niedziela, 1 czerwca 2014

Jednorazówka: "The sharp knife of a short life"

Budzę się, ale nie otwieram oczu. Słyszę szum dookoła mnie. Mama upuszcza klucze. Dwa metalowe przedmioty obijają się o kuchenną posadzkę. Trzask drzwi. Ojciec wraca po teczkę. Cisza. Rozmawiają. Szeptem. Ale ja wiem, co mówią. Dzielą nas metry. Ale ja słyszę. Dobiega mnie stłumiony jęk. I nagle ucicha. Trzask drzwi. Ojciec wyszedł. Mija kwadrans. Trzask drzwi. Mama idzie do pracy. Wstaję.

Chłód zimnych paneli rozchodzi się po mojej stopie i dosięga reszty kończyn. Idę boso, choć wiem, że nie powinnam się ziębić. Wchodzę do kuchni. Meble otacza szary dym, pozostały po cygarach taty. Palił. Jest źle.
Na stole napotykam talerz naleśników i karteczkę od mamy.

Angeles,

Wyszłam do szkoły,
na stole czeka na Ciebie śniadanie, 
a w salonie wisi sukienka. 
Wrócę po południu. Bądź gotowa.

Mama

Mnę kartonik i rzucam go w kąt kredensu. Siadam na krześle, biorę do ust naleśnika. Czuję truskawkowy dżem. Gruba warstwa. Jest źle. 

Kończę jeść pierwszą porcję. Czuję mdłości. Zamykam oczy i biorę wdech, aby to opanować. W myślach liczę do dziesięciu. Przechodzi. Sięgam po kolejnego naleśnika. Zaciskam zęby. Czuję, że zwymiotuję. Popijam gorącym mlekiem. Biorę łyżkę miodu. Kończę śniadanie.

Wyblakłe zasłony zamazują obraz zza szczelnie zamkniętego okna. Podchodzę do niego. Widzę starą szopę, ogród mamy, huśtawkę. W tym momencie widzę siebie i Marię. Biegamy dookoła róż. Bawimy się w chowanego. Kryję się. Między młodą sosną, a krzewem bzu. Siedzę tam, uśmiecham się. Mijają minuty. Jestem zadowolona, że  Maria mnie nie znalazła. Teraz słyszę wołania. Szuka mnie. Ale ja nie chcę wyjść. Podoba mi się zabawa. Jestem Alicją, ten świat choć na chwilę jest dla mnie zaczarowany i nikt nie może mnie znaleźć. Krzyki ucichają. Sekunda i znów je słyszę. I znowu cisza. Teraz po ogrodzie rozchodzi się łagodny śpiew. Słyszę skrzyp huśtawki. Wychodzę. Głos Marii mnie hipnotyzuje. Zwabiona idę za jego tropem. Maria się uśmiecha. Wciąż nuci melodię. Dołączam do niej. 

Esta es mi vida y no la quiero cambiar,
Al fin encontere mi luqar.
Pero sueno un amor sincero,
Alguien que me pueda amar.

Wtedy do ogrodu wchodzi mama. Woła nas na obiad. Czar pryska.

Powoli przełykam ślinę. Spoglądam na zegarek - minęły dwie godziny odkąd nieruchomo wpatruję się w siny, zaokienny obraz. Idę do salonu. Na oparciu bujanego fotela wisi błękitna sukienka. Ubieram ją, przewiązując białą wstążkę w pasie. Na stopy, okryte śniadymi podkolanówkami wsuwam błyszczące lakierki. Spoglądam w lustro. Wspominam swój długi, blond warkocz, który kiedyś sięgał mi do pasa. Dziś ledwo odstające włosy od głowy przeczesuję tylko grzebieniem. Podkradam mamie trochę malinowej szminki, ale wyglądam raczej śmiesznie, więc ścieram ją grzbietem dłoni.
Słyszę stukot klucza w drzwiach, wchodzi mama. Uśmiecha się do mnie, ale ja nie odwzajemniam jej udawanego entuzjazmu. Zamiast tego posyłam jej niezadowolony grymas. Uciekam przed jej dotykiem. Patrzy na mnie smutno, ale nic nie mówi. Wyciąga z torebki komórkę i dzwoni do taty. Nie musi wychodzić z pokoju, wszystko dokładnie słyszę zza grubej ściany. Jej słowa do mnie nie trafiają. Czuję się pusta. W końcu wychodzimy.

Zajmujemy miejsca w autobusie. Siedzę przy oknie. Obserwuję łzy nieba, osuwające się po szybie. Szara rzeczywistość pochłania kolejne kolory.
Mija kwadrans. Kolejny. I kolejny. Wysiadamy.

Mam przed sobą potężny, masywny budynek, w całości pokryty wyblakłą, brązową farbą. Niechętnie wchodzę do środka. Mijamy recepcję i poczekalnię, w której nagromadziły się tłumy ludzi. W śród nich widzę strasze osoby i dzieci. Jakiś mały chłopczyk z palcem w buzi przygląda mi się z ciekawością. Jego matka zaraz gani go za ten czyn.
Idę w ślad za mamą. Przedzieramy się przez tłum do poniszczonych drzwi z tabliczką z nazwiskiem lekarza. Otwierają się. Wchodzimy bez kolei.

Starszy, siwowłosy mężczyzna skinieniem ręki pokazuje, gdzie mamy zająć miejsca. Sadowię się na wytypowanym, niewygodnym krześle. Lekarz znudzonym głosem informuje mamę o nowych postępach choroby. Nie wywołuje to u mnie żadnych emocji. Przypominam tarczę, która skutecznie odbija ode mnie wszystkie jego słowa. Czuję się, jak w transie, jak w szklanej bańce. Przerywnikiem, budzącym mnie do rzeczywistości jest chlipanie mamy. Ściska moją dłoń.
Nagle drzwi się otwierają. Wchodzi wysoka, wręcz chuda kobieta z pociągłą twarzą i krótkim kucyku. Nie musi się odzywać, wiem co robić. Przechodzę do innego pomieszczenia, ignorując pytanie mamy, czy ma mi towarzyszyć. Siadam na okrytym poniszczoną tapicerką fotelu i wyciągam rękę. Czuję ukłucie. Nie boli, przyzwyczaiłam się. Biorę płytki oddech. Mija pół minuty. Pielęgniarka wyciąga igłę. Dostaję plaster. Wracam do pokoju, gdzie czeka na mnie mama i lekarz. Na mój widok szepty ustają. Zachowuję minę pokerzysty. Wychodzimy.

W szpitalnym kiosku mama kupuje tabliczkę mlecznej czekolady z orzechami. Taka jak lubię. Dostaję całą. Droga powrotna mija tak samo, tylko mama przez cały czas trzyma moją dłoń, głaszcze po głowię i od czasu do czasu całuje moje czoło. Obserwuję ruch zza okna autobusu. Obraz się rozmazuje. Zasypiam.

Budzi mnie głos mamy. Wysiadamy na przystanku, na obrzeżach Madrytu. Powiew wiatru muska moją prawie nagą głowę i popycha do przodu. Siły odstępują ode mnie z każdym krokiem. Mama podtrzymuje mnie w pasie. Idziemy.
Z uwagą przyglądam się przyrodzie. Po obu stronach ulicy zielenią się drzewa. Wydaje mi się, że robią to na moich oczach. Pąki kwiatów rozchylają płatki, ptaki nucą swe pieśni coraz wyraźniej z każdym moim krokiem, a słońce rozświetla drogę u mych stóp. Łapię się na tym, że zwracam uwagę na rzeczy, które kiedyś dla mnie nie istniały. Teraz znowu wszystko jest inne. Niezwykłe. 
Wchodzimy do domu.

Mijają trzy dni.  Brak mi sił. Czuję się jak piórko, które lewituje bezwładnie wystawione na wiatr. Siedemdziesiąt dwie godziny zmieniają wszystko. Otwierają mi się oczy. Widzę piękno róż, zwierząt, muzyki. Dostrzegam zapomnianych przyjaciół. Każda minuta napełnia mnie nieznanymi uczuciami. Strach. Żal. Smutek. Cierpienie. Miłość? Czuję ciepło dotyku mamy, troskliwy uścisk ojca. Coś co było mi obce, teraz stało się niezbędne. Nie rozumiem tego. 

