piątek, 31 stycznia 2014

Rozdział 89

Śmierć. Czym ona jest? Czy czujesz ból, czy może tylko niebyt? Czy przyjdzie zakapturzona postać z kosą w ręku, a może sam odpłyniesz w górę, jakby wiedziony czyimś głosem? Może twoje oczu ujrzą żarliwe światło w tunelu lub otoczy je głucha pustka? Czy istnieje Niebo, Piekło i dusza? Wierzymy w to, chcemy, żeby tak było, ale czy to prawda?
Nikt nie wie, jak to jest, nikt żywy tego nie doświadczył. Snują się tylko domysły, co stanie się z nami po śmierci. Istnieją teorie, założenia, lecz żadna nie została potwierdzona. O tak, śmierć zawsze będzie zagadką, i odwiecznym postrachem ludzkości.
Mówią, że ci, co otarli się o nią doceniają życie i starają się z niego korzystać, jak najlepiej.
 A, co jeśli czarna zguba dotyka dzieci? Czy wtedy ból jest większy? Tęsknimy tak samo, niezależnie od wieku. Gdy umiera dziadek pojawia się smutek, gdy mąż- żal, dziecko- rozpacz. Niezależnie od tego, co byśmy czuli w parze z niszczącymi nas emocjami idzie niewyobrażalna furia i chęć powrotu do tego, co było.
Wciąż zadajemy sobie to pytanie "Dlaczego?". "Dlaczego to właśnie ona/on?" Mamy do siebie przeogromny żal, że nie spędzaliśmy z tą osobą wystarczająco dużo czasu, łakniemy więcej wspomnień. Mówimy "Mogłem wtedy..", próbujemy zmienić przeszłość, powrócić. Wszystko jest takie nagłe i niespodziewane, jak sama  śmierć..
Słowa otuchy, kondolencje nijak nie mają się do bólu, który odczuwamy, nie goją ran, nie poprawiają samopoczucia. Wtedy nawet "Wszystko będzie dobrze.." jest największą obelgą, przekleństwem, kaleczy uszy..
Bo kto by pomyślał, że ten wyjątkowy wieczór zmieni wszystko i stanie się koszmarem, z którym przyjdzie mi borykać się przez resztę życia..

- Dobrze, Ramallo. Już jedziemy. - Pozornie dwa krótkie zdania, a same w sobie przyprawiają człowieka o ból głowy i drżenie kolan.
- Co się stało? - Wyjąkałam, przerażona minął towarzysza. Już bez słów przeczuwałam, że odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca.
- Javier. - Rzucił, po czym oboje zaczęliśmy biec do auta.

Choć German pędził, jak szalony, droga ciągnęła się w nieskończoność. Nagle na drodze do szpitala pojawiały się miliony przeszkód, dzielących nas od tego miejsca. Od chłopca, który tak bardzo potrzebował teraz naszej bliskości i ciepła..
Z głową opartą o szybę samochodu, wpatrywałam się w krople deszczu, toczące walkę z wycieraczkami. Jedne spływały dość szybko lub ginęły po uderzeniu z maszyną, inne zaś wlokły się zupełnie, jak my..
W aucie panowała absolutna cisza, ani ja, ani German nie mieliśmy siły na jakiekolwiek rozmowy. Widziałam, że jest przejęty. Na jego czole pojawiła się ta sama, głęboka zmarszczka, która daje o sobie znać, gdy się martwi, a oddech - nierównomierny i urywany, momentami przyspieszał, bądź zwalniał. Silna dłoń zaciśnięta na biegu drżała. Ostrożnie przykryłam ją swoją, wyczuwając pod jego ciepłem chłód, jaki opanował moje ciało.
Mężczyzna na moment odwrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się słabo. Ja również próbowałam unieść kąciki ust, jednak w tamtej chwili obarczał je niezwykły ciężar. Odpuściłam.

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Szpital nawet w Sylwestra stanowił oświetloną twierdzę, pełną odwiedzających, którzy nie chcieli zostawiać swoich bliskich samych w tę noc. Poczułam się, jak egoistka i już wiedziałam, że wyjście do resteuracji było złym wyborem.
Od razu skierowaliśmy się ku wejściu, a następnie windą na piętro, gdzie znajdowała się sala Javiera. Przed drzwiami jego pokoju natrafiliśmy na znajomą pielęgniarkę.
- Lindo! Cześć. - Wysapałam, zmęczona biegiem. Ciężko oddychając, zgięłam się wpół, opierając nadgarstkami o uda. German pomógł mi się podnieść.
- U Javiera nastąpiły  zmiany leukocytów w węzłach chłonnych, a teraz w śledzionie. Jego stan gwałtownie się pogorszył. - Tłumaczyła z zaszklonymi oczami.
- Jak to możliwe, że badania tego nie wykazały? -Inżynier jako jedyny zachował zdrowy rozsądek.
- Lekarze skupili się na próbkach krwi, nie narządów wewnętrznych. - Wyjaśniła, a jej głos się załamał.
- Co to znaczy?! - Warknęłam. Nie potrafiłam już panować nad emocjami. - No mów! - Potrząsnęłam ramionami kobiety. Pielęgniarka milczała, a po jej policzkach spływały łzy.
- Angie, kochanie, spokojnie.. - German odciągnął mnie od Lindy, próbując przytrzymać moje ręce, ze wściekłością uciekające w stronę Lindy.
- Nie chce być spokojna! - Wrzasnęłam, niczym małe dziecko, jednak chwile potem odpuściłam walkę z silnym mężczyzną i wybuchnęłam płaczem.
Nie potrzebowałam już słów, to co było przeznaczone dla chłopca, nadchodziło wielkimi krokami. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że ani ja, ani German, ani najlepszy lekarz nie mogliśmy temu zapobiec, jednak to tak bolało.. Czułam się bezsilna, a równocześnie pełna żądzy krzyku.
- Chce tylko jego.. - Załkałam, wtulając się w tors inżyniera. Ramiona Germana bez wahania objęły moje plecy, a palce gładziły kark. Zacisnęłam w pięści jego koszulę, jakbym w ten sposób chciała zniwelować ból, rozchodzący się po moim ciele. Wsparta o mężczyznę, przyciskałam swoje ciało do jego całą mocą, siłą na jaką było mnie stać. Zupełnie, jakbym bała się, że jego też stracę, że odejdzie. On jednak nie miał zamiaru tego robić. Wtórując mi- przysunął się jeszcze bardziej, tak że nie mogłam oddychać, lecz nie przeszkadzał mi ten fakt. Czułam, że jest i mogę na niego liczyć.

Nieco uspokojona przetarłam zapłakane oczy i chusteczką zmyłam tusz z policzków. Noga, za nogą, trzymając się kurczowo dłoni ukochanego, weszłam na salę, gdzie leżał chłopiec. Widok, który tam zastaliśmy uderzył do mnie tak gwałtownie, podobnie jak całe zdarzenie. Javier leżał bezwładnie na łóżku, podpięty do różnych, pikających urządzeń. Jego blade ciało wydobywało z siebie nieregularne oddechy, dając jedyną oznakę życia. Był taki kruchy, niewinny.
Z lekkim wahaniem podeszłam do łóżka i usiadłam w stojącym przy nim fotelu. Za mną stanął German.
Drżącą ręką pogładziłam dłoń chłopca, która pod wpływem mojego dotyku poruszyła się nieznacznie.
- Angie.. - Do moich uszu doleciał słaby szept. Gwałtownie zwróciłam wzrok na twarz chłopca. Ciężkie, sine powieki uniosły się ku górze.
- Cii, jestem. - Musnęłam opuszkami palców jego policzek. - Jak się czujesz?
- Dobrze.. Tylko trochę boli mnie główka. - Wyjąkał. Jego głos był tak słaby i przejęty.. - Porysujemy, jak wyzdrowieję?
- Tak.. - Uśmiechnęłam się przez łzy. - Oczywiście, że porysujemy. I zabierzemy cię na lody. Malinowe, takie, jak lubisz. I Pinto będzie z nami. I wszyscy razem pojedziemy na wakacje.. - Chlipałam. Malec zamrugał wesoło.
- Wiesz.. Trochę boje się iść ze swoim Aniołkiem, chociaż Linda mówi, że nie zrobi mi krzywdy..Nie chciałem być sam, kiedy po mnie przyjdzie..
- Teraz nie jesteś sam. - Chrząknął German, przejętym głosem. - Możesz być spokojny..
Javier uśmiechnął się słabo, po czym przymknął powieki. Jego usta lekko się rozchyliły, a oddech powoli ustawał. Ścisnęłam jego dłoń mocniej, czułam jak powoli rozluźnia się w uścisku.
Wtem rozległ się przeraźliwy ryk aparatury. Jak na zawołanie, poczułam dłonie inżyniera na swoich ramionach. Zacisnął na nich swoje palce, a ja podobnie uczyniłam z wargami i oczami. Przykładając drobną rączkę chłopca do ust, załkałam cicho. Cała się trzęsłam. Czułam, jak nie tylko ciało Javiera opanowuje chłód, lecz to samo dzieje się ze mną. Serce zdawało się pękać, a nienamacalny młot w głowie - kołatać zawzięcie.
Nagle ogarnął mnie dziwny lęk. Przeżyłam śmierć Marii, taty, ale teraz to było coś zupełnie innego. Patrzyłam, jak odchodzi niewinne dziecko. Mimo, iż nie byłam jego matką, w tamtej chwili podzielałam ból i żal milionów kobiet na świecie. Zawiodłam go. Nie potrafiłam uchronić..
Wraz ze Starym Rokiem odszedł Javier. Teraz wszystko miało się zmienić. Śmierć była początkiem..

______________________

Tak oto znika postać Javiera, a Wy macie odpowiedź na wytłuszczoną zapowiedź.
Wiem, jestem okropna - zabiłam dziecko.. o.O To dopiero początek.

Dziękuję za uwagę,
Wiktoria


środa, 29 stycznia 2014

Rozdział 88

*Oczami Violetty*


Obudziłam się dosyć wcześnie rano, zegarek wskazywał zaledwie 7:32. Ekscytacja dzisiejszym wieczorem nie pozwalałam mi spać, dlatego postanowiłam nie marnować czasu w łóżku. 
Z szafy wyłowiłam bordową spódniczkę i kremową bluzkę, a włosy spięłam w luźnego kucyka. Z marszu zabrałam się za to, co lubię najbardziej - szukanie stroju na wieczór. Chciałam wyglądać, jak najlepiej. Był to mój pierwszy Sylwester poza domem, zatem wyjątkowy. W duchu miałam też nadzieję, że spodobam się Diego. Po zerwaniu z Leonem to on stanowił dla mnie wsparcie, był zawsze kiedy tego potrzebowałam. Zabawne, jak szybko można zmienić zdanie o człowieku, gdy się go lepiej pozna. Kiedy byłam z Leonem wszystko wydawało się takie skomplikowane, a Diego.. Podburzana przez Verdasa miałam o nim, jak najgorsze zdanie. Teraz wszystko okazało się być inne.

- Widzę, że robisz porządki. - Do mojego pokoju weszła Angie. Uśmiechając się promiennie, odgarnęła ze skraju łóżka kilka spódniczek, aby móc usiąść.
- Nie do końca. - Mruknęłam. - Próbuję znaleźć coś na dzisiejszą imprezę. Wiesz, to moje pierwsze takie wyjście.. No i tato się zgodził.. Chce wyglądać jakość wyjątkowo..
- A to nie przypadkiem, dlatego, że na tym przyjęciu będzie Diego? - Rozbawiona, uniosła brwi. Jak zawsze przejrzała mnie na wylot. Przed nią nie dało się niczego ukryć.
- Wcale nie. - Pisnęłam, próbując odgonić podejrzenia, lecz po chwili moja twarz złagodniała, a kąciki ust powędrowały w górę. - Może trochę.. - Przyznałam.
- Czyli to z Leonem, to..
- Koniec.
Na wspomnienie chłopaka poczułam ukłucie w sercu. To, co teraz jest między nami tylko potwierdziło, że do siebie nie pasowaliśmy. Unikamy siebie wzajemnie, a kiedy już staniemy na swojej drodze- wybuchają same kłótnie. Angie spojrzała na mnie spod swoich ciemnych rzęs i lekko szturchnęła, próbując rozweselić.
- To może wspólnie poszukamy czegoś fajnego? - Zaproponowała. Z podłogi uniosła naręcz pastelowych spódniczek, a z fotela- różnorakie bluzki.
Momentalnie na mojej twarzy zagościł uśmiech i dołączyłam do porządków. Fajnie  jest mieć taką ciocię, jak Angie.

