czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział 86

Dwa kolejne dni spędziłam w szpitalu przy łóżku Javiera. Raz ja, raz German - na zmianę czuwaliśmy przy chłopcu, nie dając mu odczuć nasilającego się niebezpieczeństwa. Stan jego zdrowia był dość niepewny, lecz w miarę stabilny, jednak lekarze cały czas powtarzali o możliwym pogorszeniu. Starałam się być dobrej myśli, choć momentami wydawało się to być nierealne. Na szczęście każde kolejne badanie napawało nas optymizmem, a sam Javier czuł się coraz lepiej. Przede wszystkim nie był już taki blady i miał więcej siły, dzięki czemu swobodnie żartował razem z inżynierem. Cudownie było patrzeć, jak z dumą walczy i nie poddaje się. Wraz z wyraźną poprawą u małego zaobserwowałam znaczny przyrost dobrego humoru u Germana. Mężczyzna wypogodniał, a przenikliwa zmarszczka na jego czole zniknęła.
- Kochanie.. - Do moich uszu doleciał dojrzały, wyrazisty głos ukochanego.
Był wieczór. Po raz pierwszy odkąd willę opuścił chłopiec, mieliśmy chwilę czasu dla siebie. Stres, nerwy obojga nas wykańczały. Jednak było coś, co dawało mi do myślenia. W obliczu zagrożenia życia dziecka zupełnie się ode mnie odizolował, milczał. Jego objęcia zazwyczaj pełne ciepła i rozkoszy, owiewały chłodem, wywołując sprzeczne emocje. Zamykał się dla mnie i dla świata..
Z zamyślenia wyrwał mnie dotyk ust Germana na moich. Wargi mężczyzny zroszone były czerwonym winem. Taki też smak miał pocałunek. Płynnym ruchem, delikatnie ułożył moje plecy na łóżku, zaś sam podpierając się ręką, dominował ku górze. Grzbietem dłoni suną wzdłuż mojej talli, pozostawiając na skórze chropowaty ślad ciarek. Czułam jego ciepły oddech w okolicach obojczyka i ciepło, którym rozkoszowało się moje ciało. Tym razem palce inżyniera błądziły między moimi lokami, a już po chwili łaskotały okolice łopatek, następnie żeber. Zaśmiałam się z aprobatą, napinając uda, które z kolei zacieśniły się na mężczyzny. Nagle oboje wybuchliśmy gromkim śmiechem, patrząc sobie w oczy. Zmierzwiłam ciemną czuprynę ukochanego, opuszkami palców dążąc do jego policzka i brody. Uwielbiałam te dwa, małe dołeczki w kącikach jego ust. Po pewnym czasie znudziło mi się udawanie koali i płynnym ruchem, zsunęłam się z Germana, układając obok.
- Jutro Sylwester.. - Olśniło mnie. Przez ostatnie wydarzenia ten fakt zupełnie mi umknął. Inżynier odpowiedział uwodzicielskim pomrukiem.
- Może powinniśmy się.. no nie wiem..rozerwać? - Rzucił po chwili ciszy, co lekko mnie zdziwiło.
- Sądziłam, że z uwagi na Javiera nie chcesz, jakoś specjalnie obchodzić Nowego Roku. .
- Nie mówię o jakiś hucznych dyskotekach, raczej mam na myśli kameralne wyjście. - Wzruszył ramionami.- W końcu kończymy, jakiś etap. Małemu się polepsza, to chyba też jakiś powód do radości, prawda? - Głaskał mnie po włosach, wyczuwając potwierdzające kiwnięcie. Jakby nie patrząc miał rację. Każdemu należy się odpoczynek i zapomnienie od kłopotów.
Mężczyzna bawił się kosmykami moich loków, łaskocząc nimi swoje usta. Pod wpływem jego dotyku i słodkiego półszeptu tuż przy uchu, odpłynęłam..


                                                                           ***



-Tato, proszę! Tak bardzo! Obiecuję, że będę na siebie uważać, trzymać telefon cały czas przy sobie i wróce zaraz po północy! 
Od samego rana między Violettą, a Germanem trwały gorące negocjacje na temat wyjścia dziewczyny do Camili na zabawę sylwestrową. Jak to nadopiekuńczy pan domu, oczywiście przystawał przy stanowczym nie. Nastolatka jednak nie odpuszczała.
- .. to przecież jedyny dzień w roku, kiedy wyjdę na wieczorną imprezę. Wszyscy moi przyjaciele tam będą! - Błagała, prześladując chodem ojca, krążącego w kółko po salonie. - Mam siedemnaście lat, umiem o siebie zadbać. - Przekonywała. - Zgódź się.. Ten jeden raz..
Mężczyzna popatrzył na mnie ze zmarszczonym czołem. W odpowiedzi uśmiechnęłam się do niego promiennie, wzruszając ramionami.
- Chce znać dokładną listę gości, plan zajęć i numery do tej.. no Camili i Francesci.. - Burknął, chcąc dalej wyliczać warunki, jednak przerwał mu radosny okrzyk córki.
- Dzięki, dzięki, dzięki! - Rzuciła mu się na szyję. German, choć nie wyglądał na szczęśliwego, wymusił słaby uśmiech. Krzyżując ręce na piersiach, spojrzał na mnie i głośno westchnął.
- Co ty ze mną robisz, kobieto.. - Mruknął pod nosem.
- Ja? - Udałam oburzoną, lecz zdradził mnie stłamszony chichot.
- Źle na mnie wpływasz. - Cmoknął ustami. Nastała chwila ciszy. Ja udawałam, że meble w salonie są niezwykle interesujące, a German natomiast wpatrywał się we mnie z łobuzerską miną. - To o której będziesz gotowa? - Palną w pewnym momencie.
- Gotowa? Gotowa na co? - Rozbawiona, uniosłam brew.
- Na kolację.. - Odparł bez większego przejęcia, szelmowsko się wyszczerzając.
- Nie wiem.
- Nie?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie. - Zadźwięczałam, po czym dumnie ruszyłam ku schodom, jednak drogę zagrodziło mi dobrze zbudowane, męskie ciało.
- A pani gdzie? - Przekrzywił głowę.
- A do pokoju. - Ominęłam go, muskając silne ramię inżyniera. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Już kilkanaście sekund potem siedziałam w fotelu, zagłębiając się w lekturze przypadkowo znalezionej książki. Fabuła była dość wciągająca, gdzie temat odnosił się do życia rosyjskiej piosenkarki w czasach wojny. Oksana- która opowiadała o nieszczęśliwej rozłące z ukochanym przybliżała historię w tych ciężkich latach, z dala od rodziny, przyjaciół i kraju. Niby biografie nie były moim ulubionym gatunkiem, lecz ta książka wyjątkowo mnie poruszyła. Bohaterka przelała całe swoje cierpienie, smutek i żal, rozpamiętując lata wstecz, kiedy to zmuszona przez agencje musiała opuścić ojczyznę, porzucając bliskich. Wkrótce po wyjeździe odkryła, że spodziewa się dziecka, niestety kontakt z ojcem był niezwykle utrudniony. Nawet długo po narodzinach Felicii- córki artystki żył w błogiej nieświadomości. Dalej akcja toczyła się wokół śmierci dziewczynki, choroby Oksany i odnalezienia kochanków, gdy byli już w podeszłym wieku. Zaczytana i poruszona historią piosenkarki, nie zauważyłam, że całą moja twarz pokrywają słone łzy, a bose stopy wprost skostniały od zimnej podłogi. Zerknęłam na wyświetlacz komórki i przecierając grzbietem dłoni oczy, podążyłam na dół, aby zaparzyć sobie herbaty na rozgrzanie zmarzniętego ciała.
Już od salonu przywitała mnie cisza, zmieszana ze stłumionymi szeptami, dobiegającymi z kuchni. Ostrożnie podeszłam do drzwi, gwałtownie je otwierając. W pomieszczeniu znajdowała się Olga, Violetta i German. Zauważając mnie, zamilkli, a gosposia wraz z nastolatką- wyszły. O kuchenny blat natomiast cały czas opierał się inżynier, z zagadkowym uśmiechem wpatrując się w moją osobę.
- Mam coś na twarzy? Zagestykulowałam. Mężczyzna wciąż milczał, aż w końcu ostrożnie, stawiając nogę za nogę, przybliżył się. Delikatnie ujął moją dłoń, po czym całując jej grzbiet, ukląkł na kolano.
- Angeles Saramego, czy..

_______________________
Tak, tak, kończę w takim momencie. :P
Violka idzie imprezować, hmm.. :D
"Nie? Nie. Dlaczego? Bo nie." - z serii Angie może, Angie potrafi.
Czy Germi się oświadczy? :O
Cieszcie się nimi, cieszcie.. Póki możecie. 