Całe dnie spędzam przy oknie. Doglądam rozkwitających kwiatów. Uśmiecham się widząc, jak kierują sie ku słońcu. Pragnę poczuć ich zapach. Zsuwam się z parapetu. Na plecy zarzucam płaszcz ojca. Mama nie chodzi już do pracy. Pilnuje mnie. Rozglądam się, czy nie ma jej w pobliży drzwi, nie pozwala mi wychodzić. Słyszę stukot garnków z kuchni. Droga wolna. Wymykam się z domu, wprost do ogrodu. Próbuję biec, aby jak najszybciej się tam znaleźć. Każdy krok zabiera mi siłę. Upadam na kolana tuż przed ławką. Mój oddech robi się coraz płytszy. Mnę w dłoni skrawek sukienki i łapię oparcie huśtawki. Siadam na niej, kołysząc się pod działaniem wiatru. Moje nogi bezwładnie zwisają ponad ziemią. Boli, ale uśmiecham się. Do moich nozdrzy dolatuje słodki zapach bzu. Czoło zalewa się potem. Sapię ciężko. Przymykam oczy. Czuję się szczęśliwa. Nagle słyszę muzykę. To nie śpiew skowronków, to piękny, znajomy głos. Wiem, że jestem bezpieczna. Wiem, że.. 
Nagle wbiega mama. Krzyczy coś i bierze mnie na ręce. Pieśń się urywa. Nie chcę opuszczać ogrodu, ale nie mam siły nic zrobić. Pozwalam, żeby zaniosła mnie do łóżka i otuliła puchową pierzyną. Siada obok mnie. Szepcze coś do ucha. Nie wiem ile czasu mija. W pokoju oprócz mamy wyczuwam obecność ojca. Gładzi moje czoło. Jego głos się załamuje z każdym moim oddechem. Mama podtrzymuje moją dłoń, zaciska na niej swoje palce, moczy ją łzami. Słyszę jej płacz, czuję drżenie. Pod powiekami mam obraz kwitnącej róży. Teraz ona budzi się do życia. Teraz ja odchodzę. Równowaga została zachowana. 

Lord make me a rainbow, I'll shine down on my mother,
She'll know I'm safe with you when she stands under my colors.
Life ain't always what you think it oughts to be.
Ain't ever grey, but she burises her baby..

The sharp knife of a short life.
Well, I've had just enough time..

If I die young, burry me in satin,
Lay me down, on a bed of roses.
Sink me in the river at dawn,
Send me away with the words of a love song..

Płacz mamy staje się coraz głośniejszy. Ale ja uśmiecham się szeroko.
- Nie płacz, mamo. - szepczę. - Maria już tu jest..

Piosenka: "If I die young" - The Band Perry

Wiktoria

środa, 28 maja 2014

Rozdział 109

- German?
Moje serce zabiło szybciej, a świat gwałtownie uderzył ze wszystkich stron. Nie wiedziałam, co myśleć. Z jednej strony byłam mocno zaskoczona i sfrustrowana, a jednocześnie poczułam.. radość. Tak, cieszyłam się, że go widzę i nie mogłam temu zaprzeczyć. W tamtej chwili miałam ochotę rzucić się mu w ramiona, poczuć to ciepło, smak jego ust. Zamiast tego stałam, jak wryta, wpatrując się w niego, jakby był duchem, sennym wytworem wyobraźni.
- Tęskniłem. - szepnął.
Teraz nic nie mogło już powstrzymać uśmiechu, który cisnął się na moją twarz. Pod wpływem impulsu zawiesiłam się na szyi Germana, stykając nasze wargi. Mężczyzna ujął moją twarz w dłonie, przejmując inicjatywę. Każde muśniecie było wyjątkowe, niczym jakiś czarodziejski detal wyrwany z bajki. Czułam się szczęśliwa, mając go przy sobie. Nie ważne, jak bardzo chciałam się od niego odsunąć, nic nie było wstanie zmienić tego, że wciąż go kochałam.
Nagle jakaś siła sprawiła, że nasze zetknięte twarze oderwały się od siebie. Zapragnęłam ponownie połączyć nasze usta, jednak coś nienamacalnego mnie powstrzymywało. Dotyk Germana stawał się coraz bardziej nikły, podobnie jak jego coraz słabszy obraz. W końcu po sylwetce mężczyźnie pozostał jedynie smukły zarys. Rozejrzałam się po pustym, bezszelestnym korytarzu. Nikogo tu nie było. Ani teraz, ani wcześniej..

- Angie! Angie, jesteś tam?
Głuchy stukot uderzył mi do głowy. Gwałtownie poderwałam się do pozycji siedzącej. Znajdowałam się na podłodze w swoim mieszkaniu, otoczona pamiątkami. Zachodzące słońce przebijało się przez zasłony, kując mnie w twarz. Przymrużyłam oczy, przetarłam spoconą twarz i przeczesałam dłonią włosy. Pukanie nie ustępowało, przekonując, że nie jest kolejnym, sennym wymysłem.
- Angie?
Rozmasowałam obolałe łopatki i podniosłam się z podłogi. Nie do końca obudzona uchyliłam drzwi, przed którymi stał nie German, lecz Emilio.
- Cześć.
W przeciwieństwie do mnie miał na twarzy szeroki uśmiech. Zawsze był tak optymistycznie nastawiony do życia.
- Uua, coś nie najlepiej wyglądasz.
- No co ty nie powiesz. - odburknęłam niegrzecznie, lecz szybko się poprawiłam. - Przepraszam, trochę źle się czuję. Wejdziesz?
Na szczęście Emilio nie miał mi za złe niespodziewanego wybuchu i chętnie przyjął zaproszenie na kawę. Usiedliśmy przy kuchennym stole. Przygotowałam dwie filiżanki ekspresówki, a szafki wyłowiłam parę herbatników.
- Zaraz wracam, poczekasz? - Nie czekając na odpowiedź, popędziłam do łazienki.
Zatrzaskując za sobą drzwi, oparłam się o nie, masując pulsujące skronie. Szybko przemyłam twarz zimną wodą i związałam włosy w kitkę. Lustro wiszące nad umywalką ukazywało blade widmo. Ucisk głowy narastał. Syknęłam z bólu, ale mimo to ponownie zajęłam miejsce przy stole, na przeciw Włocha i uśmiechnęłam się słabo, podpierając dłonią brodę.
- To o nich chodzi?
- C-co? - wydukałam niemrawo.
Emilio wskazał na trzymane w ręku fotografie, na których byłam z Germanem i Pablo. Spuściłam wzrok, mrugając piekącymi mnie oczami.
- Nie, nic się nie dzieje. Po prostu.. wydaje mi się, że.. Wyjechałam tak nagle, z nikim się nie żegnając. Zostawiłam siostrzenicę, przyjaciela..  – Pierwszy raz głośno przyznałam się do nurtujących mnie myśli.
- Nie rozmawialiście od wyjazdu?
Pokręciłam przecząco głową.
- Więc na co czekasz? - Emilio wybuchnął śmiechem, wysuwając w moją stronę telefon komórkowy.
- To nie jest takie proste..
- Dlaczego?
Nie odpowiedziałam.
- Boisz się, że nie zrozumieją? - Emilio zdawał się czytać w moich myślach. - Nie wiem, co było powodem twojego wyjazdu, ale jeśli znali twoją sytuację, to myślę, że wszystko w porządku.
Wciąż nie podniosłam wzroku znad filiżanki. Słowa Włocha docierały do mnie, niczym do bariery dźwiękoszczelnej.
- Angie, oni na pewno cię kochają. Tęsknią. Dzwoń.
Niepewnie odebrałam komórkę od Emilio i wybrałam numer Pablo. Z każdym sygnałem strach, zbierający się we mnie tyle czasu narastał, aby w końcu wraz z głosem przyjaciela - wyparować.
- " Halo? " - usłyszałam w słuchawce. - " Halo? Kto mówi? "
Zupełnie zapomniałam, że Pablo nie ma mojego nowego numeru. Właściwie.. nikt poza Emilio, Luisem i Julio go nie miał.
Włoch porozumiewawczo dał mi znak, abym w końcu się odezwała. Wzięłam głęboki oddech i..
- Pablo?
- Angie?
Głos mężczyzny wywoływał u mnie kolejne fale ciarek. Tak bardzo mi go brakowało, jego ramion, uśmiechu, dobrego słowa, którego nigdy nie szczędził.
- To ja, kochany. - wyjąkałam. Oczy mi się zaszkliły, a ręce drżały. Emilio chwycił moją dłoń i posłał mi ciepły uśmiech, dodając odwagi. Następnie szepnął parę zachęcających słów, musnął mój policzek i wyszedł.
- Nie mogę uwierzyć, że dzwonisz. Angie, tak się martwiłem! Co się z Tobą dzieje?
Szybko i nieskładnie streściłam Pablo wydarzenia ostatnich tygodni. Mężczyzna w ciszy przysłuchiwał się mojemu monologowi, a gdy skończyłam mówić, rzekł niespodziewanie:
- Jesteś tam szczęśliwa?
- T-tak. Chyba tak. - wydukałam, zaskoczona.
- Więc żyj tym, co masz, nie wracaj do przeszłości. Angie, pojechałaś tam, żeby zacząć od nowa. Wiem, jaka jesteś, że się przejmujesz, ale myśl o swojej przyszłości, nie o tym, co było. Pamiętaj, że jestem po twojej stronie i zawsze będę cię wspierać. Nawet w tak szalonych pomysłach.
W głosie Pablo wyczuwałam przejęcie, wzruszenie i tę głęboką serdeczność, której brakowało mi we Włoszech. Miło było czuć jego bliskość, choć dzieliły nas ogromne kilometry. Nie raz już udowodnił mi, że jest prawdziwym przyjacielem. Zasługiwał na miłość, której ja nie mogłam mu dać.
- Chciałabym, żebyś spotkał kogoś, kto pokocha cię tak bardzo, jak ja nie mogę. – wypaliłam ni stąd, ni zowąd. - Mam nadzieję, że mój wyjazd ci w ty pomoże..
Pablo nie odpowiedział. Wiedziałam, co niesie ta wymowna cisza. Zmieniłam temat.
Rozmawialiśmy dość długo. Mężczyzna zrewanżował mi się opowiadaniami o zmianach, jakie zaszły w Studio, postępach uczniów i  planach w związku z dalszą przyszłością szkoły. Mimo, że rozmawialiśmy tylko przez telefon, czułam się chociaż po części, jak dawniej.
- Obiecaj, że na tym się nie skończy. Będziemy się kontaktować, prawda? - zapytałam z nadzieją.
- Oczywiście. – odrzekł z rozbawieniem w głosie. – Kilometry nie istnieją. Jesteś taką gwiazdką. Ilekroć spojrzę na nocne niebo, myślę, że gdziekolwiek jesteś, rozświetlasz komuś drogę, tak jak kiedyś mi. Całuję.
- Do usłyszenia.  – Niemalże szepnęłam, wzruszona.
Szczęśliwa odłożyłam telefon. Teraz czułam się znacznie lepiej, jakby ciężar, który tak długo dźwigałam nagle zniknął. Z uśmiechem opadłam na sofę.

