środa, 11 grudnia 2013

Rozdział 72

Po kąpieli postanowiłam zajrzeć do pokoju siostrzenicy. Mimo,iż godzina była późna,dziewczyna jeszcze nie spała.
- Mogę wejść? - Zapukałam. Ciche mruczenie oznaczało zgodę. - Jak tam? Dlaczego jeszcze nie na 'imprezie' u  Morfeusza? - Zażartowałam,próbując rozchmurzyć ponurą minę nastolatki. - Co jest skarbie?
Zamiast słów, nastąpiły czyny. Sekundę po pytaniu, Violetta płakała z głową na moich kolanach.
- No już.. - Gładziłam jej idealnie rozczesane włosy. - Cii..
Między kolejnymi,głębokimi wdechami i łykaniem nowych łez ,udało mi się dosłyszeć wyjaśnienia dziewczyny.
- I..I wtedy Lleo-on. - Chlipała. - I wteddy powiedziiał,że z nami koniec i  tylk-ko oboje się oszukujemy.. Nie uwierzył mi,że D-diego.. - Przerwała,znów wybuchając płaczem.
- Wiem,że może ci się wydawać to trudne,a nawet bezduszne,ale może lepiej się stało? Związek opiera się na zaufaniu.. Być może Leon po prostu jest zagubiony, jemu przecież też nie jest łatwo..Myślę, że prędzej, czy później dojdziecie do porozumienia. Oboje potrzebujecie czasu.. - Pocałowałam czubek jej głowy. - Odpocznij, skarbie. - Chciałam wstać,lecz Violetta nadal ściskała moje kolana. - Słońce..
- Zaśpiewasz mi? - Wypaliła,płaczliwym głosem.
- Jeśli masz na to ochotę. - Zgodziłam się po chwili namysłu. - W takim razie szybko pod kołdrę. - Zarządziłam,uśmiechając się. W ułamku sekundy moja siostrzenica leżała już szczelnie okryta, wpatrując się we mnie z błyskiem w oku.
- "Fuentecita que corre clara v sonora.." - Zanuciłam cicho. - " Ruiseñor que en la selva cantando llora..Calla mientras la cuna se balansea ..A la nanita, nana..Nanita ella.."
Śpiewałam kołysankę, którą niegdyś koiła mnie sama Maria. Po urodzeniu Violetty również ją w ten sposób usypiała. Dziewczyna musiała zapamiętać starą pieśń - niemalże od razu zasnęła z uśmiechem na ustach.
Ostrożnie zsunęłam głowę nastolatki ze swoich kolan i wygodnie ułożyłam na miękkiej poduszce.
- Zaraz przyjdę, idź, bo ci nogi zdrętwieją. - Szepnęłam rozbawiona, nie oglądając się za siebie. Doskonale wiedziałam, że w drzwiach stoi German. Od dawna czułam jego obecność. Mężczyzna posłusznie wykonał moje polecenie.
Chwilę jeszcze postałam obok łóżka siostrzenicy, lekko się uśmiechając. Kiedy spała, można było w niej dostrzec tę małą Violettę, sprzed kilkunastu lat. Ten sam wyraz twarzy..
Uważając, aby nie stukać drzwiami, powoli opuściłam pokój siostrzenicy.
- Już drugi raz tego samego dnia mnie podsłuchujesz.. - Udałam oburzoną, wchodząc do sypialni ukochanego.
- Po prostu masz niebywały głos i złote serce. Uwielbiam cię słuchać, każde słowo, które wychodzi z twoich gorących ust, wzburza we mnie falę emocji. - Powiedział, wpatrując się we mnie głodnym wzrokiem.
Pod urokiem Germana ,spokojnie opadłam na łóżko. Dopiero teraz poczułam zmęczenie.
Mężczyzna ułożył się obok mnie, opierając głowę na ręce. Jego kasztanowe oczy, przepełnione miłością, zawsze działały na mnie tak samo.
- A może teraz ty mi coś zaśpiewasz na dobranoc ? - Mruknęłam, wyszczerzając zęby. Germanowi chyba nie do końca spodobał się ten pomysł, bo na jego twarzy zaobserwowałam przejściowy grymas.
- Skoro chcesz.. - Przystanął po chwili namysłu.
Zadowolona oparłam głowę na jego piersi, a rękę na brzuchu.
- "Śpij spokojnie,bo już zasnął dzień.." - Zamruczał męskim głosem, muskając dłonią moje ramię. - "Będę z tobą, gdy nadejdzie sen..Wiatr za oknem na dobranoc gra, zakochanym tak, jak ty i ja.. - Spodobał mi się jego spokojny, opiekuńczy ton, który tak kojąco obijał się o moje uszy. - Śpij spokojnie, w górze wielki wódz, zabrał smutki i nie wrócą już.. A ja nocy tej przy tobie złe wypłoszę sny. I obudzą się poranne mgły.. Śpij spokojnie, jestem blisko tak. Będę zawsze, miłość ma swój smak..Już niedługo noc odejdzie,świt rozwieje sny..Pozostanie miłość - ja i ty.. - Zakończył.
Mimo, iż German skończył śpiewać, jego słowa wciąż rozbrzmiewały we mnie. Czułam się niezwykle. Ciepło bijące od mężczyzny zmieszało się z historią, którą przekazał.
Wtulona w ukochanego, odpłynęłam..