Do przeczytania w 87 rozdziale!
Wiktoria

PS. Jeśli macie ochotę to zapraszam tutaj: Wyblakłe Kartki z Pamiętnika


niedziela, 19 stycznia 2014

Jednorazówka: Angieluszek

Za górami, za lasami, czterema rzekami i czterema jeziorami znajdowało się przepiękne królestwo. Rządziła nim para doskonałych władców, a pomagał im ich jedyny syn.
W drugiej części wspaniałego krainy żyła zaś pewna rodzina. Jeśli takowych ludzi można tak określić. Jednorodzinny dom zamieszkiwały dwie siostry wraz ze swoją matką i dziewczyną, która rzekomo była ich służącą. W rzeczywistości piękna, młoda kobieta była córką zmarłego męża gospodyni. Niestety tuż po śmierci ojca, zła macocha zmieniła życie pasierbicy w koszmar. Angieluszek, bo tak ją nazywały skazana była na wszystkie prace domowe, od których leniwe siostry umywały swe delikatne dłonie. Sama gospodyni uważała swoje potomkinie, jak i samą siebie za niegodne ręcznych robót. Wszystko maniakalnie zrzucane było na biednego Angieluszka. Dziewczyna za każdym razem ulegała rozkazom krewnych, jej serce przepełnione miłością nie znało asertywnych odmów. Z biegiem czasu czyszczenie kominka, mycie podłóg, okien, cerowanie ubrań stało się dla niej nieodzowną codziennością. Wręcz to polubiła.
- " Veo, veo que ves?
Todo depende de que quieras ver..
Piensalo bien, antes de acturar.
Si ten amoras te puedes lastimat! "
Każdy nowy dzień Angieluszek witała z piosenką na ustach. Mimo wczesnej pory, kiedy to musiała się zrywać do pracy, uśmiech nie znikał z jej twarzy, a radość rozkwitała pod wpływem kojących promieni słonecznych. W powietrzu unosiła się słodka woń zroszonej trawy, a gdzieniegdzie w oddali, słychać było pomruk świerszczy.
- Pablo, Beto! - Na ramieniu dziewczyny przysiadły dwa zaprzyjaźnione gołębie. - No proszę i jest też Diego i Tomas! - Ucieszyła się na widok nadbiegających myszek.
Dziewczyna zarzuciła na siebie niechlujne ubrania, po czym zabrała się za przygotowywanie śniadania dla domowników, którzy jeszcze pochrapywali w swoich sypialniach. Tylko ona jedna krzątała się po kuchni, pichcąc smakowite potrawy. Wbrew pozorom było to prawdziwe wyzwanie, albowiem siostry miały dość wybredny gust, podobnie jak ich matka. Nie do rzadkości należało, że najmłodsza z kobiet musiała zbierać pozostałości po śniadaniu z podłogi, czy ścian.
Ostrożnie, uważając, aby nie wywołać jakiegoś płochliwego hałasu, Angieluszek przygotowała zastawę, a następnie udała się na górę, do pokoi sióstr. Z niezwykłą troską powitała najpierw Esmeraldę, później Jade, a na końcu ich matkę-  Angelikę. Oczywiście zanim wszystkie trzy zjawiły się w jadalni, padło tysiące różnych komentarzy i bluźnierstw. "Ach, jak się nie wyspałam!", "Angieluchu, wieczorem źle ułożyłaś poduszki, boli mnie kark! Po śniadaniu zrobisz mi masaż!", "Co ty, szacunku do nas nie masz?! Budzić, jak psy, traktować jak bydło.." Po latach zmagań z kobietami, nasza bohaterka trafne nauczyła się ignorować wszystkie kąśliwe uwagi pod jej adresem. Pokornie, ze spuszczoną głową wysłuchiwała wszystkiego, aby później w milczeniu niwelować ból zadany przez rodzinę.
- Co to za habździe?! - Pisnęła Jade na widok flakonu ze stokrotkami, urozmaicającego stół. - Natychmiast zabierz to zielsko! - Rozkazała.
I tym razem Angieluszek bez słowa wykonała polecenie starszej siostry. Wiedziała, że kłótnie nie są niczym dobrym, a jej słowo niepotrzebnie może zaognić konflikt. Przecież na świecie jest tyle zła.. Ona swoją dobrocią chciała jedynie je zwalczać, nie prowokować..
Nagle w całym domu rozległ się świszcząc dzwonek do drzwi, który momentalnie otrzeźwił służącą. Przestraszona, upuściła trzymany flakonik, a delikatna porcelana roztrzaskała się o parter.
- No i co żeś narobiła?! - Warknęła oburzona gospodyni. - Zobacz, czego kto chce, a potem to posprzątaj, bo jeszcze mi się moje księżniczki pokaleczą przez ciebie!
Angieluszek posłusznie pobiegła na ganek, zerkając przez dziuplę. Przed willą rodziny Cararra zaparkowała wspaniała kareta, a gościem przybyłym z wizytą był najwierniejszy przyjaciel i sługa głowy kraju - Ramallinio.
- Dzień dobry. - Zadźwięczała dziewczyna, ukradkiem poprawiając fartuszek. - W czym mogę pomóc, panie?
Na dźwięk rozmowy, w mgnieniu oka na tarasie pojawiły się dwie siostry wraz ze swoją matką.
- Witam. W imieniu rodziny i syna królewskiego pragnę przekazać zaproszenie na wieczorny bal. Książę German poszukuje prawowitej żony, dlatego zaprasza się niezamężne panny z całego kraju. Gorąco zachęcam do udziału w przyjęciu i oczekuję przybycia pięknych panien. - Po tych słowach, posłaniec ucałował dłonie macochy i odszedł w kierunku karocy. Po jego odejściu Angelika nie kryła swojego szczęścia i razem z córkami poczęła tańczyć po całym salonie.
- Z pewnością wybierze, którąś z was! - Ekscytowała się, czemu wtórowały dwie pozostałe.
- Nie mam wątpliwości, że to będę ja! - Zatrzebiotała Jade.
- Chyba śnisz! - Obrzuciła nadąsana Esmeralda. I tak wybuchła wojna między siostrami.
- Dziewczynki, spokojnie! - Wkroczyła gospodyni. - Będziecie tam najpiękniejsze! Obie! Żaden nie oprze się waszym wdziękom! - Słodziła. Angieluszek natomiast stała podparta o ścianę i uważnie przysłuchiwała się monologowi macochy o wspaniałościach i przepychu zamku. Jakże to byłoby pięknie móc choć przez chwilę zmienić się w księżniczkę i wirować po błyszczącym parkiecie! - Marzyła.
- A czy ja.. Czy ja też mogę iść? - Nieśmiało szepnęła, wiedziona wizją wspaniałego wieczoru. Jak na zawołanie trzy pary oczu obróciły się w stronę dziewczyny, a tuż potem rozległ się parszywy chichot.
- Ty? Na bal do księcia?! - Wyśmiewała Esmeralda. - Przecież nawet przyzwoitej sukienki nie masz! Brudna, śmierdząca! Lepiej przyszykuj stroje nam!
- Garnkotłuku, wracaj do roboty! - Drwiła Jade.
- Dość, księżniczki. - Odparła stanowczo Angelika. - Nie widzicie, jak jest przykro naszemu Angieluszkowi? - Udawała przejętą, a siostry momentalnie umilkły. - Oczywiście, że możesz z nami iść, kochanie! - Jade i Esmeralda zdziwione, wlepiły wzrok w matkę. Słowa głowy rodziny szybko znalazły sprostowanie. - Dołączysz do nas, jak tylko wyszorujesz schody, wypierzesz wszystkie zasłony, wyplewisz ogródek i umyjesz wszystkie okna. - Mruknęła z wyraźną satysfakcją, a jej córki dołożyły złośliwym śmiechem. - Do roboty! - Zawołała, triumfalnie, odchodząc z córkami w celu wyboru najlepszych kreacji na wieczór. Angieluszek została sama. Do jej oczu napłynęły łzy, które wolno spłynęły po różowych policzkach, gdy domowniczki zniknęły z pola widzenia. Pierwszy raz czuła się tak upokorzona i poniżona. Pierwszy raz w życiu, mimo wielu powodów płakała prze macochę i przyrodnie siostry. Chyba nie ma nic gorszego od braku akceptacji przez rodzinę. Przecież mimo wszystkich nieprzyjemności coś ich łączyło. Nieodparta więź..
Dziewczyna westchnęła głucho i przetarła zapłakaną twarz dłońmi. Cóż mogła zrobić? Widocznie taki miał być los, nie mogła sprzeciwić się matce. To dzięki niej miała, co jeść, gdzie mieszkać.. Koniec końców dużo jej zawdzięczała.. Serce i stan bycia nie pozwalały na najmniejszy wybuch, jednak w duchu tak to bolało..
Nawet nucenie piosenek razem z zaprzyjaźnionymi zwierzętami nie pomagało. Myślami Angieluszek była w pięknym pałacu, pełnym przepychu i gwaru. Jej siostry zapewne teraz świetnie się bawią pośród gości.. Może nawet widziały księcia Germana..
Dziewczynę zawsze ciekawiło jaki jest następca tronu, dotychczas znała go tylko z opowiadań. Czy jest wysoki? A może niski? Umięśniony? Garbaty? Blondyn? Szatyn? Czy jego oczy błyszczą kryształami, czy może przypominają dwa węgielki? A jaki jest z charakteru? Czy rzeczywiście dorównuje plotkom o sprawiedliwości i odwadze, czy może po prostu to rozpieszczony burak? Tego nie dane było dowiedzieć się naszej bohaterce..
Wtem przestrzeń rozbłysła, zamieniła się tysiącami diamencików, zawirowała.. Kujący blask oślepił źrenice dziewczyny, przywołując uczucie lęku i strachu. Dobiegła ją panika. Czy to sen, czy jawa? Może Morfeusz płata jej figle, pokazując niezapomniane sceny, niczym przy powiewającym grozą seansie? A może to namacalna rzeczywistość..?
Gdy po pewnym czasie światło zniwelowało swą ostrość, a rozkołysany obraz, chwiejnie powracał do normalności, przed klęczącą dziewczyną uwidocznił się zarys niewielkiej postaci. Nasza bohaterka z drżeniem serca przetarła oczy, choć bała się tego, co może ujrzeć. Ku jej zdziwieniu przed swoim obliczem znajdowała się młoda, drobna dziewczyna o pięknych, kasztanowych włosach i oczach. Uwagę kobiety od razu przykuła jej długa, różowa suknia i cukierkowe skrzydła, wyrastające z pleców. W ręku trzymała gwieździstą różdżkę. Wciąż biło od niej baskiem, lecz już nie tak potężnym. Mimo to dziewczyna się zlękła.
- Nie bój się, Angieluszku. - Powiedziała słodkim głosem, uśmiechając się do niej życzliwie. - Jestem Violett,  twoja wróżka.
Słowa dziewczyny wciąż nie trafiały do oszołomionej służki. W głowie dudniało jej echo, a serce wciąż wyrywało się do przodu.
-" Zwariowałam. " - Jęknęła w myślach, próbując podnieść się z szorowanej podłogi.
- Nie, wcale nie zwariowałaś. - Zachichotał gość. - Ja jestem prawdziwa. Tak, jak ty jesteś prawdziwa, ten dom jest prawdziwy. I on też. - Wskazała na wychylającego się z kieszeni fartuszka Thomasa. - Chociaż, jakby nie patrzeć, to wszystko jest naszym wyobrażeniem, życie bajką, a magia nad nami panuje.. - Roześmiała się zupełnie z niczego. - No dobrze, bo zapomnę po co tu jestem i nie wypłacą mi premii. - Westchnęła, mrugając przyjaźnie. - Więc czego sobie życzysz?