Wieczorem zabrałam się za przygotowywanie kolejnej lekcji z dzieciakami. Postanowiłam przedstawić im parę piosenek, napisanych przez uczniów Studio. W ten sposób chciałam pokazać im, że ciężka praca zawsze się opłaca, a marzenia spełniają.
Sama kilkakrotnie złapałam się na poszukiwaniu fortepianu w mieszkaniu. Brakowało mi tego hobbystycznego stukania w klawisze. Postanowiłam, że nabędę keyboard i we Włoszech.

Już dwa kwadranse później podążałam jedną z uliczek w stronę centrum, gdzie znajdowały się polecone mi przez Emilio najlepsze sklepy muzyczne. Przecznicę od głównej alei znalazłam sklep "SOLO MUSICA".
Popchnęłam szklane drzwi i weszłam do środka. Wnętrze było bardzo gustownie urządzone; ściany pokrywała bordowa tapeta, a na niej w sztucznie pozłacanych gablotkach wisiały instrumenty. Za ladą stał starszy mężczyzna z siwym wąsem i okularach na nosie.
- Buon qiorno. (Dzień dobry)  - powiedziałam.
Wystraszony mężczyzna podskoczył i upuścił trzymaną paczkę z ustnikami.
- A niech to. - jęknął po hiszpańsku. - Cholerni Włosi.
- Również mi miło. - rzekłam z szelmowskim uśmiechem.
Zawstydzony mężczyzna poprawił nerwowo okulary i mruknął pod nosem "przepraszam".
Rozbawiona przedstawiłam dokładnie sprzedawcy swoje intencje. Ten pokazał mi parę najlepszych według niego sprzętów. Widać było, że zna się na rzeczy.
- Może chce panienka spróbować? - skinieniem ręki zachęcił mnie do gry na instrumencie.
" Czemu nie? " - pomyślałam.
Podeszłam do keyboarda i przesunęłam palcami po klawiszach. Przymknęłam oczy, napawając się ich krystalicznymi dźwiękami.  Po chwili nuty, które wygrywałam zaczęły układać się w składną kompozycję. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- "May it be an evening star,
Shines down upon you.
May it be when darkness fall,
Your heart will be tru.
You walk a lonely road,
Oh! How far you are from home.."
Gdy otworzyłam oczy spostrzegłam, że sprzedawca i kilku klientów przyglądają mi się z uwagą. Jedna kobieta otarła łzy z policzka.
- T-tak, ten keyboard chyba będzie dobry. - wydukałam mocno speszona.
Rozległy się brawa. Dwóch mężczyzn i jakieś kobiety złożyli mi gratulacje. W milczeniu wysłuchiwałam komplementy, czerwieniąc się i dziękując za miłe słowa.
Gdy zamieszanie ucichło poprosiłam o zapakowanie sprzętu, podałam adres, pod który miał zostać wysłany i zapłaciłam.
- Masz światowy głos, dziecko. - powiedział mężczyzna.
- Dziękuję. - odrzekłam zaczerwieniona.
- Mój znajomy zajmuje się organizacją koncertów charytatywnych. Przy okazji szuka nowych talentów. Zapiszę ci jego numer. - mówiąc to na kolorowej karteczce nabazgrał dziewięć cyfr.
- Powołaj się na Juana.
Schowałam wizytówkę do kieszeni, podziękowałam i wyszłam.

Rzym spowił już mrok, dochodziła godzina 21:30. Na aleje opadało światło z rozbłysłych latarni, a ulice zapełniły się przechodniami. Co było tu typowe - na każdym kroku można było napotkać zakochanych, spacerujących w blasku gwiazd lub pojedyncze osoby, samotnie podziwiające widoki.  Zadowolona z miło rozpoczętego wieczoru postanowiłam wrócić do domu nieco dłuższą drogą.

- Chyba się zgubiłam.
Uliczka, w której się znajdowałam była mi zupełnie obca. Potężne, masywne mury budynków wydawały się surowe i nadawały miejscu grozy. Nagle przechodnie zniknęli, zorientowałam się, że na ulicy jestem zupełnie sama. Zza rogów kamienic od czasu do czasu wychylali się jacyś ludzie. Poczułam się nieswojo, ale dalej szłam przed siebie. Podświadomie opuściłam zakasane rękawy i włożyłam ręce do kieszeni. Cały czas miałam dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Przyspieszyłam kroku. Nagle ktoś szarpnął mnie za ramię i wyrwał torebkę. Gwałtownie się odwróciłam, tracąc równowagę i tym samym przewracając się na chodnik. To działo się tak szybko. Zdezorientowana rozejrzałam się dookoła, ale tajemniczej postaci już nie było. Przed oczami wciąż miałam jedynie drobną, niewielką sylwetkę.


___________________________
Hej, siema, witam, cześć! 
Dziś trochę dłużej. 
Zachciało się Germangie, to wuala! :P
Na jawnego Geremka musicie jeszcze trochę poczekać.
Także no.. groźcie, proście, komentujcie! 