- Może ta? - Kobieta uniosła turkusową tunikę na ramiączka.
- Ee, niee. Szukajmy dalej.
- A ta? - Tym razem pokazała fioletową spódniczkę. Ponownie pokręciłam nosem. - Violu, przekopałyśmy całą szafę. - Zaśmiała się, opadając na łóżko.
- Wiem, wiem.. - Mruknęłam. - O! Co byś powiedziała na tę czerwoną  i.. te czarne szpilki? - Spod sterty ubrań wyłoniłam kusą sukienkę do połowy uda i parę nie noszonych butów.
- Wiesz, kochanie, myślę, że twój tato nie byłby zadowolony, gdybyś tak mu się pokazała.
- Za wyzywająco.. Z resztą czym ja bym wypchała górę? Skarpetkami, czy papierem toaletowym? - Westchnęłam, spoglądając na swój biust, po czym położyłam się obok siostry mamy. - Ładny mam sufit, co? - Powiedziałam, po czym obie wybuchnęłyśmy gromkim śmiechem. Chichoty przerwało pukanie do drzwi.
- W porządku, dziewczyny? - W progu stanął zdziwiony tata. Nasze wybuchy musiały go zaalarmować.
- Tak, już się uspokajamy.
- Przepraszamy. - Zadźwięczała Angie, zdmuchując z czoła opadającą grzywkę.
- Moje wariatki. - Mruknął. - Kocham was.
- A my ciebie. - Odpowiedziałam, obserwując, jak jego partnerka się czerwieni. Na ziemię sprowadził ją dopiero stukot klamki
- To, jak? Szukamy dalej?

Podczas obiadu wszyscy mieli doskonałe humory. Dowiedziałam się, że Cardozo, Olga, Ramallo i ciocia Melania zostają w domu, podczas, gdy tata i siostra mamy wychodzą do resteuracji.
Gdy pomagałam sprzątać Oldze ze stołu, zaważyłam przez uchylone drzwi, jak tato przytula Angie. Oj, ile  czasu upłynęło zanim w końcu przyznali się do swoich uczuć. Są świetną parą, całym sercem im kibicuję i mam nadzieję, że wkrótce doczekam się ślubu, a nawet rodzeństwa.
Pamiętam, jak początkowo miałam do niej żal o ukrywanie naszego pokrewieństwa i związku z tatą, lecz później zrozumiałam, jaki błąd popełniłam. Życie z dala od rodziny sprawiło, że odizolowałam się od innych i zapomniałam, jak to jest mieć kochających cię i wspierających bliskich.
- Nie rozumiesz, co się stanie, gdy German odkryje, że to ja jestem Angeles, siostra Marii, ciotka Violetty?! - Krzyczała w stronę Pablo.
Stałam wtedy zdezorientowana przed rzutnikiem, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Czułam się, jak idiotka. Oszukana, zawiedziona. Ile osób przede mną wiedziało o Angie? Byłam wściekła, a z drugiej strony wypełniała mnie swego rodzaju ulga. Wybryk Ludmiły poniekąd mnie uskrzydlił, lecz również podważył wszystko, co miało miejsce do tamtej pory..
- Violu, tak bardzo cię przepraszam. Nie chciałam, żebyś dowiedziała się w ten sposób.. Zrozum, gdyby to wyszło na jaw twój tata zabrałby cie stąd i znowu bym cię straciła..
Złość i radość zmieszały się ze sobą, tworząc zamęt. Sprzeczne emocje nie pozwalały na wyodrębnienie jednej, konkretnej. Jedyne, co mogłam w tamtej chwili zrobić to zdać się na serce. To ono właściwie mnie poprowadziło.
Uścisk Angie sprawił, że poczułam nieznaną dotąd euforię. Już nie byłam sama..
Na wspomnienie zdarzeń sprzed ponad roku uśmiechnęłam się pod nosem. Nasza rodzina jest teraz w komplecie.. Razem możemy więcej..


O siedemnastej rozpoczęłam przygotowania do wyjścia. Po długich rozmowach z Angie wybrałyśmy sukienkę do połowy uda, w całości pokrytą szaro- złotymi cekinami oraz zabudowane pantofelki na niezbyt wysokim obcasie. Nie chciałam drażnić wyglądem taty, dlatego przystanęłam na propozycje swojej cioci. Jedynie makijaż niecodziennie zrobiłam mocniejszy, a włosy pozostawiłam rozpuszczone.
Gdy schodziłam na dół, Angie i tato właśnie wchodzili do domu. Z tego, co powiedział mi Ramallo byli odwiedzić Javierka.
- Masz tak zamiar ludziom się pokazać? - Huknął  rozdrażniony mężczyzna.
- Daj spokój, tato, mamy Sylwestra.
- German.. - Szepnęła moja ciocia, kładąc na silnym ramieniu swoją dłoń. - Odpuść..
Tato westchnął głęboko, a jego rysy twarzy zacznie złagodniały. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, rozbrzmiał ryk dzwonka. Jako osoba stojąca najbliżej drzwi, zbliżył się, po czym je otworzył. Na widok gościa zakręciło mi się w głowie.. Do środka wszedł wysoki chłopak o ciemnej, bujnej czuprynie i kpiącym spojrzeniu. Miał na sobie bordowy t-shirt, opinający jego umięśnioną klatkę piersiową, skórzaną kurtkę i czarne jeansy. Nie można było zaprzeczyć, że był przystojny, a wręcz- idealny
- Dzień dobry, jestem Diego. - Powiedział z hiszpańskim akcentem, wyciągając rękę w stronę inżyniera. Ten jednak nie zamierzał wykonywać przyjaznego gestu. - Przyszedłem po Violettę, czy  jest?
- Jest. - Burknął mój tato, spoglądając na tancerza spod przymrużonych powiek.
- Cześć, miło mi, nazywam się Angie. Może kojarzysz mnie ze Studia, uczę tam, jednak nie mamy razem lekcji. - Angie postanowiła interweniować, uśmiechając się zachęcająco. Chłopak zbliżył się w jej kierunku, po czym ujął wysuniętą w jego stronę dłoń i szarmancko ucałował jej grzbiet.
- Tak, widziałem panią parę razy na korytarzu. Poza tym Violetta dużo opowiadała mi o swojej utalentowanej i jakże pięknej cioci. - Skomplementował ją, głęboko zaglądając w oczy. Speszona, zabrała rękę, stając obok poczerwieniałego ze złości pana domu. (Sama mało nie eksplodowałam. Niech spada do taty, Diego jest mój.)
- To my już pójdziemy. - Wtrąciłam. - Miłego wieczoru, kochani. Do zobaczenia w Nowym Roku!
- Bawcie się dobrze. - Dodała moja ciotka, odprowadzając nas wzrokiem. (A wypchaj się.)
- Przepraszam cię za tatę. - Powiedziałam, gdy byliśmy już przed willą.- On po prostu..
- Boi się o swoją córkę, rozumiem. Kto by się z resztą nie martwił. Taka piękna dziewczyna.. - Zamruczał uwodzicielsko. - Ślicznie wyglądasz..
Poczułam, jak moje policzki płoną rumieńcem.(Lalala, Angie mi nie straszna, on mnie kocha!) Lekko zawstydzona, przygryzłam wargę i spuściłam wzrok. Droga do domu Camili upłynęła nam bardzo szybko, świetnie się czułam w towarzystwie Diego. Był zabawny, błyskotliwy i czarujący. Po prostu.. idealny..

