prostując biały materiał. - A ty co tu robisz? Też nie wyglądasz na spełnioną. 
Już miałam otworzyc usta, kiedy ponownie przystąpił do nas szef, wrzeszcząc, że za kwadrans zacznął schodzic się goście. 
- Pogadamy po armagedonie - uśmiechnęła się Bell, lecz szybko przybrała kwaśną minę, idąc za przełożonym po kolejne przekąski. 
Kilka minut później sala zapełniła się biznesmenami. Chwyciłam z zaplecza tacę z szampanem i ruszyłam na salę, rozdając lampki gościom. Szybko wydałam wszystkie i wróciłam do kuchni po kolejną serię. W drzwiach minęłam się z Monicą. Wymieniłyśmy uśmiechy i wtopiłyśmy się w tłum. Nie mogłam wyjśc z podziwu, jak takie bankiety mogą byc nadzwyczaj nudne. Zaproszeni goście nie robili nic poza wymienianiem uwag z pracy, czy dyskutowaniem o walucie i polityce. Jak German wytrzymywał na takich spotkaniach, pomyślałam. 
Gdzieś między ludźmi mignęła mi znajoma twarz, nie był to jednak nikt z pracy, czego byłam pewna, pomimo ułamka sekundy, w jakiej mogłam przyglądnąc się osobie. Szybko niestety zgubiłam ją wśród tłumu. 
- Przekąski - syknął Marco, nagle pojawiając się u mojego boku. 
Posłusznie wróciłam na zaplecze i zwinęłam tacę z czymś, co w żadnym razie nie przypominało jadalnej rzeczy.
- Może się pan poczęstuje? - pytałam uprzejmie napotykanych ludzi. ŻRYJ, DZIADU!
Nikt nie miał specjalnie ochoty na specjały przywiezione z kateringu. Może wyczuli z daleka, że chcemy ich otruc? 
Znużona, stanęłam obok jednego ze stołów. Dochodziła północ, a co więcej nie miałam pojęcia, do której godziny będzie trwało przyjęcie, a później spotkanie. Westchnęłam na samą myśl o niekończącej się nocy i czmychnęłam w głąb sali, widząc zbliżającego się szefa. Ku mojemu nieszczęściu sytuacja sprzed dnia powtórzyła się i znów niezdarnie potknęłam się o własne nogi, lądując na którymś z gości. Zielony sos, którą rozdawałam do strączków wylądował na twarzy mężczyzny. Podniosłam głowę i zdębiałam, pode mną równie zdezorientowany leżał German. 

________________________
Pamparam, 126 rozdział za nami.
Powitajmy również nową postac, fanom OUAT jej sylwetka jest z pewnością dobrze znana.
Germangie, a jakże, proszę bardzo. :D
Także ten.. XD Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał i do następnego!

Całusy,
Wiktoria

poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 125

Kolejne dni minęły w spokoju, zdąrzyłam się zaadoptowac w nowej pracy, mogłam też liczyc na pomoc Monici. Po zmianach zazwyczaj szłam prosto do kliniki, a zaraz potem, senna opadałam na domowe łóżko. Czasami udawało mi się odwiedzic Pabla, ale zwykle zmęczenie wygrywało. Przez ten czas ani razu nie zobaczyłam się z Violettą, Esmeraldą, Germanem, czy kimkolwiek z przyjaciół. Sama bałam się wykonywac jakikolwiek krok w kierunku porozumienia się z siostrzenicą, Emilio i Pablo twierdzili, że powinnam dac jej czas, lecz każdy dzień, minuta i sekunda był coraz większym cierpieniem. Była tylko parę ulic dalej, nie tysiące kilometrów, a mimo to nie mogłam jej przytulic, porozmawiac, usłyszec jak śpiewa.
- Dzień dobry, cieszę się, że w końcu udało nam się spotkac.
Któregoś dnia po zakończeniu zmiany w restauracji, udałam się do jednej z miastowych kancelarii, porozmawiac o spadku z notariuszem Antonia. Mężczyzna przedstawił się jako Severus Montenegro i od razu przeszedł do konkretów.
- Ja, Antonio Stefano X w pełni świadom swoich czynów przekazuję studio muzyczne Angeles Jane Saramego z dniem mojej śmierci - przeczytał prawnik. Poczułam nieprzyjemny świst w żołądku, dotąd miałąm cichą nadzieję, że może Pablo się pomylił i Studio nie przypadło mi. - Czy zrozumiała pani treśc postanowienia?
- T-tak - odparłam nieprzytomnie.
Mężczyzna uśmiechnął się życzliwie i wytłumaczył mi na czym będą polegały dalsze procedury. Ustaliliśmy, że następnego dnia podam mu swoją odpowiedź, od której będzie zależec dalszy los szkoły.