                                                                             ***


Nazajutrz, gdy się obudziłam, miejsce po lewej stronie łóżka było puste. Przetarłam zaspane oczy, rozglądając się po pokoju. Rzeczywiście - byłam w nim sama.
Ponownie uspakajając oddech, przymknęłam powieki. Mimo, że nie było przy mnie Germana, a za oknem nastał dzień, postanowiłam jeszcze trochę poleniuchować.
Myślami próbowałam powrócić do sennych fantazji, lecz za wszelką cenę nie mogłam przypomnieć sobie obrazów namalowanych przez Morfeusza. Od środka jednak wypełniało mnie przeświadczenie, że było to coś pięknego, czułam się szczęśliwa.
Po chwili drzwi do sypialni zaskrzypiały. Dobrze wiedziałam kim jest tajemnicza osoba. W pomieszczeniu oprócz stukotu butów, roznosił się zapach wody kolońskiej.
Ciepła dłoń delikatnie odgarnęła włosy, opadające na moje ramię. Zaraz potem w tym miejscu poczułam dotyk męskich warg.
- Skarbie.. - Usłyszałam szept tuż przy uchu. Łaskoczące powietrze, sprawiło, że mimowolnie się uśmiechnęłam. - Nie udawaj, że śpisz. - Zaśmiał się mój szwagier.
- Nie udaje. - Rzuciłam bez namysłu, zdradzając się. Teraz chcąc, czy nie chcąc - musiałam rozchylić powieki. -  Dzień dobry. - Przeciągnęłam się, śmiejąc z samej siebie. - Piękny początek dnia.
- Ymm,a może być jeszcze piękniejszy, gdy wstaniesz. - Podpuścił mnie German. - No już. - Płynnym ruchem, zrzucił kołdrę z łóżka.
Ziewając, podniosłam się do pozycji siedzącej.
- Która godzina? - Zapytałam, szukając budzika.
- Ósma. - Ojciec Violetty, podał mi leżący pod poduszką zegarek. - Schowałaś go tam, kiedy zadzwonił. - Wyjaśnił, widząc moją pytającą minę. - Mocno spałaś.
- Zasługa kołysanki. - Uśmiechnęłam się. - A teraz przepraszam,ale spóźnię się do pracy, jeśli natychmiast nie zacznę się zbierać. - Powiedziałam, otwierając szafę w poszukiwaniu ubrań. German natomiast wyszedł z pokoju, informując mnie wcześniej, że czeka ze śniadaniem.
Dosłownie parę minut zajęła mi poranna toaleta oraz wybór garderoby. Już chwilę potem siedziałam przy stole razem z ukochanym.
- To chyba przeszło do tradycji. - Skomentował dźwięki kłótni personelu, dobiegającej z kuchni.
- Chyba trzeba coś z tym zrobić.. -Mruknęłam biorąc kolejny kęs tosta.
- Ty stary baranie, łapy precz od mojego sosu! Brudne łapska będzie mi tu pchał!
- Odczep się, kobieto!
- Oj, trzeba.. - Westchnął pan domu. - Olgo, Ramallo, zapraszam tutaj! - Krzyknął w stronę kuchni, wycierając usta serwetką.
Gosposia i przyjaciel pana domu, posłusznie zjawili się w jadalni. Milcząc, zachowywali między sobą bezpieczną odległość.
- Poprosiliśmy was tutaj, aby ostatecznie zażegnać wasz spór. - Zaczęłam, oczekując wsparcia Germana. -Oboje uważamy, że to już przestało być zabawne, musicie dojść do jakiegoś porozumienia.
Po minach obu stron widziałam, że nie są zachwyceni tym pomysłem,jednak postanowiłam kontynuować.
- Przynajmniej spróbujcie, proszę.. - Zrobiłam błagalną minę.
- Dobrze. - Przystanęła Olga. - Jeśli tylko ten.. - Zawahała się, widząc, jak unoszę brew. - Jeśli Lisandro przestanie się dobierać do moich garnków, brudzić zabłoconymi buciorami podłogę, wylegiwać się na uporządkowanej kanapie, tłuc filiżanki, zużywać całą zawartość kawy zbożowej, zostawiać swoje papiery byle gdzie.. - Wyliczała. - Wsypywać do cukierniczki sól, przestawiać mi pojemniczki do przypraw, grzebać w lodówce, wyżerać żęłty ser..
- Olgo, Olgo.. - Przerwał German.
- Nie będę tego słuchać. - Oburzył się asystent mojego szwagra. - Wychodzę.
- No i z Bogiem. - Rzuciła gosposia, również oddalając się.
Jednoczenie tej dwójki nie przyszło łatwo i chyba w najbliższym czasie nie będzie prostym zadaniem. Na razie trzeba było czekać. Czekać, ale nie odpuścić.
Przypadkowo zerknęłam na wyświetlacz komórki i z przerażeniem stwierdziłam, że za trzynaście minut zaczynam lekcje.
- Spóźnię się. - Jęknęłam, łapiąc torebkę. Szybkim krokiem podążyłam ku drzwiom. Przed domem dogonił mnie German.
- Podwiozę cię. - Zaproponował, otwierając auto. - No, chodź. - Uśmiechnął się życzliwie.
Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Z prędkością światła, zajęłam miejsce na siedzeniu obok kierowcy.
- Mój bohater. - Pogładziłam policzek mężczyzny.
- Uchroniłem, a raczej uchronię od niefortunnej retardacji. - Zaśmiał się, wprowadzając samochód w niebezpieczną prędkość.
-Zwolnij.. - Szepnęłam,jednak moją prośbę w wyścigu do uszu Germana, wyprzedził pisk opon.Nastąpiło uderzenie.

_______________________________
Macarena, macarena! Baila, baila, ella, ella. :D
Piosenkę, którą śpiewała Angie znajdziecie tu , a kołysankę Germana: tu. :)
Jak zauważyliście rozdziały pojawiają się ostatnio regularnie, tak będzie dokąd mnie nie opuści wena i wystarczy czasu. ;)
Bardzo zależy mi na Waszej opini. Może chcielibyście, żebym coś zmieniła, wprowadziła? Swoje uwagi śmiało kierujcie do specjalnej zakładki lub w komentarzach pod postem. :)

Pozdrwaiam.
Wiktoria

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Rozdział 71

Ignorując myśli,które nasuwały się po rozmowie z Antoniem,zmierzałam do szpitala.Byłam już mocno spóźniona.
Tradycyjnie wiał silny wiatr,a z nieba spadały pojedyncze krople deszczu.Cóż - pogoda nie rozpieszczała Argentyńczyków.
Na szczęście na miejsce udało mi się dotrzeć w przeciągu dziesięciu minut.Szybkim,żwawym krokiem,śpieszyłam do sali,którą zajmował Javier.Tuż przed samymi drzwiami przypomniałam sobie o Germanie.Wzdychając wyciągnęłam komórkę i wybrałam jego numer.Zamiast głosu w słuchawce,usłyszałam znajomy alarm niedaleko mnie.Dobiegał z pokoju chłopczyka.Zdziwiona weszłam do środka.Tam zastałam rozczulający widok.
Na szpitalnej podłodze siedział Javier,a obok niego... mój szwagier.Oboje bawili się rozsypanymi dookoła klockami.
-Ten tutaj..A ten tam.. - German pomagał chłopcu ułożyć wieżę.
Ukochany kolejny raz udowodnił mi,jak rodzinnym jest człowiekiem.Na każdym kroku mnie zaskakuje,codziennie odkrywam jego nowe tajemnice.Teraz utwierdziłam się w przekonaniu,że mimo braku rodziny,Violetta miała dobre dzieciństwo.German dawał jej wszystko,co najlepsze.Był i jest dobrym ojcem.- Angie.. - Wstał,zauważając mnie.
-Cześć,chłopaki. - Zawołałam wesoło,zsuwając z ramion fioletowy płaszcz. - Co tam kombinujecie?
W odpowiedzi maluch z dumą wysunął w moją stronę budowlę z kolorowych klocków.
-Świetna. - Pochwaliłam go.
-Wujek German mi pomagał,bo on jest tym..tym..no..inożnierem.
-W przyszłości będzie z ciebie lepszy inżynier,niż ze mnie. - Gładko poprawił go mój szwagier. - To może teraz zbudujemy most,hmm? - Zaproponował,klaskając w dłonie,na co Javier ochoczo przystanął. - Świetnie.To ty przygotuj nam materiały,a ja chwilę porozmawiam z Angie,dobrze? - Mrugnął do mnie porozumiewawczo.
Już po chwili stałam razem z Germanem na korytarzu,wśród krzątających się pielęgniarek.
-Wszystko w porządku? - Zapytał ukochany,gładząc uspokajająco moje ramię. - Jesteś jakaś nieobecna..Przez telefon wydawało mi się,że coś cię gryzie.
-Zmęczona. - Sprostowałam,słabo się uśmiechając. - A właściwie to wykończona.W Studiu mamy urwanie głowy,nałożyli nam dodatkowe godziny w związku z wyjazdem Pabla..Ach,nie ważne.Sam dobrze wiesz,jak działa praca. - Musnęłam dłonią jego policzek. - Ale widzę,że doskonale sobie poradziłeś z Javierem. - Przygryzłam dolną wargę,a  twarz mężczyzny lekko zaróżowiała.
-German,ty się rumienisz! - Pisnęłam,jak małe dziecko,które otrzymało,jakiś niezwykły prezent.
-Ja?Nie,skądże. - Odwrócił wzrok,zawstydzony. - Ale masz racje-doskonale dogaduję się z małym.Wiesz..?To niebywałe.Taka mała,porzucona istotka...Bezspornie zasługuje na miłość i rodzinne ciepło. - Kiwał lekko głową,a zmarszczka na jego czole sugerowała,że coś planuje. - Masz ochotę na sok? - Palnął w pewnym momencie.
-Ee,tak,bardzo. - Szeroko się uśmiechnęłam.
-W takim razie zaraz wracam. - Oddalił się korytarzem,natomiast ja wróciłam do chłopca.
Malec już nie zajmował się nowym prezentem,teraz spokojnie leżał na łóżku.
-Odpoczywasz? - Przysiadłam obok niego,głaskając blond czuprynkę. - Nic dziwnego,po tak ciężkiej pracy.Może pójdziesz już spać? - W odpowiedzi Javier przecząco pokręcił głową. - Nie? - Roześmiałam się. - Chłopiec ponowił swój czyn. - No dobrze,więc na co masz teraz ochotę?
-Może opowiesz mi bajkę? - Zaproponował z uroczym błyskiem w oku.Po chwili wahania zdecydowałam się na jedną,z tych,które opowiadała mi Maria.
-A,więc ułóż się wygodnie i posłuchaj. - Przykryłam go kołdrą. - Dawno,dawno temu w krainie baśni mieszkał młodzieniec o niebywałej urodzie.Narcyz,bo tak owy chłopiec się nazywał,uchodził wśród mieszkańców za idealnego.Sam również szczycił się swoimi wdziękami,uważał za najlepszego w każdej dziedzinie.Wzdychały do niego wszystkie nimfy,lecz on miał tylko jedną ukochaną i starannie odrzucał zaloty każdej.Pewnego dnia ,gdy młodzieniec pochylił się nad strumykiem,aby ulżyć swojemu pragnieniu - ujrzał w tafli wody swoje odbicie.Widok,który tam ujrzał oczarował go i Narcyz zakochał się od pierwszego wejrzenia w .. samym sobie.Niestety nie mógł odwzajemnić uczucia do własnej osoby,dlatego codziennie z  przychodził zerkać w źródło.Tak długo,aż to trwało,kruszyło się serce młodzieńca.W końcu zdruzgotany - umarł z tęsknoty.Wktótce po złożeniu go do ziemi,na grobie Narcyza wyrósł kwiat o błękitnych płatkach i żółtym środku.Niezwykłą roślinę nazwano jego imieniem.
-Gdy skończyłam,malec już spał,a jego maleńka dłoń wciąż zaciskała moje palce.Rozczulona słodką minął chłopczyka,jeszcze szczelniej nasunęłam na niego kolorową narzutę.
-To było piękne. - Na biodrach poczułam dłonie Germana.Musiał od dawna mi się przysłuchiwać.
-A ty to nie miałeś zaraz do nas wracać? - Zapytałam z uśmiechem i nutką przekąsu w głosie.
-Nie chciałem ci przeszkadzać. - Odgarnął część moich włosów i pocałował w szyję.
-Dziecko śpi - Skarciłam go. - Chodź. - Chwyciłam płaszcz i torebkę,po czym ostrożnie pogłaskałam policzek Javierka i razem ze szwagrem,opuściłam szpitalną salę.