Angieluszek popatrzyła na wróżkę ze zdziwieniem. Czego ona mogła pragnąć? Jej jedynym, prawdziwym marzeniem było spotkanie z rodzicami, których przedwcześnie utraciła. Poza tym mimo uprzykrzeń ze strony przybranych sióstr i macochy była szczęśliwa, niczego jej nie brakowało.
- Ale ja nic więcej nie potrzebuję.. - Szepnęła po dobrym kwadransie milczenia. Violett tylko ponownie zachichotała.
- Słoneczko, mnie nie oszukasz! Jestem twoją wróżką, więc i częścią ciebie, twoją podświadomością. Czy czasem nie jest tak, że teraz snujesz scenariusze wspaniałego, królewskiego balu? I na Boga, wstań z tej podłogi! - Wzdrygnęła się z uśmiechem, widząc zmieszanie na twarzy rozmówczyni. - Dobrze, nie musisz nic mówić, zaraz coś poradzimy.. - Przechadzała się po pokoju. Angieluszek z niedowierzaniem obserwowała marsze, pogrążonej w myślach wróżki. To, co się tu działo, było dla niej czymś wprost wyrwanym z najśmielszej legendy. Nagle Violett przystanęła, dumnie unosząc palec w górę. - Już wiem! - Zawołała, radośnie, obracając się ku służce. Przygryzając wargę, zmarszczyła czoło, po czym machnęła różdżką. Jak na zawołanie, wokół Angieluszka pojawił się złocisty pył, wirujący wokół jej talii. Drobinki przyległy do ciała dziewczyny, wybuchając rażącym światłem. Wtem błysk przerodził się w krwisty odcień o kształcie sukienki, sięgającej wpół uda. - Ee, niee.. - Wróżka pokręciła głową, ponownie używając swojej magicznej mocy. I znowu kreacja dziewczyny przybrała inną postać; tym razem dokładnie zakrywała kostki, szczycąc się jaskrawym kolorem. Kreacja dziewczyny jeszcze kilkakrotnie ulegała zmianie, aż w końcu na twarzy wróżki pojawił się triumfalny uśmiech.
- Cudownie! Ale nie, jeszcze nie patrz! - Skarciła dziewczynę, która wychylała się w stronę lustra. - Teraz jakieś szpile i fajny fryz..- Machnęła różdżką, a na bosych stopach Angieluszka pojawiła się para pantofelków. W ułamku sekundy również włosy bohaterki zmieniły ułożenie. Teraz buchały we wszystkie strony milionami drobnych warkoczyków. - Ups. - Zachichotała, jeszcze kilkakrotnie używając magii. W końcu Angieluszek stanęła przed Violett w liliowej wieczorowej sukni, pełnym makijażu i strojnej fryzurze; dziś nietypowo jej włosy upięte były w wysokiego koka. Każdy detal sprawiał, że dziewczyna czuła się bardziej niezwykle. Nigdy nie wyglądała tak pięknie, tak bajecznie.. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażała sobie czegoś takiego.
- Jestem..Jestem..
- Jesteś laska. - Dokończyła za nią zadowolona wróżka. - Ale powoli, teraz jakiś transport.. - Rozglądnęła się dookoła. Jej wzrok zatrzymał się na rosnących w ogrodzie dyni. - Idealnie! - Zapiszczała, pstrykając palcami. Jej ruch sprawił, że obie kobiety przeniosły się przed dom. Tam też roślina na zawołanie wróżki zadrżała, i stopniowo rosnąc- przeistoczyła się w królewską karetę. - Dobra.. - Mruknęła Violett, z szyderczym uśmiechem, patrząc na Thomasa i Diego. Myszki siedziały przy nodze swojej przyjaciółki, uważnie obserwując całe zajście. Im, jak i dziewczynie nie spodobało się jednoznaczne spojrzenie wróżki. I nagle bum! Dwa niewinne zwierzątka zmieniły się w dorosłych mężczyzn, dwójkę lokai. Angieluszek wytrzeszczyła oczy, lekko zaniepokojona widokiem. - I jeszcze.. - Jak na zawołanie para siedzących na rynnie gołębi przeistoczyła się w białe rumaki. Zaprzęg był gotowy. - Wuala! Teraz jesteś gotowa na tańce. - Zadźwięczała Violett. - No nie patrz tak na mnie. I zamknij buzie, bo ci mucha wpadnie. - Chichotała. - Dobra, koniec gadania, bo mi pojadą po pensji. Także, co ja to miałam...? A tak! Bla, bla, bla.. Musisz wrócić przed północą, bo.. coś tam.. W każdym razie musisz. Jeśli nie, to.. z resztą sama zobaczysz. - Mruknęła. - Dobrej zabawy, połamania nóg i no, ten.. Geremka! Ciao! - Rzuciła, po czym w dokładnym  słowa znaczeniu - zniknęła.
Angieluszkowi nie pozostało nic innego, jak skorzystać z nadarzonej okazji. Targana sprzecznymi emocjami wsiadła do karety, która wraz z jej obecnością ruszyła z miejsca. Zaczarowany pojazd pędził przez łąki, pola , lasy, aż do potężnego zamku. Oświetlony budynek był widoczny już z oddal. Kolorowe światła stanowiły wyjątkową ozdobę z okazji niezwykłego wydarzenia. Zapierającym dech w piersiach widokiem okazała się być również zjawiskowa sala balowa. Tysiące, miliony kwiatów rozsiane były dosłownie wszędzie. Połyskująca zastawa, skrupulatna orkiestra i zwisające z sufitu serpentyny.. Wszystko było takie magiczne, nierealne. Dokładnie, jak ten wieczór, w którym to dostała szansę od losu, miała poczuć się, jak księżniczka.
Brakowało tylko jednego detalu. Wśród wspaniałego przepychu nasz Angieluszek była zupełnie sama i chociaż pośród tłumu kilkakrotnie wyłoniły się twarze jej sióstr i macochy, ta uciekła w drugi kąt sali z obawy, że krewne mogą ją rozpoznać.
Muzyka grała, a szczęśliwe pary wirowały w jej rytm, ciesząc się z mile spędzanego wieczoru. Tylko ona stała pod ścianą obserwując przybyłych gości. Mimo początkowego, korzystnego obrotu spraw i cudownie zapowiadającej się zabawy, zwyczajnie się nudziła.
- Dlaczego tak piękna dama stoi sama? - Nieoczekiwane orzeźwienie przyniósł męski głos. Tuż przy dziewczynie stał wystrojony brunet o ciemnej czuprynie i zniewalająco czekoladowych oczach. Patrząc życzliwym wzrokiem, uśmiechał się promiennie.
- Przepraszam, czy mówisz do mnie? - Nasza bohaterka zdziwiona rozejrzała się dookoła. Brunet przytaknął, nie odrywając od niej wzroku.
- A więc, czemu taka piękna kobieta siedzi sama? (Jesteś zajęta?)
- Do tej pory wolałam siedzieć sama. (Nie jestem zajęta.)
- Czyżbyś nie lubiła męskiego towarzystwa? (Dlaczego nie jesteś zajęta?)
- Lubię, ale nie każdego. (Popatrz na gości.)
- (Faktycznie.) Przepięknie wyglądasz, gdy niebiańskie Twe spojrzenie kontrastuje z zalotnym uśmiechem. (Podobasz mi się.)
- Dziękuję za komplement. (Ty mi też.)
- Widzę, że masz czym oddychać. (Cóż za kształty!)
- A ty czym dotykać.. (Precz z łapami!)
- Więc, jak ci na imię, pani? - Palnął brunet, ponownie przywołując dziewczynę do rzeczywistości.
- Ee, ja.. - Jęknęła, lecz szybko przybrała postawę pewnej siebie kobiety. - Mówią na mnie Angieluszek, lecz to chyba nie właściwie zdradzać swą tożsamość nieznajomemu, prawda? - Uniosła brew, a na twarzy rozmówcy pojawił się szelmowski uśmiech. Wyglądał na typowego flirciarza.
- Ach, mój błąd! Zwą mnie German. - Ucałował wierzch jej dłoni. - Widzisz, już nie jestem nieznajomy. - Ponownie uraczył ją uwodzicielskim uśmiechem, potwierdzając miano kobieciarza. - A więc Angieluszku, czy zechciałaby pani ze mną zatańczyć? Miałbym okazję zaprezentować swoje wdzięki. - Zaśmiał się, obserwując niepewny wyraz twarzy dziewczyny. Ta jednak ku jego wielkiej radości, ochoczo przystanęła na propozycję.
German, ująwszy jej delikatną dłoń, zaprowadził na sam środek sali. Przez chwilę naszą bohaterkę ogarnął łapczywy strach, który został zniwelowany do zerowego poziomu, gdy znalazła się w uścisku mężczyzny. Jego silne, umięśnione ramiona w niezrozumiały sposób uczyniły ją niezwykle szczęśliwą osobą, dając poczucie nieznanego dotychczas bezpieczeństwa i spokoju. Byli blisko. Jedna dłoń Germana spoczywała na damskiej talii, zaś druga ściskała jej dłoń, układając krokiem do tradycyjnego, ludowego tańca. Ciepło bijące od ich ciał, mieszało się i gwałtownie uderzało do głów, mieszając w nich i plątało wszystkie myśli.
Bez pamięci zapatrzeni w swoje oczy wirowali po parkiecie, nie zważając na nikogo, ani nic. W tamtych chwilach byli dwójką najszczęśliwszych ludzi na świecie. Ich serca waliły, jak oszalałe z każdym krokiem, z każdy otarciem się ciała, o ciało, z każdym spojrzeniem, uśmiechem, szeptem..
Sami nie wiedzieli ile czasu spędzili w swoich objęciach. Towarzystwo braterskiej duszy, kawałek parkietu i muzyka było najwspanialszą ambrozją, najsłodszym nektarem..
Wskazówki nieubłagalnie sunęły w przód, sekundy mijały.. Czas poza ich światem wcale nie stanął, a już po chwili rozbrzmiało bicie zegara, ogłaszające, że nadeszła północ. Mimo wspaniałych uczuć, rządzących sercem i umysłem Angieluszka, pamiętała ona o słowach wróżki. "Musisz wrócić przed północą.." - mówiła. Dziewczyna, aczkolwiek niechętnie wyrwała się z objęć towarzysza. Tak bardzo nie chciała tego robić, opuszczać go, znikać, lecz nieznane konsekwencje budziły lęk i obawy.
- Muszę iść. - Szepnęła, przygryzając dolną wargę. - Przepraszam.. - Tym razem szepnęła znacznie ciszej, zrywając się do biegu.
- Angieluszku! - Za plecami słyszała głos Germana, co nie kolidowało z nieustaniem w biegu. Jak najszybciej przeciskała się między tłumem, zmierzając do drzwi. Z każdym krokiem czuła zachodzące zmiany. Części jej garderoby powoli zaczęły znikać, zwalniając miejsca starym łachmanom, a wspaniała biżuteria po prostu wyparowywała. Nagle pędząc po schodach ze skostniałej nogi dziewczyny osunął się kryształowy pantofelek, i zatrzymał na jednym ze stopni. Nie zważając na to Angieluszek biegła dalej, a już po chwili jej zaczarowana kareta pędziła w stronę wioski. Jedynie przez okno mogła obserwować zanikający obraz rozświetlonego pałacu,a w myślach odtwarzać wspaniały wieczór z Germanem. A może to nie jest właściwe? Życie przeszłością, czymś co nie ma prawa więcej zaistnieć.. Przecież to już nigdy się nie powtórzy, już nigdy nie spotka tego mężczyzny, nigdy nie zawiruje na królewskim parkiecie, nigdy nie poczuje się, jak księżniczka..