Do przeczytania,
Wiktoria

Ktoś oprócz mnie ma taką jazdę na Pangie? 

sobota, 24 maja 2014

Rozdział 108

Słysząc słowa Luisa zakręciło mi się w głowie.
"Zdaje się, że będziemy razem pracować. " - Powtórzyłam w myślach. 
Wymusiłam słaby uśmiech i pozwoliłam, aby mężczyzna odprowadził mnie do mojej sali. Następnie poinformował, że po lekcji odbędzie się zebranie nauczycieli i wyszedł. 
Korzystając z ostatnich wolnych minut, rozejrzałam się po sali. Klasa była gustownie urządzona, idealnie przystosowana do potrzeb dzieci. Nie zabrakło też miejsca na biurko, fortepian i inne meble oraz gablotki z mniejszymi instrumentami. Zdążyłam rozłożyć kserówki z nutami i zapoznać się z listą mojej grupy, gdy do sali zaczęli schodzić się uczniowie. Grupa liczyła piętnastu uczniów w wieku od 9 do 12 lat. Na samym początku poznałam ich imiona i sama się przedstawiłam, a następnie zaczęliśmy zajęcia od piosenki, którą dzieciaki nauczyły się w zeszłym roku. Ja też zaprezentowałam jedną ze swoich kompozycji.
Lekcja ku mojemu zdziwieniu minęła zadziwiająco szybko. W przeciągu niecałej godziny zdążyłam polubić swoją nową klasę. Zajęcia minęły w przyjemnej atmosferze.

Gdy rozległ się dzwonek na lunch, udałam się do pokoju nauczycielskiego, gdzie kawę popijali już wszyscy nauczyciele. Oprócz tych, których przedstawił mi wcześniej Emilio, poznałam jeszcze jedną kobietę, imieniem Isa.
Przerwa obiadowa miała trwać czterdzieści minut, dlatego zebranie zostało zwołane właśnie w jej trakcie.
- Czekamy tylko na dyrektora. - Szepnął blondyn.
Jak powiedział - tak było. Minęło pięć, dziesięć minut, a kierownika szkoły nadal nie było. Powoli zaczynałam się irytować, choć reszta nauczycieli nie wydawała się być specjalnie przejęta. Po upływie kolejnych minut postanowiłam się przewietrzyć.
Jak o poranku, na placu zabaw było pełno dzieci. Usiadłam na schodach i z oddali przypatrywałam się ich zabawom. Wtem ktoś zasłonił mi słońce. Przymrużyłam oczy, zerkając ku górze. Nade mną stał Luis.
- Nie idziesz na zebranie?
- Znudziło mi się czekanie. Nie wiem, co wyobraża sobie ten cały dyrektor, zupełnie nie szanuje czasu innych.
Mężczyzna uniósł prawy kącik ust.
- Chyba nie wywarł na tobie pierwszego, dobrego wrażenia.
- Jak na razie nie.
- Może się zrehabilituje. - Mruknął. - Chodź do środka, mam przeczucie, że zaraz się zacznie.
Nie protestując, ruszyłam za Luisem. Mężczyzna przepuścił mnie w drzwiach.
- No panie dyrektorze, spóźnienie! - Zawołał Marco na widok..
" No pięknie " - Jęknęłam w myślach, czerwieniąc się. Niepewnie spojrzałam za siebie. Luis wyglądał na mocno rozbawionego z zaistniałej sytuacji.
Bez słowa zajęłam miejsce obok Emilio.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że to on mnie zatrudnił? - Szepnęłam w stronę przyjaciela.
- A czy to coś by zmieniło?
Nie odpowiedziałam. Strzelając buraka, wlepiłam wzrok w podłogę.
- Na początku chciałem gorąco przeprosić za spóźnienie, mam nadzieję, że mi wybaczycie. - Powiedział Luis, a ja czułam, jakby jego słowa były skierowane wprost do mnie. - Witam też naszą nową koleżankę. Angeles.
Gdy uniosłam głowę, spostrzegłam, że siedem par oczu jest skierowanych wprost na mnie. Uśmiechnęłam się nieśmiało, dodając parę słów od siebie. Gdy skończyłam mówić, wyglądając jak dojrzały pomidor, Luis krótko przedstawił plan na pierwsze tygodnie nowego semestru, zaprezentował nowy system wprowadzenia  ocen i pomysły na różne akcje z udziałem dzieci. Nie dało się nie zauważyć, że był prawdziwą skarbnicą pomysłów.
W końcu zawył dzwonek i nauczyciele zaczęli rozchodzić się do klas. Jedynie ja pozostałam w sali z zamiarem rozmowy z przełożonym.
- Coś nie tak? - Zapytał.
- Ja tylko chciałam..
- Daj spokój. - Przerwał mi, śmiejąc się.
Mnie nie było wesoło. Przeciwnie - czułam się głupio i niezręcznie.
- Nie gniewam się. - Luis wyglądał na mocno rozbawionego. W końcu ja też odważyłam się uśmiechnąć. Po chwili oboje chichotaliśmy, jak pomyleni.
-  Teraz chyba muszę się zrehabilitować. Co powiesz na dobry obiad? W końcu zająłem ci całą przerwę.
- Przestań, to ja powinnam cię zaprosić.
- Hej, szefowi się nie odmawia. - Cmoknął, mrugając lewym okiem. - Będę czekać przed szkołą. - Podsumował i wyszedł, zanim zdążyłam coś dodać.

Z klasy wypadłam równo z dzwonkiem. Zanim wyszłam z budynku, w toalecie poprawiłam makijaż i włosy. Wpatrując się w swoje odbicie w lustrem nad umywalką, czułam lekkie spięcie, ale i dziwną ekscytację.
Mężczyzna czekał już przed szkołą. Na mój widok uśmiechnął się zawadiacko. Ufając jego gustom, ruszyliśmy do resteuracji.