Do domu państwa Torres weszliśmy równo z Francescą i Marco. Para przywitała się z nami, po czym zaczęliśmy wtapiać się w tłum.
- Camila, hej! - Zobaczyłam przyjaciółkę, stojącą przy oknie. - Świetna impreza.
- Cieszę się. - Odrzekła rudowłosa, wodząc wzrokiem po gościach. W pewnym momencie zatrzymała się, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech. - Przyszedł. - Szepnęła, jakby do siebie. Odwróciłam się w  stronę, w którą patrzyła i ujrzałam nikogo innego, jak Brodwaya.
- No idź do niego. - Zaśmiałam się, klepiąc dziewczynę po plecach. Zadowolona ruszyła w kierunku czarnoskórego.
Ja natomiast podobnie, jak przed chwilą Camila rozejrzałam się po salonie. Byli dokładnie wszyscy z naszej paczki i kilka osób, których nie znałam. Na kanapie zauważyłam nawet Ludmiłę.
- Violu! - Zapiszczała, podchodząc do mnie. - Jak się bawisz, złociutka? No to super! - Krzyknęła nie czekając na odpowiedź. - Chodź, coś ci pokażę. - Chwyciła mnie za rękę, ciągnąc do jednego z pokoi.
- O co chodzi? - Zdziwiłam się. - Ta jednak ignorując moje pytanie, delikatnie uchyliła drzwi pomieszczenia.
To, co tam zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. O biurko opierała się Lara, a tuż przy niej stał Leon. Całowali się, bez skrupułów zapominając o bożym świecie.
Całe moje ciało przeszyły dreszcze i poczułam przenikliwe ukłucie w sercu. Nie, to nie była zazdrość.. To był żal, zmieszany ze złością, niespotkany mi w takim stopniu.
Oczy zaczęły mnie szczypać, dlatego szybko opuściłam pokój. Chciałam być sama, jednak na mojej drodze stanął Diego.
- Coś się stało? - Zapytał z troską w głosie. Kątem oka zauważyłam, że Leon i jego nowa dziewczyna pojawiają się w salonie. Znów spojrzałam na tancerza. Był moją szansą, okazją na odegranie się.
Może to wydawać się perfidne, ale w tamtym momencie nie myślałam racjonalnie. Po prostu ujęłam w dłonie twarz stojącego przede mną chłopaka i zbliżyłam swoje usta do jego. Już po chwili poczułam, jak Diego obejmuje mnie w pasie i ostrożnie do siebie przyciska. Jego wargi zaczęły współpracować z moimi, dzieląc się rozkoszą. To było niezwykłe, nigdy jeszcze nie czułam czegoś takiego.. Żaden pocałunek z Leonem nie wnosił tego samego i bez wątpienia nie mógł się z nim równać. Czułam się wyjątkowo, jakby w mojej głowie rozgrywała się najpiękniejsza muzyka świata.. Miałam ochotę śpiewać..
Gdy oderwaliśmy się od siebie zrozumiałam, że wszyscy goście na nas patrzą, a z tyłu rozlegają się nawet gwizdy. Pośród tłumu był też ten, któremu dedykowane było to widowisko. Na twarzy Verdasa malowała się furia. Widziałam, jak zaciska zęby i pięści, a następnie wychodzi razem z Larą. Może kiedyś poczułabym się źle z tego tytułu, lecz teraz zupełnie nie obchodziła mnie jego złość.
- Zatańczymy? - Zwróciłam się do lekko oszołomionego chłopaka.
- Chętnie.
Wirowałam na parkiecie  z rękami uniesionymi ku górze i dłońmi Diega na biodrach. Czułam na sobie wzrok wielu zebranych, jednak w ogóle mi to nie przeszkadzało. W pewnym momencie zasapani, opadliśmy na kanapę.
- Przyniosę nam coś ekstra. - Szepnął tajemniczo szatyn, znikając w drzwiach kuchni. Nie minęło jednak dziesięć sekund, a wrócił, niosąc dwie literatki z colą. - Trzymaj. - Podał mi jedną, a sam sięgnął do kieszeni, z której wyłowił mały woreczek z białą zawartością.
- Co to jest? - Jęknęłam, obserwując, jak Diego wsypuje szczyptę do swojego napoju, a następnie mojego.
- Coś po czym się rozweselisz i zapomnisz o Leonie. - Zamruczał. - Nie możesz przecież w taki wieczór się nim przejmować.
Z lekkimi obawami spojrzałam na proszek, który powoli rozpuszczał się w mojej coli.
- Ufasz mi? - Szepnął chłopak tuż przy moim uchu. Momentalnie przeszły mnie dreszcze, a do głowy uderzył zapach jego perfum. - Spróbuj. - Zachęcił.
 Niepewnie upiłam łyk napoju. Pozornie smak się nie zmienił, był może tylko bardziej wyrazisty.. Ponownie przybliżyłam szklankę do ust i wypiłam więcej. Po paru chwilach spodobało mi się na tyle, że opróżniłam szklankę do pełna. Diego obserwował moje ruchy, dumnie rozłożony na kanapie, powoli sącząc płyn. Nagle odłożył literatkę i przysunął się do mnie, kładąc dłoń na moim policzku.
Wpatrywałam się w jego oczy, niczym zahipnotyzowana, aż w końcu chłopak musnął moje malinowe wargi. Na chwilę uniósł głowę, lecz ułamek sekundy potem znów złączył nasze usta. Tym razem był to pocałunek bardziej żarliwy, namiętny i zachłanny, a wręcz- natarczywy. Nie przeszkadzał mi jednak żaden ruch z jego strony. Czułam, jak jego palce tańczą to na moich udach, to plecach, biodrach.
Kiedy z braku tchu oderwaliśmy się od swoich ust, Diego kolejny raz zaprosił mnie na parkiet. Podałam mu rękę, jednak, gdy wstałam nogi się pode mną ugięły. Ignorując to podążyłam za tancerzem. Na samym środku sali, zaczęliśmy kołysać się w rytm muzyki. Chłopak miał stuprocentową rację - już teraz odczułam przypływ dobrego humoru. Mimo, iż obraz po pewnym czasie zaczął się chwiać i rozmywać, w dalszym ciągu szalałam na parkiecie. Nie wiedziałam, co tak bardzo mnie bawiło, lecz opierając się o Diego śmiałam się w niebogłosy, nie zwracając uwagi na nic.
Nagle zabrakło mi powietrza. Zataczając się, doczłapałam na taras i opierając się o balustradę, czułam, że zaraz zwymiotuję. Było mi ciężko oddychać, nogi odmawiały posłuszeństwa i prawie nic nie widziałam na oczy. Resztkami sił, podparłam się o barierę, łykając tlen.
- Oj, Violu. - Usłyszałam znajomy głos, jednak oprócz mnie - nikogo innego nie było w pobliżu. Przestraszona, rozejrzałam się dookoła. Na schodach stał..
- Thomas? - Wybełkotałam.
- W rzeczy samej. - Zaśmiał się. - A czy nie ostrzegałem, że Leon cię nie kocha, wykorzysta i zostawi? Pewnie, że mówiłem. Teraz ten Diego. Phi, patrz co z tobą zrobił! - Drwił. - Trzeba było wybrać mnie..
- Przestań! - Warknęłam, chwiejąc się. - To ty wyjechałeś do Hiszpani! Zostawiłeś mnie!
- Nie, Violetto. - Zbliżył się. - Sama mnie straciłaś. A teraz Leona. Nim się obejrzysz zostawią cie wszyscy, których kochasz..
- Dość! - Jąkałam się.
- Wspomnisz moje słowa! - Rzucił, lecz nie chciałam go słuchać. Obijając się o futryny, dowlokłam do jednego z pokoi. Wnętrze było idealnie urządzone, a na środku stało wielkie łóżko. Zapewne była to sypialnia rodziców Camili. Nie zastanawiając się długo, opadłam na miękką pościel, głośno sapiąc. Bolała mnie głowa, a w uszach rozdzierał się dziwny świst. Powoli wszystko wokół mnie zaczęło się rozpływać, aż w końcu oszołomiona zasnęłam..

_____________________________
Panna fioletowa w tej niegrzecznej odsłonie.
Nietypowy rozdział z pozdrowieniami dla pomysłodawczyni Ashamati. :)
Kolejny post będzie już pisany oczami naszej Angeles.

Abrazo,
Wiktoria


poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 88

Rozdział dedykuję wspaniałej Katarzynie i Zuzannie.

Resteuracja, do której zabrał mnie German okazała się być przytulnym, a zarazem wykwintnym lokalem. Idealnie rozmieszczone meble i sylwestrowe dekoracje nadawały temu miejscu domowy charakter.
Młody kelner zaprowadził nas do stolika nieopodal ogromnego akwarium z najróżniejszymi gatunkami kolorowych ryb.
Na niewielkiej scenie grał jakiś zespół jezzowy, umilając posiłek wielu parom w różnym wieku. Od młodzieży do starszych małżeństw.
- The loney. - Odczytałam napis z perkusji.
- Mają niezłe kawałki. - Mruknął German. Odpowiedziałam mu nikłym uśmiechem.
Z niewiadomych przyczyn byłam dziwnie spięta, a myśli uciekały do chorego chłopca. Miałam wyrzuty sumienia, że został sam w szpitalu, podczas gdy ja się bawię.
- .. i butelkę najlepszego wina. - Na ziemię sprowadził mnie głos ukochanego, składającego zamówienie. - A dla ciebie?
- Ee.. ja poproszę to samo. -  Zwróciłam się do kelnera.
Młody mężczyzna posłał mi zalotny uśmiech i mrugnął prawym okiem, co chyba nie spodobało się Germanowi.
- Panu już dziękujemy, to wszystko. - Wycedził.
Kelner posłusznie oddalił się, a my w oczekiwaniu na jedzenie, zaczęliśmy rozmawiać. Inżynier posługiwał się nie tylko ogromną wiedzą i ciekawymi anegdotami, ale też niebywałym poczuciem humoru. Choć przeważnie to on zabierał głos, lubiłam go słuchać. Wspominaliśmy lata młodości, przywołując zabawne sceny z naszych żyć. Mężczyzna oczywiście nie omieszkał odświeżyć kulis mojego burzliwego romansu z choinką, podczas pewnych świąt Bożego Narodzenia. Rozmowa powoli zbaczała na osobę Marii, a gdy tak właśnie się stało, German sprytnie zmienił drażliwy dla nas obojga temat. Nie oponowałam, a właściwie - cieszyło mnie to.
 Nigdy otwarcie nie mówiliśmy o jej śmierci i wolałam, żeby tak pozostało.
Wskazówki powoli zmierzały ku północy, a my beztrosko cieszyliśmy się swoją obecnością, zajadając wyśmienite dania. Choć swoją porcje zamówiłam w ciemno, zdając się na swojego towarzysza- on i tym razem mnie nie zawiódł, doskonale wybierając. Smak potraw zwieńczaliśmy czerwonym winem, koloryzującym nasze wrażenia.
- Smęcą, co? - Roześmiał się German, zauważając moje znudzone spojrzenie, skierowane
w kierunku muzyków.
- Nie, wcale.. - Zaprzeczyłam.
- Angie, daj spokój, nie musimy lubić tego samego. - Uniósł kąciki ust, głaszcząc moją dłoń. Milcząc, odwzajemniłam uśmiech, a do głowy przyszedł mi pewien pomysł. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 22.
- Ufasz mi?
Mężczyzna przekrzywił głowę.
- Co to za pytanie?
- Bardzo proste. - Odrzekłam, rozbawiona.
- Oczywiście.
- W takim razie chodź. - Poderwałam się z miejsca, odkładając trzymaną na kolanach serwetę. Podobnie zrobił inżynier. Widziałam zdziwienie na jego twarzy, lecz nie protestował. Skinieniem ręki przywołał kelnera i zapłacił rachunek, natomiast ja czekałam obok. Młody mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego naszym wyjściem, zerkając na Germana piorunującym wzrokiem. Z przygryzionymi wargami przyjął banknot, po czym odwracając się na pięcie syknął "Zapraszamy ponownie".
- Chyba sądził, że  uda się mu uwieść cię spojrzeniem. - Zachichotał mój towarzysz.
- Tobie się to udało. - Odpowiedziałam, zalotnie odgarniając kosmyk włosów za ucho. German złapał moją dłoń i wspólnie opuściliśmy resteurację.

***

- Cuntry Club? - Inżynier nie krył swojego zdziwienia, gdy stanęliśmy przed drzwiami oświetlonego budynku. Z wewnątrz słychać już było odgłosy dobrze bawiących się gości
 i skoczną muzykę.
Bez słowa spojrzałam na mężczyznę, po czym ciągnąc go za rękę, zaprowadziłam do środka.
Tuż przy wejściu przywitał nas wysoki, szczupły, a wręcz chudy mężczyzna w garniturze, zapraszając we wskazaną salę. Tam naszym oczom ukazało się mnóstwo rozweselonych osób, podskakujących w rytmie szybkich kawałków. Nikt nie marudził, że jest za głośno, zbyt tłoczno, wszyscy beztrosko się bawili.
Zachęcona radosnym gwarem, śmiało ruszyłam na parkiet, prowadząc (a raczej wlekąc) za sobą Germana.
- Angie, ja nie umiem.. - Protestował, lecz pozostawałam nieustępliwa.
- Daj spokój, każdy potrafi tańczyć.
- Nie ja. - Mruknął. - Mogę jedynie podrygiwać w miejscu do jakieś wolnej nuty.
Gwałtownie przystanęłam i odwróciłam w stronę inżyniera, mierząc go podejrzliwym wzrokiem.
- To podryguj. - Skwitowałam, łapiąc go za obie dłonie, po czym zaczęłam bujać się w rytm muzyki.
Kochałam taniec równie, jak śpiew, zawsze sprawiał mi przyjemność. Kiedyś, uczęszczałam na specjalne zajęcia, niestety po śmierci Marii, ojca i wyjeździe do Madrytu byłam zmuszona porzucić swoją pasję. Taniec dobitnie zastąpiła mi muzyka.
German w końcu również się przełamał, bo już bardziej rozluźniony kołysał się razem ze mną, a po upływie paru minut- hulał po całości. Wspólnie wywijaliśmy kroki niczym samby,
czy rumby, śmiejąc się i bawiąc, jak nigdy dotąd. Inżynier bardzo dobrze się poruszał.
Nagle poczułam, jak czyjeś palce owijają się wokół mojego nadgarstka. Dobrze wiedziałam, że nie był to German, gdyż ten znajdował się naprzeciw mnie. Przestraszona, gwałtownie odwróciłam się w kierunku nieznajomego. Za mną stał około pięćdziesięcioletni mężczyzna z czarnym wąsem i lekko łysiejącą czupryną. Był nieco niższy ode mnie.
- Odbijany. - Zawołał wesoło w kierunku ojca Violetty, obejmując mnie w pasie. Zaskoczona, ale też rozbawiona zaistniałą sytuacją wzruszyłam ramionami, śmiejąc się ze  dezorientowanej miny pozostawionego samotnie Germana.
Nieznajomy okazał się być świetnym tancerzem. Kręcąc mną i obracając na wszystkie strony, przesunął na drugi koniec sali, tak, że całkiem straciłam z oczu swojego towarzysza. Mężczyźnie, który mnie porwał chyba jednak to nie przeszkadzało, bo w dalszym ciągu swobodnie się bawił.
Gdy piosenka dobiegła końca, szarmancko ukłonił się do samej ziemi i całując grzbiet mojej dłoni, powiedział:
- Miło było z tobą tańczyć, seniorita. Jestem Julio.
W jego głosie doszukałam się włoskiego akcentu.
- Mnie również. - Odrzekłam. - Nazywam się Angeles, Angie.
- A! Angie! Sławna siostra Saramego, jakże mi przyjemnie! - Zawołał i kilkakrotnie ucałował moje policzki. Ten wybuch lekko mnie przestraszył, jednak wolałam nie komentować. - Znałem twojego ojca, bardzo porządny człowiek z niego był. Kie.. - Nie zdążył dokończyć, bo wtem podbiegła do nas jakaś kobieta, mówiąc coś do Julio po włosku.  - Oj, przepraszam, wzywają mnie. Jeśli będziesz kiedyś potrzebowała pomocy, tutaj masz moją wizytówkę. - Do ręki wsunął mi mały kartonik, po czym salutując, zniknął w tłumie. Na jego miejscu pojawił się German.
- Tutaj jesteś, szukałem cię.
- I znalazłeś. - Przechyliłam głowę, przerzucając włosy z jednego ramiona na drugie. Mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo, po czym ponownie zaczęliśmy tańczyć.
Widać, że brakowało mu takiej zwykłej odskoczni od problemów, chwili zapomnienia i beztroskiej zabawy.
Śmiejąc się do rozpuku, wirowaliśmy po całej sali, nie zważając na gęsto rozmieszczonych imprezowiczów. W końcu zdyszani, ale roześmiani i szczęśliwi, wsparliśmy się o ścianę.
- Jesteś nie do zdarcia. - Wysapał German.
- Ty też masz niezłą kondycję. - Przyznałam. Mężczyzna zaproponował napicie się czegoś, tym samym zmierzając do stołu z cateringiem. Korzystając z chwili samotności (Jeśli pominąć zebranych ludzi) zerknęłam na wizytówkę Julio.

