piątek, 18 lipca 2014

Rozdział 118

W kuchni napotkałam spojrzenie Ivi. Stała z patelnią w ręku, ale gdy tylko mnie zobaczyła, odstawiła ją na blat i rzuciła mi się na szyję. Zaskoczona, objęłam jej plecy.
- Jesteś głodna? - zapiszczała. - O, na pewno!
Zostałam pociągnięta w kierunku stołu, gdzie czekały już trzy talerze z naleśnikami polanymi sosem czekoladowym i truskawkami. Dopiero na widok smakołyków poczułam burczenie brzucha i uświadomiłam sobie, że od wczorajszego ranka nic nie jadłam. Z ochotą zabrałam się za obiad.
Podczas wspólnie zjedzonego posiłku wspominaliśmy występy dzieci i dzieliliśmy się pomysłami co do przedstawienia na zakończenie roku. Ponadto Ivi wyraziła zainteresowanie uczęszczaniem do szkoły muzycznej. Gdy talerze były już puste, całą trójką zasiedliśmy przed telewizorem. Emilio przyniósł nam kubki z ciepłym kakałem, bitą śmietaną i rurkami z czekoladą.
- Chcesz nas utuczyć? - zaśmiałam się.
- Lubię rozpieszczać piękne kobiety. - Posłał mi i Ivi szelmowskie spojrzenie.
Upiłam łyk napoju. Jego ciepło i słodycz migiem rozeszło się po moim ciele. Za oknem szalała wichura. Wtuliłam się w kąt kanapy, gładząc włosy Ivi, której głowa spoczywała na moich kolanach. Zdążyłam jedynie pomyśleć, że czeka mnie kolejna rozmowa z Luisem, zanim otulona ciepłym kocem, z pełnym brzuchem zasnęłam.

Ocknęłam się niespełna dwie godziny później. Moja głowa spoczywała na ramieniu Emilio, który również pochrapywał. Brakowało tylko Ivi.
Wstałam ostrożnie, aby nie obudzić Włocha i zajrzałam do kuchni. Dziewczyna stała przy oknie, beznamiętnie obserwując deszcz. Wyczuła moją obecność, bo gdy tylko przekroczyłam próg, wzdrygnęła się nieznacznie i tyłem do mnie rzekła:
- Nie umrzesz, prawda?
Zaskoczyło mnie jej pytanie. Zamrugałam oczami, przez chwilę nie wiedząc, co odpowiedzieć. 
- Nie - wydusiłam.
Nastolatka obróciła się w moją stronę i uśmiechnęła. Odwzajemniłam to słabym uniesieniem lewego kącika ust. Wtedy do kuchni wszedł zaspany Emilio. Przeciągnął się i głęboko ziewnął. 
- Która godzina?
- 17:53 - odparłam. 
- Uh, będę leciał. - Przetarł oczy. 
- Na pewno przyda ci się drzemka, prysznic i świeże ciuchy - zaśmiała się Ivi. - Emilio był tu przez cały wczorajszy dzień i dzisiejszą noc. - Tym razem zwróciła się do mnie. - Widzisz jak o ciebie dba? Nie to co ten.. Luis. 
Westchnęłam, przypominając sobie o wczorajszej kłótni i popatrzyłam na speszonego przyjaciela. Ivi widząc nasze spojrzenia szybko się ulotniła.
- Dałem mu znać ci się dzieje. Pozwolił mi wciąć dziś wolne, nawet sam chciał przyjechać, ale mu to odradziłem. Mam nadzieję, że się nie gniewasz.
- Nie, skąd. Dziękuję - mruknęłam mało przekonująco. 
- Bardzo się zmartwił. Zapewnił, że posada nauczycielki w jego szkole nadal na ciebie czeka. Angie, może między wami da się jeszcze..
- Nie da - rzuciłam szybko. - Powiedz, że jestem zimną suką, ale nie kocham go i.. nigdy nie kochałam. - Mówiąc to spoglądałam mu w oczy.
- Ten mężczyzna.. German, tak? To dlatego tu jesteś?
Spochmurniałam, wlepiając wzrok w podłogę. Zacisnęłam pięści. Tyle osób o niego pytało, choć zaprzątał moje myśli, nie potrafiłam o nim rozmawiać.
- Luis twierdzi, że to z jego powodu się rozstaliście..
Westchnęłam. Przełamałam się i opowiedziałam mężczyźnie naszą krótką, ale jakże bujną historię. 
- Nie chciałam skrzywdzić Luisa, nie wiem, dlaczego zamiast niego widziałam Germana, dlaczego tak do niego mówiłam. Miałam nadzieję, że nam wyjdzie.. 
Emilio siedział w milczeniu, niemrawo kiwając głową.
- Ciągnie cię do Germana - stwierdził. 
Wzruszyłam ramionami. 
- Może to sentyment, zwykłe przywiązanie. Czuję do niego taką złość i wtręt, ale równocześnie nie umiem bez niego żyć.
- Nie przestałaś go kochać.
- Nie - zaprzeczyłam szybko. - To nie miłość. Ja już nie potrafię kochać.. 
- Przekonasz się, jak wrócisz. - Poklepał moje ramię. Spojrzałam na niego pytająco. - Nie mów, że tego nie chcesz - zaśmiał się. 
Nie odpowiedziałam, bo w tym momencie w kuchni ponownie pojawiła się Ivi. Emilio pożegnał się i wyszedł, a my leniwie spędziłyśmy resztę popołudnia. 

Nazajutrz wstałam o codziennej porze, ubrałam się, zrobiłam makijaż i zabrałam za przygotowywanie śniadania.
- Gdzie się wybierasz? - Ziewnęła Ivi, zabierając się za tosty.
- Do pracy - odparłam, uznając to za coś oczywistego.
- Chyba żartujesz! - Natychmiast otrzeźwiała. - Masz się nie przemęczać!
- Powtarzacie, że guz to nie choroba, więc mnie tak nie traktujcie. - Bez przejęcia posmarowałam grzankę dżemem wiśniowym.
Dziewczyna machnęła ręką, komentując coś pod nosem, jednak udałam, że nie słyszę jej uwag. Skończyłam jedzenie, chwyciłam torebkę i ruszyłam w drogę do szkoły.