Stukot damskich obcasów zbudził ją ze snu. Za oknem świtało. To macocha i jej córki powróciły z balu i teraz dobijają się do drzwi. Angieluszek niepewnie uniosła głowę znad stołu, gdzie dotąd spoczywała.
Jej ubrania już całkowicie zmieniły swój stan, powracając do swoich dawnych postaci. Znów była tylko służącą..
- Angieluchu, przygotowałaś nam łóżka?!
- Jesteśmy zmęczone! - Dolatywało z przedsionka. Parę chwil i głosy domowniczek umilkły. Zapewne zmęczone imprezowiczki położyły się spać. Dom ponownie zamarł, a wraz z nim nasza bohaterka..

Mijały dni, zdawać by się mogło, że wszystko wróciło do normy. Z perspektywy Jade, Esmeraldy i ich matki , jak najbardziej nic nie uległo zmianie. Tak, jak zawsze dokuczały młodszej siostrze, tak jak zawsze godzinami wylegiwały się na kanapie lub dumnie przechadzały po ogrodzie. Tylko Angieluszek wciąż rozpamiętywała wydarzenia sprzed kilku dni. Mimo, iż wszystko ucichło ona nadal odtwarzała w pamięci tamten wieczór, zawirowania, dotyk w prawdzie nieznanego mężczyzny..

Wtem rozległ się głuchy trzask kołatki. Nasza bohaterka niechętnie odstawiła garnek z obieranymi jabłkami i pospieszyła otworzyć drzwi. Kim był niespodziewany gość? Jego oblicze było dobrze znane Angieluszkowi.
- Witam, ukłony. Jestem tu z polecenia księcia Germana. Zlecił mi przymierzenie każdej pannie tego oto pantofelka. - Posłaniec uniósł wieczko niewielkiej skrzyni, gdzie na aksamitnej poduszce spoczywał kryształowy bucik. Serce dziewczyny zabiło mocniej. A więc książe o niej nie zapomniał, co więcej.. szuka jej. - Czy mogę wejść? - Orzeźwił jej głos Ramallo.
- Tak, ee.. Oczywiście, zapraszam. Zaraz pójdę po siostry i matkę. - Powiedziała, biegnąc po schodach. W ułamku sekundy na dole znajdowały się już wszystkie domowniczki.
- Dzień dobry, panie. Proszę: oto moje córki, które uczestniczyły w balu. Pantofelek jest na pewno którejś z nich.
Posłaniec zmierzył podejrzliwym wzrokiem kłócące się za plecami matki siotry, lecz nie oponując, polecił aby usiadły na sofie i odsłoniły część prawej nogi. Pierwsza wyrwała się Jade
- Zostanę żoną księcia, zostanę żoną księcia! - Podśpiewywała, gdy Ramallo wkładał na jej stopę kryształowy pantofelek. Ku jej niezadowoleniu bucik wraz z osunięciem ręki mężczyzny, spadł na ziemię. Był po prostu za duży. - Ale to mój! Na pewno! - Chlipała.
- Spadaj, teraz moje pięć minut. Ja jestem idealną kandydatką dla Germana. - Prychnęła Esmeralda, sadowiąc się na sofie. Tym razem pantofelek był za mały i mimo uporczywych prób wciskania go na niewymiarową stopę starszej córki Angeliki - wszystko wskazywało na to, że w tym domu nie ma jego prawowitej właścicielki. Tak przynajmniej wydawało się Ramallo.
- Czy mieszka tutaj jeszcze jakaś panna? - Zapytał gotowy do wyjścia. Cała trójka zgodnie milczała. Posłaniec mimo ich zapewnień jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając wychylającą się zza drzwi Angieluszka. - A kim jest ta pani? - Wskazał na zauważoną postać.
- O nie, to tylko służąca! - Machnęła ręką gospodyni. - I w dodatku nawet nie była na balu. Nie warto tracić na nią czas.
Ignorując sprzeciwy Angeliki i jej córek, Ramallo poprosił o podejście Angieluszka. Dziewczyna posłusznie usiadła na skraju kanapy i nieśmiało wyciągnęła bosą stopę w jego kierunku. Wraz z ubraniem jej w kryształowy pantofelek, zmieniła się i reszta garderoby naszej bohaterki. Pojawiła się liliowa suknia, biżuteria, a włosy same ułożyły się we wspaniałą fryzurę.
- No i bam. - Zachichotała niespodziewanie pojawiąca się Violett.
- To ona.. - Wysapał podeksyctowany Ramallo. - To ona! Pantofelek idealnie pasuje! - Wołał, uradowany. Dziewczyna spojrzała na wściekłe siostry i poczerwieniałą macochę. W jej głowie kotłowało się tysiące przeróżnych myśli; miała jechać do zamku, czy zostać z rodziną? Kochała ich na swój sposób..  - Jedziemy! Niezwłocznie! Jedziemy! Do księcia! - Wykrzykiwał.
Szybka decyzja. Serce Angieluszka wprost wyrywało się do przodu. Po chwili wahania uległa namowom posłańca i wsiadła do wspaniałej, królewskiej karety. Powóz pędził, jak szalony, zacięcie pokonując wszelkie przeszkody. Mijały kilometry, a wraz z nimi zmniejszała się odległość między zakochanymi.
Jaka była radość ksiącia, gdy ujrzał swoją ukochaną w zamkowym progu. Ich serca zabiły mocniej, myśli rozmnożyły się, a niewidzialna nić, która ich wiązała, zaczęła się zacieśniać, gdy tonęli w swoich oczach, dzieląc się ciepłem swoich ciał. Silne ramiona Germana obejmowały plecy Angieluszka, starając się pokazać dziewczynie, że teraz wszystko się zmieni, że to nowy początek, ich nowa przyszłość. Wszystkie uczucia, które chcieli sobie przekazać zostały zawarte w jednym, konkretnym pocałunku. Każde muśnięcie wprawiało ich w niebywałą euforię, szczęście, którego jeszcze nigdy w takim stopniu nie odczuwali. Teraz tworzyli jedność, tworząc nową historię..

Wzięli ślub, czy nie wzięli, oto jest pytanie?!
Lecz ja chętnie odpowiem Wam na nie.
Tak, German stanie przy swej żonie,
I odwrotnie do Romea- wcale nie po zgonie.
I choć wspaniały Andersen w grobie się przewraca,
Oni się cieszą, a jutro będą leczyć kaca.
Za chwilę rozpocznie się bal ślubny,
A ja zakończę mój monolog nudny.

Życie Angieluszka, choć żmudne było, to wszystko dobrze się skończyło.. 



The End

_________________________
Teksty zapisane kursywą zostały zaczerpnięte ze scenariusza "Być jak Romcio i Julcia", a następnie poddane przeze mnie modyfikacji.
Tak oto prezentuję jednorazówkę o Angieluszku. :D
Nie wiem skąd narodził się taki pomysł, ale postanowiłam zebrać się i coś takiego napisać.
Jeśli chodzi o rozdział to pojawi się już wkrótce, zważywszy na rozpoczęcie przez moje województwo ferii.

Pozdrawiam,
Wiktoria 

      

piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział 85

Nazajutrz, gdy otworzyłam oczy, powitał mnie ten sam obraz, co wczorajszego wieczoru; miejsce na łóżku obok mnie było puste, a pokój wypełniał złocisty blask Słońca.
Irytujące tykanie zegarka zmotywowało mnie do wstania. Budzik stojący na komodzie, wskazywał 12:36. Oszołomiona, z prędkością światła stanęłam na nogi, niechętnie zarzucając na siebie pierwsze- lepsze ubrania, po czym zajrzałam do pokoju Javiera. Ku mojemu zdziwieniu wnętrze było puste, a łóżko idealnie pościelone. Zdziwiona i lekko zaniepokojona, zbiegłam na dół. W salonie natrafiłam na zgubę. Chłopiec siedział na kanapie, ubrany w dresy i zaszklonymi oczami obserwował rozgrywającą się na ekranie telewizora bójkę między Tomem, a Jerrym.
W kuchni tradycyjnie krzątała się gosposia.
- Olgo, co się dzieje?! - Panikowałam. Kobieta westchnęła ciężko.W tym samym czasie do kuchni wszedł German. Po jego minie bez problemu można było orzec, że ta noc należała do niezwykle ciężkich. Miał zmęczoną i bladą twarz, a pod oczami malowały się siwe cienie.
- W nocy gorączka się nasiliła. - Powiedział zachrypłym głosem, wyławiając z lodówki butelkę wody. Niechlujnie zrzucił zakrętkę z szyjki i jednym haustem opróżnił całość. - Skontaktowałem się już z kliniką, kazali niezwłocznie wstawić się na badaniach. - Rzucił po długim milczeniu. Chciał coś dodać, ale w tym momencie, do pomieszczenia wszedł Javier. Jak na zawołanie umilkliśmy. Po kilku sekundach pierwsza odezwała się Olga.
- Spójrz, kochanie, co tu dla ciebie mam. - Wskazała na papierową torebkę. - W środku jest twoja ulubiona czekolada z orzechami, pierniczki, pomarańcze i jabłuszka oraz suszone morele. Wrzuciłam też dwa kartoniki soku truskawkowego, dobrze? - Powiedziała z przejęciem w głosie. Malec tylko pokiwał głową, pociągając nosem. Gdy kobieta chciała podać mu pakunek chłopiec objął rękami jej udo i przytuliwszy do niego głowę, rozpłakał się.
- Ciociu.. - Łkał. - Nie oddawaj mnie do szpitala! Będę bardzo, bardzo grzeczny! Zostanę z wami i będę jadł wszystko, co będziesz kazała!
- Skarbeńku.. - Olga pogłaskała blond czuprynkę. - Pojedziesz tam tylko na trochę, na badania..
Javier zignorował słowa gosposi i  momentalnie odrywając się od niej, podbiegł do mnie.
- Angie, będę chodził do lekarza! Będę połykał nawet te duże tabletki i nie pisnę przy zastrzyku! - Chlipał, a łzy wielkości pięciozłotówek, spływały po jego rozpalonych policzkach i luźno opadały na podłogę.
Otarłam oczy, spoglądając na inżyniera. Czułam, jak pęka mi serce. Nie wiedziałam, co miałam mu powiedzieć, choć powrót do kliniki był konieczny.
German przetarł twarz dłońmi i kucną obok chłopca.
- Wytrzyj buzie, zuchu. - Starał się mówić normalnym tonem, choć głos mu się łamał. Było to dla niego trudne. - Hej, duzi faceci nie płaczą. - Zaśmiał się, przez co kąciki ust dziecka mimowolnie powędrowały w górę, lecz zaraz ponownie opadły. Podałam mu chusteczkę. - Teraz niestety musimy jechać, ale umówmy się, że jeżeli wyniki badań będą w porządku, to przyjedziesz do nas na weekend po Nowym Roku, dobrze?
Javier pokiwał głową, ale oczu, wlepionych w buty nie podniósł. Mężczyzna podał mu rękę, a w drugą ujął bagaże, i ruszyli w stronę wyjścia.Chłopiec nie pożegnał się z domownikami. Milcząc, szedł ze spuszczoną głową. Za nimi podążyłam ja.