Julio La Torre
Muzyk, kompozytor.

kontakt:
654 750 078

W głowie zaczynały mi świtać wspomnienia sprzed lat. Mój ojciec rzeczywiście współpracował z człowiekiem  o takim imieniu, jednak ja zapamiętałam go, jako młodego mężczyznę o kręconych włosach do ramion i zawadiackim spojrzeniu. 
- W porządku? - Przede mną stanął inżynier z dwoma plastikowymi kubeczkami lemoniady. 
- Jasne. - Szybko wsunęłam kartonik do torebki i upiłam łyk napoju. German wpatrywał się we mnie uważnie, aż w końcu oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Wtem dźwięki ucichły, a muzycy odłożyli instrumenty. Trwało to tylko przez chwilę, bo dwie sekundy potem jeden z nich krzyknął: "Teraz trochę zwolnimy.." i rozległy się łagodne nuty jakiegoś utworu. 
- Czy mogę prosić.. - Inżynier szarmancko ukłonił się przede mną.
Zachichotałam i podałam mu dłoń, a on objął jedną ręką moje plecy, przysuwając mnie do siebie bardzo blisko, tak, że czułam jego napięte mięśnie brzucha na swoim. Oboje zaczęliśmy kołysać się powoli w rytm muzyki. Noga za nogą, dreptaliśmy w miejscu, nie odrywając przy tym wzroku od swoich tęczówek. Teraz na dobre zatraciłam się w blasku jego kasztanowych oczu, w których tliły się dwie iskierki. Mogłabym tonąć w jego ciepłym spojrzeniu, będącym niczym magnez całe wieki. Wtedy czułam się niezwykle, wyjątkowo, jakby otaczała mnie kraina pełna muzyki, słońca i niewyobrażalnej radości.
Kciuk u ręki mężczyzny, którą mnie przytrzymywał, delikatnie gładził moje plecy. Był to dotyk prawie nieuchwytny, a równocześnie wyolbrzymiały pocałunek szczęścia. Czułam go całą sobą.
Nagle zapragnęłam dobitnie zniwelować barierę dzielącą nas i dotknąć ust ukochanego. Mimowolnie przygryzłam koniuszek dolnej wargi, co chyba było podświadomie rzuconą aluzją w kierunku Germana. Wydawać by się mogło, że zrozumiał, bo jak na zawołanie zaczął się przybliżać, do tego stopnia, że czułam jego gorący oddech na policzku. Ułamek sekundy potem przykrył moje wargi swoimi, powoli je muskając. Nie wiem, czy była to magia sylwestrowego wieczoru, czy to po prostu on sprawił, że wypełniało mnie nieznane dotąd uczucie spełnienia.. Kiedy był przy mnie czułam, że mogę wszystko..
Niespodziewanie orzeźwiły nas okrzyki zebranych. Wszyscy skierowani byli ku scenie, gdzie znajdowała się zamilkła orkiestra.
- Dziesięć, dziewięć.. - Odliczali. - Pięć, cztery... Dwa, jeden..
- Szczęśliwego Nowego Roku! - Krzyknął prowadzący, a wszyscy balowicze, jak jeden mąż wybiegli z budynku. Przez moment zapanował chaos, na szczęście German cały czas trzymał mnie za rękę, aby oszalały tłum nas nie rozdzielił. Gdy większość wydobyła się z sali, my również podążyliśmy na zewnątrz.
Alejkę po brzegi wypełniali ludzie. Jedni składali sobie życzenia, a drudzy podziwiali kolorowe fajerwerki, malujące się na ciemnym niebie ze wszystkich stron Buenos Aires. Pomyślałam o Javierze, mamie, Pablo i Violetcie. Jak oni się bawią, co w tym momencie robią?
Nagle silne ramiona ukochanego objęły mnie od tyłu, a jego broda spoczęła na moim ramieniu. Bez wahania przytuliłam głowę do jego policzka i zacisnęłam palce na męskiej dłoni.
- Wszystkiego, co najlepsze w Nowym Roku. - Szepnęłam, odwracając się w stronę inżyniera. Znowu swobodnie patrzyłam mu w oczy.
 - To co najlepsze mam przed sobą. - Odrzekł.

________________________________
Nie mogło się obyć bez romantycznego akcentu na koniec. :P
Osiemdziesiątka ósemka za nami. Już niedługo rozwój wydarzeń. :D

Gracias por su atención,
Wiktoria

sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 87

- Angeles Saramego, czy zaszczycisz mnie swoją obecnością i zjesz ze mną sylwestrową kolację? - Przekrzywił głowę, grając różnorakimi minami. Po kilku ociężałych sekundach ciszy oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Przez głowę przemknął mi cień wspomnień dotyczących Javiera sprzed ostatnich dni, jednak iskierki w oczach Gemana przewyższały.
- Z miłą chęcią. - Odparłam, rumieniąc się.
- Może być.. dwudziesta?
- Idealnie.
Mężczyzna odpowiedział mi  promiennym uśmiechem, po czym obdarował mój policzek całusem i zaszył się w swoim gabinecie. W kuchni nie pozostałam sama na długo, bo minąwszy się z inżynierem, do pomieszczenia bezceremonialnie wparowała Olga.
- To jak, wychodzi panienka z panem Germanem? Ten to ma klasę, pewnie zabierze panienkę do jakieś wykwintnej resteuracji.. - Ciągnęła, a moja twarz kolejny raz zaróżowiała.
- Ach, młodzi, zakochani. - Nie wiadomo skąd przy kuchennym stole pojawiła się Melania. Razem z gosposią snuły różne scenariusze naszej przyszłości.
- To kiedy ślub? - Wypaliła Olga, a mnie zatkało.
- A dzieci? - Dorzuciła ciotka pana domu. - Elvisek młodszy się nie robi..
Szczerze powiedziawszy nie lada przeraziła mnie wizja macierzyństwa. Choć zawsze pragnęłam zostać matką, nagłe ziszczenie się dziecięcych planów wprawiła mnie w lekką panikę.
- Pomyślimy o tym, a w kwestii ślubu- zapewniam was, że pierwsze dowiecie się, jeżeli coś będzie na rzeczy. - Wydukałam. Niezwykle interesującą konwersację przerwało wejście Cardozo. Kuzyn Olgi na szczęście odwrócił uwagę od przyszłości mojej i Germana, dzięki czemu niezauważona ulotniłam się z kuchni.


Zmierzyłam do pokoju siostrzenicy. Dziewczyna siedziała na łóżku z markotną miną, a wokół jej osoby walały się stosy ubrań.
- Widzę, że robisz porządki. - Uśmiechnęłam się, odgarniając ze skraju łóżka kilka spódniczek, aby móc usiąść.
- Nie do końca. - Mruknęła. - Próbuję znaleźć coś na dzisiejszą imprezę. Wiesz, to moje pierwsze takie wyjście.. No i tato się zgodził.. Chce wyglądać jakość wyjątkowo..
- A to nie przypadkiem, dlatego, że na tym przyjęciu będzie Diego? - Rozbawiona, uniosłam brwi.
- Wcale nie. - Pisnęła, lecz po chwili jej twarz złagodniała, a kąciki ust powędrowały w górę. - Może trochę..
- Czyli to z Leonem, to..
- Koniec.
Spojrzałam na jej ponownie smutną minę i lekko szturchnęłam, próbując rozweselić.
- To może wspólnie poszukamy czegoś fajnego? - Zaproponowałam. Z podłogi uniosłam naręcz pastelowych spódniczek, a z fotela- różnorakie bluzki. Violetta momentalnie rozpromieniała i dołączyła do porządków.

- Może ta? - Uniosłam turkusową tunikę na ramiączka.
- Ee, niee. Szukajmy dalej.
- A ta? - Tym razem pokazałam fioletową spódniczkę. Nastolatka ponownie pokręciła nosem. - Violu, przekopałyśmy całą szafę. - Zaśmiałam się, opadając na łóżko.
- Wiem, wiem.. - Mruknęła. - O! Co byś powiedziała na tę czerwoną  i.. te czarne szpilki? - Spod sterty ubrań wyłowiła kusą sukienkę do połowy uda i parę nie noszonych butów.
- Wiesz, kochanie, myślę, że twój tato nie byłby zadowolony, gdybyś tak mu się pokazała.
- Za wyzywająco.. Z resztą czym ja bym wypchała górę? Skarpetkami, czy papierem toaletowym? - Westchnęła, kładąc się obok mnie. - Ładny mam sufit, co? - Powiedziała, po czym obie wybuchnęłyśmy gromkim śmiechem. Chichoty przerwało pukanie do drzwi.
- W porządku, dziewczyny? - W progu stanął zdziwiony German. Nasze wybuchy musiały go zaalarmować.
- Tak, już się uspokajamy.
- Przepraszamy. - Zadźwięczałam, zdmuchując z czoła opadającą grzywkę.
- Moje wariatki. - Mruknął. - Kocham was.
- A my ciebie. - Odpowiedziała Violetta. Ja nie dodałam nic, tylko kolejny raz- rumieniąc się, z uśmiechem wlepiłam wzrok w podłogę. Na ziemię sprowadził mnie dopiero stukot klamki. Mężczyzna wyszedł.
- To, jak? Szukamy dalej?