W drodze rozmawialiśmy niewiele. Czułam się lekko spięta w jego towarzystwie, ale starałam się to ukryć i rozluźnić.
W pewnym momencie komórka Luisa zaćwierkała.
- Przepraszam, muszę odebrać. - Powiedział, zerkając na wyświetlacz.
Skinęłam głową i przysiadłam na ławce, a mężczyzna nieznacznie się oddalił. Obserwowałam jego zmieniającą się mimikę twarzy. Początkowo wyrażał spokój, ale stopniowo stawał się coraz bardziej nerwowy. Biała koszula ciasno opinała jego brzuch, podkreślając mięśnie i idealnie kontrastując z jasnymi jeansami. Ciemno - brązowa czupryna kilkakrotnie została zmierzwiona w nerwowym odruchu. Od czasu do czasu pogładził swój zarost, zawzięcie tłumacząc coś komuś przez telefon. W końcu zakończył rozmowę.
- Przepraszam, Angie, dzwonił dyrektor teatru, z którym współpracuje szkoła, muszę się z nim pilnie spotkać.
- W porządku, rozumiem. - Odparłam ukrywając zawód.
- Na prawdę mi głupio. Obiecuję, że ci to wynagrodzę. - Mówiąc to chwycił moje dłonie, składając na nich pocałunek.
- Będę pamiętała, leć. - Uśmiechnęłam się, czerwieniąc.
Gdy Luis odszedł  postanowiłam krótko przejść się po parku. Pogoda dopisywała; słońce świeciło, a lekki wiatr tuszował ich palące promienie. W duchu żałowałam, że nie ma przy mnie Luisa, czego sama nie do końca rozumiałam. Z jednej strony budził we mnie swojego rodzaju strach, ale swoją drogą miał coś, co mnie do niego ciągnęło. Kiedy patrzyłam w jego oczy, miałam wrażenie, jakbym widziała... Germana?
Szybko odrzuciłam zbędne myśli i wróciłam do mieszkania, klecąc obiad według przepisu Olgi. Z miseczką parującej zupy zasiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Na jednym z kanałów przewinęła się jakaś komedia, dalej horror i jakiś słaby film akcji. W końcu przypomniałam sobie o telenoweli, którą niegdyś oglądałam na sto trzecim kanale. Sprawdziłam program telewizyjny i okazało się, że serial rozpoczyna się za dwadzieścia minut. W tym czasie zdążyłam posprzątać po obiedzie i z niezbyt wygodnych cygaretek oraz koszuli przebrać się w krótkie, jeansowe spodenki i za dużą, czarną koszulkę z nadrukiem Beatles'ów. Włosy związałam w kitkę i zmyłam makijaż. Nie był to do końca mój styl, ale za to bardzo wygodny.
Zaparzyłam sobie drugą dzisiejszego dnia kawę i zasiadłam na sofie. Na ekranie właśnie pojawiła się czołówka serialu. 
Elwira od pierwszej minuty przystąpiła do ataku, naskakując na Juana, Maximiliano zabiegał o względy Clary, a Carlos wciąż poszukiwał matki.
Po dwudziestu pięciu minutach serial dobiegł końca, stając na momencie, gdy Carlos z przerażeniem spogląda w okno. Teraz trzeba czekać całą dobę, żeby dowiedzieć się kogo zobaczył. Klasyczny chwyt. 
Wyłączyłam telewizor i odstawiłam brudny kubek po kawie do zlewu. 
Siedząc na kuchennym krześle i wymachując nogami, jak mała dziewczynka, rozglądnęłam się po swoim mieszkaniu. Nie miałam tu wiele rzeczy, jednak wystrój był bardzo domowy i przytulny. 
Z pułki, na której stał telewizor wystawały albumy ze zdjęciami rodzinnymi. Te nieco 
"aktualniejsze" chowałam w pudełku, w szafie razem z pamiątkami 
Marii. 
Po krótkim zastanowieniu zasiadłam po turecku przed szafą i wyłowiłam z niej karton w czerwone maki. Pod wieczkiem kryły się zdjęcia 
Marii, wycinki z gazet z jej koncertów, płyta, a także bransoletka z kolorowego makaronu, którą jeszcze jako dziecko podarowałam jej na szczęście przed trasą. Widać umiem przynosić jedynie pecha. 
Pociągnęłam nosem i odchyliłam głowę, aby się nie rozpłakać. Pamiątki po 
Marii odłożyłam na bok, dalej leżały zdjęcia z Pablo.
Wyglądaliśmy na szczęśliwych, roześmianych. 
Jedna z fotografii była jeszcze z czasów studiów. 
Trzymaliśmy się pod rękę, siedząc na schodach filharmonii. 
Tęskniłam za jego ciepłym uściskiem, uśmiechem i dobrymi radami, które zawsze mogłam od niego otrzymać. Nawet gdy sytuacja wydawała się beznadziejna zawsze przy mnie był i otaczał swoją opieką. 
A teraz odwdzięczyłam się mu w taki sposób, kłamiąc i wyjeżdżając bez słowa. 
Na samym dnie pudełka kryły się zdjęcia z Germanem.
Z koncertu Violetty, wesołego miasteczka, świąt. Ładnie razem wyglądaliśmy, widać, że były to dla nas wspaniałe chwile. Chwile, które już nie wrócą, które przeminęły na szalach historii. Obróciłam w dłoniach fotografię, przedstawiającą samotną sylwetkę mężczyzny. Brakowało mi jego czekoladowych oczu..  
Nagle dzwonek do drzwi zaryczał. Podskoczyłam, jak oparzona. 
Szybko przetarłam mokre oczy i rzucając ostatnie spojrzenie w kierunku lustra, na swój zmasakrowany wizerunek, otworzyłam drzwi. 
Miałam resztki nadziei, że to tylko portier i szybko się go pozbędę, jednak na korytarzu stał..
- German?


_______________________
Także ten.. :D
Angie w nowej pracy, 
nieudana randka,
Luis,
German w Rzymie?
Ja zatęskniłam za Pablito, a Wy? 

Do przeczytania,
Wiktoria

środa, 14 maja 2014

Rozdział 107

Po wejściu do mieszkania od razu wzięłam się za przygotowywanie śniadania. Korzystając z kupionych warzyw postawiłam na sałatkę. Zaczęłam od krojenia pomidorów, następnie rzodkiewka, sałata. Kombinowałam na wszystkie sposoby. W końcu po pół godziny zabawy, osiągnęłam zamierzony efekt: salaterka pełna włoszczyzny, wyglądała smakowicie. Zaparzyłam dwa liście herbaty i z tak gotowym daniem zasiadłam przy stole. Jedzenie smakowało wybornie, a włoskie warzywa miały w sobie coś, co odróżniało je od tych, które kupowała Olga. Choć owoce rzymskich upraw nie miały w sobie ani grama niedoskonałości, nic nie równało się z potrawami gosposi w domu Castillo. Był to jeden z wielu detali, których mi brakowało..
- Stop! - Burknęłam sama do siebie. 
Miałam zapomnieć o przeszłości, o życiu, w którym miałam dom, rodzinę, pracę. Skoro dałam się porwać szaleństwu i straciłam tą całą stabilizację, to nie było już odwrotu.
Po skończonym śniadaniu uprzątnęłam stół, kuchnię i pozmywałam naczynia. Od tego czasu miałam wolne, aż do jutra, kiedy miałam zacząć nową pracę. Emilio przekazał mi wszystkie najważniejsze informacje dotyczące zakresu moich obowiązków, sam miał też oprowadzić mnie po placówce, dlatego nie martwiłam się o następny dzień. Przeciwnie - praca artystyczna z chorymi dziećmi była dla mnie wyzwaniem, jako dla nauczyciela, muzyka i człowieka. Wywoływało to nie niepokój i strach, a ekscytację. 
Postanowiłam skorzystać z ostatnich wolnych godzin lenistwa i zasiadłam przed telewizorem. Dawno tego nie robiłam, po prostu oddawałam się fabule filmu. W przeciągu ostatnich dni miałam w głowie jedynie obraz bolesnych wspomnień. Czas aby uwolnić od nich umysł.
Pilotem uruchomiłam plazmę. Skacząc z kanału na kanał, natrafiłam na jakąś głupkowatą telenowelę. 
- Ach, Julianie. - Płaczliwym głosem wyjąkała jedna z bohaterek.
Mężczyzna, ujmujący jej dłoń, wpatrywał się w jej oczy ze sztucznie wymalowanymi łzami na policzkach. 
- To prawda, Rozalio. - Chlipnął.
Stwierdziłam, że skoro i tak nie znam wątku, ani sprawy, w której Rozia miała wierzyć Julciowi, to nic tu po mnie. Zieloną strzałką przełączyłam kanał. Tam natrafiłam na kolejną komedię romantyczną, tym razem produkcji francuskiej. Bohaterowie właśnie zbliżali się ku sobie, łącząc swoje usta w namiętnym pocałunku. Po kilku sekundach zakończyłam i ten seans. 
Zła chwyciłam za pierwszą książkę, leżącą na regale. Tytuł głosił: Panna młoda w śniegu. Była to jedna z moich ulubionych powieści kryminalnych, stanowiąca ciekawe urozmaicenie pośród romansów. Mroczne opisy nadawały gęstej atmosfery i wciągały w opisane intrygi. Autor nie zawiódł w żadnym z elementów, serwując czytelnikom dawkę dobrej rozrywki, a wszystko to dzięki nakreślonym postaciom, zapadającym w pamięci opisom i niebanalnemu pomysłowi na zbrodnię. Mimo, iż powieść przestudiowałam nieraz, znowu dałam się ponieść fabule, spędzając kolejne godziny w fotelu. Przerwał mi dopiero dźwięk komórki. Dzwonił Emilio. 
- Ciao, jak się masz? - Usłyszałam po naciśnięciu zielonej słuchawki. 
- W porządku, dzięki, odpoczywam przed jutrem. 
- I bardzo dobrze, bo w tej szkole nie da się nudzić. - Roześmiał się.
- Mam nadzieję. 
- Wstąpię po ciebie o ósmej, żebyś poznała drogę. Pasuje ci?
- Nie ma sprawy. - Odparłam.
- Więc do zobaczenia. 
- Do jutra. - Zakończyłam rozmowę, uśmiechając się pod nosem. 
Odłożyłam książkę i telefon, po czym zabrałam się za przygotowywanie stroju na jutro. 
- Gustownie, ale niebyt elegancko. Szykownie, ale nie ekstrawagancko. 
W końcu wybrałam czerwone cygaretki, do których miałam wpuścić białą bluzkę na ramiączka. Potem udałam się do łazienki, zażyć kąpieli. Wanna pełna gorącej wody i olejku kokosowego przyniosła mi odprężenie. Ciepło rozchodziło się po moim ciele, kojąc wszelkie niedoskonałości. Po pewnym czasie opuściłam łazienkę. Znudzona nie powróciłam do czytania książki, tylko od razu położyłam się spać.