Idąc, rozmyślałam nad spotkaniem z Luisem. Wiedziałam, że nie obejdzie się bez rozmowy, której tak bardzo chciałam uniknąć.
W pokoju nauczycielskim powitała mnie Patricia i Emilio, przecząco kręcąc głową. Nie odmówił mi jednak nieodzownego uśmiechu.
Zgarnęłam dziennik i nie zagrzewając dłużej miejsca w pokoju, skierowałam się do swojej klasy z cichą nadzieją, że nie natknę się na dyrektora. Miałam szczęście, to sali udało mi się dotrzeć bez przeszkód.
Kilka minut później zaczęli schodzić się uczniowie. Krótko przećwiczyliśmy nowe piosenki i zabraliśmy się za omawianie kolejnych detali przedstawienia. W zasadzie wszystko było gotowe, moim zadaniem było jedynie przeprowadzić kilka prób przed końcem roku. Młodzież ochoczo pracowała, wkładając w przygotowania serca i cały zapał.
Po skończeniu zajęć równie szybko, jak przyszłam, postanowiłam ulotnić się z akademii. Chwyciłam torebkę i dziennik ostatniej klasy, po czym zmierzyłam do drzwi. Pech chciał, że w progu stanął Luis. Miał dwudniowy zarost, zmierzwione włosy i zatroskaną minę. Wyglądał, jakby nie spał od paru dni.
- Angie..
- Przepuść mnie - zażądałam, próbując przecisnąć sie w drzwiach.
- Porozmawiajmy - poprosił.
- Nie mamy o czym. - Zabolały mnie własne słowa, bo wiedziałam, że zadaję mu tym kolejne ciosy. Odpuściłam i stanęłam przed nim, czekając, aż zacznie.
- Za bardzo wtedy wybuchłem.. Myślę, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz.
- Nie kocham cię - wypaliłam bezwstydnie. Mężczyzna zamilkł i spuścił wzrok. - Nie chcę cie oszukiwać, przepraszam. I myślę, że ty też nie kochasz mnie. Nie potrzebuje niczyjej litości. - Patrzyłam na niego, jednak ten wciąż unikał mojego spojrzenia. - Jesteś wspaniałym człowiekiem, jeszcze znajdziesz kogoś, kto da ci taką miłość, jakiej ja nie potrafię.
Włoch nadal milczał. Przysunęłam usta do jego chropowatego policzka i złożyłam na nim długi pocałunek. Następnie bez słowa go wyminęłam. Nagle poczułam szarpnięcie.
- Wiedz, że nasze relacje nie będą miały wpływu na pracę - szepnął, tym razem spoglądając mi w oczy.
Uśmiechnęłam się słabo i odeszłam.

W piątek byłam umówiona w klinice w profesorem, którego polecił mi Emilio. Nigdy nie lubiłam lekarzy, po prostu nie miałam do nich zaufania po bolesnym doświadczeniu z tatą i Javierem. Dokładnie pamiętałam, jak oboje leżeli przykuci do łóżka przez ciężkie miesiące. Obojga spotkał ten sam los. Ale byłam zobowiązana wałczyć. Obiecałam to Emilio, Ivi i sobie.
O godzinie szesnastej w pierwszy dzień weekendu, siedziałam już w poczekalni, czekając swojej kolejki.
- Conrado Romerro, witam. 
- Dzień dobry - odrzekłam, przyglądając się lekarzowi. Miał niewiele ponad trzydzieści lat, egzotyczną urodę i ciemne włosy do ramion.
Usiadłam we wskazanym miejscu, orzed biurkiem, gdzie mężczyzna przewertował moją dokumentację, mrucząc coś pod nosem. 
- Ma pani szczęście, guz nie jest złośliwy, ale bardzo długo się rozwijał. Dziwię się, że dopiero teraz zgłosiła się pani do nas. Proszę się nie martwic na zapas. - Spojrzał na moją przerażoną minę. - Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pani pomóc. Opracujmy przebieg leczenia. 
Przez następne dwie godziny tkwiłam w gabinecie dr. Romerro, omawiajac zabiegi i lekarswa, którym miałam się poddac.Otrzymałam nawet ulotkę grupy wsparcia. 
Musiałam od początku odpowiedziec na wszystkie pytania, dotyczące przedstawionych mi wcześniej objawów nowotworu. W pewnym momencie temat zaczął stawac się nieco drażliwy. 
- Proszę opowiedziec o halucynacjach. Przełknęłam ślinę, westchnęłam i przymknęłam oczy, zaraz po tym ponownie je otwierając. 
Dotychczas Czarek był moją tajemnicą, najskrytszym sekretem. 
- W dzieciństwie miałam wymyślonego przyjaciela, rozmawiałam z nim, bawiłam się. Od pewnego czasu znów go widzę. Zaczął pojawiac się w najmniej oczekiwanych momentach, kiedy miałam jakiś problem,albo gorej się czułam.
- Proszę mi powiedziec.. Czy teraz też tu jest?
Rozejrzałam się po pokoju. Chłopiec stał za fotelem Romerro i szatańsko się uśmiechał, przecząco kręcąc głową.
- T-tak - wydukałam. - Jest tu. Słyszy nas.
Mężczyzna zanotował coś w zeszycie i podsunął mi jakiś świstek.
 - Proszę wykupić te lekarstwa i brać codziennie rano. Od poniedziałku rozpoczniemy zabiegi radioterapii.
- Czy to.. boli?
- Nie - roześmiał się. - Umiejscowimy panią w specjalnej maszynie, w której zostanie poddana pani naświetleniu. Słychać będzie jedynie dźwięk urządzenia, żadnego bólu, czy dyskomfortu - wyjaśnił.
Kiwnęłam głową, podziękowałam i spojrzawszy ostatni raz na Czarka, wyszłam z gabinetu.

_______________________________

Jest sobie taki nijaki rozdział.
Mam nadzieję, że chociaż trochę się spodobał.
Za brak kreseczki nad c gorąco przepraszam.

Wiktoria

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 117

- Proszę pani.. Pani Angeles..
Otworzyłam oczy. Leżałam na kozetce w gabinecie lekarza, który w tejże chwili nachylał się nade mną. Bolesna prawda gwałtownie uderzyła do mojej głowy, poczułam jak znowu robi mi się słabo, ale nie miałam zamiaru kolejny raz mdleć. 
Usiadłam, spuszczając nogi na podłogę. Mężczyzna złapał mnie za rękę, jakby bał się, że znowu upadnę. Ja jednak gwałtownie się mu wyrwałam, zmierzając do drzwi. Nie miałam ochoty na rozmowę o diagnozie, czułam się rozgoryczona, rozżalona, zła.. 
- Guz nie jest złośliwy! Pani Saramego! - krzyczał za mną lekarz, ale nie słuchałam go. 
Przed drzwiami czekał Emilio. Minęłam go spojrzeniem, uciekając korytarzem. 
- Angie? Angie, co się.. 
- Pani Saramego! 
Słyszałam za sobą wołania mężczyzn, jednak byłam poza ich zasięgiem. Zaczęłam biec, gdy w oddali usłyszałam kroki. Nie miałam pojęcia, dlaczego uciekam, chciałam zostać sama, z dala od ludzkich pocieszeń, czułych gestów. Nie pierwszy raz w życiu marzyłam, aby zaszyć się gdzieś samotnie i najzwyczajniej w świecie rozpłakać. To mnie przerosło.. 