-Czy państwo wiedzą,która jest godzina?! - Tym wyrzutem przywitała nas Olga. - Nie?!21! - Rzuciła nam wściekłe spojrzenie. - Specjalnie dla państwa zrobiłam deser truskawkowy,a tu się nie pojawiają.Ani na obiedzie,ani na kolacji.Musiałam sama użerać się z tym pana pierdlem,przyjacielem. - Gestykulowała,natomiast ja i German staraliśmy się zamaskować wybuchy śmiechu. - Nic zabawnego. - Oburzyła się. - Violetta już dawno śpi. - Prychnęła,po czym obrażona powędrowała w kierunku kuchni.
-Chyba nie zobaczymy jedzenia przez co najmniej tydzień. - Skwitował inżynier,obejmując mnie w pasie. - Jesteś głodna,przemycić coś?Swego czasu byłem dobry w harcerskim wykradaniu flagi przeciwnika. - Dumnie uniósł głowę.
-Wiesz,skarbie,myślę,że Olga lodówki strzeże lepiej niż oboźny. - Zakpiłam,chichocząc. - Idę pod prysznic. - Zawołałam,uwalniając się z uścisku z łobuzerską miną.

_______________________________
71 :D
Bajkę dla Javierka zaczerpnęłam z mitu greckiego o Narcyzie. :D
Jak Wam się podoba?

Besos.♥
Wiktoria

niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział 70

-Zostało tylko powiedzieć mojej mamie. - Mruknęłam,zasypiając wtulona w tors Germana. Mężczyzna niespokojnie zamruczał. -Słyszysz?
-Ymm..Tak,tak,już idę. - Chrząknął. - Ymm,Marto.. - Ścisnął poduszkę. - Miękka Marto..
-German?
-Ramallo,idę.. - Mamrotał przez sen. - Musze tylko powiedzieć Angie,że ją kocham.. - Pociągnął nosem.
W duchu zaśmiałam się z usłyszanych słów.Uważając,aby nie obudzić mężczyzny,delikatnie musnęłam jego wargi. - Ja też cię kocham. - Szepnęłam patrząc na  śpiącego inżyniera.Odpowiedziało mi głośne chrapnięcie.Przerażona nieoczekiwanym hałasem,poderwałam się z łóżka.Niezrażony mężczyzna,przekręcił się na drugi bok. - Kocham cię,kocham,ale chrapać mi nie będziesz. - Chichotałam,z powrotem gramoląc się na pościel.Niemalże od razu zasnęłam.


                                                                        ***

Nazajutrz role się odwróciły.Teraz to German całował moje usta.
-Dzień dobry,słońce. - Uśmiechnął się,widząc,jak powoli podnoszę ociężałe powieki. - Jak się spało?
-Ymm,pomijając to,że wydobywasz z siebie dźwięki,niczym traktor - wspaniale. - Wyszczerzyłam zęby.
-O nie,ja nie chrapie. - Zmarszczył brodę,kręcąc głową.
-Tylko mieliśmy w sypialni koncert trzody chlewnej. - Zakpiłam,topiąc dłonie między jego włosami.
-Bardzo zabawne,Angeles. - Przewrócił oczami. - Ha-ha-ha.Droczenie się ze mną sprawia ci przyjemność?
-Ach,przejrzałeś mnie.- Przytaknęłam ze złośliwym uśmieszkiem.