Równo z rykiem budzika poderwałam się z łóżka. Czułam się wypoczęta i zrelaksowana, dzięki czemu żaden stres wiążący się z nową pracą nie doskwierał mi. Zamiast tego w moim brzuchu nurtowała ekscytacja.
Nie byłam najlepszą kucharką, dlatego postawiłam na prymitywne tosty. Ubrana i odświeżona zasiadłam do stołu. Punkt ósma usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Cześć. - Uśmiechnęłam się na widok Emilio.
Mężczyzna miał na sobie jasne jeansy, białą koszulę, a na nosie czarne okulary przeciwsłoneczne.
- Gotowa?
- Tylko wezmę torebkę.
Z kuchennego krzesła zwinęłam podręczny bagaż, upiłam ostatni łyk kawy i z kęsem tosta w dłoni dołączyłam do Emilio.

Okazało się, że placówka szkolna mieści się całkiem niedaleko mojego mieszkania, a droga którą szliśmy zdawała się być przyjemna i może.. nieco podobna do mojej starej ścieżki do Studia. Mijaliśmy park, plac zabaw i stragany z łakociami. Po przejściu przez ulicę, za rozłożystym drzewem, wyłonił się ogromny budynek. Na parkingu stało kilka samochodów, a na pobliskich huśtawkach kołysały się dwie podobne do siebie dziewczynki, które na widok Emilio energicznie mu pomachały, uśmiechając się od ucha do ucha.
Mężczyzna wszedł do środka, gdzie na parterze znajdował się hol, a dalej biura, pokoje socjalne i nauczycielski. Do tego ostatniego zaprowadził mnie Emilio, a gdy poznałam plan lekcyjny i kilkoro nauczycieli, pokazał całą szkołę.

Po godzinie miały odbyć się pierwsze lekcje. Z teczką pod ręką, spisem godzin i lekkim stresem szłam do swojej klasy, która znajdowała się na piętrze. Mimo, że Włoch prezentował mi salę, przeznaczoną do mojej dyspozycji, po wejściu na górny korytarz doznałam całkowitej dezorientacji.
- Może w czymś pomóc? - Usłyszałam za plecami.
Gdy się odwróciłam doznałam szoku.
- Luis?!
- Też się cieszę, że cię widzę.
- Ale co ty tu robisz?
- Zdaje się, że będziemy ze sobą pracować.

___________________________
Także ten. XD 
Dziś bez obrazków, nie mam nastroju. 
Swoją drogą pracuje nad sylwetką Luisa, więc niedługo pojawi się ona w zakładce. 


Dziękuję za przeczytanie,
Wiktoria

niedziela, 11 maja 2014

Rozdział 106

- " Si te sientes perdido en nigun lado,
Viajando a tumundo del pasado,
Si dices mi nombre yo te ire a buscar.."
- usłyszałam nucenie Violetty.
Śpiewała tak czysto i delikatnie. Po chwili dołączył do niej głos Germana. Przygrywał na fortepianie, a jego córka stała obok. Poczułam nieodpartą chęć zaśpiewania z nimi. Gdy przekroczyłam próg salonu, ich twarze skierowały się w moją stronę, a usta wykrzywiły w przyjaznym uśmiechu. Powoli podeszłam do potężnego instrumentu, a kiedy nastąpił refren zaśpiewałam razem z nimi:
- " Ya veras que algo se enciende de nuevo,
Tiene sentido intentar.
Cuando estamos juntos.
Algo se enciende de nuevo,
Riene sentido intentar,
Cuando estamos juntos."
Palce Violetty zacisnęły się na mojej dłoni, zaś jej druga ręka spoczęła na ramieniu ojca.
Byłam szczęśliwa widząc ich oboje, czułam radość, kiedy byli obok. Miałam wtedy wrażenie, że mogę wszystko, że już nic mi nie grozi, że jestem bezpieczna.
Piosenka powoli zbliżała się do końca, aż w końcu umilkliśmy, klawisze przykryła czarna zasuwka. Z twarzy Violetty zniknął uśmiech, a na jego miejscu pojawił się nieszczęśliwy grymas. Jej ciemne oczy wypełniły łzy, kolejno osuwając się po różowych policzkach. German także spochmurniał. Przybierając surową minę, wstał z krzesła i skierował się do swojego gabinetu, gdzie po chwili zniknął za drzwiami. Odprowadziłam go wzrokiem, aż do samego pomieszczenia, jednak on ani na chwilę się nie odwrócił. Zadumę przewał narastający szloch Violetty. Dziewczyna ukrywszy twarz w dłoniach, rzuciła się w bieg po schodach. Chciałam iść za nią, móc złapać w swoje ramiona, jednak coś blokowało moje ciało, nie mogłam się ruszyć..
- Violu! - Krzyczałam. - Zaczekaj, proszę!
Na próżno wołałam. Willa na dobre opustoszała, jakby całe życie w niej zamarło, a czas się zatrzymał. Zostałam sama.

Miotając się, w końcu otworzyłam oczy. Pokój wypełniało dzienne światło, radośnie nawołujące do pobudki.
Leniwie przeciągnęłam zastałe kości, wciąż czując smak niepokojącego snu. Sięgnęłam po leżącą na kmodzie komórkę i otworzyłam elektroniczną książkę telefoniczną, sunąc palcem po ekranie, w poszukiwaniu kontatu siostrzenicy.
- Valeria, Vivian.. Violetta.. - Zatrzymałam się przy zdjęciu dziewczyny.
Ikonka obejmowała jej rozpromienioną twarz. Dokładnie pamiętałam sytuację, w której zrobione zostało to zdjęcie, podczas jednego z obiadów w przerwach w Studio. Wtedy wszystko było prostsze, a nam wydawało się, że możemy dotykać chmur. A może rzeczywiście tak było? Towarzystwo ukochanych osób uskrzydlało.
Tęskiłam za siostrzenicą. To dla niej przemierzyłam pół świata. Żeby tylko móc ją zobaczyć, uchwycić tę drobną cząstkę Marii. W chwili, gdy ujrzałam ją poraz pierwszy od lat, nie przypuszczałam, że nasze losy potoczą się, aż tak burzliwie. Violetta dawała mi siłę, była swego rodzaju oparciem. Czy ona myśli teraz w ten sam sposób? Czy czytała list? A może od razu go potargała i znienawidziła mnie na resztę życia? - Te pytania zadręczały mnie odkąd opuściłam Buenos Aires, niestety sama nie chciałam usłyszeć odpowiedzi. Wiedziałam, że dziewczynie należą się wyjaśnienia, a jednak cały czas tchurzyłam..
Teraz też guziczkiem z boku urządzenia wyłączyłam telefon, odkładając go na leżącą obok mnie poduszkę.
Jeszcze chwilę poleżałam, a następnie zwlokłam się z łóżka. Przebijające się przez zasłone promienie słoneczne, zwiastowały piękną pogodę, nie mogłam przecież marnować pod kołdrą całego dnia.
Na boso powędrowałam do kuchni, tam otworzywszy lodówkę, stwierdziłam, że jest pusta.
- No tak. - Mruknęłam pod nosem. Przecież dotychczasowe posiłki spożywałam na miejście, nie troszcząc się o wyposażenie kuchni.
Z szafki nad zlewem wyciągnłęam szklandkę i nalałam do niej wody z kranu. Po wypiciu całej zawartości mój brzuch wydał z siebie nieprzyjemny pomruk. Chcąc, nie chcąc, w końcu musiałam udać się na zakupy.
Nałożyłam na siebie jasne jeansy, białą bluzkę na ramiączka i szary sweter. Włosy spięłam w kucyka, a na stopy wsunęłam balerinki i zrobiłam lekki makijaż. Tak wyszykowana ruszyłam na bazar, pełen świeżych warzyw i owoców. Jak włoszczyzna, to włoszczyzna. Sięgnęłam po jedenz czerwonych pomidorów z kartonu i przyłożyłam go do ust, rozkoszując się zapachem letniego słońca. Do mojego koszyka trafiły jeszcze kolejno: sałata, ogórki, cebula, papryka, rzodkiewki, brokuły i jeden dojrzały por.
- Grazie. - Starszy mężczyzna z wąsem oddał mi parę monet reszty i posłał ciepły uśmiech, który bez wahania odwzajemniłam. Włosi wydawali się być tacy beztroscy.
Na niewielkim rynku handlowym rozstawiło się poro straganów nie tylko z jedzeniem. Można tu było nabyć nową odzież, biżuterię, czy tanie perfumy lub rzeczy do wystroju mieszkań, typu firanki, dywany.
Przy jednym z rozłożonych straganów, siedziała skulona cyganka. Starsza kobieta wyglądała na zmęczoną, jednak nie było jej dane długo odpocząć, bowiem złośliwy handlarz, przepędził wróżbitkę ze swojego terenu. Kobieta utykając lekko, szybko się oddaliła, znikając wśród tłumu.
- "A jednak Włosi nie są jednogłośni. " - Pomyślałam.
Przy jednym ze straganów nabyłam świeże truskawki, pomarańcze i winogrono. Gdy sięgnęłam po leżące w kartonie jabłko, ktoś mnie wyprzedził. Spojrzałam na stojącą obok mnie osobę i aż zakręciło mi się w głowie. Tuż przy mnie znajdował się Luis. Mężczyzna obrócił w palcach owoc i przyłożył je do ust.
- Soczyste, świeże, pięknie pachnie. - Skwitował i podał mi jabłko.
Spuściłam głowę i ułożyłam owoc w koszyku, pośród innych oraz zapłaciłam sprzedawcy.
- Zapomniałam, że najlepiej się na tym znasz. 
- Mieszkam w okolicy, te stragany nie są mi obce, a jedzenie najlepsze na śniadanie. Włosi są mistrzami wiosennej kuchni.
- Skromnymi. - dodałam. - mistrzami kuchni. 
Luis uśmiechnął się zawadiacko, dołączając do mnie, gdy odeszłam od stoiska. 
- Mój szarmancki przyjaciel pewnie pokazał ci już całe miasto, więc może, żeby pobyć z tobą nieco dłużej, odprowadze cię do mieszkania? 
Zakłopotana, wlepiłam wzrok w marmurową kostkę, czując jak zaczyna zalewać mnie fala gorąca. Mężczyzna najwyraźniej potraktował moje milczenie, jako przytaknięcie, bo dotrzymując mi kroku, ciągnął rozmowę. Właściwie to wygłaszał monolog. Podobnie, jak Emilio - miał łatwość wypowiadania się, miło było go słuchać, choć jego towarzystwo z niewiadomych przyczyn mnie peszyło. 
- Ty chyba mnie nie lubisz. - Żartobliwie zmarszczył brwi i zwinął usta w dziubek, gdy zatrzymaliśmy się pod moim apartamentowcem. 
- Wydaje ci się. - Odparłam, kolejny raz sie czerwieniąc.
- To dobrze, bo ja cię bardzo. Lubię. - Skwitował z zawadiackim uśmiechem i poklepał moje ramię. - Więc do zobaczenia, Angie. Smacznego. - Salutując, oddalił się, a w końcu zniknął wśród tłumu, zanim zdążyłam zareagować. 
Z na wpół rozchylonymi ustami, wpatrywałam się w pojawiającą sie momentami sylwetkę Luisa, po czym weszłam do środka. 