Oszołomiona wybiegłam ze szpitala. Przeczuwałam, że Emilio wciąż za mną podąża, dlatego nie wahając się, odbiegłam od budynku.
Nagle poczułam, że ktoś chwyta mnie za ramię.
- Puść mnie! - warknęłam, wyrywając się Emilio. Ku mojemu zdziwieniu napotkałam spojrzenie Luisa.
- Musimy porozmawiać - rzekł stanowczo.
- Nie mam teraz ochoty. - Już miałam odchodzić, kiedy..
- Ale ja mam! - Złapał mnie za nadgarstek z taką brutalnością, że poczułam ból. Wyszarpałam rękę, patrząc na niego z jadem w oczach. Szybko pożałował swojego zachowania i przeprosił.
Rozmowa z nim była ostatnim, czego wtedy potrzebowałam. Czułam, że zaraz się rozpłaczę, okazując słabość, którą za wszelką cenę chciałam przed nim ukryć. Odwróciłam wzrok, zaciskając wargi i powstrzymując napływ łez.
- Myślałem o nas - rzekł. - Kocham cię, Angie. Ale wiem, że ty nie kochasz mnie.
Przełknęłam ślinę, wiedząc do czego zmierza, ale milczałam. To samo usłyszałam niegdyś z ust Pablo.
Nie przeszkadzał mu hałas i to, że stoimy na środku chodnika, narażając się na poszturchiwania ludzi i ich złośliwe komentarze. Kontynuował:
- Nigdy nie zapomniałaś o tym mężczyźnie. Nie wiem co takiego się między wami wydarzyło, że próbujesz pocieszyć się w moich ramionach, choć wiesz, że to jego ci brakuje. Ja jestem tylko marną kopią, co? - mówił z wyrzutem, a jego głos drżał.
- Chciałabym zaprzeczyć - mimowolnie wyrwało mi się z ust. Szybko pożałowałam tych słów, przenosząc wzrok na Włocha. Jego ciemne oczy lśniły od cienkiej warstwy łez. Cierpiał. Zraniłam go. Tak jak Pablo. W ten sam sposób, dla tego samego.. żeby zapomnieć. I tym razem nie podziałało, i tym razem pozostawiła po sobie bolesny ślad.
Mężczyzna podszedł do mnie z wyciągniętymi rękami i pomasował moje ramiona. Następnie delikatnie, prawie w powietrzu musnął mój policzek i zniknął wśród tłumu.
- No brawo, Angeles - doleciał mnie szyderczy śmiech Czarka.

Biegłam  ulicami Rzymu, co rusz wpadając na zdegustowanych ludzi, obrzucających mnie kąśliwymi uwagami.
- Jak łazisz wstrętna babo?! - ryknęła jakaś starsza kobieta, której zakupy za moich pośrednictwem spotkały się z chodnikiem.
- Przepraszam - wyjąkałam cicho, pędząc przez siebie.
Nie wiedziałam dokąd zmierzam. Choć znajdowałam się w znacznej odległości od szpitala, poza zasięgiem Emilio, czy Luisa, wciąż biegłam. Wiatr tańczył pomiędzy moimi włosami, oprzytomniając nieznacznie. Dotąd nieco rozpogodzone niebo ponownie zakryły czarne chmury, z których zaczął kropić deszcz.
Przechodnie w mgnieniu oka poznikali z ulic lub pochowali pod parasolami. Jako jedyna niewzruszenie szłam, nie zwracając uwagi na pogodę. Było mi zupełnie obojętne, że w ciągu kilkunastu sekund zdążyłam przemoknąć do ostatniej, suchej nitki, trzęsłam się z  zimna i kompletnie nie wiedziałam, gdzie jestem. Diagnoza lekarza była wyrokiem, w jednej chwili zawalił się cały mój świat. Do tego nie mogłam wyzbyć się poczucia winy związanego z Luisem. Rozkochałam go, próbując zapomnieć o Germanie. To było jak deja vu, czułam się dokładnie jak rok temu, gdy rozstałam się z Pablo.

Do mieszkania wróciłam grubo po zapadnięciu zmierzchu. W środku czekał na mnie zdenerwowany Emilio, a Ivi oparta na jego kolanach spała na kanapie. Gwałtowne poderwanie mężczyzny obudziło ją.
- Boże, Angie. - Podszedł do mnie, gdy nieudolnie próbowałam wycelować kluczem w zamek. Wyciągnął go z mojej dłoni i odłożył na szafkę. Byłam cała przemoczona i lekko dygotałam, wzdrygnęłam się impulsywnie, czując jego ciepły dotyk.
- Przepraszam, jestem zmęczona - rzuciłam chłodno, człapiąc do sypialni.
Kątem oka zauważyłam, że zaspana nastolatka przygląda mi się z rozdziawionymi ustami. Zignorowałam ją, znikając za zasuwanymi drzwiami. Zrzuciłam z siebie przemoczoną marynarkę i zaczęłam odpinać guziki koszuli, która z niemiły efektem przykleiła się do mojego ciała. W tym samym momencie drzwi szurnęły, a w pokoju wyczułam obecność przyjaciela.
- Angie, nie zachowuj się jak dziecko - zaczął.
- To mnie tak nie traktuj - odrzuciłam, odwrócona do niego tyłem, nie zaprzestając zrzucania z siebie części garderoby.
- No to się tak nie zachowuj - pisnął wysokim głosem. - Posłuchaj. - Złapał mnie za łokieć, odwracając ku sobie. Mój nagi brzuch spotkał się z jego klatą i podzielił swoim chłodem. Stałam przed nim w samej bieliźnie i przemoczonej, rozpiętej koszuli, zarzuconej na skostniałe ramiona. Jakoś nie przeszkadzało mi, że jestem półnaga i Emilio może bez skrępowania wertować mnie wzrokiem, w pomieszczeniu nie paliło się światło, jedyny blask przebijał się zza szyb zamkniętych drzwi. Ledwo dostrzegałam rysy twarzy i oczy Włocha. Patrzyłam na niego odważnie, obserwując jak lustruje mnie zmartwionym wzrokiem. Pozostałam jednak niewzruszona.
Mężczyzna chyba w ostateczności nie wiedział, co powiedzieć, bo wypuścił mnie ze swoich objęć. Usiadłam na skraju łóżka, zrzucając z siebie mokrą koszulę, a następnie w samej bieliźnie wgramoliłam się pod kołdrę.
- Ubierz się - westchnął Emilio. Ja jednak pozostałam głucha na jego polecenie. Zacisnęłam powieki i udałam, że próbuję spać.
Usłyszałam zrezygnowane westchnienie, szurnięcie, a po chwili coś miękkiego wylądowało na moim ramieniu. Nie drgnęłam. Włoch podobnie, jak i ja nie zamierzał odpuszczać. Usiadł na skraju łóżka i szarpnął kołdrą.
- Zostaw! - warknęłam.
- Cicho, Ivi śpi - skarcił mnie, podając t- shirt. Niezadowolona ubrałam go na siebie i posłałam mężczyźnie wściekłe spojrzenie, które mimo ciemności zdawał się dostrzec. Przez chwilę siedziałam po turecku, aż w końcu ponownie zatopiłam się w pościeli. Emilio zrezygnował z dalszych prób porozumienia się i szczelniej otulił mnie kołdrą.
- Jestem po twojej stronie - szepnął mi do ucha, pocałował w skroń i odszedł. Dopiero, gdy upewniłam się, że jestem sama, mogłam dać upust emocjom. Załkałam cicho, chowając twarz w poduszce. Chciałam wyrzucić z siebie cały strach, smutek, ból i rozgoryczenie, które dzisiejszego dnia powróciły, jak stare przyjaciółki. W końcu światło przebijającej się przed drzwi żarówki zniknęło z mojego policzka i wszelki hałas ustał. Słyszałam jedynie kołatanie serca i dzwonienie w uszach, zagłuszające nieme łkanie. Wylewałam z siebie kolejne potoki łez, ale choć w najmniejszym stopniu nie poczułam się lepiej. Sztuczne światło w końcu zastąpił blady blask słońca, nieudolnie walczący z deszczowymi chmurami. Świtało, a ja ani na chwilę nie zmrużyłam oka. Dręczyły mnie te same emocje, których za wszelką cenę nie chciała pochłonąć mokra już poduszka. Czułam ból głowy i głębokie zmęczenie, a jednak nie pozwalałam sobie na sen. Przetoczywszy się na plecy obserwowałam wyłaniający się z mroku błękit sufitu. Zapatrzona, nie wiedziałam w którym momencie obraz zaczął się rozmazywać, czy to znaczy, że umierałam, czy zasypiałam. W końcu osiągnęłam coś, czego w tamtych chwilach pragnęłam najmocniej - straciłam świadomość..