Do obiadu zasiedliśmy w doskonałych humorach. Konsumując pieczonego indyka, nie szczędziliśmy rozmów. Podczas posiłku wyszły też na na jaw plany domowników na sylwestrowy wieczór. Za zgodą Germana jego ciotka,Cardozo, Ramallo i Olga mieli pozostać na miejscu i sami urządzić sobie kameralne przyjęcie. Tym razem obiecali nie nadużyć alkoholu i pozostawić budynek w całości.
Gdy skończyłam jeść razem z inżynierem udałam się w odwiedziny do Javiera. Skoro mieliśmy spędzić Sylwestra poza szpitalem, wolałam zobaczyć go jeszcze dziś, w starym roku.
Podczas jazdy samochodem z radia płynęły dźwięki jeszcze świątecznych pastorałek, jak i karnawałowych hitów, zagrzewających do hucznej zabawy. Muzyka zawsze wprawiała mnie w dobry nastrój, tak było i teraz.
Malca zastaliśmy pogrążonego w głębokim skupieniu nad kolejnym obrazkiem. Cała ściana jego sali pokryta już była rozmaitymi rysunkami. Jedne przedstawiały zwierzęta, drugie krajobrazy, ludzi, czy zwykłe przedmioty. Gdy chłopiec nas zobaczył, oderwał wzrok od kartki i zeskakując w krzesła, podbiegł do mnie. Od razu wzięłam go na ręce, mocno ściskając. German zmierzwił jego czuprynę, również się witając.
- Linda mówiła, że dzisiaj dziadziuś stary rok odchodzi, żeby mógł przyjść dzidziuś- nowy. Szkoda, że umiera.. - Westchnął malec, sadowiąc się na moich kolanach.
- On nie umiera. - Pokręciłam głową. - Idzie na emeryturę.
- I ma taki domek z piernika? Albo może jego bratem jest Święty Mikołaj i na starość mu pomaga! - Marzył.
- Wszystko możliwe. - Dodał inżynier. - Teraz przychodzi do nas całkiem nowy rok. Silny, zdrowy i pełen energii. Taki, który może udźwignąć na swoich plecach maaasę  dobrych rzeczy, które spotkają nas w następnych dniach.
Czas z Javierem zawsze mijał bardzo szybko, tak też było i tym razem. Dobiegała siedemnasta i robiło się późno. Z sal chorych wychodziły tabuny ludzi, byliśmy jedną z niewielu pozostałych osób.
- Musimy już iść, słoneczko. - Powiedziałam niechętnie. - Ale jutro, zaraz rano, ponownie cię odwiedzimy. Możemy sie tak umówić?
- Obiecujecie?
- Oczywiście. - Wsparł mnie German.
Uściskałam mocno chłopca, a mężczyzna opatulił jego ciało kołdrą.
- Jeśli nie będziesz jeszcze spał, to Linda o północy pokaże ci kolorowe fajerwerki za oknem. - Pocieszył go. - A teraz odpocznij, dobrze? Kiedy nadejdzie ten maluszek i zajmie miejsce starego roku, wszystko zmieni się na lepsze. Zaczniemy swoją historię od nowa.. - Ostrożnie pocałował jego czoło, po czym machając chłopcu na pożegnanie- wyszliśmy z sali.


Na korytarzu zaczepiła nas znajoma pielęgniarka. Widać tej nocy pełniła dyżur w szpitalu.
- I jak tam plany na wieczór? - Zapytała, a mój towarzysz zdradził jej przebieg wydarzeń.
- Zostajesz tutaj?
- Tak.. Zawsze w święta, Sylwestra jestem na oddziale. Nie mam rodziny, ani przyjaciół, więc to lepsze od samotnego siedzenia w domu. - Wyjaśniła.
- Siostro, potrzebujemy pomocy. - Z zaplecza wyłoniła się młoda dziewczyna w białym kitlu. Wyglądała na początkującą stażystkę, za to wyglądem bez wątpienia zaimponowała Germanowi, który bacznie się jej przyglądał. Ukradkiem szturchnęłam go w biodro.
- Wybaczcie, praca wzywa. Także, życzę wam udanej zabawy. Nie martwcie się niczym, wyszalejcie, Javier jest pod dobrą opieką.
- Dziękujemy. - Uśmiechnęłam się. - I już na zaś- wszystkiego, co najlepsze w Nowym Roku. - Dodałam. Linda zawtórowała mi tym samym, po czym zniknęła za drzwiami jednej z sal. Ja i German zrobiliśmy podobnie, opuszczając szpital.


Gdy z powrotem znaleźliśmy się w domu, zastaliśmy już wspaniale udekorowany salon. Wszędzie walały się kolorowe balony, a z sufitu i karniszy zwisały błyszczące serpentyny. Także Ramallo czynił ostatnie poprawki, sprawdzając działanie wieży stereo.
Kiedy odwiesiliśmy na wieszak swoje nakrycia, po schodach zeszła gotowa do wyjścia Violetta. Dziewczyna wybrała idealny dla siebie strój na zabawę, jakim była sukienka do połowy uda, całkowicie pokryta szaro- złotymi cekinami oraz zabudowane pantofelki na niewysokim obcasie. Włosy pozostawiła rozpuszczone, a makijaż niecodziennie bardziej wyzywający.
- Masz tak zamiar ludziom się pokazać? - Huknął, nieco rozdrażniony mężczyzna.
- Daj spokój, tato, mamy Sylwester.
- German.. - Szepnęłam, kładąc na silnym ramieniu swoją dłoń. - Odpuść..
Inżynier westchnął głęboko, a jego rysy twarzy zacznie złagodniały. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, rozbrzmiał ryk dzwonka. Jako osoba stojąca najbliżej drzwi, zbliżył się, po czym je otworzył. Do środka wszedł wysoki chłopak o ciemnej, bujnej czuprynie i kpiącym spojrzeniu. Miał na sobie bordowy t-shirt, skórzaną kurtkę i czarne jeansy. Nie można było zaprzeczyć, że był przystojny.
- Dzień dobry, jestem Diego. - Powiedział z hiszpańskim akcentem, wyciągając rękę w stronę inżyniera. Ten jednak nie zamierzał wykonywać przyjaznego gestu. - Przyszedłem po Violettę, czy  jest?
- Jest. - Burknął mój ukochany, spoglądając na kolegę córki spod przymrużonych powiek. Postanowiłam interweniować.

- Cześć, miło mi, nazywam się Angie. Może kojarzysz mnie ze Studia, uczę tam, jednak nie mamy razem lekcji. - Uśmiechnęłam się zachęcająco. Młodzieniec zbliżył się w moim kierunku, po czym ujął moją wysuniętą w jego stronę dłoń i szarmancko ucałował jej grzbiet.
- Tak, widziałem panią parę razy na korytarzu. Poza tym Violetta dużo opowiadała mi o swojej utalentowanej i jakże pięknej cioci. - Skomplementował mnie, głęboko zaglądając w oczy. Speszona, zabrałam rękę, stając obok poczerwieniałego ze złości Germana.
- To my już pójdziemy. - Wtrąciła nastolatka. - Miłego wieczoru, kochani. Do zobaczenia w Nowym Roku!
- Bawcie się dobrze. - Dodałam, odprowadzając wzrokiem parę. Gdy zniknęli za drzwiami pocałowałam wściekle bordowy policzek ukochanego, po czym uciekłam na górę szykować się na wyjście.


Rozpoczęłam od długiej, relaksującej kąpieli , a po której dokładnie rozczesałam i wysuszyłam włosy, a następnie podkręcając je na lokówce, związałam gumką i podpięłam wsuwkami na kształt koka. Całość wyjątkowo potraktowałam lakierem. Postanowiłam też zmienić kolor lakieru na paznokciach u stóp i dłoni. Teraz przyszedł czas na najprzyjemniejszą, a zarazem najtrudniejszą część przygotować; garderoba.
- "No tak, Violi doradzałam, a sama jestem w polu.." - Mruknęłam pod nosem.
Po kilkakrotnym przewertowaniu szafy, w końcu zdecydowałam się na ciemnozieloną sukienkę z jednym ramiączkiem. W połowie, odkąd jej dół cechował się artystycznym pomięciem przepasałam brązowy pasek. Makijaż uczyniłam nieco mocniejszym niż dotychczas.
A więc byłam gotowa. Zegar ścienny wskazywał za kwadrans dwudziestą, dlatego do niewielkiej torebki wsunęłam chusteczki, szminkę i komórkę, a następnie potykając się na szpilkach, zeszłam na dół. Tuż przy schodach czekał na mnie German. Na mój widok uśmiechnął się i całując wypudrowany policzek, szepnął do ucha:
- Pięknie wyglądasz.
Zachichotałam, podając mu dłoń. Mężczyzna ostatni raz znacząco popatrzył na stojących w rzędzie domowników, po czym opuściliśmy willę.
- Miłego wieczoru! - Dolatywało zza naszych pleców.


____________________________
Jak już się rozpisałam, tak nie mogłam skończyć. Cóż - ferie służą. :D
Diego podrywa Angie.. Ach, nasi cudowni.
Germi jednak się nie oświadczył.. (Przejrzałaś mnie, Kierko.)
Dzieci? German, ciąża Angie, Esmeralda ojcem, Ambar dziadkiem, Gregorio babcią, Beto wróżką chrzestną w landrynkowej kiecce i małpio zarośniętych nogach, Violka babcią 2, Pablo ciocią. Nie pytajcie, pozdrowienia dla Kasi.

Abrazo,
Wiktoria

czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział 86

Dwa kolejne dni spędziłam w szpitalu przy łóżku Javiera. Raz ja, raz German - na zmianę czuwaliśmy przy chłopcu, nie dając mu odczuć nasilającego się niebezpieczeństwa. Stan jego zdrowia był dość niepewny, lecz w miarę stabilny, jednak lekarze cały czas powtarzali o możliwym pogorszeniu. Starałam się być dobrej myśli, choć momentami wydawało się to być nierealne. Na szczęście każde kolejne badanie napawało nas optymizmem, a sam Javier czuł się coraz lepiej. Przede wszystkim nie był już taki blady i miał więcej siły, dzięki czemu swobodnie żartował razem z inżynierem. Cudownie było patrzeć, jak z dumą walczy i nie poddaje się. Wraz z wyraźną poprawą u małego zaobserwowałam znaczny przyrost dobrego humoru u Germana. Mężczyzna wypogodniał, a przenikliwa zmarszczka na jego czole zniknęła.
- Kochanie.. - Do moich uszu doleciał dojrzały, wyrazisty głos ukochanego.
Był wieczór. Po raz pierwszy odkąd willę opuścił chłopiec, mieliśmy chwilę czasu dla siebie. Stres, nerwy obojga nas wykańczały. Jednak było coś, co dawało mi do myślenia. W obliczu zagrożenia życia dziecka zupełnie się ode mnie odizolował, milczał. Jego objęcia zazwyczaj pełne ciepła i rozkoszy, owiewały chłodem, wywołując sprzeczne emocje. Zamykał się dla mnie i dla świata..
Z zamyślenia wyrwał mnie dotyk ust Germana na moich. Wargi mężczyzny zroszone były czerwonym winem. Taki też smak miał pocałunek. Płynnym ruchem, delikatnie ułożył moje plecy na łóżku, zaś sam podpierając się ręką, dominował ku górze. Grzbietem dłoni suną wzdłuż mojej talli, pozostawiając na skórze chropowaty ślad ciarek. Czułam jego ciepły oddech w okolicach obojczyka i ciepło, którym rozkoszowało się moje ciało. Tym razem palce inżyniera błądziły między moimi lokami, a już po chwili łaskotały okolice łopatek, następnie żeber. Zaśmiałam się z aprobatą, napinając uda, które z kolei zacieśniły się na mężczyzny. Nagle oboje wybuchliśmy gromkim śmiechem, patrząc sobie w oczy. Zmierzwiłam ciemną czuprynę ukochanego, opuszkami palców dążąc do jego policzka i brody. Uwielbiałam te dwa, małe dołeczki w kącikach jego ust. Po pewnym czasie znudziło mi się udawanie koali i płynnym ruchem, zsunęłam się z Germana, układając obok.
- Jutro Sylwester.. - Olśniło mnie. Przez ostatnie wydarzenia ten fakt zupełnie mi umknął. Inżynier odpowiedział uwodzicielskim pomrukiem.
- Może powinniśmy się.. no nie wiem..rozerwać? - Rzucił po chwili ciszy, co lekko mnie zdziwiło.
- Sądziłam, że z uwagi na Javiera nie chcesz, jakoś specjalnie obchodzić Nowego Roku. .
- Nie mówię o jakiś hucznych dyskotekach, raczej mam na myśli kameralne wyjście. - Wzruszył ramionami.- W końcu kończymy, jakiś etap. Małemu się polepsza, to chyba też jakiś powód do radości, prawda? - Głaskał mnie po włosach, wyczuwając potwierdzające kiwnięcie. Jakby nie patrząc miał rację. Każdemu należy się odpoczynek i zapomnienie od kłopotów.
Mężczyzna bawił się kosmykami moich loków, łaskocząc nimi swoje usta. Pod wpływem jego dotyku i słodkiego półszeptu tuż przy uchu, odpłynęłam..