Z mieszanymi uczuciami opóściłam kancelarię. Łyknęłam haustem niebieską tabletkę i ruszyłam przed siebie. Lipcowe słońce paliło dziś wyjątkowo mocno, na niebie nie widac było ani jednej chmurki, toteż co jakiś czas musiałam zatrzymywac się przy jakiejeś łąwce w cieniu, czy fontannie, pamiętając o ostrzeżeniach lekarza, abym unikała upałów.
Siedząc na kamiennym murku przetarłam mokre czoło i zaczerpnęłam kupionej wody mineralnej. W głowie mieszały mi się miliony różnych myśli. Wiedziałam ile Studio znaczyło dla Marii i Antonia, mojego ojca, który jak się okazało był jednym z jego założycieli. Violetta, Pablo, inne dzieciaki i ja sama - znaleźliśmy tam drugi dom, pracę, odnaleźliśmy pasję, siebie. Zgodnie z tym, co powiedział Montenegro, jeśli zrzeknę się spadku, udziały przypadną władzom miasta, a wtedy szkoła zostanie najpewniej zamknięta. Do tego nie mogłam dopóścic. Lecz z drugiej strony.. Ile czasu mi zostało? Terapie rozpoczęte we Włoszech, jak i te  kontynuowane w Buenos Aires nie przynosiły zauważalnych rezultatów, czy miałam się czego obawiac?
Westchnęłam, przełykając gorzko ślinę i ukryłam twarz w dłoniach. A co jeśli nie udźwignę wszystkich obowiązków i sama doprowadzę Studio do bankróctwa? Zawiodę tyle osób..
- Angie..
Ktoś przysłonił mi słońce. Uniosłam głowę, nade mną stał Pablo. Miał na ustach promienny uśmiech, ale rozszyfrowałam z jego miny lekkie zaniepokojenie.
- Co się dzieje? - usiadł obok mnie. - Monica mówiła, że stale błądzisz gdzieś myślami, jesteś nieobecna. Kochana, wiesz, że możesz mi wszystko powiedziec..
Uśmiechnęłam się do niego słabo i bez słowa ułożyłam głowę na jego ramieniu. On zaś otoczył mnie ramieniem, muskając ustami czubek mojej głowy. Podobało mi się to, że o nic nie pytał, nie zmuszał na siłę do odpowiedzi, po prostu był blisko. Uważałam jednak, że należą mu się wyjaśnienia.
- Widziałam się dziś z notariuszem Antonia.
- Oo - wydusił. - I co postanowiłaś?
- Na razie nic. Do jutra mam podjąc decyzję, ale szczerze nie wiem, co robic. Boję się, że wszystko zaprzepaszczę i.. - Nie byłam przekonana o słuszności informowania przyjaciela o swojej chorobie. Jeszcze nie teraz. - Po prostu się waham. Wiem, czym dla moich bliskich jest ta szkoła..
- Angie - zaczął przejętym głosem, odrywając mnie od siebie, tak, że taraz swobodnie mogliśmy patrzec sobie w oczy. - Nie myśl przez chwilę o innych. Zapomnij o mnie, o Violetcie, o woli Antonia i dzieciakach. Zawsze taka byłaś, zawsze troszczyłaś się o każdego, oprócz siebie. Chyba najwyższa pora to zmienic.. Przejęcie Studia to nie to samo, co zaadoptowanie psa, to większa odpowiedzialnośc, wymaga przemyślanej, rozsądnej decyzji, nie możesz kierowac się emocjami i presją narzucaną przez otoczenie. Jeśli nie jesteś na siłach, aby poprowadzic szkołę, to nie rób tego, bo będzie ci jeszcze ciężej. Ale jeśli czujesz, gdzieś w głębi, że dasz radę, to zrobię wszystko, żeby ci pomóc.
- A jeśli nic nie czuję?
- Jestem pewien, że to jedynie pozór. - uśmiechnął się. - Ja w ciebie wierzę, Angeles. Pytanie, czy ty w siebie wierzysz.
Odwróciłam na chwilę wzrok, przypominając sobie to wszystko, czego dotychczas doświadczyłam. Miałam szansę poraz kolejny odbic się od dna i zacząc od nowa. Czy jeśli bym nie spróbowała, to później żałowałabym tego do końca życia?

I used to think that I could not go on 
and life was nothing but an awful song 
But now I know the meaning of true love
I'm leaningon the everlasting arms. 
If I can see it 
then I can do it 
If I just believe it 
there's nothing to it..

Melodyjny głos Pabla wypełnił przestrzeń między nami. Uśmiechnęłam się, słysząc dobrze znaną mi piosenkę. Zawsze podśpiewywał ją, kiedy starał się podnieśc mnie na duchu i natchnąc do działania. Stosował to też w szkolę, wśród młodzieży, to był jego znak rozpoznawczy.

I believe I can fly 

I believe I can touch the sky 
I think about it every night and day
Spread my wings and fly away 
I believe I can soar 
I see me runnin' through that open door 
I believe I can fly 
I believe I can fly 
I believe I can fly..

Ostatnie zdania zanuciliśmy wspólnie, oboje z szerokimi uśmiechami na twarzy. 
"Wierzę, że mogę latac" - powtórzyłam w myśli. 