Fala rażącego światła i ogromny zawód przystąpiły do mnie gwałtownie, gdy otworzyłam oczy. Czy miałam nadzieję na spędzenie w krainie snu wieczności? Możliwe. Po przebudzeniu odczułam nienawiść do świata i samej siebie, że pozwolono mi się ocknąć. Nie wiedziałam, która była godzina, ani jaki dziś dzień. Przestało obchodzić mnie, czy spóźnię się do pracy, czy może mamy weekend. Pozwoliłam sobie na śmiałe wylegiwanie, wciąż obserwując doszczętnie niebieski już sufit. Czułam, że mogę spędzić tu całą wieczność. Zapragnęłam jedynie przestać czuć. O tak.
Szuranie uniemożliwiło mi utratę kontaktu z rzeczywistością. Do sypialni wszedł Emilio. Wstąpiła we mnie wściekłość. Z przekąsem kazałam mu wynosić się z mieszkania. On jednak nie posłuchał.
- Napij się. - Wysunął w moim kierunku kubek z parującą owocową herbatą, której zapach uderzył do moich nozdrzy. Ogarniała mnie coraz większa wściekłość, będąc czułą na bodźce zewnętrzne. Tak bardzo chciałam pozostać niewzruszona, ponad to wszystko.. - No to poleżymy. - Włoch odstawił na komodę trzymany napój i ułożył się na łóżku, obok mnie.
Spojrzałam na niego kątem oka. Miał na sobie ubrania wczorajszego dnia; granatowe jeansy i tradycyjną, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem. Blond włosy sterczały na jego głowie w każdą stronę, a dwudniowy zarost podkreślał lekki uśmiech. Tak, nie pomyliłam się - on się uśmiechał. Poczułam jeszcze większą złość, nienawidząc jego uwielbiany jak dotąd optymizm.
- Dziś czwartek, 13:03, spałaś jakieś 14 godzin, jeśli w ogóle zdołałaś usnąć. - Spojrzał na mnie i jeszcze wyżej uniósł kąciki ust, na co odpowiedziałam mu zdegustowanym wzrokiem. - Nie chcesz rozmawiać? - Wesoło wzruszył ramionami. - To nic, ja uciąłem sobie pogawędkę z twoim szwagrem..
- ROZMAWIAŁEŚ Z GERMANEM?! - przerwałam mu, gwałtownie siadając na łóżku. Wlepiłam w niego wściekłe spojrzenie, ale z jego ust nie schodził uśmiech.
- Coś w tym złego? - odparł jakby nigdy nic, patrząc na mnie niewinnie. - Żartuje - rzucił, opuszczając kąciki ust i również usiadł.
- Kiepski dowcip. - wycedziłam przez zęby, zrzucając z siebie kołdrę z zamiarem wstania.
- Angie.. - Emilio chwycił mnie za łokieć, zmuszając do pozostania  w łóżku. Jego ciepłe dłonie spoczęły na moich nagich udach, a on sam wpatrywał się we mnie z troską. Poczułam, że zaczynam mięknąć. - Miałaś być dla Ivi przykładem, ona cię potrzebuje - szepnął. - A twoja siostrzenica? - Wskazał na ledwie widoczną w mroku fotografię Violetty, stojącą  na biblioteczce. - Pomyśl co by się stało, gdyby dowiedziała się, że najsilniejsza osoba, którą zna przestała walczyć. Masz dla kogo żyć, nie możesz się poddawać.
I wtedy nastąpiło coś, czego tak gorączkowo się obawiałam - zwyczajnie się rozpłakałam. Łzy strumieniami ciekły po mojej twarzy i luźno opadały na dłonie Emilio, dalej gładzące moje uda. o nic więcej nie pytał, nic nie mówił, po prostu zrobił coś, czego tak bardzo potrzebowałam - przytulił mnie. Przez te kilka minut mogłam czuć się na prawdę bezpiecznie. W tamtym momencie nie bałam się śmierci, miałam przy sobie przyjaciela, któremu nie przeszkadzało, że umieram i moczę jego porządną koszulę, był przy mnie, to zastępowało wszystkie słowa.
- Dziękuję. - Wymusiłam słaby uśmiech i wydmuchałam nos. - Gdzie Ivi? - Nagle przypomniałam sobie, że mam pod opieką dziecko.
- Jest w kuchni i przygotowuje obiad. Wiesz, jest bardzo inteligentną dziewczyną, dużo rozumie, pomagała mi się tobą opiekować i bardzo się martwiła.
- Nie wiem jak się wam odwdzięczę.
Mężczyzna uśmiechnął się życzliwie i polecił, abym coś z sobą zrobiła. Posłusznie poczłapałam do łazienki. Lustro nad umywalką ukazało moją osobę w opłakanym stanie; miałam mocno spuchnięte oczy, przetłuszczone, potargane włosy, a resztki makijażu strużkami zalegały na bladych policzkach. Przemyłam twarz tonikiem i nałożyłam nową warstwę kosmetyków, umyłam i wysuszyłąm włosy, a także w końcu zamieniłam rozciągnięty t-shirt z Super-Manem na szare, dresowe cygaretki i zwykłą bluzkę na ramiączkach. Wyglądałam nieco lepiej, jedynie nabrzmiałe powieki dawały znać o nieprzespanej nocy. Westchnęłam, wpatrując się w swoje odbicie. Miałam dla kogo walczyć.