________________________________
Powiało nudą, ocho. 
Luis się rozkręca. :D
Swoją drogą Geremka nie zabraknie. :P

Besos, 
Wiktoria

piątek, 2 maja 2014

Rozdział 105

Nastał wieczór, słońce powoli chyliło się ku zachodowi, malując niebo na pomarańczowo - czerwono. Barwny obraz odsłaniał się na tle wysokich budynków Rzymu. W tej oto barwnej scenerii, pośród zabytkowych kamienic spacerowałam z Emilio. Jak dwadzieścia cztery godziny temu Wieczne Miasto budziło się do życia. Nocne marki zaczęli wychodzić na ulice, pławiąc się w blasku gwiazd i licznych latarni.
Jeśli ktoś sądzi, że to Paryż jest miastem zakochanych, na pewno nie gościł we włoskiej stolicy. Tu na każdym kroku spotkać można było zakochanych, spacerujących w romantycznym plenerze. Na jednej z ławek przy głównym deptaku siedziało starsze małżeństwo, obserwujące gołębie z niedalekiej katedry, dalej mijaliśmy parę, która odpoczywała po ciężkim dniu pracy w swoim towarzystwie. Obecność ukochanej osoby była największą nagrodą kończącego się dnia. Jego celem i sensem istnienia.
Po drugiej stronie deptaka, z balkonu piętrowego domu wychylała się młoda dziewczyna, a u progu stał chłopak, mniej - więcej w jej wieku. Cała sytuacja przypomniała mi historię Romea i Julii, słynną "balkonową" scenę. To właśnie pod nim kochankowie wyznawali sobie bezgraniczną miłość.
Z uwagą obserowałam wszystkie mijane obiekty, jakbym dopiero, niczym kilkuletnie dziecko poznawała świat. A może tak było? Tu, w Rzymie rzeczywistość znacznie różniła się od mojego dawnego świata, musiałam całkowicie zmienić swoje nastawienie do pewnych rzeczy i przezywczaić się do czegość, co w Buenos Aires mogłoby być zbyt zdumiewające, aby prawdziwe.
Zwiedzanie urozmaicały opowieści Emilio. Stolica Włoch była jego rodzinnym miastem, dlatego posiadał rozległą wiedzę na temat tego miejsca i ciekawie się wypowiadał. Opowiedział mi też legendę założenia miasta przez dwóch braci. Porzucone niemowlęcia miała wychować wilczyca, której mleko stanowiło ich pokarm. W późniejszych latach osiedlili się na siedmiu wzgórzach, gdzie postanowili założyć osadę, zgodnie z rytuałem, wyczytując wolę bogów z lotu drapieżnych ptaków. Gdy Romulus zyskał lepszy omen, od Remusa - ten w zazdrości zaczął drwić z brata, wyznaczającego granicę miasta. Podczas kłótni Romulus zabił brata i równocześnie został władcą nowej osady. Jak mówił Emilio - to tylko legenda, lecz jest w niej jakaś cząstka prawdy.
Zaaferowana atrakcjami nawet nie zauważyłam, kiedy się ściemniło, a ulice rozjaśniły lampy. Miasto wyglądało magicznie. Jak obraz wyrwany z czarodziejskiej bajki.
W pewnym momencie usłyszałam stłumioną muzykę. Rozbrzmiewała, jakby zewsząd, lecz wokół siebie nie zauważyłam żadnego grajka. Zdziwiona rozglądnęłam się dookoła.
- Pokażę ci coś. - Rzekł Emilio z tajemniczym uśmiechem.
Zasłuchana, nie oponowałam, podążając za mężczyzną. Weszliśmy do jednej z pobliskich kamienic, gdzie na piętrze znajdowała się wykwintna resteuracja. Świsty i okrzyki raczej nie pochodziły stamtąd.
Emilio skręcił w boczny korytarz, okryty półmrokiem. Gdzieniegdzie tylko paliły się małe lampki, nadające miejscu tajemniczy, średniowieczny charakter.
Na końcu znajdowały się marmurowe schody, prowadzące w dół. Tutaj wyraźniej słychać było muzykę, a z każdym pokonywanym stopniem, coraz mocniej w nas uderzała.
- Uważaj, schody są strome. - Ostrzegł Emilio, łapiąc moją dłoń.
Czułam się niczym Alicja, odkrywająca tajemnice w Krainie Czarów. Moje serce biło, jak szalone w oczekiwaniu na ten kulminacyjny moment, a kolana lekko drżały. Ciekawość brała górę.
W końcu zbliżyliśmy się drzwi, znajdujących się na samym dole piwniczki. To właśnie zza nich słychać było radosny rumor i śpiewy. Włoch spojrzał na mnie z szelmowskim uśmiechem, powoli uchylając drzwi. Momentalnie na nasze twarze padło światło, bijące z pomieszczenia. Gdy weszliśmy, mogłam bliżej przyjrzeć się nowemu miejscu. Podziemną salę wypełniali bawiący się ludzie, stoły z jedzeniem i różnego rodzaju napojami oraz rozhulana orkiestra. Zebrani tańczyli na parkiecie, czy z powodu tłoku - pomiędzy stołami. Wszyscy mieli uśmiechy na ustach i życzliwość wymalowaną na twarzy. Tu nikt się nie smucił, lecz przeciwnie - znajdował pocieszenie wśród przyjaciół, czy całkiem obcych ludzi, którzy z radością przyjmowali nowych gości do swojego kręgu. Tak też było i ze mną, bo sądząc po grupce, która otoczyła Emilio, on nie był tu pierwszy raz. Mężczyzna trzymał na swoich rękach około dziesięcioletnią dziewczynkę, a obok niego stała młoda kobieta oraz trzech innych Rzymian. Przez chwilę pomyślałam, że mała blondynka mogłaby być córką Emilio, jednak po chwili do grona dołączył mąż przesympatycznej Włoszki i zabrał rodzinę na drugi koniec sali. Nie obyło się także bez wymyślnych powitań, skierowanych w moją stronę. W pierwszej kolejności poznałam najbliższych przyjaciół Emilio: Ignacio, Stefano i Luisa. Ostatni z nich - wysoki brunet był moim rodakiem. Jego spojrzenie przywołało myśli o Germanie, a zniewalające, piwne oczy łudząco przypominały wzrok szwagra.
- Koniecznie musisz poznać jeszcze kogoś. - Z transu wyrwał mnie Emilio. Speszona, oderwałam wzrok od Luisa i żegnając się nikłym uśmiechem, podążyłam za Włochem, w głąb sali. Tam, przy jednym ze stołów siedziała dziewczynka, znajoma mężczyźnie oraz jej matka.