                                                                           ***



-Tato, proszę! Tak bardzo! Obiecuję, że będę na siebie uważać, trzymać telefon cały czas przy sobie i wróce zaraz po północy! 
Od samego rana między Violettą, a Germanem trwały gorące negocjacje na temat wyjścia dziewczyny do Camili na zabawę sylwestrową. Jak to nadopiekuńczy pan domu, oczywiście przystawał przy stanowczym nie. Nastolatka jednak nie odpuszczała.
- .. to przecież jedyny dzień w roku, kiedy wyjdę na wieczorną imprezę. Wszyscy moi przyjaciele tam będą! - Błagała, prześladując chodem ojca, krążącego w kółko po salonie. - Mam siedemnaście lat, umiem o siebie zadbać. - Przekonywała. - Zgódź się.. Ten jeden raz..
Mężczyzna popatrzył na mnie ze zmarszczonym czołem. W odpowiedzi uśmiechnęłam się do niego promiennie, wzruszając ramionami.
- Chce znać dokładną listę gości, plan zajęć i numery do tej.. no Camili i Francesci.. - Burknął, chcąc dalej wyliczać warunki, jednak przerwał mu radosny okrzyk córki.
- Dzięki, dzięki, dzięki! - Rzuciła mu się na szyję. German, choć nie wyglądał na szczęśliwego, wymusił słaby uśmiech. Krzyżując ręce na piersiach, spojrzał na mnie i głośno westchnął.
- Co ty ze mną robisz, kobieto.. - Mruknął pod nosem.
- Ja? - Udałam oburzoną, lecz zdradził mnie stłamszony chichot.
- Źle na mnie wpływasz. - Cmoknął ustami. Nastała chwila ciszy. Ja udawałam, że meble w salonie są niezwykle interesujące, a German natomiast wpatrywał się we mnie z łobuzerską miną. - To o której będziesz gotowa? - Palną w pewnym momencie.
- Gotowa? Gotowa na co? - Rozbawiona, uniosłam brew.
- Na kolację.. - Odparł bez większego przejęcia, szelmowsko się wyszczerzając.
- Nie wiem.
- Nie?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie. - Zadźwięczałam, po czym dumnie ruszyłam ku schodom, jednak drogę zagrodziło mi dobrze zbudowane, męskie ciało.
- A pani gdzie? - Przekrzywił głowę.
- A do pokoju. - Ominęłam go, muskając silne ramię inżyniera. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Już kilkanaście sekund potem siedziałam w fotelu, zagłębiając się w lekturze przypadkowo znalezionej książki. Fabuła była dość wciągająca, gdzie temat odnosił się do życia rosyjskiej piosenkarki w czasach wojny. Oksana- która opowiadała o nieszczęśliwej rozłące z ukochanym przybliżała historię w tych ciężkich latach, z dala od rodziny, przyjaciół i kraju. Niby biografie nie były moim ulubionym gatunkiem, lecz ta książka wyjątkowo mnie poruszyła. Bohaterka przelała całe swoje cierpienie, smutek i żal, rozpamiętując lata wstecz, kiedy to zmuszona przez agencje musiała opuścić ojczyznę, porzucając bliskich. Wkrótce po wyjeździe odkryła, że spodziewa się dziecka, niestety kontakt z ojcem był niezwykle utrudniony. Nawet długo po narodzinach Felicii- córki artystki żył w błogiej nieświadomości. Dalej akcja toczyła się wokół śmierci dziewczynki, choroby Oksany i odnalezienia kochanków, gdy byli już w podeszłym wieku. Zaczytana i poruszona historią piosenkarki, nie zauważyłam, że całą moja twarz pokrywają słone łzy, a bose stopy wprost skostniały od zimnej podłogi. Zerknęłam na wyświetlacz komórki i przecierając grzbietem dłoni oczy, podążyłam na dół, aby zaparzyć sobie herbaty na rozgrzanie zmarzniętego ciała.
Już od salonu przywitała mnie cisza, zmieszana ze stłumionymi szeptami, dobiegającymi z kuchni. Ostrożnie podeszłam do drzwi, gwałtownie je otwierając. W pomieszczeniu znajdowała się Olga, Violetta i German. Zauważając mnie, zamilkli, a gosposia wraz z nastolatką- wyszły. O kuchenny blat natomiast cały czas opierał się inżynier, z zagadkowym uśmiechem wpatrując się w moją osobę.
- Mam coś na twarzy? Zagestykulowałam. Mężczyzna wciąż milczał, aż w końcu ostrożnie, stawiając nogę za nogę, przybliżył się. Delikatnie ujął moją dłoń, po czym całując jej grzbiet, ukląkł na kolano.
- Angeles Saramego, czy..

_______________________
Tak, tak, kończę w takim momencie. :P
Violka idzie imprezować, hmm.. :D
"Nie? Nie. Dlaczego? Bo nie." - z serii Angie może, Angie potrafi.
Czy Germi się oświadczy? :O
Cieszcie się nimi, cieszcie.. Póki możecie. 