-Nie kłam,kochanie..
-Ja nie kłamie..
Po tych słowach podniosłam się z łóżka,a inżynierowi zapewniłam towarzystwo poduszki.
-Masz,żebyś nie czuł się samotny. - Rzuciłam w jego stronę puchatym workiem.
-A ty gdzie? - Zapytał zdziwiony,widząc,jak zmierzam ku drzwiom.
-Na śniadanie.. - Odparłam z satysfakcją.
-I zostawiasz mnie?
-Ktoś musi pilnować Marty. - Zaśmiałam się,opuszczając pokój i tym samym zdezorientowanego mężczyznę.
Po rewolucji w szafie,zeszłam na dół,gdzie krzątała się już gosposia.Podśpiewując niemiecką piosenkę,rozstawiła jedzenie.Niespodziewanie jej radosny nastrój udzielił się też Ramallo,który popijając kawę,przeglądał najnowszą prasę.Nim jednak zdążyłam zejść po schodach,rozpętała się kolejna awantura.
-No mogłaby pani trochę uważać! - Oburzył się Lisandro,odbijając się od gosposi,niosącej sałatkę. - To nowy garnitur. - Dumnie pogładził materiał.
-Też mi coś. - Prychnęła kobieta. - Wystroił się,jak szczur na otwarcie kanału.
-No ja przynajmniej nie  biegam z jedzeniem,jak dzikie prosie na zakrętach. - Odrzucił asystent Germana,który właśnie pojawił się obok mnie.
-Znowu się kłócą? - Szepnął.
-...taaak?Twarz masz pan od konia,a tyłek od słonia! -Wrzasnęła gosposia,stojąc oko w oko z poczerwieniałym ze złości biznesmenem.
-Dzień dobry. - Wkroczyłam do akcji.
-Co dziś na śniadanie? - Wtrącił się pan domu. - Same przyjemne zapachy się unoszą.Ale..Olgo,czy ja czuję spaleniznę?
-Nie,to tylko Ramallo. - Wycedziła wściekła kobieta. - Zaraz..Moje bułeczki! - Złapała się za głowę,biegnąc do kuchni.
-A nie mówiłem?Szybka,jak Egipska policja na wielbłądach. - Zaśmiał się Lisandro.
-Ty już lepiej nic nie mów,do gabinetu! - Rozkazał mój szwagier. - Lepiej zjem w tam i go popilnuję.Nie wiadomo,co takiemu jeszcze do głowy strzeli. - Pocałował mój policzek. - Przepraszam.
-Nie szkodzi. - Zamruczałam. - Idź,smacznego.
W jadalni zostałam sama,lecz tylko na chwilę,bo zaraz po schodach zbiegła Violetta.
-Cześć,Angie. - Zawołała wesoło,zajmując miejsce przy stole. - A co tu tak pusto?
Nakładając na talerz twarożku,wyjaśniłam dziewczynie przyczynę nieobecności domowników.Zareagowała dość zabawnie.
-Słońce,może przestań zamiatać podłogę ubraniami  i chodź jeść. - Zaproponowałam,rozbawiona jej wybuchem śmiechu.
-Wybacz. - Chichotała,podnosząc się z ziemi. - Już,już. - Z powrotem usiadła na krześle.
-A może zdradzisz mi,co jest powodem twojego dobrego humoru,hmm? - Uśmiechnęłam się,podejrzliwie.
-Tak jakoś. - Zarumieniła się.
-Ty się zakochałaś! - Stwierdziłam.
-Angie,cii,nie tak głośno. - Oburzyła się,przykładając palec do ust. - Po pierwsze: nie krzycz tak,bo jeszcze tato usłyszy,a po drugie: wcale się nie zakochałam,co za bzdurny pomysł.
Rozbawiona zerknęłam na siostrzenicę.Jej oczy zdradzały,że kłamie.
-Coś mnie bujasz. - Skrzyżowałam ręce na piersiach. - Opowiadaj. - Zarządziłam,ciekawa,a zarazem podekscytowana tematem.
W odpowiedzi dziewczyna wzięła głęboki oddech,po czym zaczęła mówić.
-Diego.Na pewno go kojarzysz,od niedawna chodzi do naszego Studia.Proszę,nie myśl,że coś do niego czuję,nie.. - Broniła się,widząc moją zafascynowaną minę. - Tylko..Ach..Od dłuższego czasu za mną łazi,nie daje spokoju.Leon jest o niego szalenie zazdrosny,co w tym przypadku wcale nie jest dobre..Postanowiłam porozmawiać z Diego.Kilka razy już próbowałam,ale zawsze coś przeszkadzało,więc tym razem,aby ostatecznie zakończyć jego temat - zaproponowałam spotkanie w parku,po lekcjach.I wiesz,Angie..?To takie dziwne..Z jednej strony wiem,dlaczego idę się z nim zobaczyć,ale z drugiej - wypełnia mnie jakaś radość..Nie wiem..Szczęście?Nie mogę przestać o nim myśleć,niespokojnie zerkam w stronę zegarka,a wskazówki przesuwają się coraz wolniej.Czy ja zwariowałam? - Zapytała z przerażeniem w oczach. - Jestem przecież z Leonem,kocham go..Wszystko się skomplikowała. - Ukryła twarz w dłoniach,głośno wzdychając.
-Violu.. - Kucnęłam obok niej. - To,co się teraz dzieje,to pewne zauroczenie tym chłopakiem.Jest nowy w szkole,przystojny i bardzo utalentowany.Imponuje ci,jesteś nim zafascynowana.Myślę,że uczucie,które żywisz do Leona przetrwa te próbę,stanowicie doskonałą parę.Z drugiej strony to swego rodzaju test sprawdzający.Może sytuacja z Diego ma pokazać,czy wasz związek jest silny?Jestem pewna,że ty i Leon dacie radę.
-Ale co jeśli podczas spotkania z Diego znowu stracę nad sobą panowanie? - Jęknęła. - On na prawdę umie mnie omamić,zaczarować..
-Przede wszystkim pamiętaj,po co się z nim spotkałaś.Myśl o Leonie,waszej wspólnej przyszłości,kieruj się sercem.Nie można robić niczego na siłę,uwierz mi.Szczera rozmowa wiele może zdziałać,spróbuj. - Uśmiechnęłam się,całując grzbiet jej dłoni.
-I co ja bym bez ciebie zrobiła? - Przytuliła mnie. - Bardzo,bardzo cię kocham.
-Oo,ja ciebie też,skarbie. - Zawtórowałam jej. - A teraz dopij kawę i idź po torebkę,musimy wychodzić. - Ponagliłam ją,a sama zapakowałam do papierowej torebki dwie maślane bułeczki,które Olga zdołała reanimować,po randce z piekarnikiem.
-German,przepraszam,że przeszkadzam. - Jeszcze na moment zajrzałam do gabinetu ukochanego. -Wychodzimy. - Poinformowałam go.Nim jednak opuściłam pracownię,dodałam: -Po lekcjach chciałabym odwiedzić Javiera,mały pytał o ciebie ostatnio,może pójdziesz ze mną? - Zaproponowałam.
-Tak,jasne. - Zgodził się.Widać było,że ta sugestia go ucieszyła. - Spotkamy się na miejscu?
W odpowiedzi skinęłam głową i posyłając Germanowi całusa,dołączyłam do wychodzącej Violetty.



Niestety moje plany pokrzyżował nieoczekiwany wyjazd Pabla.Gregorio i Jackie niby nic nie wiedzieli,Antonio również milczał,a Beto..Beto,jak to Beto.
W związku z nieobecnością dyrektora zostaliśmy przydzieleni do dodatkowych nadgodzin.Choreografom przypadły dwie lekcje z młodszymi grupami,natomiast mi i Roberto powierzono starszych uczniów.
-Cześć,niestety nieco się spóźnię. - Zadzwoniłam do Germana. - ..nie martw się,zatrzymała mnie po prostu praca.Postaram się do ciebie dołączyć,jak najwcześniej.
-(...)
-Dobrze,całuję.
Musiałam przyznać,że dawno nie byłam tak zmęczona,jak po dzisiejszym dniu.Dzieciaki dawały w kość i mimo,iże uwielbiam swój zawód - miałam dość.
Gdy po skończonym dniu wychodziłam ze Studia,napotkałam kolejną przeszkodę.
-Witaj,Angie.Możemy zamienić dwa zdania? - Na ławce ujrzałam Antonia.
-Ee,pewnie. - Uśmiechnęłam się słabo. - Co się dzieje?
-Widzę,że jesteś zmęczona,dlatego przejdę do sedna sprawy - chodzi o Pabla. - Wyjaśnił,a przez moją twarz przeszedł cień niezadowolenia.
-Wolałabym o nim nie rozmawiać. - Odwróciłam wzrok.Imię przyjaciela wzbudziło we mnie uśpione dotąd emocje.
-Od dłuższego czasu was obserwowałem. - Zignorował moje słowa. - Nie rozmawiacie,unikacie się..Dzieci,przecież jesteście przyjaciółmi.. - Ubolewał.
-Przyjaźniliśmy się,czas przeszły. - Zacisnęłam wargi.
-Angeles.. - Starszy człowiek spojrzał na mnie z politowaniem. - Widzę,że oboje się męczycie,ty i on.Przyjaźń jest skarbem..
-Proszę cię,Antonio. - Powiedziałam zduszonym głosem.Za wszelką cenę próbowałam opanować wylew rumieńców.
-Zbliżają się święta,magiczny czas..Powinno się je spędzać w gronie rodziny,przyjaciół.. - Przekonywał mnie. - Porozmawiajcie..
-Miłego wieczoru. - Chrząknęłam,odchodząc.