Jechaliśmy w ciszy, przerywanym pojedynczymi pociągnięciami nosa przez małego. Siedząc z tyłu i obejmując go ramieniem, czułam, jak drobne ciało drży pod wpływem gorączki i nerwów.
Tak bardzo było mi go żal. Mała duszyczka, okrutnie skrzywdzona przez los. Teraz pozbawił go też nadziei na nowy początek wśród rodziny. Pragnęłam, abyśmy razem z Germanem mogli zapewnić temu chłopcu to wszystko, co kiedyś zostało mu poskąpione. Dla innych dzieci szlaban na komputer, czy odebranie zabawki jest końcem świata, dla Javiera to strata rodziny równała się z najwyższą karą.


-Nie zostawiajcie mnie! - Oczy małego ponownie się załzawiły, gdy ubrany w pasiastą piżamę, leżał w szpitalnym łóżku. Jego głos przesiąknięty był smutkiem i żalem, którego nikt nie mógł trafnie opisać. Mówią, że najszczerszy jest płacz dzieci. W tym maluchu było jej, aż zaś. Niewinność podkreślała braterski strach i ból, który stał się nieodzowną częścią chłopca.
- Nie zostawiamy. - Ujęłam jego dłoń, powstrzymując cisnące się do oczu łzy. - Teraz musimy porozmawiać z panem doktorem, ale zaraz wrócimy. Spójrz, Pinto dotrzyma ci towarzystwa. - Wskazałam na leżącego na nakasiku pluszaka. Pocałowałam jeszcze czoło chłopca, po czym razem z ojcem Violetty wyszłam z sali.


- Dzień dobry. German Castillo, moja partnerka Angeles. - Powiedział inżynier, podając lekarzowi rękę.
- Angeles Saramego. - Również uścisnęłam jego dłoń.
- Miło mi państwa poznać, Conrado Belucci, proszę spocząć. - Rzekł medyk obojętnym głosem. Zer przejęcia, zero jakichkolwiek emocji.
Siedząc we wskazanym fotelu mogłam dokładniej przyjrzeć się rozmówcy. Lekarz okazał się być około pięćdziesięcioletnim mężczyzną z siwym wąsem i niemrawym spojrzeniem. Głębokie zmarszczki na jego czole oraz krzywy grymas, świadczył o zmęczeniu i niechęci do naszej sprawy. Po latach pracy, ciężkich przypadkach,śmierć, czy ozdrowienie jednego dziecka nie robi mu różnicy.
- ..Tak, więc widzą państwo w jakiej sytuacji znajduje się chłopiec. - Ocknąwszy się, zorientowałam, że German prowadzi z Fernandezem dość zawziętą konwersację. - Roimy wszystko, co w naszej mocy..
- Akurat. - Prychnęłam pod nosem, o wiele głośniej niż sądziłam.
Doktor popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek, ale kontynuował: - Tych, jakby to prosto ująć.. Szkodliwych komórek cały czas przybywa. Antybiotyki, które podajemy choremu nie przynoszą efektów. - Wyjaśnił. - Spróbujemy jeszcze nowych szczepionek, choć nie gwarantuję, ze to pomoże. Walczymy o niego. - Rzucił bez przekonania. - A teraz przepraszam państwa, ale jestem umówiony na spotkanie.
- Chyba nie służbowe. - Skomentowałam na boku.
- Oczywiście. - Chrząknął German, automatycznie podrywając się z miejsca. To samo zrobiłam i ja, po czym opu

ściliśmy gabinet. Tuż przed drzwiami czekała zniecierpliwiona Linda.
- Pójdę do Javiera. - Rzekł mężczyzna, przecierając dłonią usta. Widać było, jak bardzo jest przygnębiony i zmęczony.
- Przejmuje się chyba bardziej ode mnie.. - Westchnęłam. - Wiesz może coś bardziej konkretnego niż lekarz? - Popatrzyłam z nadzieją na pielęgniarkę. Niestety ta pokręciła głową. W sumie, co jeszcze mogłabym usłyszeć? " Robimy wszystko, co w naszej mocy " ? Wystarczająco dużo razy otrzymywałam tę zbywającą wymówkę.
- Trzeba być dobrej myśli. Teraz Javier ma dla kogo walczyć.. - Kobieta poklepała moje ramię, po czym odeszła.  Ja nie miałam siły iść na salę chłopca. Frustracja i lęk przeważały. Powróciły wspomnienia sprzed kilkunastu lat, kiedy zginął mój ojciec. Monotonnie z każdym dniem mijałam szpitalne drzwi, przez co niewątpliwie wpadłam w jakąś fobie..
- "Angie, nie zachowuj się, jak dziecko.. " - Mruknęłam w myślach i już po chwili z drżeniem serca znalazłam się obok Javiera i Germana. Widać, mężczyzna nieco poprawił mu humor, a podane lekarstwa zadziałały, bo chłopiec samodzielnie utrzymywał w dłoni kubek z herbatą, lekko się uśmiechając. To nieznacznie podniosło mnie na duchu, lecz nie wyeliminowało obaw i drażniącego strachu. Starałam się jednak zachowywać, jak najnaturalniej, aby nie wzbudzić lęku w Javierze. Po oczach inżyniera również zauważyłam, że stara się grać, choć w głębi duszy nie jest to dla niego łatwe.
Aż do późnego wieczora czuwaliśmy przy łóżku dziecka, nie odstępując go na krok. W końcu jednak doszczętnie się ściemniło, malec zasnął, a my musieliśmy wracać do domu.
Jechaliśmy w zupełnej ciszy. Nawet samochodowe radio milczało, zatracone w lewicie. Ani ja, ani German przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie, obydwoje pogrążeni w dziwnym transie. Na czole mężczyzny znów pojawiła się głęboka zmarszczka, ujawniająca niepokój panujący w jego sercu. Nie było łatwo..
- Hej.. Violu, dlaczego nie śpisz? - Weszłam do pokoju siostrzenicy, zajmując krawędź łózka. Dziewczyna miała widocznie zaczerwienione oczy i mokre zacieki na policzkach.
- C-co będzie, jeśli Jav-vierowi tak bardzo się pogorszy, że.. - Chlipała, drgając. Bez wahania przytuliłam ją do siebie, wyjaśniając sytuację. Chyba nieznacznie udało mi się ją uspokoić, bo jej oddech stopniowo się umiarowił. Swoją drogą sama do końca nie byłam przekonana do wypowiadanych słów, lecz jak mówią "Nadzieja umiera ostatnia".. Nie należało tracić zdrowego rozsądku.
- Chodź, już późno.. - Za plecami usłyszałam szept Germana, ściągającego głowę córki z moich kolan. Przykrył ją kołdrą i ucałował czoło, po czym chwycił moją dłoń, prowadząc do sypialni. Tylko jego uścisk w tamtym momencie dawał ukojenie i wiarę w lepszy czas. Wsłuchiwałam się w spokojne nucenie ukochanego, otulona jego ramieniem. Przy nim czułam, że nic mi nie grozi, a ciepło serca  napawało optymizmem. Zasnęłam.