Do przeczytania w 87 rozdziale!
Wiktoria

PS. Jeśli macie ochotę to zapraszam tutaj: Wyblakłe Kartki z Pamiętnika


niedziela, 19 stycznia 2014

Jednorazówka: Angieluszek

Za górami, za lasami, czterema rzekami i czterema jeziorami znajdowało się przepiękne królestwo. Rządziła nim para doskonałych władców, a pomagał im ich jedyny syn.
W drugiej części wspaniałego krainy żyła zaś pewna rodzina. Jeśli takowych ludzi można tak określić. Jednorodzinny dom zamieszkiwały dwie siostry wraz ze swoją matką i dziewczyną, która rzekomo była ich służącą. W rzeczywistości piękna, młoda kobieta była córką zmarłego męża gospodyni. Niestety tuż po śmierci ojca, zła macocha zmieniła życie pasierbicy w koszmar. Angieluszek, bo tak ją nazywały skazana była na wszystkie prace domowe, od których leniwe siostry umywały swe delikatne dłonie. Sama gospodyni uważała swoje potomkinie, jak i samą siebie za niegodne ręcznych robót. Wszystko maniakalnie zrzucane było na biednego Angieluszka. Dziewczyna za każdym razem ulegała rozkazom krewnych, jej serce przepełnione miłością nie znało asertywnych odmów. Z biegiem czasu czyszczenie kominka, mycie podłóg, okien, cerowanie ubrań stało się dla niej nieodzowną codziennością. Wręcz to polubiła.
- " Veo, veo que ves?
Todo depende de que quieras ver..
Piensalo bien, antes de acturar.
Si ten amoras te puedes lastimat! "
Każdy nowy dzień Angieluszek witała z piosenką na ustach. Mimo wczesnej pory, kiedy to musiała się zrywać do pracy, uśmiech nie znikał z jej twarzy, a radość rozkwitała pod wpływem kojących promieni słonecznych. W powietrzu unosiła się słodka woń zroszonej trawy, a gdzieniegdzie w oddali, słychać było pomruk świerszczy.
- Pablo, Beto! - Na ramieniu dziewczyny przysiadły dwa zaprzyjaźnione gołębie. - No proszę i jest też Diego i Tomas! - Ucieszyła się na widok nadbiegających myszek.
Dziewczyna zarzuciła na siebie niechlujne ubrania, po czym zabrała się za przygotowywanie śniadania dla domowników, którzy jeszcze pochrapywali w swoich sypialniach. Tylko ona jedna krzątała się po kuchni, pichcąc smakowite potrawy. Wbrew pozorom było to prawdziwe wyzwanie, albowiem siostry miały dość wybredny gust, podobnie jak ich matka. Nie do rzadkości należało, że najmłodsza z kobiet musiała zbierać pozostałości po śniadaniu z podłogi, czy ścian.
Ostrożnie, uważając, aby nie wywołać jakiegoś płochliwego hałasu, Angieluszek przygotowała zastawę, a następnie udała się na górę, do pokoi sióstr. Z niezwykłą troską powitała najpierw Esmeraldę, później Jade, a na końcu ich matkę-  Angelikę. Oczywiście zanim wszystkie trzy zjawiły się w jadalni, padło tysiące różnych komentarzy i bluźnierstw. "Ach, jak się nie wyspałam!", "Angieluchu, wieczorem źle ułożyłaś poduszki, boli mnie kark! Po śniadaniu zrobisz mi masaż!", "Co ty, szacunku do nas nie masz?! Budzić, jak psy, traktować jak bydło.." Po latach zmagań z kobietami, nasza bohaterka trafne nauczyła się ignorować wszystkie kąśliwe uwagi pod jej adresem. Pokornie, ze spuszczoną głową wysłuchiwała wszystkiego, aby później w milczeniu niwelować ból zadany przez rodzinę.
- Co to za habździe?! - Pisnęła Jade na widok flakonu ze stokrotkami, urozmaicającego stół. - Natychmiast zabierz to zielsko! - Rozkazała.
I tym razem Angieluszek bez słowa wykonała polecenie starszej siostry. Wiedziała, że kłótnie nie są niczym dobrym, a jej słowo niepotrzebnie może zaognić konflikt. Przecież na świecie jest tyle zła.. Ona swoją dobrocią chciała jedynie je zwalczać, nie prowokować..
Nagle w całym domu rozległ się świszcząc dzwonek do drzwi, który momentalnie otrzeźwił służącą. Przestraszona, upuściła trzymany flakonik, a delikatna porcelana roztrzaskała się o parter.
- No i co żeś narobiła?! - Warknęła oburzona gospodyni. - Zobacz, czego kto chce, a potem to posprzątaj, bo jeszcze mi się moje księżniczki pokaleczą przez ciebie!
Angieluszek posłusznie pobiegła na ganek, zerkając przez dziuplę. Przed willą rodziny Cararra zaparkowała wspaniała kareta, a gościem przybyłym z wizytą był najwierniejszy przyjaciel i sługa głowy kraju - Ramallinio.
- Dzień dobry. - Zadźwięczała dziewczyna, ukradkiem poprawiając fartuszek. - W czym mogę pomóc, panie?
Na dźwięk rozmowy, w mgnieniu oka na tarasie pojawiły się dwie siostry wraz ze swoją matką.
- Witam. W imieniu rodziny i syna królewskiego pragnę przekazać zaproszenie na wieczorny bal. Książę German poszukuje prawowitej żony, dlatego zaprasza się niezamężne panny z całego kraju. Gorąco zachęcam do udziału w przyjęciu i oczekuję przybycia pięknych panien. - Po tych słowach, posłaniec ucałował dłonie macochy i odszedł w kierunku karocy. Po jego odejściu Angelika nie kryła swojego szczęścia i razem z córkami poczęła tańczyć po całym salonie.
- Z pewnością wybierze, którąś z was! - Ekscytowała się, czemu wtórowały dwie pozostałe.
- Nie mam wątpliwości, że to będę ja! - Zatrzebiotała Jade.
- Chyba śnisz! - Obrzuciła nadąsana Esmeralda. I tak wybuchła wojna między siostrami.
- Dziewczynki, spokojnie! - Wkroczyła gospodyni. - Będziecie tam najpiękniejsze! Obie! Żaden nie oprze się waszym wdziękom! - Słodziła. Angieluszek natomiast stała podparta o ścianę i uważnie przysłuchiwała się monologowi macochy o wspaniałościach i przepychu zamku. Jakże to byłoby pięknie móc choć przez chwilę zmienić się w księżniczkę i wirować po błyszczącym parkiecie! - Marzyła.
- A czy ja.. Czy ja też mogę iść? - Nieśmiało szepnęła, wiedziona wizją wspaniałego wieczoru. Jak na zawołanie trzy pary oczu obróciły się w stronę dziewczyny, a tuż potem rozległ się parszywy chichot.
- Ty? Na bal do księcia?! - Wyśmiewała Esmeralda. - Przecież nawet przyzwoitej sukienki nie masz! Brudna, śmierdząca! Lepiej przyszykuj stroje nam!
- Garnkotłuku, wracaj do roboty! - Drwiła Jade.
- Dość, księżniczki. - Odparła stanowczo Angelika. - Nie widzicie, jak jest przykro naszemu Angieluszkowi? - Udawała przejętą, a siostry momentalnie umilkły. - Oczywiście, że możesz z nami iść, kochanie! - Jade i Esmeralda zdziwione, wlepiły wzrok w matkę. Słowa głowy rodziny szybko znalazły sprostowanie. - Dołączysz do nas, jak tylko wyszorujesz schody, wypierzesz wszystkie zasłony, wyplewisz ogródek i umyjesz wszystkie okna. - Mruknęła z wyraźną satysfakcją, a jej córki dołożyły złośliwym śmiechem. - Do roboty! - Zawołała, triumfalnie, odchodząc z córkami w celu wyboru najlepszych kreacji na wieczór. Angieluszek została sama. Do jej oczu napłynęły łzy, które wolno spłynęły po różowych policzkach, gdy domowniczki zniknęły z pola widzenia. Pierwszy raz czuła się tak upokorzona i poniżona. Pierwszy raz w życiu, mimo wielu powodów płakała prze macochę i przyrodnie siostry. Chyba nie ma nic gorszego od braku akceptacji przez rodzinę. Przecież mimo wszystkich nieprzyjemności coś ich łączyło. Nieodparta więź..
Dziewczyna westchnęła głucho i przetarła zapłakaną twarz dłońmi. Cóż mogła zrobić? Widocznie taki miał być los, nie mogła sprzeciwić się matce. To dzięki niej miała, co jeść, gdzie mieszkać.. Koniec końców dużo jej zawdzięczała.. Serce i stan bycia nie pozwalały na najmniejszy wybuch, jednak w duchu tak to bolało..
Nawet nucenie piosenek razem z zaprzyjaźnionymi zwierzętami nie pomagało. Myślami Angieluszek była w pięknym pałacu, pełnym przepychu i gwaru. Jej siostry zapewne teraz świetnie się bawią pośród gości.. Może nawet widziały księcia Germana..
Dziewczynę zawsze ciekawiło jaki jest następca tronu, dotychczas znała go tylko z opowiadań. Czy jest wysoki? A może niski? Umięśniony? Garbaty? Blondyn? Szatyn? Czy jego oczy błyszczą kryształami, czy może przypominają dwa węgielki? A jaki jest z charakteru? Czy rzeczywiście dorównuje plotkom o sprawiedliwości i odwadze, czy może po prostu to rozpieszczony burak? Tego nie dane było dowiedzieć się naszej bohaterce..
Wtem przestrzeń rozbłysła, zamieniła się tysiącami diamencików, zawirowała.. Kujący blask oślepił źrenice dziewczyny, przywołując uczucie lęku i strachu. Dobiegła ją panika. Czy to sen, czy jawa? Może Morfeusz płata jej figle, pokazując niezapomniane sceny, niczym przy powiewającym grozą seansie? A może to namacalna rzeczywistość..?
Gdy po pewnym czasie światło zniwelowało swą ostrość, a rozkołysany obraz, chwiejnie powracał do normalności, przed klęczącą dziewczyną uwidocznił się zarys niewielkiej postaci. Nasza bohaterka z drżeniem serca przetarła oczy, choć bała się tego, co może ujrzeć. Ku jej zdziwieniu przed swoim obliczem znajdowała się młoda, drobna dziewczyna o pięknych, kasztanowych włosach i oczach. Uwagę kobiety od razu przykuła jej długa, różowa suknia i cukierkowe skrzydła, wyrastające z pleców. W ręku trzymała gwieździstą różdżkę. Wciąż biło od niej baskiem, lecz już nie tak potężnym. Mimo to dziewczyna się zlękła.
- Nie bój się, Angieluszku. - Powiedziała słodkim głosem, uśmiechając się do niej życzliwie. - Jestem Violett,  twoja wróżka.
Słowa dziewczyny wciąż nie trafiały do oszołomionej służki. W głowie dudniało jej echo, a serce wciąż wyrywało się do przodu.
-" Zwariowałam. " - Jęknęła w myślach, próbując podnieść się z szorowanej podłogi.
- Nie, wcale nie zwariowałaś. - Zachichotał gość. - Ja jestem prawdziwa. Tak, jak ty jesteś prawdziwa, ten dom jest prawdziwy. I on też. - Wskazała na wychylającego się z kieszeni fartuszka Thomasa. - Chociaż, jakby nie patrzeć, to wszystko jest naszym wyobrażeniem, życie bajką, a magia nad nami panuje.. - Roześmiała się zupełnie z niczego. - No dobrze, bo zapomnę po co tu jestem i nie wypłacą mi premii. - Westchnęła, mrugając przyjaźnie. - Więc czego sobie życzysz?
Angieluszek popatrzyła na wróżkę ze zdziwieniem. Czego ona mogła pragnąć? Jej jedynym, prawdziwym marzeniem było spotkanie z rodzicami, których przedwcześnie utraciła. Poza tym mimo uprzykrzeń ze strony przybranych sióstr i macochy była szczęśliwa, niczego jej nie brakowało.
- Ale ja nic więcej nie potrzebuję.. - Szepnęła po dobrym kwadransie milczenia. Violett tylko ponownie zachichotała.
- Słoneczko, mnie nie oszukasz! Jestem twoją wróżką, więc i częścią ciebie, twoją podświadomością. Czy czasem nie jest tak, że teraz snujesz scenariusze wspaniałego, królewskiego balu? I na Boga, wstań z tej podłogi! - Wzdrygnęła się z uśmiechem, widząc zmieszanie na twarzy rozmówczyni. - Dobrze, nie musisz nic mówić, zaraz coś poradzimy.. - Przechadzała się po pokoju. Angieluszek z niedowierzaniem obserwowała marsze, pogrążonej w myślach wróżki. To, co się tu działo, było dla niej czymś wprost wyrwanym z najśmielszej legendy. Nagle Violett przystanęła, dumnie unosząc palec w górę. - Już wiem! - Zawołała, radośnie, obracając się ku służce. Przygryzając wargę, zmarszczyła czoło, po czym machnęła różdżką. Jak na zawołanie, wokół Angieluszka pojawił się złocisty pył, wirujący wokół jej talii. Drobinki przyległy do ciała dziewczyny, wybuchając rażącym światłem. Wtem błysk przerodził się w krwisty odcień o kształcie sukienki, sięgającej wpół uda. - Ee, niee.. - Wróżka pokręciła głową, ponownie używając swojej magicznej mocy. I znowu kreacja dziewczyny przybrała inną postać; tym razem dokładnie zakrywała kostki, szczycąc się jaskrawym kolorem. Kreacja dziewczyny jeszcze kilkakrotnie ulegała zmianie, aż w końcu na twarzy wróżki pojawił się triumfalny uśmiech.
- Cudownie! Ale nie, jeszcze nie patrz! - Skarciła dziewczynę, która wychylała się w stronę lustra. - Teraz jakieś szpile i fajny fryz..- Machnęła różdżką, a na bosych stopach Angieluszka pojawiła się para pantofelków. W ułamku sekundy również włosy bohaterki zmieniły ułożenie. Teraz buchały we wszystkie strony milionami drobnych warkoczyków. - Ups. - Zachichotała, jeszcze kilkakrotnie używając magii. W końcu Angieluszek stanęła przed Violett w liliowej wieczorowej sukni, pełnym makijażu i strojnej fryzurze; dziś nietypowo jej włosy upięte były w wysokiego koka. Każdy detal sprawiał, że dziewczyna czuła się bardziej niezwykle. Nigdy nie wyglądała tak pięknie, tak bajecznie.. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażała sobie czegoś takiego.
- Jestem..Jestem..
- Jesteś laska. - Dokończyła za nią zadowolona wróżka. - Ale powoli, teraz jakiś transport.. - Rozglądnęła się dookoła. Jej wzrok zatrzymał się na rosnących w ogrodzie dyni. - Idealnie! - Zapiszczała, pstrykając palcami. Jej ruch sprawił, że obie kobiety przeniosły się przed dom. Tam też roślina na zawołanie wróżki zadrżała, i stopniowo rosnąc- przeistoczyła się w królewską karetę. - Dobra.. - Mruknęła Violett, z szyderczym uśmiechem, patrząc na Thomasa i Diego. Myszki siedziały przy nodze swojej przyjaciółki, uważnie obserwując całe zajście. Im, jak i dziewczynie nie spodobało się jednoznaczne spojrzenie wróżki. I nagle bum! Dwa niewinne zwierzątka zmieniły się w dorosłych mężczyzn, dwójkę lokai. Angieluszek wytrzeszczyła oczy, lekko zaniepokojona widokiem. - I jeszcze.. - Jak na zawołanie para siedzących na rynnie gołębi przeistoczyła się w białe rumaki. Zaprzęg był gotowy. - Wuala! Teraz jesteś gotowa na tańce. - Zadźwięczała Violett. - No nie patrz tak na mnie. I zamknij buzie, bo ci mucha wpadnie. - Chichotała. - Dobra, koniec gadania, bo mi pojadą po pensji. Także, co ja to miałam...? A tak! Bla, bla, bla.. Musisz wrócić przed północą, bo.. coś tam.. W każdym razie musisz. Jeśli nie, to.. z resztą sama zobaczysz. - Mruknęła. - Dobrej zabawy, połamania nóg i no, ten.. Geremka! Ciao! - Rzuciła, po czym w dokładnym  słowa znaczeniu - zniknęła.
Angieluszkowi nie pozostało nic innego, jak skorzystać z nadarzonej okazji. Targana sprzecznymi emocjami wsiadła do karety, która wraz z jej obecnością ruszyła z miejsca. Zaczarowany pojazd pędził przez łąki, pola , lasy, aż do potężnego zamku. Oświetlony budynek był widoczny już z oddal. Kolorowe światła stanowiły wyjątkową ozdobę z okazji niezwykłego wydarzenia. Zapierającym dech w piersiach widokiem okazała się być również zjawiskowa sala balowa. Tysiące, miliony kwiatów rozsiane były dosłownie wszędzie. Połyskująca zastawa, skrupulatna orkiestra i zwisające z sufitu serpentyny.. Wszystko było takie magiczne, nierealne. Dokładnie, jak ten wieczór, w którym to dostała szansę od losu, miała poczuć się, jak księżniczka.
Brakowało tylko jednego detalu. Wśród wspaniałego przepychu nasz Angieluszek była zupełnie sama i chociaż pośród tłumu kilkakrotnie wyłoniły się twarze jej sióstr i macochy, ta uciekła w drugi kąt sali z obawy, że krewne mogą ją rozpoznać.
Muzyka grała, a szczęśliwe pary wirowały w jej rytm, ciesząc się z mile spędzanego wieczoru. Tylko ona stała pod ścianą obserwując przybyłych gości. Mimo początkowego, korzystnego obrotu spraw i cudownie zapowiadającej się zabawy, zwyczajnie się nudziła.
- Dlaczego tak piękna dama stoi sama? - Nieoczekiwane orzeźwienie przyniósł męski głos. Tuż przy dziewczynie stał wystrojony brunet o ciemnej czuprynie i zniewalająco czekoladowych oczach. Patrząc życzliwym wzrokiem, uśmiechał się promiennie.
- Przepraszam, czy mówisz do mnie? - Nasza bohaterka zdziwiona rozejrzała się dookoła. Brunet przytaknął, nie odrywając od niej wzroku.
- A więc, czemu taka piękna kobieta siedzi sama? (Jesteś zajęta?)
- Do tej pory wolałam siedzieć sama. (Nie jestem zajęta.)
- Czyżbyś nie lubiła męskiego towarzystwa? (Dlaczego nie jesteś zajęta?)
- Lubię, ale nie każdego. (Popatrz na gości.)
- (Faktycznie.) Przepięknie wyglądasz, gdy niebiańskie Twe spojrzenie kontrastuje z zalotnym uśmiechem. (Podobasz mi się.)
- Dziękuję za komplement. (Ty mi też.)
- Widzę, że masz czym oddychać. (Cóż za kształty!)
- A ty czym dotykać.. (Precz z łapami!)
- Więc, jak ci na imię, pani? - Palnął brunet, ponownie przywołując dziewczynę do rzeczywistości.
- Ee, ja.. - Jęknęła, lecz szybko przybrała postawę pewnej siebie kobiety. - Mówią na mnie Angieluszek, lecz to chyba nie właściwie zdradzać swą tożsamość nieznajomemu, prawda? - Uniosła brew, a na twarzy rozmówcy pojawił się szelmowski uśmiech. Wyglądał na typowego flirciarza.
- Ach, mój błąd! Zwą mnie German. - Ucałował wierzch jej dłoni. - Widzisz, już nie jestem nieznajomy. - Ponownie uraczył ją uwodzicielskim uśmiechem, potwierdzając miano kobieciarza. - A więc Angieluszku, czy zechciałaby pani ze mną zatańczyć? Miałbym okazję zaprezentować swoje wdzięki. - Zaśmiał się, obserwując niepewny wyraz twarzy dziewczyny. Ta jednak ku jego wielkiej radości, ochoczo przystanęła na propozycję.
German, ująwszy jej delikatną dłoń, zaprowadził na sam środek sali. Przez chwilę naszą bohaterkę ogarnął łapczywy strach, który został zniwelowany do zerowego poziomu, gdy znalazła się w uścisku mężczyzny. Jego silne, umięśnione ramiona w niezrozumiały sposób uczyniły ją niezwykle szczęśliwą osobą, dając poczucie nieznanego dotychczas bezpieczeństwa i spokoju. Byli blisko. Jedna dłoń Germana spoczywała na damskiej talii, zaś druga ściskała jej dłoń, układając krokiem do tradycyjnego, ludowego tańca. Ciepło bijące od ich ciał, mieszało się i gwałtownie uderzało do głów, mieszając w nich i plątało wszystkie myśli.
Bez pamięci zapatrzeni w swoje oczy wirowali po parkiecie, nie zważając na nikogo, ani nic. W tamtych chwilach byli dwójką najszczęśliwszych ludzi na świecie. Ich serca waliły, jak oszalałe z każdym krokiem, z każdy otarciem się ciała, o ciało, z każdym spojrzeniem, uśmiechem, szeptem..
Sami nie wiedzieli ile czasu spędzili w swoich objęciach. Towarzystwo braterskiej duszy, kawałek parkietu i muzyka było najwspanialszą ambrozją, najsłodszym nektarem..
Wskazówki nieubłagalnie sunęły w przód, sekundy mijały.. Czas poza ich światem wcale nie stanął, a już po chwili rozbrzmiało bicie zegara, ogłaszające, że nadeszła północ. Mimo wspaniałych uczuć, rządzących sercem i umysłem Angieluszka, pamiętała ona o słowach wróżki. "Musisz wrócić przed północą.." - mówiła. Dziewczyna, aczkolwiek niechętnie wyrwała się z objęć towarzysza. Tak bardzo nie chciała tego robić, opuszczać go, znikać, lecz nieznane konsekwencje budziły lęk i obawy.
- Muszę iść. - Szepnęła, przygryzając dolną wargę. - Przepraszam.. - Tym razem szepnęła znacznie ciszej, zrywając się do biegu.
- Angieluszku! - Za plecami słyszała głos Germana, co nie kolidowało z nieustaniem w biegu. Jak najszybciej przeciskała się między tłumem, zmierzając do drzwi. Z każdym krokiem czuła zachodzące zmiany. Części jej garderoby powoli zaczęły znikać, zwalniając miejsca starym łachmanom, a wspaniała biżuteria po prostu wyparowywała. Nagle pędząc po schodach ze skostniałej nogi dziewczyny osunął się kryształowy pantofelek, i zatrzymał na jednym ze stopni. Nie zważając na to Angieluszek biegła dalej, a już po chwili jej zaczarowana kareta pędziła w stronę wioski. Jedynie przez okno mogła obserwować zanikający obraz rozświetlonego pałacu,a w myślach odtwarzać wspaniały wieczór z Germanem. A może to nie jest właściwe? Życie przeszłością, czymś co nie ma prawa więcej zaistnieć.. Przecież to już nigdy się nie powtórzy, już nigdy nie spotka tego mężczyzny, nigdy nie zawiruje na królewskim parkiecie, nigdy nie poczuje się, jak księżniczka..