__________________________________
Nie wiem,co mnie napadło z Germangie. :D Nie zabrakło także kłótliwej Ramallgi,jęczącej Violki oraz miękkiej Marty. :D
Końcówka lekko zamulająca,a to wszystko przez oglądanie na YT rozstania Pangie.Jakoś mi sie szkoda zrobiło naszego Misia.
Jakieś uwagi,sugestie? :)

Uściski. ♥
Wiktoria

piątek, 6 grudnia 2013

Rozdział 69


Wskazówki przesuwały się bardzo szybko.Nim się obejrzałam nastała godzina osiemnasta.
-Zasiedziałam się. - Mruknęłam sama do siebie.W pokoju nauczycielskim nie było już nikogo.
Ociężale podźwignęłam się z krzesła,zbierając z biurka stosy kartek z nutami,ćwiczeń dla uczniów oraz przeróżnych dokumentów.Wszystko włożyłam do teczki i schowałam w jednej z szafek.Uporządkowałam obszerny stół,po czym chwyciłam płaszcz oraz torebkę i wyszłam ze Studia.
Wlokąc się,dokładnie stawiałam nogę,za nogą,celowo opóźniając powrót do domu.Niestety droga,która zwykle nie wydawała się zbyt krótka,dziś jak na złość minęła mi w błyskawicznym tempie.
Stałam przed willą.W wielu oknach paliło się światło,zlewające z blaskiem lampek,ułożonych po obu stronach alejki.Kostka chodnikowa prowadziła pod same schody,dziś była niezwykle interesująca.

-Angie? - Z zamyślenia wyrwał mnie skrzyp drzwi,a zza nich wychylił się German. - Co robisz?
-Ja..Ee..Ładny chodnik. - Wypaliłam bez namysłu,a moja twarz spłonęła rumieńcem.Z miną mówiącą "masz mnie",spojrzałam na ukochanego.Mężczyzna opierał się o ścianę,uśmiechając się litościwie.
-Kochanie.. - Podszedł do mnie powoli.W jego ustach to słowo nabierało jeszcze większej pieszczotliwości. -Nie bój się.. - Ostrożnie mnie do siebie przycisnął.Czułam,jak jego silne ramiona stopniowo coraz bardziej dygoczą,cały się trząsł.Nic w końcu dziwnego - miał na sobie tylko koszulę.
-Rozchorujesz się. - Oderwałam się od niego. - Jest zimno,wracajmy.
-Czyli nie chcesz się wycofać? - Zawołał,gdy miałam wchodzić do środka.
-Nigdy tego nie powiedziałam. - Uśmiechnęłam się,unosząc brwi. - No,chodź. - Skinęłam ręką,znikając za dębowymi drzwiami.Zaraz za mną pojawił się German.
Równo z odłożeniem przeze mnie płaszcza i torebki,w całym domu rozległo się wołanie gosposi na kolację.Nerwowo przełknęłam ślinę.Już miałam zaszyć się w kuchni,kiedy na biodrach poczułam dłonie inżyniera.
-Nie uciekaj mi. - Pogroził palcem. - Swoją drogą nie myślałem,że jesteś taka tchórzliwa,Angeles. - Zaśmiał się pogardliwie.
-Ja?Tchórzliwa?Chyba kpisz! - Prychnęłam,oburzona.
-Właśnie to udowadniasz. - Wzruszył ramionami.
-Serio?No to patrz! - Rzuciłam tuż przy jego twarzy,po czym z uniesioną głową ruszyłam do jadalni.Tuż przed stołem nadeszło otrzeźwienie i dopadła mnie panika.Z wściekłym spojrzeniem,odwróciłam się w stronę nadchodzącego pana domu. - Podpuściłeś mnie,Germanie Castillo. - Wycedziłam przez zęby.
-A państwo nie siadają? - Z kuchni wyszła Olga,a za nią pojawił się Ramallo i Violetta.Cała trójka zasiadła przy stole.Tylko ja i German,staliśmy sparaliżowani.
-Jestem przy tobie. - Usłyszałam stłumiony szept z tyłu głowy,a następnie poczułam,jak palce inżyniera lekko zaciskają moje. - Kochani. - Rzekł tym razem do zebranych,którzy ze zdziwieniem wpatrywali się w nas. - Ja..To znaczy ja i Angie..Mamy wam coś do przekazania. - Wziął głęboki oddech. - Może wydawać się wam to lekko dziwne,jeszcze ten wczorajszy reportaż telewizyjny..Ale ja i Angeles doszliśmy do wniosku,że nie ma sensu dalej się ukrywać,należy wam się prawda.. - Ponowił nabranie powietrza,po czym zerknął na mnie. - Ja i Angie od niedawna jesteśmy razem. - W końcu to powiedział.Teraz czekaliśmy tylko na reakcje pozostałych.
-Jesteście chorzy! - Jako pierwsza wyrwała się Violetta. - To nienormalne!Moja ciotka i mój ojciec! - Wykrzykiwała. - Już zapomniałeś o mamie?! - Rzuciła w stronę Germana. - A ty?! - Wskazała na mnie. - Zdradzasz własną siostrę!Jesteście okropni,nienawidzę was! - Wrzasnęła,wybiegając z pomieszczenia.Zbladłam.
-Nie do przyjęcia,nie do przyjęcia.No jak państwu nie wstyd?! - Oburzył się Ramallo,również wstając od stołu.
-Pathologie, Ende der Welt! (Patologia,koniec świata!) - Za Lisandrem podążyła gosposia.
Załamana,opadłam na krzesło.Tego właśnie się obawiałam - braku akceptacji.I co dalej?
- Ja i Angie od niedawna jesteśmy razem... - Powiedział German,z uśmiechem spoglądając na rodzinę.
-To wspaniała wiadomość!Jejku,tak się cieszę! - Pisnęła Violetta,ściskając nas oboje. - Angie i tata,tata i Angie. - Zachwycała się z błyskiem w oku.
-Ja też wam serdecznie gratuluję. - Powiedział Ramallo. - W końcu moje starania matrymonialne nie poszły na marne! - Uniósł ręce w geście modlitwy.Jego entuzjazm przerwało pochlipywanie gosposi.
-Olgo,co się stało? - Zaniepokoiłam się.
-Ach,nic..Tylko..moja gwiazdeczko.. - Rzuciła mi się w ramiona,szlochając w ramię. - To ze szczęścia,to ze szczęścia. - Oderwała się po chwili,przytulając również mojego szwagra. - Moi kochani! - Ucałowała nasze dłonie. - Upiekę tort czekoladowy!Albo dwa!Nie,trzy!- Jeden na ślub panienki Angie z panem Germanem,drugi na Violi i Leonka,a trzeci na mój i tego starego marudy! - Wyliczała na palcach.
-Olgo,może z tym poczekajmy. - Wtrącił się German,zaalarmowany sugestiami małżeństwa jego córki.
-All right! (No,dobrze) - Zgodziła się. - A teraz zapraszam na zapiekankę.
Wszyscy posłusznie wykonaliśmy polecenie gosposi,kolejno nakładając na swoje talerze ziemniaczano-warzywnej potrawy.
Dalsza część posiłku przebiegała w miłej atmosferze.Od czasu do czasu napotykałam radosne spojrzenie ukochanego.Moje przypuszczenia się nie potwierdziły - związek z Germanem nie spotkał się z dezaprobatą domowników,Bóg nie zesłał w prezencie piorunów,a my oboje nie musieliśmy się już kryć ze swoją miłością.Tego wieczoru nie tylko zmieniłam miejsce przy stole - od teraz w spokoju mogłam wieść normalne,spokojnie życie.  A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało..

_____________________________________
Tak,tak 69 rozdział za nami. :D I jak?
Pewnie domyślacie się,że pierwotna reakcja domowników była wyobrażeniem Angie. :D
Dzisiaj Mikołajki i piątek- podwójna radość. :D

Saludos! ♥
Wiktoria


środa, 4 grudnia 2013

Rozdział 68

(...) -"Co teraz z nami będzie?
German westchnął głęboko,siadając obok mnie.
-Kocham Cię. - Złapał moje dłonie,patrząc mi w oczy. - Kocham cię. - Powtórzył. - Ten reportaż..To nic nie znaczy..Głupie słowa jakiegoś dziennikarzyny od siedmiu boleści.Nie wierz w to,co mówią.. - Szepnął,zwracając uwagę na mój niepewny wyraz twarzy.
-Co jeśli będą nas prześladować?Co jeśli będziemy na każdej okładce czasopisma,jako 'sławna patologia'? - Pomyślałam.
-Ja się nie boję. - Stwierdził German.Chyba jednak powiedziałam to na głos. -Żadne tabloidy nie wyrzucą cię z mojego serca..