_________________________
Lalalallalaala, dramaty czas zacząć! :D
Jak Wam się podoba 85-ka? :D

Muchos besos,
Wiktoria

wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział 84

Następne dni minęły leniwie i spokojnie, wszystkim dopisywał humor, a wolne chwile w gronie rodziny relaksowały i uspokajały. Ramallo i German na reszcie oderwali się od pracy, Javier odpoczywał od szpitala, a ja i Violetta regenerowałyśmy się przed wznowieniem zajęć w Studiu. Nawet Olga przed świętami  zrobiła zapasy żywności, po to by teraz razem z kuzynem cieszyć się wolnym.
Leżąc, wtulona w inżyniera, oglądałam ( jeśli to można nazwać oglądaniem ) jakąś komedię familijną. Mimo, iż telewizor grał bardzo głośno, a w salonie panowała nieskazitelna cisza, żadne z nas nie orientowało się w fabule filmu. Germana bardziej interesowały moje dłonie, które to łaskotał opuszkami swoich palców, to bawił się moimi, z niezwykłą czułością całując każdy z osobna. Wydarzenie sprzed paru dni puściłam w niepamięć, a przynajmniej na razie. Nie miałam ochoty na kłótnie w święta.
Oddech mężczyzny wędrujący po mojej skórze, przyprawiał o przyjemne dreszcze, wywołujący na mojej twarzy szeroki uśmiech. Czułam, jak z każdym dotykiem ust, pozostawia rumiany ślad, i wywołuje nową falę ciarek. O tak, niewątpliwie wpijając się w męskie usta czas momentalnie stawał.
I nagle powracała rzeczywistość, która brutalnie ciągnęła za sobą otrzeźwienie. Po schodach z zagadkową miną schodziła Olga. Widać zdążyła już dojść do siebie po wczorajszym wieczorze. Gwałtownie oderwani od siebie z Germanem, poprawiliśmy swoje nieco zmierzwione części garderoby.
- Oj, przeszkadzam? - Zapytała, patrząc na nasze zakłopotane twarze, które ( w szczególności moja ) płonęły rumieńcem.
- Ee.Nie, skądże.
- W żadnym wypadku.
Oboje poderwaliśmy się po pionu, powstrzymując od kotłującego się w nas śmiechu. Gosposia chyba nie była w najlepszym nastroju, bo wyjątkowo nie oponowała. Wywracajac oczami, ruszyła do kuchni.
- Zobaczę, co się dzieje.  - Wstałam z kanapy, posyłając ukochanemu znaczące spojrzenie. Odpowiedział mi szelmowskim uśmiechem i płynnym uniesieniem brwi.
Wchodząc do królestwa Olgi, zastałam ją samotnie popijającą herbatę.
- Co słychać? - Zapytałam wesoło, zawisając od tyłu na szyi kobiety. Ta tylko machnęła ręką. - Powiesz mi, co się stało? - Usiadłam naprzeciw niej, sięgając po drugą filiżankę. Ponownie usłyszałam niechętny grymas.
- Nie, nic.. - Wymamrotała, marszcząc czoło. Jej wzrok utkwił w cukierniczce.
- Olgiita, trochę cię znam. - Zamruczałam, przechylając głowę w bok.
Kobieta w końcu uległa. Nieskładnie i pokrętnie wytłumaczyła mi w czym leży problem.
- Czy na pewno chodzi o powrót Javiera do szpitala, a nie o Ramallo? - Zapytałam z nienacka. Gosposia tylko głęboko westchnęła. To była odpowiedź sama w sobie. - Chciałaś wzbudzić w nim zazdrość poprzez Cardozo? - Bezpośrednio drążyłam dalej.
- No.. tak.. jakoś.. - Wymamrotała. - Ale oczywiście ten niezguba wszystko popsuł! - Burknęła, lecz po chwili postanowiła sprostować : - No przystawia się do Melki, a Ramallo świerzbi, że mnie zdradza. - Złość wprost z niej kipiała. - Teraz to już na pewno wszystko szalag trafił..
W spokoju przysłuchiwałam się jej żalom, po czym analizując do wszystko w myślach, powiedziałam:
- Olgo, a nie o to ci właśnie chodziło? - Zaśmiałam się. - Spójrz, jak on cię broni, a to znaczy, że mu na tobie zależy, że chce twojego szczęścia. Myślę, że to najlepszy powód, aby zaprzestać waszym kłótniom. - Pogładziłam jej dłoń. W tym samym momencie do kuchni wszedł German.
- O czym tak plotkujecie? - Westchnął, nalewając sobie wody.
- O niczym, ale przysłowie "Kto się czubi, ten się lubi" właśnie znalazło swoje potwierdzenie. - Zaśmiałam się, obserwując, jak gosposia ukradkiem wymyka się z pomieszczenia. Inżynier popatrzył na mnie zdziwiony, lecz nie skomentował. Głęboko patrząc mi w oczy, pokonywał centymetrową odległość, która nas dzieliła. Zbliżając się, nie odrywał wzroku od moich tęczówek. Ja też nie miałam zamiaru tego robić, brązowa głębia zupełnie mnie pochłonęła. Z pewnością można było porównać jego oczy z czekoladą. Były tak kuszące, delikatne, pełne słodyczy i rozkoszy.
Powoli nasze twarze zaczęły zmierzać we wzajemnym kierunku, oczekując zetknięcia. Nie wiadomo kiedy nasze nosy się zetknęły, do czego dążyły też usta. Niestety nie było im dane się spotkać, w całym domu rozległo się wołanie Violetty. Jak oparzona wyskoczyłam z kuchni, a tuż za mną German. Przerażona córka pana domu stała u szczytu schodów.
- Chodźcie! - Wyjąkała, znikając w głębi korytarza. Z prędkością światła wdrapaliśmy się na górę, a zaraz potem do pokoju nastolatki. Na łóżku dziewczyny bezwładnie spoczywał Javier. Jego oczy były na wpół przymknięte, a oddech niespokojny. Przestraszona podbiegłam do chłopca. Był spocony i lekko się trząsł.
- Zrob-bbiło mu się słabo, a p-potem upadł. - Jąkała Violetta. Inżynier klęknął obok łóżka, przykładając dłoń do rozpalonego pliczka malca.
- Przynieście ręcznik i miskę z wodą. - Zarządził. Stojąca w drzwiach Olga w mgnieniu oka wykonała polecenie, kładąc na biurku Violetty potrzebne rzeczy. German namoczył ręcznik i przyłożył kontrast do czoła dziecka. Javier zdawał się poczuć dotyk mężczyzny, bo lekko zadrżał. Rozżalona, przysiadłam obok niego, ujmując drobną dłoń. Inżynier natomiast troskliwie gładził głowę chłopca.


Resztę wieczoru spędziłam na czuwaniu przy łóżku Javiera. Nie wyglądał najlepiej, miał stan podgorączkowy, niby tylko pięć kresek powyżej normy, ale w jego przypadku to i tak dużo. German skontaktował się ze szpitalem i dowiedział, że jeśli nie nastąpi poprawa, to chłopiec będzie musiał przerwać świętowanie.
Bałam się. Blada twarzyczka, nie zmieniała swojego wyrazu, nie wróżąc niczego dobrego. Malec nieprzerwanie spał, pomijając przerwy, kiedy podawano mu lekarstwa i wodę. Nie chciał jeść, nawet zachęty Olgi, poprzez ugotowanie mu wybranych dań, nie zmotywowało go. Od czasu do czasu tylko unosił ociężałe powiek, ukazując smutek i słabość, panujące w jego oczach. Zdobywał się wtedy na lekki uśmiech, skierowany do mojej osoby i uścisk dłoni.
- Angie.. Angie, skarbie.. - Usłyszałam stłumiony szept. Był tak odległy, prawie niesłyszalny. Kiedy jeszcze kilkakrotnie wymówiono moje imię, przebudziłam się z letargu. Rozglądając dookoła, uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Siedząc na fotelu, z głową na skraju łóżka, gdzie spał Javier - zasnęłam. Pomieszczenie oświetlała tylko pojedyncza lampka nocna, stojąca w rogu pokoju, a za oknami panował całkowity mrok. Uniosłam wzrok ku górze, rozszyfrowując znajdującą się w środku osobę. Był nią nie kto inny, a German. Z troską i wyraźnym zmęczeniem na twarzy, kucną obok mnie.
- Która godzina? - Wymamrotałam, przecierając dłońmi twarz, a następnie bolące skronie. Czułam niezwykłe suszenie gardła i nurtujący świst w uszach.
- Dochodzi trzecia nad ranem. - Powiedział inżynier zachrypłym szeptem. - Idź do sypialni, musisz odpocząć.
- German, ja chcę przy nim zostać, nie jestem zmęczona.. - Upierałam się, jednak zdradziło mnie głębokie ziewniecie.
- Widzę. - Mruknął. - Angie, nic nie możesz zrobić, tylko się męczysz. Ja przy nim zostanę.. - Powiedział, wstając. Niechętnie zrobiłam to samo i jeszcze raz zerkając na chłopca, bez słowa opuściłam pokój. Nie poszłam jednak do sypialni  Germana, lecz do łazienki. Tam przemyłam twarz wodą i przechylając głowę nad umywalką, upiłam jej trochę z burzliwego strumyka. To nieznacznie ugasiło żar w mojej krtani.
Uniosłam głowę ku górze i niechętnie spojrzałam w lustro. Gładka tafla ukazała fatalny stan, w jakim znajdowała się moja osoba; włosy przypominały źdźbła siana, a wory pod oczami, dodawały opasłej ilości lat.
Wzdychając, wytarłam twarz ręcznikiem i związałam włosy gumką. Dziś nie miałam już siły na kąpiel, dlatego chwytając pierwszą - lepszą piżamę, tylko się przebrałam. Gotowa do snu, powędrowałam do sypialni. Przekręcając się z boku na bok, czułam, jak ciężkie minuty wypalają się, a za oknem wartę przejmuje Słońce. Chciałam wstać, sprawdzić, co u chłopca, lecz nienamacalny ciężar obarczał moje ciało. Łóżko stało się dla mnie więzieniem, a tykający zegarek - katem. Marzyłam tylko o śnie, o odpłynięciu w błogi niebyt, z dala od kłopotów. Ile minęło jeszcze czasu?  Tego nie wiedziałam.. W moich oczach mimo upływu minut widniał ten sam obraz bladego świtu. W końcu moje powieki opadły, zamykając myśli w ciele. Byłam niedostępna dla świata, uciekłam do krainy Morfeusza.

________________________________
84 rozdział za nami. Aż trudno uwierzyć, że już..
Lalalalala, spokojnie, to dopiero początek dramatów. :P
Dziękuję za uwagę. :)

Pozdrawiam,
Wiktoria

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 83

Z mieszanymi uczuciami opuściłam willę. Czyżbym uciekała? Przed kim, przed czym?
Wychodząc zabrałam ze sobą prezent kupiony dla Pabla i skierowałam się w stronę jego mieszkania. W drodze jednak przypomniałam sobie o jego wyjeździe na Florydę.
- Ale ze mnie egoistka. - Westchnęłam, przysiadając na parkowej ławce.
Przymknęłam powieki, wsłuchując się w kojący śpiew ptaków. Aktualnie pogoda uległa diametralnej zmianie. Bure chmury rozpłynęły się, zwalniając miejsca Słońcu i puchatym obłoczkom. Niebo w końcu zaszczyciło nas swoim błękitnym obliczem.
Nagle poczułam, jak coś, albo ktoś przysłania mi światło. Niechętnie uchyliłam najpierw jedno, potem drugie oko i kogo ujrzałam przed sobą?
-Pablo?! Co ty tu robisz? - Zawołałąm, rzucając się w ramiona mężczyzny. Chwile potem poczułam, jak jego ciepły uścisk zacieśnia się. - Przecież miałeś być u rodziców.. - Spojrzałam na niego zdumiona.
- Powiedzmy, że się stęskniłem. - Wyszczerzył zęby, lecz widząc mój rozbawiony i dość niepewny wyraz twarzy, dodał: - No i loty zostały odwołane. Wichury.. Ponoć front szaleje też w okolicach Hiszpani. Angelika dojechała?
Chcąc, nie chcąc opowiedziałam Pablo niefortunną historię odwiedzin mamy, zmierzając do jego mieszkania, gdzie zaproponował herbatę.
- Czyli, że nadal nie wie o tobie i Germanie? - Zapytał, stawiając przede mną kubek gorącego napoju.
Mimo, iż rzadko gościłam w mieszkaniu mężczyzny, bardzo je lubiłam. Gustownie, lecz przytulnie urządzone, zamieniało każdego przybysza w istnego domatora. Galindo mieszkał w spokojnej dzielnicy, oddalonej od Studia niecałe pięć minut. Specjalnie szukał lokum w pobliżu pracy, gdyż często przesiadywał tam do późna. Samo blokowisko wydawało się być przyjazne. Miętowo - malinowe ściany dawały poczucie bezpieczeństwa i spokoju.
Kiedyś, gdy jeszcze zajmowałam swoje mieszkanie na przedmieściach, byliśmy niemalże sąsiadami. Pamiętam, jak wystarczyło, żebym wyszła na balkon, a on zaraz się tam pojawiał.
- Nie i chyba prędko się nie dowie. - Westchnęłam, obijając łyżeczką o kubek.
- Jak to? - Pablo spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - Sądziłem, że nie chcecie się ukrywać.
- To nie takie proste.. Wiesz, jak mama.. hmm.. wiesz jakimi uczuciami pała do Germana. Wpadnie w furię, gdy sie dowie. Z resztą nieczęsto bywa w Buenos Aires. Może i na nasze szczęście.. - Mruknęłam.
- W tym przypadku czas działa na waszą niekorzyść. Im dłużej będziecie ją okłamywać, tym dłużej ona będzie wam to rozpamiętywać. Powinnaś to już wiedzieć z przykładu ciebie, Germana i Violetty.   -  Rzekł ze stoickim spokojem. - Angie! - Tym razem rozdrażniony stukaniem podniósł głos. - Jak dziecko. - Dodał z nutką rozbawienia. Na przekór mężczyźnie, kusząco oblizałam łyżeczkę, na co odpowiedział litościwym spojrzeniem. - Chora na głowę. - Śmiał się.
Następne minuty spędziłam w towarzystwie przyjaciela. Dawno nie rozmawiało się nam tak dobrze. Teraz czułam, że w pełni go odzyskałam i bądź, co bądź może być, jak kiedyś. Zawsze mogłam liczyć na jego pomoc, bezgranicznie zaufać. Był i jest dla mnie autorytetem.
Wspominając lata dzieciństwa, studia, śmialiśmy się do rozpuku, żartując z dawnych wpadek. I nagle mnie olśniło.
- Poczekaj. - Wstałam z kanapy, kierując się na korytarz, gdzie znajdowała się moja torebka. - Gdzie to jest.. - Stosy niepotrzebnych przedmiotów, kotłowały się między sobą, utrudniając dostęp do.. - Jest! - Spośród bibelotek udało mi się wydobyć średniej wielkości paczuszkę, zawiniętą w kolorowy papier. Z szelmowskim uśmiechem, podałam ją Pablo. - Nie patrz tak na mnie, tylko otwórz. - Zakomenderowałam.
Po rozwinięciu pstrokatego opakowania, światło dzienne ujrzał...
- Kremówki! - Zdumiał się mężczyzna, lecz na jego twarzy zaobserwowałam radość.
- I to jakie. - Ostrzem noża uchyliłam ciasto, spod którego wychyliła się masa krówkowa - smak naszego dzieciństwa. - Jemy? - Spytałam formalnie i nie czekając na odpowiedź, sięgnęłam po talerzyki.
Pieszcząc podniebienie, kolejny raz powróciły wspomnienia, smaki i zapachy dawnych lat. W każdą niedziele po kościele mój ojciec zabierał nas do pobliskiej kawiarni. Maria też uwielbiała ten deser. Na myśl o siostrze, przeszył mnie dreszcz.
- W porządku? - Pablo chyba to zauważył, przyglądając mi się badawczo.
- Jasne. - Parsknęłam. - Jedz, bo ja za ciebie dokończę! - Zaśmiałam się, mierząc widelcem w stronę talerza Galinda.
- Ejejej. - Odsunął go, chichocząc. - Masz swoje. - Wystawił mi język, na co zareagowałam tym samym.
- Już późno, powinnam iść. - Niechętnie wstałam, przeciągając się. Za oknem robiło się szarawo.
- Odprowadzę cię. - Padło stanowczo.