__________________________
Lalalala, 117 poleciało. 
Jak Wam się podobało? :D
Tragizm, tragizm. Koniec Luisangie, dla fanów wielki buziak. 
Macie może ochotę na małe urozmaicenie między rozdziałami? ;)

Abrazo. ♥
Wiktoria

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 116

Gdy rozchyliłam powieki, do moich oczu dotarł kujący blask lampy. Usłyszałam stłumione szepty, które zdawały się osaczać mnie ze wszystkich stron, potęgując uczucie niepokoju. Zmarszczyłam czoło, próbując wyostrzyć obraz, ale światło nie ustępowało. Zamiast tego rozmowy zgromadzonych wokół mnie osób powoli stawały się składne i zrozumiałe. Rozróżniłam głos Emilio i drugi, zupełnie obcy dla mojego ucha.
- Budzi się.. - padło z ust nieznajomego. - Panno Angeles, czy mnie pani słyszy?
W odpowiedzi gwałtownie przekręciłam się na prawy bok, czując, że zaraz zwymiotuje. Ktoś podał mi pojemnik, ale okazał się zbędny. Z niemiły uczuciem mdłości, ponownie opadłam na poduszki. 
Niemo poruszyłam ustami, aby coś odpowiedzieć, lecz dopiero po kilku sekundach udało mi się wysapać słabe pytanie na temat tego, co się dzieje.
- I tak musimy poczekać na wyniki. - rozległo się niskim głosem, a następnie usłyszałam szuranie drzwi i ciszę. Poczułam, jak czyjeś ciepłe palce owijają się wokół mojej dłoni. W końcu udało mi się otworzyć oczy i bez większych przeszkód rozejrzeć dookoła. Leżałam na szpitalnej sali, a obok mnie siedział Emilio. Na jego twarzy nie gościł codzienny uśmiech, lecz zmartwioną miną wyrażał głębokie zaniepokojenie.
- Jak się czujesz? - szepnął bardzo cicho, jednak jego głos gwałtownie zakuł mnie w uszy. Zmarszczyłam czoło i przymknęłam oczy.
- Niedobrze mi. - wymamrotałam. - Co się stało?
- Zemdlałaś w szkole. Na szczęście był przy tobie Luis i wezwał pogotowie. - Słowa Włocha przypomniały mi, co działo się w magazynie. - Niestety nie mógł tu przyjechać, bo zatrzymali go rodzice, ale obiecał, że dojedzie po spotkaniach.
Mruknęłam coś i wymusiłam słaby uśmiech, dziękując mu za pomoc. Zadeklarowałam też, że czuję się w pełni na siłach, aby iść już do domu.
- Ivi! - Gwałtownie poderwałam się do pozycji siedzącej, ale tuż po tym obalił mnie ból głowy.
- Spokojnie, zawiadomiłem ją. Zaraz powinien przyjechać Luis, wtedy ja pojadę do twojego mieszkania i posiedzę z nią, nie martw się.
Kiwnęłam głową na znak, że to, co powiedział do mnie dotarło i opadłam na poduszki.
- Wiedzą co mi jest?
- Na razie trwają badania. - wytłumaczył. - Wychodzisz po południu, ale musisz wrócić za kilka dni, odebrać wyniki.
Uśmiechnęłam się lekko, tym razem większą siłą woli, niż wymuszeniem, z ulgą stwierdzając, że dobrze będzie mieć Ivi na oku. Emilio posiedział jeszcze ze mną przez chwilę i zgodnie z obietnicą udał się do mojego mieszkania, mijając się w drzwiach z Luisem. Uścisnęli dłonie, po czym twarz dyrektora szkoły obróciła się w moją stronę. Nie był już tak rozdrażniony, przeciwnie - uśmiechał się życzliwie.
- Już mi lepiej. - odpowiedziałam, zanim zdążył otworzyć usta.
- Cieszę się. - musnął mój policzek. - Nie chciałem tak wybuchnąć, przepraszam.
- Ja też. - szepnęłam beznamiętnie, wbijając wzrok w sufit.
Leżałam na kozetce w sali zabiegowej, toteż drzwi stale zamykały się i otwierały, przyzwyczajając moją głowę do codziennego szumu. Po upływie niespełna pięciu minut pojawiła się kolejna pielęgniarka. Tym razem nie zajęła się gorączkowym przeszukiwaniem dokumentacji, czy wynoszeniem igieł i strzykawek, ale trzymając w dłoniach jakiś świstek, podeszła do mojego łóżka.
- Proszę, wypis i recepta od profesora. Wizyta została zarejestrowana na godzinę jedenastą, 10 czerwca.
- Dziękuję. - Z ukrywanym trudem usiadłam na łóżku, spuszczając nogi i odebrałam kartę. Luis pomógł mi założyć buty i płaszcz oraz wstać, a następnie trzymając moją torebkę, prowadził mnie korytarzem, podtrzymując pod rękę i w pasie, jakby bał się, ze nagle upadnę, osunę się w bezkresną otchłań. Gdy usiadłam na fotelu pasażera, poczułam zmęczenie porównywalne do przebiegnięcia maratonu. Przymknęłam powieki, głośno sapiąc. Luis usiadł w fotelu obok i po chwili byliśmy już w drodze do mieszkania.

Na miejscu okazało się, że Emilio doskonale radzi sobie  z Ivi. Oboje siedzieli przed telewizorem i oglądali jedno ze spotkań Mundialu. Na dźwięk chrobotania klucza w zamku, odwrócili się ku drzwiom. Posłałam im najpromienniejsze uśmiechy na jakie było mnie stać i zamieniwszy kilka słów, z nieodzowną pomocą Luisa skierowałam się do sypialni.
Gdy opadłam na miękkie łóżko, dopiero zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem wyczerpana. Kolejne słowa Włochów i nastolatki już do mnie nie trafiały, niemal natychmiastowo odpłynęłam, ukołysana w objęciach Morfeusza.