Czasami go nie rozumiałam..Zaskakiwał.Jeszcze rok temu wyśmiałabym osobę,sugerującą łagodne oblicze pana Castillo.A teraz?Sama odkrywałam zakamarki jego serca.
-Przy tobie się zmieniłem. - Ciągnął. - Otworzyłaś mi oczy na pewne rzeczy..Nauczyłaś mnie kochać..
Każde słowo wypowiadał z niezwykłym przekonaniem,czułością.Wierzył w to,co mówił.
Czyny zastąpiły  słowa.Ujęłam w dłonie lekko chropowate policzki szwagra i czule pocałowałam.Chciałam przekazać mu w ten sposób wszystko,czego nie umiałam dotąd wyrazić.Skupiłam na nim całą swoją miłość,wszystkie uczucia.Przenosząc ręce na jego szyję,wyraźnie czułam smak pocałunku.Jego rozgrzane usta delikatnie muskały moje,idealnie współgrając.Każdy dotyk,otarcie rozpalał nowe pragnienia.Oboje zatraciliśmy się w tej chwili.Nie licząc sekund,minut,odpływaliśmy.Jedność,którą tworzyliśmy była niepowtarzalna.Wzajemny dotyk doprowadzał obojga do szału.W końcu jednak oderwaliśmy się od siebie,łapczywie zażywając oddechu.Nadal stykając się nosami,patrzyliśmy w swoje oczy.Wtedy German zrobił coś,czego bardzo potrzebowałam - przytulił mnie.W jego ramionach czułam się bezpieczna,wiedziałam,że nic mi nie grozi.
-Powiedzmy im.. - Szepnęłam,ponownie zatapiając się w czekoladowych ślepiach ukochanego. - Powiedzmy im o nas. - Sprostowałam widząc jego zdziwioną minę. - Powinni wiedzieć. - Uśmiechnęłam się.
-Jesteś pewna? - W oczach Germana dostrzegłam błysk,rozjaśniający nawet najgłębszą otchłań.
-Na sto procent. - Przytaknęłam. - Niczego już nie ukrywajmy.
-Cieszę się. - Mój policzek został obdarzony kilkoma pocałunkami.
-Ogłosimy to jutro,zgoda?Przy kolacji. - Zaproponował.
Zadowolona z podjętej decyzji pomaszerowałam na górę.Po kąpieli,dołączył do mnie German,zaciągając do swojej sypialni.
-To również twój pokój. - Wyjaśnił,gramoląc się na łóżko.Cóż - nie miałam wyboru,naśladując inżyniera posłusznie ułożyłam się po jego prawej stronie.
Słabe światło padające z lampki nocnej,dawało jedyny blask rozjaśniający dokładnie urządzone wnętrze.
Każdy pokój w domu Castillo był inny,pełen innych emocji,nastrojów.Z każdego buchała inna energia.
Ukojona rytmicznym biciem serca ukochanego -zasnęłam.

                                                                     
                                                                          ***

Następnego dnia po lekcjach,przed budynkiem Studia,pojawił się niespodziewany gość.
-German,co tu robisz? - Podeszłam do siedzącego na ławce mężczyzny.
-Nie cieszysz się,że mnie widzisz? - Zapytał z głupawym uśmieszkiem.
W odpowiedzi pocałowałam go w policzek.
-Oczywiście,że się cieszę. - Dodałam,obejmując dłońmi jego kark. - Ale czemu zawdzięczam sobie te wiztytę?
-Stęskniłem się. - Wyszczerzył zęby. - A na poważnie? - Uniosłam brwi,śmiejąc się z jego miny.
-No skoro chcesz wiedzieć,to porywam cię na obiad. - Powiedział z szelmowskim uśmiechem. - I nie przyjmuje odmowy. - Dodał,widząc,jak marszczę czoło.
-Nie obraź się,ale mam jeszcze trochę papierkowej roboty. - Przejechałam dłonią po jego policzku.
-Praca zaczeka. - Stwierdził,ciągnąc mnie w kierunku parku. - Nie daj się prosić. - Błyskotliwy urok mężczyzny nie pozwalał na dłuższe opory.Zaczarowana głosem Germana,posłusznie ruszyłam za nim.
Nie śpieszyliśmy się,spokojnie krocząc alejką wyścieloną kolorowymi liściami.
Ukochany przez cały czas trzymał moją dłoń,dumnie rozglądając się wokoło.Zdawało się,że niczym się nie przejmuje,kąciki jego ust uciekały do góry.
Mnie jednak nie opuszczała frustrująca myśl,że zaraz zza rogu wyskoczy,jakiś paparazzi i zrobi nam zdjęcie do  upokarzającego reportarzu.
Jak na zawołanie palce Germana jeszcze bardziej zacieśniły się na moich.Mężczyzna odwrócił głowe w moją stronę.Teraz swobodnie mogłam zerkać w jego kasztanowe oczy,które błyskawicznie mnie onieśmieliły i pozbawiły wszelkich obaw.
Zajęliśmy miejsce przy stoliku koło okna.Z tego miejsca dokładnie widać było rynkową fontannę.
W pomieszczeniu oprócz naszej dwójki był tylko mężczyzna samotnie popijający kawę oraz dwie kelnerki.Na zamówienia nie czekaliśmy długo.
-Denerwujesz się? - Ni to stwierdził,ni zapytał mój towarzysz.
-Nie wiem,o czym mówisz.. - Skłamałam,chociaż dobrze wiedziałam,że miał na myśli dzisiejszy wieczór.
-Violetta gorąco nam kibicuje,Olga uważa nasze życie za najlepszą telenowelę,a o Ramallo już nie wspomnę. - Ciągnął. - Chociaż przyznam,że zdziwił mnie ich brak zainteresowania podczas wczorajszego.. "seansu". - Miłość nie zna stereotypów. - Złapał moją dłoń.
-Wszystko w porządku,German. - Uśmiechnęłam się. - Kocham cię i chcę być z tobą,to najważniejsze.
Następne minuty spędziłam na beztroskiej rozmowie z ukochanym.Czas w jego towarzystwie mijał mi bardzo szybko.Człowiek na pozór tak mi odległy,a jednak tak bliski..
-Muszę skończyć uzupełniać listy uczniów. - Spojrzałam na zegarek,ociężale podźwigając się z krzesła.To samo zrobił German.
-Chcesz mnie eskortować? - Zapytałam,przekrzywiając głowę.
-W rzeczy samej. - "Puścił mi oczko",po czym wyciągnął z kieszeni opasły portfel i ruszył w kierunku lady.
Ja natomiast wyszłam przed budynek.
Dzisiaj pogoda nieco się poprawiła.Oprócz niezmiennych chmur i wiatru,nareszcie wyszło słońce.Jego blada postać była porównywalna do konsystencji zwiędłego słonecznik,lecz lepsze to niż nic.
-Odprowadze cię do Studia i wracam do domu.Zadzwoń,kiedy będziesz wracać. - Usłyszałam szept tuż przy uchu,czemu wtórowały ręce,oplecione wokół mojego podbrzusza.Chwile potem na mojej skroni poczułam ciepłe wargi mężczyzny.
-Idziemy? - Wymamrotałam,oszołomiona jego dotykiem.
-Idziemy. - Przytaknął inżynier,po czym wspólnie ruszyliśmy w kierunku szkoły muzycznej.