Stojąc przed rozświetloną willą, żegnałam się z Pablo. Wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy, tworząc nieład, w oddali słychać było koncert świerszczy.
- Może zostaniesz na kolacje, albo jutro na obiad? - Zaproponowałam, lecz mężczyzna odmówił. - No przecież nie będzie świętował samotnie w jakimś barze. - Upierałam się. - Powiedz chociaż, że to przemyślisz.
- Nie ma sprawy. - Uśmiechnął się, całując mój policzek. - Miłego wieczoru, wesołych świąt.
- Wesołych. - Posłałam do odchodzącego. Sama zaś przekroczyłam próg domu. Przywitała mnie przenikliwa cisza. Imprezowicze musieli wciąż odsypiać dzisiejsze popołudnie.
- Co tu taki spokój? - Z zadumy wyrwał mnie głos Violetty. Przestraszona, wzdrygnęłam się. Dziewczyna musiała dopiero wrócić.
- Violu, wiesz która jest godzina?! - Zdenerwowana, podniosłam głos. - Nie było cię cały dzień, twój tato nie będzie zadowolony! - Skarciłam ją.
- Właściwie to.. - Cmoknęła dziewczyna. - Tato był ze mną.. - Wyjąkała. Poczułam się zbita z tropu.
- Jak to? - Niewiele rozumiałam ze słów nastolatki. German był z córką u jej przyjaciół?
- No, bo.. - Miotała się. - To miało pozostać tylko między mną, a nim.. - Powiedziała w końcu, lecz widząc moją zdezorientowaną minę, kontynuowała : - Tato zabrał mnie na cmentarz, pokazał grób mamy.. - Padło.
- W porządku. - Uśmiechnęłam się słabo. - Ymm, przygotuję nam coś do jedzenia, sprawdź, co u Javiera i zejdźcie za chwilę, dobrze? - Zmieniłam temat, odwracając głowę. Violetta nie oponowała.
- Kocham cię. - Przytuliła mnie, po czym w mgnieniu oka pobiegła na górę. W tym samym momencie do salonu wszedł pan domu.
- Oo, cześć. - Powiedział zdziwiony moim widokiem. - Już wróciłaś? Co u Pabla? - Udawał, jakby opowieści jego córki nie miały miejsca.
- W porządku. - Rzuciłam, wymuszając uśmiech, a następnie zmierzając ku kuchni. Tam zabrałam się za przygotowywanie kolacji.
Po co była ta cała wielka tajemnica? Dlaczego German nie wspomniał o swoich planach i wolał to zataić? - Te myśli osowiale błąkały się po mojej głowie. Pochłonięta domysłami, nie zauważyłam nawet, kiedy za moimi plecami pojawił się inżynier. Mrucząc, objął mnie w talii.
- Zachęcająco pachnie. - Westchnął, muskając moją szyję.
- Jestem zajęta. - Burknęłam, szturchając go łokciem. Następnie przygotowane jedzenie ułożyłam na stole, przy którym chwile potem pojawiła się Violetta i Javier. Swoją obecnością zaszczycił nas także Ramallo.
W spokoju zasiedliśmy do kolacji. Atmosfera była dość napięta. Ospałe dzieci cicho zajęły się swoimi talerzami, a asystent inżyniera, który z kolei wpatrywał się we mnie, niczym w zjawisko, popijał jedynie herbatę.
- Hej, może obejrzymy "Smerfy"? - Violetta wyczuła sytuację, zabierając ze sobą Javiera. Ramallo.. cóż.. Ramallo odpłynął, pochrapując od czasu, do czasu.
- Oglądajcie, zaraz do was dołączę. - Zawołałam beztrosko, sprzątając po skończonym posiłku. Kątem oka zauważyłam, że German w dalszym ciągu badawczo się mi przygląda. Zignorowałam to, on też odpuścił. Zgodnie z planem po porządkach, zasiadłam przed telewizorem. Na ekranie szalał już Papa Smerf i Osiłek.
- Gargamel! - Pisnął Javier, zatykając dłonią usta. Sadowiąc się na fotelu, zamilkł, a ja zamiast w ekran wpatrywałam się w jego skupioną twarz. Przez chwilę znajdował się z zupełnie innym świecie.
Podczas, gdy on razem z Violettą śledzili losy niebieskich bohaterów, ja pogłębiałam się w treści otrzymanej pod choinkę książki. Lektura na tyle mnie pochłonęła, że nie zauważyłam kiedy bajka się skończyła, a w salonie pozostałam sama. Spojrzałam na zegarek, wskazujący godzinę 20:13 i pomaszerowałam do pokoju chłopczyka. Pomieszczenie było puste, malec znajdował się u Violetty, gdzie razem śpiewali jedną  ze znanych pastorałek.
- Moi kolędnicy. - Uśmiechnęłam się, stojąc w drzwiach. - Niestety muszę przerwać wasz koncert, Javierku, idziemy się kąpać. - Powiedziałam do chłopca, niechętnie podnoszącego się z łóżka.
- Dobrze.. - Zanucił, uśmiechając się szeroko. - Idę! - Nucąc od nosem refren jednej z kolęd, malec popędził do łazienki, zostawiając mnie z siostrzenicą.
- A ty, jak sobie radzisz? - Przysiadłam obok dziewczyny. - Dawno już nie rozmawiałyśmy, tak w spokoju.. Gniewasz się na mnie?
- Nie, Angie.. - Przytuliła mnie. - Rozumiem, że jest Javier.. I wiesz? Teraz czuję, że jesteśmy rodziną.. - Zacieśniła uścisk.
-Rodziną - Powtórzyłam w myślach, uśmiechając się.