Dni mijały, a ja nabierałam sił. Po pewnym czasie wróciłam do pracy i choć nie czułam się do końca zregenerowana oraz ku niezadowoleniu Luisa i Emilia - zajęłam się przedstawieniem na koniec roku.
Ivi także się uspokoiła, wyjaśniłyśmy sprawę z jej starym znajomym i postanowiłyśmy zacząć od nowa. Oczywiście nie zaprzestałam poszukiwań rodziny zastępczej dziewczyny, Emilio zdobywał coraz więcej informacji. Także sprawy z Luisem przybrały nieco inny kształt - mężczyzna bardzo troszczył się o stan mojego zdrowia, ale znacznie oddaliliśmy się od siebie. Punkt kulminacyjny osiągnęliśmy, gdy pewnego dnia, podczas wspólnego lunchu w restauracji znowu padło imię German.
- To mój szwagier. - rzuciłam zgodnie z prawdą, gdy zdenerwowany Włoch po raz kolejny zdecydował się torturować stół pięścią.
- Tylko? - syknął. - Nie wmówisz mi, że majaczysz imię męża siostry!
- Moja siostra nie żyje. - powiedziałam bardzo spokojnie, wciąż na niego nie patrząc. - Zmarła grube lata temu. I.. masz rację, German nie był dla mnie zwykłym, spowinowaconym członkiem rodziny. Byliśmy parą, bardzo długo, kochałam go. Ale to już nie ma znaczenia. - Ostatnie zdanie rzekłam odważnie patrząc mu w oczy. Luis jednak zdawał się nie dowierzać.
- Nic cię z nim nie łączy, ale jednak podświadomie o nim myślisz. - wycedził przez zęby, czerwieniąc się coraz bardziej. Nigdy nie pomyślałabym, że kryje w sobie tyle zazdrości.
Wzruszyłam ramionami, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć. Włocha najwyraźniej poruszyła moja obojętność, bo jeszcze bardziej poczerwieniał i z hukiem wyszedł z lokalu. Ja poczułam jedynie lekkie ćmienie głowy i w żołądku, nie chciałam doprowadzać do napiętej sytuacji między nami, ale nie mogłam ukryć prawdy - coraz częściej myślałam o Violetcie, Argentynie i.. Germanie.

Ruszyłam deptakiem w kierunku postoju taksówek. Mimo wspaniale rozbłyskującego słońca i lekkiego wietrzyka, dzień wydawał się szary i ponury. Szłam wpatrzona w brukową kostkę, raz po raz napotykając przed sobą zniecierpliwionych ludzi.
- Jak łazisz, kobieto?! - burknął jakiś mężczyzna. - Zaraz na kogoś wpadniesz!
Nie musiałam czekać długo, aby jego słowa znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Zapatrzona w wystawy sklepów, nagle poczułam uderzenie. Zachwiałam się i odskoczyłam w tył, słysząc czyjeś narzekania. Głos wydawał się dziwnie znajomy..
- Gregorio?! - Wytrzeszczyłam oczy, wpatrując się w rodaka.
- Och, Ążi. - wycedził z odrazą. - Jaki świat jest mały, nawet na innym kontynencie plączą ci się nogi.
Mimo jego kąśliwych uwag ucieszył mnie jego widok. Uśmiechnęłam się lekko i poklepałam go po ramieniu.
- Też się cieszę, że cie widzę.
Mężczyzna wyglądał na mocno zdegustowanego moim zachowaniem i otrzepał ramię, jakby otarło się o nie coś zdechłego.
- Co robisz w Rzymie?
- Stoję na środku ulicy i rozmawiam z niedorajdą. - burknął, ale widząc moją minę szybko dodał: Sprawy prywatne.
Pokiwałam głową. Nie bardzo wiedziałam jak z nim rozmawiać, w końcu nigdy nie dogadywaliśmy się, nawet jeśli spotkałam go w innym kraju i był jedyną bliską mi osobą.
- Będę już szedł. - powiedział obojętnym tonem, jednak patrzył na mnie ukradkiem. Odszedł parę kroków, ale nagle się odwrócił i znienacka rzucił w moje ramiona.
- Ciebie też miło widzieć. - zaśmiałam się.
- Nic takiego nie powiedziałem. - Gwałtownie oderwał się ode mnie, poprawił koszulę i z zadartym nosem ruszył przed siebie.
Chwilę jeszcze patrzyłam, jak odchodzi i sama się oddaliłam.

W szpitalu odszukałam recepcję, gdzie skierowano mnie do sali nr. 8. W środku, przy biurku siedział znany mi już lekarz.
- Dzień dobry, proszę usiąść. - Wskazał spory fotel.
- Wiecie już co mi jest?
- Niezupełnie.. Badania krwi i serca niczego nie wykazał. Proszę mi powiedzieć.. kiedy zaczęły się omdlenia?
Przez następne parę minut opowiadałam o utracie świadomości, bólach głowy i nudnościach, o które wypytywał mnie lekarz. Wszystko zaczęło się parę miesięcy temu, ale wcześniej nie przywiązywałam do tego większej wagi.
- Myślałam, że to przez stres..
Mężczyzna pogładził wąsy, zapisał wszystko w dzienniku, po czym ni stąd, ni zowąd wypalił:
- Cz miewa pani halucynacje?
Popatrzyłam na niego zdziwiona.
- Skąd to pytanie?
- Proszę odpowiedzieć.
Westchnęłam.
- Czasami widzę.. pewne osoby, albo.. sytuacje, które nie miały miejsca..
I tym razem lekarz mruknął coś pod nosem, a na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka, symbolizująca, że wnikliwie się nad czymś zastanawia.
- Dobrze, zrobimy jeszcze tomografię. Pielęgniarka panią zaprowadzi.
Zgodnie z tym, co powiedział, zabrano mnie do ciemnego pomieszczenia na wyższym piętrze. Tam ułożona na mechanicznym łóżku odczekałam na prześwietlenie. Gdy rutynowe zajęcia dobiegły końca, poinformowano mnie, że mam zaczekać przed gabinetem lekarza prowadzącego. Tam czekał na mnie Emilio. Zupełnie zapomniałam, że byłam z nim umówiona, chciał towarzyszyć mi przy odbiorze wyników. Przeprosiłam go za nieuwagę i usiedliśmy w poczekalni. 
Niewiele rozmawialiśmy, czułam lekkie ćmienie głowy i ogromny niepokój. Mina lekarza, gdy przeprowadzał ze mną wywiad mówiła sama za siebie, coś go martwiło i to samo władało teraz mną, ale nie chciałam dawać o tym znać. 
- To na pewno nic groźnego. - Włoch otoczył mnie ramieniem, czytając w myślach. Nie odpowiedziałam. Poderwałam się z miejsca, bo w tym momencie drzwi gabinetu lekarza otworzyły się i zaprosił mnie do środka. Chwyciłam płaszcz i torebkę, po czym posłałam Emilio ostatnie spojrzenie i weszłam do środka. Twarz lekarza nie wyrażała zadowolenia. 
- Co mi jest?
Lekarz westchnął głęboko, wpatrując się w wyniki tomografii.
- Wie pani, w medycynie istnieją..
- NIE OBCHODZI MNIE CO ISTNIEJE W MEDYCYNIE, CHCĘ SIĘ DOWIEDZIEC NA CO CHORUJĘ, CZY TO TAKIE TRUDNE DO ZROZUMIENIA?! - wrzasnęłam, zrywając się na nogi. Odgarnęłam włosy za ucho i usiadłam spowrotem na miejsce. Zrobiło mi się głupio, poczerwieniałam, nigdy wcześniej się tak nie zachowywałam. - Bardzo przepraszam. 
Mężczyzna mimo mojego wybuchu, uniósł kąciki ust, co było bardzo wymuszonym uśmiechem. Widziałam współczucie w jego oczach. 
- Badania wykazały obecność nowotworu ośrodkowego układu nerwowego.. Guz mózgu. 
Poczułam, że się chwieję. 