- Angie, to jest Amy - wskazał na kilkulatkę. - i Helena. Najwspanialsze tancerki pod Słońcem oraz właścicielki tego miejsca.
- Miło mi. - Podałam rękę rudowłosej kobiecie, zaś jej córka została porwana do tańca przez Emilio.
- Jesteś z Hiszpanii? - Rozmowę rozpoczęła Włoszka, o dziwo mówiąc w moim języku.
- Z Argentyny. - Sprostowałam.
- Argentyna.. - Szepnęła Helena rozmarzonym głosem. - Piękny kraj, co cię stamtąd wypędziło?
- To raczej skomplikowane.. Można powiedzieć, że tchórzostwo. - Przyznałam.
- Więc Rzym to twój nowy dom. Witamy. - Roześmiała się kobieta. - Mnie też przyjęli tu przed laty, kiedy opuściłam Francję. Dobrze się tu czuję, zaczęłam od nowa, nawet uznaję za Włoszkę. Z czasem się przyzwyczaisz. - Mruknęła, zanim jakiś roześmiany mężczyzna poprosił ją do tańca.
Przy stole zostałam całkiem sama. Chyba byłam jedyną, siedzącą osobą na sali. Wzrokiem odszukałam Emilio, bawiącego się z Amy. Mała rzeczywiście ładnie się poruszała.
Niespodziewanie ktoś przysiadł obok mnie. Był to Luis. Jego towarzystwo sprawiło, że poczułam się lekko spięta. Na szczęście zanim zdążył się odezwać, nadszedł roześmiany blondyn.
- Zapraszam na parkiet. - Rzekł. - Ale ty i tak jesteś najlepsza. - Mrugnął w stronę Amy.
Nie protestowałam, wyrwanie z się z towarzystwa Luisa było mi całkiem na rękę. Nie chodziło jednak o to, że nie darzę go sympatią - był bardzo miły, podobny charakterem do Emilio. Jego obecność sprawiała, że czułam się.. dziwnie. Sama nie potrafiłam tego określić. Z niewiadomych przyczyn przypominał mi Germana..
Bratanek Roberto zaprowadził mnie na sam środek sali. Tam zaczęliśmy podrygiwać w rytm skocznej muzyki. Emilio kręcił mną we wszystkie strony. Nikomu nie przeszkadzało, że wielu z zebranych obijało się od siebie wzajemnie - każdy traktował to z humorem i zbywał uśmiechem. Nasze drygi raczej nie można było nazwać tańcem, szybko daliśmy się porwać w wir zabawy. Miałam wrażenie, że ludzi na parkiecie przybywa, robiło się coraz bardziej duszno i ciasno. W pewnym momencie Włoch wskoczył na jeden ze stołów, ciągnąc mnie za sobą. Poczułam się lekko niepewnie, ale i to odczucie szybko zostało zniwelowane. Ludzie klaskali i śpiewali, czemu sama nie wiem kiedy zaczęłam wtórować. Było całkiem przyjemnie i zabawnie, Emilio okazał się równie świetnym kompanem.
W końcu zasapani, lecz szczęśliwi i roześmiani, opadliśmy na krzesła. Nasze czoła pokrył pot, a usta szerokie uśmiechy.
- Przyniosę nam coś do picia. - Krzyknął blondyn, abym wśród hałasu usłyszała jego słowa. Na znak, że zrozumiałam, skinęłam głową.
Mężczyzna na chwilę zniknął wśród tłumu, lecz szybko powrócił, niosąc dwa kufle ze spienionym piwem. Z jednego upił łyk, zaś drugie podał mi.
Wlepiłam wzrok w miodowy kolor trunku. Nie miałam zwyczaju pić tego rodzaju napoi, jednak odurzona magią podziemnych harców, zbliżyłam kufel do ust. Gorycz zwilżyła moje wargi, wyostrzając smak. Szybko spodobało mi się i jednym haustem opróżniłam całe naczynie. Gdy skończyłam pić, przetarłam usta grzbietem dłoni i spojrzałam na zdziwioną twarz Emilio. Wlepiając we mnie swoje niebieskie oczy, wyglądał na mocno zszokowanego.

- Coś nie tak? - Zapytałam.
Mężczyzna słabo poruszył ustami i bez słowa powrócił do sączenia swojego trunku. Nie oponowałam. Upijając ostatni łyk piwa, pozostały na dnie kufla, chwilę potem wraz z Emilio powróciłam do zabawy. 

Nie oglądnęliśmy się, a wybiła pierwsza w nocy, trzeba było wracać do domów, choć zabawa w podziemnym klubie ciągnęła się w najlepsze. Oprócz Emilio, swoje towarzystwo w drodze powrotnej zaoferował Luis. Z tego co mówił, mieszkał nieopodal mojego apartamentowca, więc było mu na rękę iść razem z nami. 
Na dworze mimo później pory utrzymywała się wysoka temperatura, a ponad wieżowcami błyszczały gwiazdy i księżyc. Ruch zmalał, jednak mijanych przez nas przechodni było całkiem sporo. Szliśmy równym krokiem, nie za szybko, nie za wolno. Przyjaciele rozmawiali, a ja udawałam, że przysłuchuję się ich dyskusji. W rzeczywistości kątem oka zerkałam na idącego obok mnie Luisa, w myślach porównując go z obrazem Germana. To, co robiłam samo przed sobą wydawało mi się głupie, lecz byli tak podobni.. Przy nim moje tętno przyspieszało, mimo iż znałam go zaledwie parę godzin, a jego oczy przyciągały swoją siłą. 
W pewnym momencie mężczyźni zatrzymali się. Luis uścisnął dłoń kolegi i skierował w moją stronę: "Do zobaczenia, Angie". Nim zdąrzyłam cokolwiek odpowiedzieć, odszedł w kierunku bocznej uliczki. 
- Czy zachowywał się w stosunku do ciebie, jakoś.. nieodpowiednio? - Zapytał Emilio, gdy Argentyńczyk się oddalił. 
- N-nie, skąd ten pomysł?
- Widziałem, jak na niego zerkasz. W ogóle się nie odzywałaś.. 
Wlepiłam wzrok w buty, szukając odpowiedniej wymówki. Co miałam odpowiedzieć? "Luis jest niemalże kopią mojego byłego"? "Luis przypomina mi człowieka dla którego jeszcze nie dawno zrobiłabym wszystko"?
- Jest podobny do mojego kuzyna. - Szepnęłam płytko. 
Na szczęście Emilio nie drążył tematu. Odprowadził mnie pod same drzwi mieszkania i z uwagi na późnią porę, szybko odszedł, życząc mi dobrej nocy. Mieliśmy się zobaczyć następnego dnia, już w pracy. 

__________________________
Witam, moi mili. :) 
W dzisiejszym rozdziale pojawiły się nowe postacie, które jeszcze zostaną wspomniane, a niekiedy odegrają bardzo ważną rolę w życiu Angie. 
Tak, tak, A z piwem. :D
Luis kopią Geremka. 
Nasza Sierota też niebawem się pojawi. 

Miłego weekendu,
Wiktoria