________________________
Bez ładu i składu.
Czy Ash jest choć w połowie zadowolona z Pablita? ;>

Besos,
Wiktoria

piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział 82

W domu przywitały nas niepokojące 'dźwięki'. Z kuchni słychać było stukanie garnków, a z góry dobiegał czyjś śpiew. Głosy zaczęły się wyostrzać, aż w końcu naszym oczom ukazał się rozhulany teatrzyk. Do salonu 'grając', a raczej waląc chochelką o patelnię, weszła tańcząca Olga, za nią, trzymający kobietę w talii Ramallo, następnie ciocia Melania i Cardozo. Cała czwórka wydzierała się coś w stylu latynoskiej piosenki "La cucaracha" ("Akukaracza") , wymachując przy tym rękami i nogami. Rozweseleni, śmiali się w niebogłosy. Na nasz widok przystanęli, lecz wciąż lekko podrygiwali.
- Oo, pan Anges i panienka Germinka, ohoho, jak miło państwa widzieć! Dołączą państwo? - Zatrzebiotała Olga.
- Olguś, to nie Angie, tylko Elvisek. - Dołączyła Melania, łapiąc zniesmaczonego inżyniera za policzki. - Puci, puci, kto jest najsłodszym bobo na świecie? - Targała jego uszy.
- Czy ciocia piła? - Wyjąkał German.
- Auuoo, moje maleństwo ma mnie za alkoholiczkę! - Kobieta z miejsca wybuchła płaczem. - Jestem taką złą ciotką! - Łkała w ramię siostrzeńca.
- Mela, cii. - Podszedł Cardozo. - On tak nie myśli, super babka z ciebie jest.
- Ejeje! - Wtrącił się Ramallo. - Gdzie z łapami? Przecież jesteś z Olgą!
- Co? Hahahahah! Ty, dziadek lepiej ogranicz z tym małym mleko w proszku, bo ci się w główce przewraca. - Zakpił.
Melania dalej płakała w tors zażenowanego Germana, Cardozo, kłócąc się z Ramallo, pocieszał ją, Olga śpiewała, a mnie olśniło.
- Javier! Gdzie jest Javier?!  - Przerażona pobiegłam do pokoju chłopca, jednak tam go nie zastałam. Inne pomieszczenia także były puste. Ogarnięta strachem,  zbiegłam z powrotem do salonu, gdzie w dalszym cągu trwały lamenty ciotki głowy rodziny.
- Nie ma go. - Wyjąkałam płaczliwym głosem. - Boże jak ja mogłam zgubić dziecko?! - Nerwy nie pozwalały mi usiedzieć w miejscu. Błąkając się po salonie, starałam pozbierać logiczne myśli.
- Angie, spokojnie. - German nareszcie wyswobodził się z uścisku krewnej. - Sprawdź jeszcze raz w domu, a ja zbadam ogród. - Polecił, wychodząc na zewnątrz.
Zgodnie z ustaleniem, ponownie udałam się na piętro. Począwszy od sypialni chłopca, wertowałam każdy pokój. Na próżno.
- I jak? - Z nadzieją stanęłam w ogrodowych drzwiach. Inżynier również nie miał wesołej miny. 
- Sprawdźmy na parterze. - Oznajmił, kierując się do jadalni, a następnie kuchni. Ja natomiast opadłam na fotel w gabinecie szwagra. Chowając twarz w dłoniach, rozmyślałam o wątpliwej kryjówce dziecka. Wtem rozległo się wołanie Germana. Jak oparzona wyskoczyłam z pokoju, biegnąc w stronę, skąd dobiegał głos.
Gdy dobiegłam do kuchni, mężczyzna klęczał obok stołu. 
- No spójrz. - Zaśmiał się. Mnie nie było wesoło. Pełna mieszanych uczuć kucnęłam obok niego. Pod blatem umorusany czekoladą, z wielkim kubłem lodów, spał Javier. - Biedne dziecko, schowało się przed zgrają rozchełstanych dziadów. - Chichotał German, ostrożnie podnosząc malca.
- Patologia. - Mruknęłam już nieco bardziej rozluźniona. Inżynier zaniósł chłopca na górę, a ja postanowiłam okiełznać imprezowiczów.
- Dobrze, a czy ktoś może mi teraz wyjaśnić, co się tu działo? - Zapytałam, krzyżując ręce na piersiach. Nieco skruszeni balangowicze, jak jeden mąż zasiedli na kanapie.
- Wyluzuj, seniorita. - Bąknął Cardozo.
- Ja ci dam wyluzuj.. - Obok mnie stanął German. Z surową miną zmierzył domowników.
- Elvisku, bo my tylko.. - Usprawiedliwiała się Melania.
- No ten. Hahahahaha. - Bełkotała gosposia, popijając trzymane w ręku wino. 
- Stary. - Do akcji wkroczył Ramallo. - I o co taka spina, ziom? - Poklepał jego ramię.
- 'Spinę' to będziesz miał ty, jak ci pojadę po pensji. - Warknął rozzłoszczony inżynier. - A co do reszty. - Wskazał palcem na siedzących. - Wasze zachowanie było niedopuszczalne, tym bardziej, że jest z nami Javier. Jak mogliście pozwolić, żeby dziecko było świadkiem takich scen? Ciociu, na tobie szczególnie się zawiodłem. Mam nadzieję, że to więcej się nie powtórzy. - Powiedział surowym tonem. - I radzę wam odpocząć, dzisiejszego dnia już raczej nic nie zdziałacie. - Stwierdził, odchodząc. Oczy słuchaczy zwróciły się na moją osobę.
- No, German ma rację. - Wzruszyłam ramionami, podążając w ślad za panem domu. Mężczyzna stał przed gablotką z alkoholem.
- Zaproponowałbym ci drinka, ale zważywszy na sytuację, ktoś musi tu trzeźwo myśleć. - Zaśmiał się, gdy weszłam do gabinetu.
- Kto by się spodziewał, prawda? - Uniosłam kąciki ust, lecz ciężar, który je obarczał, natychmiastowo to skorygował. Odwróciłam głowę. - Idę spotkać się z Pablo, w końcu są święta. - Powiedziałam. Twarz Germana przybrała nieco bardziej różowawy odcień, lecz nie skomentował. Pocałowałam jego zaczerwieniony policzek i zgodnie z postanowieniem opuściłam willę.


_______________________
Co gryzie Angie?
Tego dowiecie się po rozpoczęciu dramatów. :D
Swoją drogą mam już dość tego chłamu i tylko czekam na żale! Haha! :P
Pijana Olga, mmm, chciałabym to zobaczyć w serialu.:D

Cariños,
Wiktoria

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 81

Nazajutrz obudziło mnie głuche szuranie. Po chwili ciszy, na swoich nogach poczułam uścisk.
- German.. - Wymamrotałam. - Przestań..
- To nie ja.. - Ziewnął również przez sen. Zaraz, zaraz. Skoro to nie on, to..
- Poobuudkaa! - Rozległo się w całym pokoju. Oboje z inżynierem, podskoczyliśmy, jak oparzeni. Na skraju łóżka siedział Javier. Chłopiec z łobuzerską miną, zasłaniał swoje usta ręką. - Przyszedłem do was. - Zachichotał, gramoląc się między nas. Rozbawiona i.. nie do końca obudzona spojrzałam znacząco na mężczyznę.
- Oj, no w końcu są święta. - Uśmiechnął się, ponownie opadając na miękki materac. Ja również rzuciłam się na poduszki, uważając, aby nie przygnieść malca.
Fakt. Dzisiaj Boże Narodzenie, pierwszy dzień świąt. W sumie mogliśmy pozwolić sobie na chwile leniuchowania.
Niestety moja osobowość nie pozwala mi cierpieć na brak zajęć. Javier i German w najlepsze, beztrosko rozmawiali o samochodach i wyścigówkach, śmiejąc się do rozpuku, a ja - cóż, leżąc gapiłam się w sufit, rozmyślając o wszystkim i niczym. W końcu postanowiłam wstać. Zegarek wskazywał 8:53, lecz z racji świąt, śniadanie zostało przełożone na późniejszą godzinę.
- Może jednak już się ubierzecie? - Zwróciłam się do towarzyszy, którzy zajęci gorączkową dyskusją na temat footboll'u, nie dosłyszeli mojego pytania. - Faceci. - Zaśmiałam się pod nosem. Z naręczem ubrań, poczłapałam do łazienki.


Gdy doprowadzona do stanu normalności zeszłam na dół, powitał mnie cały skład domowników, łącznie z małym chłopcem i tym nieco starszym.
- Dzień dobry, wesołych świąt! - Zawołałam, siadając do stołu. Po jadalni rozchodził się kuszący zapach potraw z poprzedniego wieczoru. Zebrani zajadali się nimi równie chętnie, co wczoraj, nie brakowało też rodzinnych plotek, sprzedawanych przez Melanię oraz opowieści Cardoza.
Po skończonym posiłku dom opustoszał. Olga zobowiązała się pokazać kuzynowi miasto, zabierając przy okazji Javiera, Violetta wybrała się do znajomych, Melania ucięła sobie drzemkę, a Ramallo też, gdzieś przepadł. Korzystając z chwili spokoju, razem z Germanem usadowiłam się na kanapie przed telewizorem. Wtuleni w siebie, oglądaliśmy "Kevina samego w domu".
- Myślę, że.. - Nagle wyprostowałam się, nabierając powietrza. Inżynier spojrzał na mnie pytająco. - ...powinniśmy odwiedzić grób Marii.. - Wypaliłam w końcu. Przez twarz mężczyzny momentalnie przeszedł cień, jak zawsze, gdy wspominano o jego zmarłej żonie. Z perspektywy czasu się do tego przyzwyczaiłam, choć nie było to łatwe. Byłam zazdrosna o zmarłą? Może to nie było trafne określenie. Raczej czułam się niepewne, widząc zakłopotanie ukochanego. Ani jemu, ani mi nie było z tym komfortowo.
- Ja też tak uważam.. - Przetarł czoło, ponownie otaczając mnie ramieniem. - Może chodźmy teraz, nikogo nie ma, unikniemy pytań. - Zaproponował, na co bez słowa przystanęłam.
- Pójdę zostawić wiadomość dla reszty. - Z szuflady wyciągnęłam kartkę papieru i długopis.


Kochani!
Jesteśmy na spacerze,
                     widzimy się przy obiedzie.                    
                               
                              Angie

Kartonik przyczepiłam magnesem do lodówki, po czym chwytając torebkę i płaszcz, razem z Germanem opuściłam dom.
Szliśmy powoli, w ciszy. Żadnego z nas nie ciągnęło w cmentarne progi. Było Boże Narodzenie, czas radości, a nam towarzyszył nostalgiczny nastrój.
Pogoda nie dodawała optymizmu. Od kilku dni padał deszcz i szalał porwisty wiatr. Dziś przynajmniej niebo było suche, lecz chmury uporczywie więziły Słońce. Trzymając Germana pod rękę, czułam, jak z każdym krokiem w stronę kaplicy napinają się jego mięśnie, a krew w żyłach buzuje. Starałam się ukryć swój niepokój, próbując okiełznać przyspieszający oddech. Każdy na swój sposób przeżywał wizytę na cmentarzu.
Gdy dotarliśmy na miejsce, inżynier ułożył na kamiennej płycie bukiet czerwonych róż - ulubionych kwiatów Marii. Świszczący wiatr był naszym jedynym towarzyszem. W końcu w Boże Narodzenie nie wiele osób szuka czegokolwiek wśród zmarłych.
Staliśmy tak milcząc, jednak wiedziałam, że podobnie, jak ja w duchu, mężczyzna również odbywa swoją własną rozmowę z Marią.
- "... i mam nadzieję, że teraz patrzysz na nas z góry i nie masz mi tego za złe. Bardzo cię kocham i równie mocno tęsknię. On też.. "- Mówiłam w myślach. Niespodziewanie po mojej twarzy spłynęła pojedyncza łza. Nie miałam siły, żeby jej otrzeć.
Bez słowa, ujęłam dłoń inżyniera, czując, jak zaciska swoje palce na moich. Dzieliliśmy się bólem, zajmującym nasze serca, lecz także wsparciem i odwagą, mającą pomóc brnąć dalej.
- German.. - Wyszeptałam, drugą ręką przesuwając po jego. Policzek zaś przytuliłam do umięśnionego ramienia.
- Kocham cię. - Padło. - Najbardziej na świecie. - Dodał szybko, płynnym ruchem stając przede mną. Z lekkim niepokojem spojrzał mi w oczy, a następnie przytulił. Mimo wszystko czułam się bezpiecznie w jego ramionach, dawał mi stuprocentowe poczucie bezpieczeństwa. - Ona bardzo by chciała, żebyśmy byli szczęśliwi. - Powiedział, ocierając mokrą ścieżkę na moim policzku.
- Wiem. - Mruknęłam, wzdychając.
- Wracajmy do domu. Tam czeka nasza rodzina. - Ze spokojem rzekł mężczyzna. Ja tylko twierdząco pokiwałam głową. Objęci ruszyliśmy w kierunku willi.

______________________
Lekko dołująca końcówka. >.<
I nie obyło się bez Kevina. :P
<Klik>

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!
Wiktoria