Następnego dnia podczas przerwy śniadaniowej, drżącą ręką wybrałam numer Montenegro. 
- Zgadzam się, przejmę Studio - wyjąkałam niepewnie, aczkolwiek w duchu bardzo zdecydowanie. 
- Wspaniale! - rozległ się rozradowany głos prawnika. Przygotuję dokumenty na jutrzejsze popołudnie, nie przeszkadza to pani?
- Idealnie - przytaknęłam wciąż oszołomiona i zakończyłam połączenie. 
Pablo miał rację, powinnam w końcu zrobic coś dla siebie, a jeśli miejsce moich wspomnień mogłoby pomóc nie tylko mi, ale też moim bliskim, dlaczego miałam nie spóbowac? Nigdy przecież nie przekonałabym się, czy nie było warto, jeśli nie podołałabym wyzwaniu. 
Uśmiechnęłam się do siebie i zabrałam za nowe obowiązki. Powitałam przybyłych klientów, spisałam zamówienie i popędziłam do kuchni. W oczekiwaniu na dania, ukradkiem wykręciłam numer do przyjaciela. 
- Galindo, sucham?
- Cześc, to ja! - niemalże zawołałam, przejętym głosem. 
- Hej, Angie. Wszystko w porządku?
- Tak, a nawet lepiej. Nie zgadniesz.. jutro podpisuję papiery, Studio będzie oficjalnie moje! - pisnęłam. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że w oddali słyszę czyjś rozradowany krzyk, a sam mężczyzna wzdycha z ulgą. 
- Cudowna wiadomośc, kochana!
- Oj, nie ciesz się tak, bo to oznacza, że i ty będziesz miał więcej pracy. Oczekuję od ciebie pełnego zaangażowania, mam zamar wprowadzic dużo zmian, będziesz koordynatorem, nie dam ci chwili wytchnienia! - ostrzegłam, rozbawionym głosem. 
- Jak to.. to znaczy, że zatrzymuję posadę? - wyjąkał, zdziwiony, jakby nie było to czymś oczywistym.
- Kto będzie lepszym dyrektorem od ciebie? Nigdy nie myślałam o nikim innym na tym stanowisku. 
- Nie wiem, jak ci dziękowac, Angie..
- Na razie nie dziękuj, mamy pełne ręce roboty. O ile to możliwe, chciałabym się z tobą spotkac zaraz po omówieniu formalności z Montenegro, już połowa lipca, musimy zacząc się przygotowywac.
- O-oczywiście - wyjąkał wciąż zszokowany mężczyzna. - W takim razie zapraszam jutro, do nas, na kolację. Pasuje?
- Chętnię, do zobaczenia!
Wrzuciłam komórkę do kieszeni, chwyciłam talerze i popędziłam z zamówieniem do klientów. Kątem oka spostrzegłam, że ktoś nowy przysiadł się na zewnątrz. Poprawiłam spódniczkę i wyszłam z lokalu. Kiedy podeszłam bliżej, aż zakręciło mi się w głowie. W wiklinowym fotelu siedziała Esmeralda.
- Angeles, witaj! - zawołała na mój widok. Mimo elegancji i statecznej miny wydawała się tryskac energią.
- Dzień dobry, co podac?
- Nie wiedziałam, że tu pracujesz. - Zdawała się nie dosłyszec pytania. A może nie była taka niewinna i zwyczajnie chciała mnie poniżyc? Moje policzki natychmiast zapłonęły.
- Tak wyszło, wie pani, szkoły na ogół są nieczynne w wakacje. - Odpłaciłam się jej pięknym za nadobne, traktując ją nieco, jak osobę z inteligencją Jade.
- Oczywiście. - Uśmiechnęła się. - Poproszę dwie kawy z mlekiem, to wszystko. 
Zanotowałam w notesie i kiwając głową, oddaliłam się od stolika, który zajmowała ciemnowłosa. Miałam nadzieję, że jej towarzyszem nie okaże się mój szwagier. Specjalnie ociągałam się z podaniem kucharzowi zamówienia i pod byle pretekstem uciekałam z sali, aby tylko nie musiec wracac na zewnątrz. Pech chciał, że w lokalu pojawił się podirytowany szef i ze skruchą i przejęciem ruszyłam z tacą. 
Szłam powoli, pilnując każdego kroku. Serce biło mi, jak szalone, choc w gruncie rzeczy nie miałam się czego obawiac.. Szybko jednak moje myśli zostały rozwiane, bo w pewny momencie trzymane filiżanki wyśliznęły mi się z rąk, pod wpływem uderzenia o coś twardego. Zachwiałam się, ale nie straciłam równowagi.
- Ała! - ryknęło. - Mogłaby pani.. Angie?
Zamarłam. Przede mną stał German we własnej osobie i teraz wpatrywał się we mnie zdziwionym i przerażonym wzrokiem. 

___________________
Tamtaram, i kolejny rozdział możemy odhaczyc. :D
Macie Sierotę, ależ proszę. Nie zabrakło oczywiście Pangie.
Angie już prawnie właścicielką Studio. Co z tego wyniknie?
Wszystko w kolejnych rozdziałach!

Wiktoria

PS. Życzę wszystkim wytrwałości w nowym roku szkolnym!