_________________________________

Tamtaram. I jest 116.
Rozdział jest wyjaśnieniem dwóch zapowiedzi (zakładka Ogłoszenia): Gregorio oraz Dlaczego Angie ma mdłości?
Tak, tak, biedna nasza. Biedny Luis. :P 
Mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecie.  
Do następnego! 

Wiktoria

środa, 9 lipca 2014

Rozdział 115

- Dziękuję za miły wieczór. - powiedziałam, nerwowo się uśmiechając.
- To ja dziękuję. Cieszę się, że udało nam spędzić trochę czasu razem. - mówiąc to zbliżył swoje usta do moich warg i delikatnie je musnął, co niepewnie odwzajemniłam.
- Lecę, dobranoc. - Pomachałam mu i czekałam, aż się oddali. Gdy zniknął za rogiem korytarza, gwałtownie wpadłam do mieszkania. - Ivi?!
Odpowiedziała mi cisza. Przestraszona rozejrzałam się po salonie, ale po nastolatce nie było ani śladu. To samo w kuchni i sypialni. Zaczęły trząść mi się ręce, a bicie serca ciągle przyspieszało. Nagle w głowie zaczęły tworzyć się miliony czarnych scenariuszy z udziałem mężczyzny z napadu. Nawołując, jeszcze raz przeszukałam mieszkanie. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się..
- I czego się tak drzesz? - burknęła dziewczyna. Miała na sobie szlafrok, a włosy owinięte ręcznikiem.
- Boże, Ivi. - odetchnęłam z ulgą, przyciskając ją do siebie.
- Wyluzuj.. - uwolniła się z uścisku i minęła mnie, przeczesując włosy na kanapie.
- Możesz mi wyjaśnić, co robił tu tamten człowiek? - przybrałam nieco ostrzejszy i poważniejszy ton.
Dziewczyna spuściła wzrok, milcząc. Wiedziałam co to oznacza.
- Obiecałaś. - Pokręciłam głową. - Jak mogłaś znowu mnie oszukać..
- Był głodny! - wykrzyczała. - Przez cztery lata opiekował się mną, a teraz, kiedy mam szansę na nowe życie, nie mogę go tak po prostu zostawić..
- To przestępca.
- Tylko w twoich oczach! - warknęła, wstając z miejsca. - Nie wiem, co tu robię, jesteś taka sama, jak wszyscy; płytka i powierzchowna. - Minęła mnie w drzwiach i zaszyła się z powrotem w łazience.
Westchnęłam, rozbierając się. Zaparzyłam sobie herbatę i owinięta kocem, usiadłam w fotelu. Pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie przemilczeć sprawę, Ivi nie będzie obrażać się wieczność.

Następnego dnia obudziłam się dosyć wcześnie. Tuż po wstaniu z łóżka odczułam ten sam, tępy ból głowy, lecz tym razem postanowiłam nie dawać o nim znać.
Za oknem znacznie się rozpogodziło, choć na niebie wciąż górowały ciemne chmury. Mimo to termometr skoczył w górę. Założyłam czarne jeansy i bordową, zwykłą bluzkę z rękawami do łokci. Na szyi zawiesiłam sowę na dłuższym łańcuszku, podkręciłam loki i zrobiłam lekki makijaż. Dziś była sobota, 5 czerwca. Trafiłam do szkoły Luisa na początku drugiego semestru, dlatego przygotowania corocznego spektaklu na zakończenie roku spadły na moją głowę. Co prawda z pomocą dzieciaków powstały już dwie, nowe piosenki, ale było to wciąż za mało. Scenariusz miał wiele do życzenia, nie mówiąc o choreografii i scenografii, ale nad tym pracowali już inni nauczyciele. Dziś miał się odbyć dzień otwarty dla przyszłych uczniów akademii. Moi podopieczni mieli zaprezentować kilka choreografii do piosenek, które ze mną ćwiczyli. Wiedziałam, że są doskonale przygotowani, ale mimo to odczuwałam lekkie spięcie, jak przed każdym występem moich uczniów. Momentalnie przypomniały mi się chwile spędzone w Studio. Violetta, Camilla i Francesca zawsze chichotały w kącie sali, próbując zniwelować stres, Naty obgryzała paznokcie, a Ludmiła lamentowała z powodu nieotrzymania głównej roli. Chłopaki powtarzali kroki taneczne, Andres sprawdzał sprzęt. Brakowało mi też paniki Beto i uspokajających przemów Pablo.
Gdy Ivi wstała przypomniałam jej o zasadach, które ustaliliśmy wyjątkowo chłodnym tonem. Wciąż miałam jej za złe wczorajszy wieczór, choć mocno siliłam się na uśmiech. Dziewczyna podobnie, jak ja nie przywiązała większej wagi do rozmowy. Z obawami, apartamentowiec opuściłam przed jedenastą.