___________________________________
Taa-daaam. :)
Jak Wam sie podoba?
Nie mogło się obyś bez romantycznego akcentu. :D
Uściski. :)

Wiktoria


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Rozdział 67

Czas spędzony na zabawie z Javierem minął bardzo szybko.Towarzystwo małego dziecka niezwykle relaksuje i odpręża,niestety jak wszystko,co dobre - szybko się kończy.Równo z wybiciem dziewiętnastej,opuściłam szpital.
Było dość chłodno i ponuro.Słońce,które zmierzało ku horyzontowi,eskortowały szaro-bure chmury.Tempa nadawał im porwisty wiatr.
Już po pierwszym kroku na powietrzu,przeszły mnie dreszcze.Pocierając dłonią o dłoń,naciągnęłam na głowę kaptur fioletowego płaszcza.Szłam żwawo,starając się,jak najszybciej pokonać odległość dzielącą mnie od willi.
Gdy otwierałam dębowe drzwi,poczułam na twarzy zimne krople.Już po chwili rozpętała się ulewa,której towarzyszyły grzmoty,pochodzące jeszcze z oddali.Miałam szczęście - zdążyłam przed burzą.
Wchodząc do korytarza,odwiesiłam torebkę oraz nakrycie i podążyłam do łazienki,aby umyć ręce przed kolacją.
-"Pewnie czekają tylko na mnie" - Pomyślałam,pospiesznie wycierając dłonie.
Tak jak przypuszczałam w jadalni zebrali się już wszyscy.U szczytu stołu siedział pan domu,po lewej stronie - Violetta,zaś na drugim końcu,po prawej - Olga i Ramallo.
-Dobry wieczór. - Przywitałam się,opadając na krzesło. - Przepraszam za spóźnienie,dziękuję,że zaczekaliście.
-W pani towarzystwie od razu lepiej się je. - Powiedział asystent Germana,a na twarzy jego przyjaciela pojawił się krzywy grymas.
-Zostaw w spokoju tę biedną dziewuszkę,stary dziadku.Za wysokie progi.. - Rzuciła  zniesmaczona Olga.
Mimo oczywistej złości,Lisandro nie skomentował słów gosposi i od niechcenia zaczął skubać swoją porcję pieczeni.
-A.więc smacznego. - Uśmiechnęłam się w stronę jedynej zadowolonej osoby - Violetty.
-Smacznego. - Zawtórowała mi.

Po kolacji leniwie rzuciłam się na kanapę.W salonie panowała nieskazitelna cisza,przerywana od czasu do czasu stukotem talerzy,dolatującym z kuchni.
Masowe krople deszczu dźwięcznie bębniły o szyby i dach,wprawiając w refleksyjny nastrój.
Aby nie zapaść w jesienną depresję,włączyłam telewizor.Przeskakując z kanału na kanał,moją uwagę przykuł pewien reportaż,a właściwie słowa,które w nim padły.
-Maria Castillo - światowej sławy piosenkarka,wzór przepięknej osobowości,jaka na prawdę była przyczyna jej śmierci?
Pobudzona kontrowersyjnym sloganem,poderwałam się do pozycji siedzącej.
-Kto taki głuchy?! - Do salonu wpadła zdenerwowana Olga.Trzymając się za uszy,miała minę,jakby ugryzła niedojrzałą cytrynę.Po chwili dołączył do niej German i jego asystent.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego,że mimowolnie ustawiłam największą skalę głosu.Szybko skorygowałam swój błąd.
-Przepraszam. - Wyszeptałam,nie odrywając wzroku od ekranu.
-Znana na całym świecie Argentynka odeszła w tragicznych okolicznościach.Jej młody wiek nie był adekwatny do decyzji Boga,jednak on uważał inaczej.Maria Castillo zginęła w wypadku samolotowym,podczas podróży do Dubaju,gdzie miała wystąpić na koncercie charytatywnym.Był to wielki cios zadany jej fanom oraz rodzinie.
Artystka osierociła dwuletnią wówczas córkę,która po tym tragicznym wydarzeniu pozostała pod opieką ojca-Germana Castillo-światowej klasy inżyniera.Kilka miesięcy po śmierci piosenkarki odszedł również jej ojczym,który z kolei zostawił żonę i młodszą siostrę Marii-Angeles.Co w czasie teraźniejszym dzieje sie z rodziną artystki?Ujawniamy zaskakujące fakty!Nasi reporterzy od dłuższego czasu przyglądali się najbliższym sercu Marii.Jej mąż i dorosła już córka,po latach rozłąki z Buenos Aires,powrócili do
rodzinnego miasta.Nowością jest zamieszkanie w domu Castillo,siostry zmarłej - Angeles Saramego.Zaraz,zaraz..Saramego,czy również Castillo?Czy nauczycielka śpiewu w szkole muzycznej zajmie miejsce u boku męża denatki? - Po tych słowach na ekranie mignęło parę zdjęć moich i Germana. - Inżynier oraz wchodząca gwiazda muzyki.. - "Jaka gwiazda?" - ..od dawna żyją ze sobą w związku.Niezrażeni nieetycznym zachowaniem zapomnieli o żonie,siostrze.Teraz razem zaczęli nową kronikę,w której nie ma miejsca na zmarłą.To przykre i nieludzkie.Tysiące fanów Marii,zdegustowani są zachowaniem pary.Skandal!Ileż musi się wycierpieć biedna córka naszej ukochanej artystki?Szwagier i szwagierka!Widać,że panna Saramego i pan Castillo nic sobie nie robią z zaistniałej sytuacji.Brak moralności.
-Eee tam,nie warto tego słuchać. - Stwierdziła gosposia,niespodziewanie wyłączając telewizor.
-Wierutne kłamstwa. - Podsumował Ramallo,podążając za wychodzącą Olgą. - Dzwonić do adwokatów? - Szepnął do ucha również oszołomionego Germana.
W przeciwieństwie to tamtej dwójki - ja nie wiedziałam ,co o tym myśleć.Podobnie,jak zadumany pan domu.W głowie mieszały się różne nielogiczne myśli.
-Powiedz coś.. - Doleciał mnie zachrypnięty,męski głos.

-Nie wiem..Nie wiem,co.. -Słabo poruszyłam ustami,odwracając głowę w jego kierunku.German wciąż stał za moimi plecami,opierając się rękami o tył kanapy. -Co teraz z nami będzie?

_________________________________
Dobry wieczór! :)
Poniedziałek za nami,no to z górki. :)
67 rozdział.Jak Wam się podobał?Macie uwagi?Piszcie! :)
Abrazo! :*

Wiktoria

sobota, 30 listopada 2013

Rozdział 66

Dzień w Studiu doszczętnie mnie wyczerpał.Dodatkowe nudności i zawroty głowy uniemożliwiały normalne funkcjonowanie.Świat wirował,przybliżał się,oddalał..
Każdy krok w przód równał się z coraz bardziej łapczywymi oddechami.Mimo,iż moje ruchy nie były zbyt dynamiczne,brakowało mi tchu.Przenikliwy ścisk czaszki stawał się nie do zniesienia.
Mimo to,prosto ze szkoły,udałam się w odwiedziny do Javiera.
-Wujek German nie przyszedł? - Padło w pewnym momencie zabawy.
-Dzisiaj ma bardzo dużo pracy,niestety nie dał rady. - Wyjaśniłam,czochrając jego gęstą czuprynę. - Ale za to może jutro uda mu się wpaść. - Starałam sie go pocieszyć.
-Fajnie! - Na twarzy malca zagościł szeroki uśmiech. - Porysujemy? - Zaproponował,zsuwając sie z moich kolan.Już po chwili wrócił z pudełeczkiem kredek i blokiem rysunkowym.
-Dobrze,jeśli masz ochotę. - Posadziłam go przy stoliku,po czym zajęłam miejsce na drugim krześle. - To co dzisiaj mam nabazgrać? - Zażartowałam. - Nie umiem malować tak ślicznie,jak ty.