Stukot damskich obcasów zbudził ją ze snu. Za oknem świtało. To macocha i jej córki powróciły z balu i teraz dobijają się do drzwi. Angieluszek niepewnie uniosła głowę znad stołu, gdzie dotąd spoczywała.
Jej ubrania już całkowicie zmieniły swój stan, powracając do swoich dawnych postaci. Znów była tylko służącą..
- Angieluchu, przygotowałaś nam łóżka?!
- Jesteśmy zmęczone! - Dolatywało z przedsionka. Parę chwil i głosy domowniczek umilkły. Zapewne zmęczone imprezowiczki położyły się spać. Dom ponownie zamarł, a wraz z nim nasza bohaterka..

Mijały dni, zdawać by się mogło, że wszystko wróciło do normy. Z perspektywy Jade, Esmeraldy i ich matki , jak najbardziej nic nie uległo zmianie. Tak, jak zawsze dokuczały młodszej siostrze, tak jak zawsze godzinami wylegiwały się na kanapie lub dumnie przechadzały po ogrodzie. Tylko Angieluszek wciąż rozpamiętywała wydarzenia sprzed kilku dni. Mimo, iż wszystko ucichło ona nadal odtwarzała w pamięci tamten wieczór, zawirowania, dotyk w prawdzie nieznanego mężczyzny..

Wtem rozległ się głuchy trzask kołatki. Nasza bohaterka niechętnie odstawiła garnek z obieranymi jabłkami i pospieszyła otworzyć drzwi. Kim był niespodziewany gość? Jego oblicze było dobrze znane Angieluszkowi.
- Witam, ukłony. Jestem tu z polecenia księcia Germana. Zlecił mi przymierzenie każdej pannie tego oto pantofelka. - Posłaniec uniósł wieczko niewielkiej skrzyni, gdzie na aksamitnej poduszce spoczywał kryształowy bucik. Serce dziewczyny zabiło mocniej. A więc książe o niej nie zapomniał, co więcej.. szuka jej. - Czy mogę wejść? - Orzeźwił jej głos Ramallo.
- Tak, ee.. Oczywiście, zapraszam. Zaraz pójdę po siostry i matkę. - Powiedziała, biegnąc po schodach. W ułamku sekundy na dole znajdowały się już wszystkie domowniczki.
- Dzień dobry, panie. Proszę: oto moje córki, które uczestniczyły w balu. Pantofelek jest na pewno którejś z nich.
Posłaniec zmierzył podejrzliwym wzrokiem kłócące się za plecami matki siotry, lecz nie oponując, polecił aby usiadły na sofie i odsłoniły część prawej nogi. Pierwsza wyrwała się Jade
- Zostanę żoną księcia, zostanę żoną księcia! - Podśpiewywała, gdy Ramallo wkładał na jej stopę kryształowy pantofelek. Ku jej niezadowoleniu bucik wraz z osunięciem ręki mężczyzny, spadł na ziemię. Był po prostu za duży. - Ale to mój! Na pewno! - Chlipała.
- Spadaj, teraz moje pięć minut. Ja jestem idealną kandydatką dla Germana. - Prychnęła Esmeralda, sadowiąc się na sofie. Tym razem pantofelek był za mały i mimo uporczywych prób wciskania go na niewymiarową stopę starszej córki Angeliki - wszystko wskazywało na to, że w tym domu nie ma jego prawowitej właścicielki. Tak przynajmniej wydawało się Ramallo.
- Czy mieszka tutaj jeszcze jakaś panna? - Zapytał gotowy do wyjścia. Cała trójka zgodnie milczała. Posłaniec mimo ich zapewnień jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając wychylającą się zza drzwi Angieluszka. - A kim jest ta pani? - Wskazał na zauważoną postać.
- O nie, to tylko służąca! - Machnęła ręką gospodyni. - I w dodatku nawet nie była na balu. Nie warto tracić na nią czas.
Ignorując sprzeciwy Angeliki i jej córek, Ramallo poprosił o podejście Angieluszka. Dziewczyna posłusznie usiadła na skraju kanapy i nieśmiało wyciągnęła bosą stopę w jego kierunku. Wraz z ubraniem jej w kryształowy pantofelek, zmieniła się i reszta garderoby naszej bohaterki. Pojawiła się liliowa suknia, biżuteria, a włosy same ułożyły się we wspaniałą fryzurę.
- No i bam. - Zachichotała niespodziewanie pojawiąca się Violett.
- To ona.. - Wysapał podeksyctowany Ramallo. - To ona! Pantofelek idealnie pasuje! - Wołał, uradowany. Dziewczyna spojrzała na wściekłe siostry i poczerwieniałą macochę. W jej głowie kotłowało się tysiące przeróżnych myśli; miała jechać do zamku, czy zostać z rodziną? Kochała ich na swój sposób..  - Jedziemy! Niezwłocznie! Jedziemy! Do księcia! - Wykrzykiwał.
Szybka decyzja. Serce Angieluszka wprost wyrywało się do przodu. Po chwili wahania uległa namowom posłańca i wsiadła do wspaniałej, królewskiej karety. Powóz pędził, jak szalony, zacięcie pokonując wszelkie przeszkody. Mijały kilometry, a wraz z nimi zmniejszała się odległość między zakochanymi.
Jaka była radość ksiącia, gdy ujrzał swoją ukochaną w zamkowym progu. Ich serca zabiły mocniej, myśli rozmnożyły się, a niewidzialna nić, która ich wiązała, zaczęła się zacieśniać, gdy tonęli w swoich oczach, dzieląc się ciepłem swoich ciał. Silne ramiona Germana obejmowały plecy Angieluszka, starając się pokazać dziewczynie, że teraz wszystko się zmieni, że to nowy początek, ich nowa przyszłość. Wszystkie uczucia, które chcieli sobie przekazać zostały zawarte w jednym, konkretnym pocałunku. Każde muśnięcie wprawiało ich w niebywałą euforię, szczęście, którego jeszcze nigdy w takim stopniu nie odczuwali. Teraz tworzyli jedność, tworząc nową historię..

Wzięli ślub, czy nie wzięli, oto jest pytanie?!
Lecz ja chętnie odpowiem Wam na nie.
Tak, German stanie przy swej żonie,
I odwrotnie do Romea- wcale nie po zgonie.
I choć wspaniały Andersen w grobie się przewraca,
Oni się cieszą, a jutro będą leczyć kaca.
Za chwilę rozpocznie się bal ślubny,
A ja zakończę mój monolog nudny.

Życie Angieluszka, choć żmudne było, to wszystko dobrze się skończyło.. 



The End

_________________________
Teksty zapisane kursywą zostały zaczerpnięte ze scenariusza "Być jak Romcio i Julcia", a następnie poddane przeze mnie modyfikacji.
Tak oto prezentuję jednorazówkę o Angieluszku. :D
Nie wiem skąd narodził się taki pomysł, ale postanowiłam zebrać się i coś takiego napisać.
Jeśli chodzi o rozdział to pojawi się już wkrótce, zważywszy na rozpoczęcie przez moje województwo ferii.

Pozdrawiam,
Wiktoria