-Nie prawda. - Zaprzeczył chłopczyk. - Jesteś najśliczniowszą i najmądrowszą panią na świecie!Jak moja mamusia. - Dodał,wyciągając z kolorowego pudełka poniszczone zdjęcie.
Fotografia przedstawiała szczęśliwą parę,ściskającą w swoich ramionach małe dziecko.Kobieta,która trzymała niemowlę bardzo przypominała Javierka.Ten sam uśmiech,rysy twarzy,kolor włosów.Po ojcu maluch odziedziczył nos i bystre spojrzenie.Oni wyglądali na szczęśliwych,spełnionych.Mieli wielki skarb - dziecko,które dawało im poczucie pełnego szczęścia.To takie niesprawiedliwe,że ludzie mający przed sobą całe życie,mający wielkie plany - odchodzą,często osieracając swoje pociechy.
Nie mogłam sobie wyobrazić,jak los może karać niewinne dzieci,pozbawiając ich rodziców,szczęścia.
Zerknęłam na Javiera.Chłopczyk w skupieniu wpatrywał się w wizerunek swoich bliskich.Jego przejęta mina zwolniła hamulce moich łez,które teraz swobodnie spływały po rozgrzanych policzkach.
Mimo tak małego wieku,tyle przeszedł.Może nie do końca rozumie,co się wydarzyło,ale w przyszłości to odczuje.A choroba,która go dotknęła?Nie powinien leżeć w tym szpitalu,w pustej sali,a ja nie powinnam być jedyną osobą,która go odwiedza.Teraz powinien beztrosko bawić się ze swoimi rodzicami,któzy z całych sił wspieraliby go w tych ciężkich chwilach.
To nie do przyjęcia,że to biedne dziecko zostało tak brutalnie skrzywdzone.Teraz wiedziałam,że jak po śmierci Marii - Violetta miała Germana,ja muszę zaopiekować się Javieram. Zasługiwał na szczęście i rodzinne ciepło,które zamierzałam mu dać.
-To może narysujemy Pinto? - Przerwałam ciszę,szybkim ruchem ocierając mokrą twarz.
-Świetny pomysł! -Javier od razu się rozweselił.Schował zdjęcie,po czym chwycił jedną z leżących kredek. - Do dzieła! - Zakomenderował.
Niesamowite ile pozytywnej energii może przekazać jeden dziecięcy uśmiech.Przezwycięża on wszelki ból i koi najgłębsze rany.
-Do dzieła.. - Powtórzyłam,całując skroń malca.


-Mój Pinto gotowy. - Stwierdziłam po dwóch kwadransach mazania gumką krzywych linii i niekształtnych części ciała. - A jak tobie idzie? - Nachyliłam głowę,aby zaglądnąć na kartkę towarzysza.
-Już prawie kończę. - Odpowiedział,zaginając róg obrazka. - Nie podglądaj,to niespodzianka. - Pogroził mi palcem.
-Dobrze,dobrze. - Zagestykulowałam 'poddają się'. - To ty kończ rysunek,a ja pójdę do bufetu po kremówki,co?Masz ochotę?
-Aaa może mufinki? - Zaobserwowałam błysk w oczach chłopczyka.
-Niech będzie. - Zgodziłam się,opuszczając salę.
Nim jednak udałam się po słodkości,zaczepiłam pielęgniarkę czuwającą nad zdrowiem Javiera.
-Dzień dobry Lindo,możemy chwilę porozmawiać?
-Angie,witaj. - Posłałą mi ciepły uśmiech. - Oczywiście,akurat mam przerwę.Może napijemy się kawy?
Przytaknęłam na propozycję i razem z dyżurną zjechałam windą na parter.Oprócz pobudzającego napoju zamówiłam cztery czekoladowe mufinki,które kelnerka wedle życzenia,zapakowała w małe pudełeczko.
-A więc słucham. - Kobieta upiła łyk kawy,uważnie na mnie patrząc. - Domyślam sie,że chodzi Ci o Javierka.
-Tak,ymm..Bez owijania w bawełnę - czy wiesz coś o śmierci jego rodziców? - Zapytałam.
Pielęgniarka ciężko westchnęła,smutno zaciskając wargi.
-To przykra historia. - Ponownie podniosła filiżankę do ust. - Margaret i Christian - tak się nazywali.Oboje pracowali,jako przejezdni aktorzy,dużo podróżowali.Dziecko zostawało pod opieką babci.Kiedy zachorował i trafił tutaj,jego rodzice niezwłocznie postanowili wracać.. - Przerwała,zajmując dłonie skubaniem serwetki. - Ja ich wtedy poinformowałam..Zawrócili z drugiego końca kraju..  - Nerwowo przełknęła ślinę. - Był środek nocy..Jechali bardzo szybko,chcieli być przy swoim maleństwie..Wtedy to się wydarzyło..Rozpędzona ciężarówka uderzyła w ich samochód.. - Jej głos łąmał się z każdym ułamkiem sekundy. - Zginęli na miejscu..
Wzruszona przeczesałam dłonią włosy.Ich historia była taka nieprawdopodobna,tragiczna..
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego,że jestem zalana łzami i cała się trzęsę.
-Babcia Javierka opiekowała się nim przez następne pół roku,ale sama była schorowana.. - Kontynuowała. -Od kąd jej też zabrakło,chłopiec nie opuszcza szpitala..Posłuchaj,Angie. - Złapała moją dłoń. - Jesteś dla niego bardzo ważną osobą,przy tobie Javier ma szansę na normalne życie..Dziękuję,że Bóg postawił cię na jego drodze. - Podsumowała.
Odwzajemniłam posłany mi uśmiech,po czym opuściłam kawiarenkę.
-Będę przy nim już zawsze. - Dodałam przed wyjściem. - Możesz być pewna,Lindo.


-Angie,myślałem,że już sobie poszłaś. - Przywitał mnie chłopiec. - Długo cię nie było.
-Przepraszam kochanie.. - Przytuliłam go. - Mnóstwo ludzi lubi mufinki i była dłuuugaśna kolejka! -Uniosłam ręce. -Ale udało mi się parę zdobyć dla mojego zucha. - Podałąm mu pudełeczko.
-Dzięki. - Zapiszczał,uradowany.Miło było patrzeć,jak się cieszy.
-Skończyłeś już rysunek? - Zapytałam.
-O tak! - Powiedział pomiędzy kolejnymi gryzami babeczki. - Pokażę ci. - Przerwał jedzenie i przysunął w moją stronę pustą kartkę. - Odwróć. -Uśmiechnął się łobuzersko.
Po przekręceniu obrazka moim oczom ukazały się dwa patyczkowate,uśmiechnięte ludziki.Środowiskiem,w którym sie znajdowały była słoneczna łąka.
-To twoi rodzice?
-Oj,Angie! - Zaśmiał się malec. - To ty i wujek German!Przecież ma taki duuuży brzuchol. - Rozłożył rączki.

"Taki duuuży brzuchol" - Powtórzyłam w myślach,chichocząc.
Rzeczywiście,męski osobnik na pozór przypominał mojego szwagra.
-Przepięknie. - Pochwaliłam rysunek. - Masz wielki talent.
Na twarzy chłopczyka pojawiły się rumieńce - zawstydził się.
-Dziękuję. - Szepnął,speszony. - Ty i wujek Germi jesteście tacy fajni.Wasze dzieci będą mieć fajną mamusię i tatusia.
Zaskoczona słowami Javiera,lekko wzdrygnęłam.
-O,maleństwo.. - Pogłaskałam jego delikatną główkę. - Już zawsze będę przy tobie..Będziemy..Ja,Violetta i wujek German..Obiecuję..

_______________________________
Takie rodzinne,nudne.. :) Za wszelkie błędy przepraszam,wynik pośpiechu.
Jestę miszczę painta. :D
Napisałam dwa 66-te rozdziały o różnej treści,ale zdecydowałam się w końcu na tę.
Jak Wam się podoba? ;)
Much love. <3

Wiktoria