W szkole panował miły gwar. Uczniowie biegali po korytarzach, w poszukiwaniu części strojów, czy zgubionych wśród tłumu przyjaciół. Przed budynkiem czekał na mnie Emilio, ale po wejściu szybko się rozstaliśmy. Przed pokojem nauczycielskim natknęłam się też na Luisa, ale nasz kontakt ograniczył się do posłania sobie wzajemnych uśmiechów - mężczyzna zaaferowany był rozmową z rodzicami.
Od razu skierowałam się na salę widowiskową, gdzie za kurtyną pomogłam uczniom z kostiumami i udzieliłam kilku ostatnich rad. Jako pierwszy na scenie pojawił się dyrektor. W paru słowach zachęcił do obejrzenia występu i ustąpił miejsca dzieciakom. Nastolatkowie po kolei wybiegli na środek, wykonując piosenki i choreografie, których nauczył ich Benett - nauczyciel tańca i zupełne przeciwieństwo znerwicowanego Gregoria.
Z uśmiechem wysłuchałam wszystkich występów, po których na scenie ponownie pojawił się Luis. Wygłosił mowę zachęcającą do umieszczenia młodzieży w tej placówce i podsumował nie zakończony jeszcze rok szkolny. Oba występy zostały nagrodzone brawami, a następnie wszyscy zostali zaproszeni na poczęstunek.
- Świetnie wam poszło! - pogratulowałam przeciskającym się w moją stronę nastolatkom. Kątem oka zauważyłam, że Luis kiwa ręką w moją stronę.
- Grazie molte, arrivederci. - Przeprosiłam jednego z opiekunów i podążyłam w stronę mężczyzny.
- Mam chwilę. - szepnął namiętnie tuż przy moim uchu i pociągnął mnie za rękę.
Szliśmy szkolnym korytarzem, mijając wielu kłaniającym się nam uczniów i ich rodziców. W końcu znaleźliśmy się w tylnej części budynku, gdzie znajdowały się głównie magazyny i archiwa. Luis otworzył przede mną drzwi do jednego z nich. Tuż po ich zatrzaśnięciu gwałtownie mnie do nich przyparł, przyciskając swoje usta do moich ust, szyi, obojczyka. Błądziłam dłońmi po jego plecach i palcami między gęstą czupryną, aż w końcu dosięgłam guzików jego koszuli. Całowaliśmy się żarliwie, bez żadnych zahamowań, dzieląc się uśpioną namiętnością.
W pewnym momencie rozległ się sygnał telefonu Luisa.
- Słucham? - Szepnął namiętnie do telefonu, nie zaprzestając pieszczot, na co zachichotałam. Jego rozmówca mógł się przestraszyć. - Jasne, zaraz będę. Dzwonił Emilio, rodzice czekają na mnie w gabinecie. - Tym razem zwrócił się do mnie.
Ponownie schował komórkę do kieszeni i ujął w dłoniach moją twarz, całując mnie po raz kolejny. Bawiła mnie jego porywczość i to, że za każdym razem musiałam go lekko odpychać, gdy za bardzo dał się ponieść emocjom.
- German.. - zachichotałam, mnąc kołnierz jego koszuli. Ułamek sekundy potem zdałam sobie sprawę z tego, co powiedziałam.
- Jak mnie nazwałaś? - Mężczyzna gwałtownie się odsunął. Na jego twarzy dostrzegłam złość.
Widziałam, że zaczyna władać nim gniew. Nie pierwszy raz zdarzyła się taka sytuacja. Za pierwszym razem uszło mi to na sucho, za drugim też zdołałam się wykręcić, ale teraz miałam złe przeczucia.
Luis popatrzył na mnie pogardliwie i zapinając koszulę, ruszył do wyjścia.
- Zejdź mi z drogi. - warknął, gdy wciąż opierałam się o drzwi.
- Luis..
- Nie rozumiem tego! Szepczesz jego imię, ale nie chcesz powiedzieć mi kim jest. - Rzekł błagalnym tonem. - Angie, kocham cię, porozmawiajmy.. - Złapał mnie w ramiona.
Chciałam coś powiedzieć, ale w chwili gdy otworzyłam oczy, poczułam jak zaczynam osuwać się wzdłuż ściany. Luis w porę ujął moje plecy i podtrzymał mnie w górze. Powoli traciłam świadomość. Obraz rozmazywał się i wyostrzał, widziałam raz oddalającą się, raz przybliżającą twarz Włocha. Mówił coś do mnie, ale nie byłam w stanie odpowiedzieć. Czułam, jak spadam. Spadam, ale nikt mnie nie trzyma.

____________________
*BUM* i 115- tka. :D 
Kolejne  problemy w raju, haha. 
Czyżby powrót do BA? 
O tym w next'cie. 
Do następnego!

Wiktoria

sobota, 5 lipca 2014

Rozdział 114

Gdy się ocknęłam ujrzałam nad sobą zarys dwóch postaci. Szeptali. Poczułam na czole coś ziemnego. Dotknęłam dłonią mokrych skroni.
"Krwawię?!" - Chciałam krzyknąć, jednak zamiast tego wydałam z siebie zduszony szept.
- Co się stało?
- Spokojnie. - Dotarł do mnie głos Luisa. Zaraz, zaraz.. co on tu robił?
- Skąd się to wziąłeś?
- Zemdlałaś, twoja siostra po mnie zadzwoniła. Nie mówiłaś, że masz w Rzymie kogoś bliskiego..
"Czy on powiedział siostrę?" - pomyślałam. Dopiero chwilę później przypomniałam sobie o Ivi, zatrzymaniu i moim kłamstwie.
- Czy mogęją zobaczyć?
- Poszła po szklankę wody. O, Mario..
Dziwnie było słyszeć imię siostry, wiedząc, że nie żyje. Równało się to z okłamywaniem jeszcze jednej osoby - Luisa.
Sekundę potem nad łóżkiem zjawiła się nastolatka. Podała mi szklankę kranówki i tabletkę aspiryny. Wypiłam wszystko jednym haustem.
- Odpoczywaj, wyznaczę dwa dni zastępstw. - powiedział Włoch, okrywając mnie szczelnie kołdrą po samą szyję.
- Nie trzeba. - wypierałam się. - To tylko zwykłe omdlenie..
- Trzeba. Poza tym uważanm, że nie należy tego bagatelizować i powinnaś jak najszybciej pójść do lekarza. Będę już lecieć, jest po północy. Rano wspadnę sprawdzić, czy wszystko gra, a póki co zaopiekuje się tobą siostra.
Luis musnął jeszcze mój policzek, poklepał Ivi po ramieniu i wyszedł.
- Przepraszam. - chrząknęła dziewczyna. - Za to, za tamto, za wszystko.. - westchnęła, wywracając oczami. - No i dzięki. Że mnie nie wydałaś. Przed swoim facetem też.
Uśmiechnęłam się najpromienniej, jak w tamtej chwili umiałam i ścisnęłam jej dłoń, co nastolatka nieśmiało odwzajemniła. Pierwszy raz widziałam, jak się uśmiecha.
- Musisz mi obiecać, że więcej nie zrobisz nic głupiego. - powiedziałam w końcu.
- Postaram się. - burknęła.
Posłałam jej podejrzliwe spojrzenie i ponagliłam do łóżka, był środek nocy. Dziewczyna pomachała mi na pożegnanie i powędrowała do salonu. Walcząc z bólem głowy, zasnęłam.

Gdy uniosłam powieki, obok mnie leżał Luis i wpatrywał się we mnie swoimi ciemnymi, przenikliwymi oczami. Uśmiechał się, więc i ja to zrobiłam. Mężczyzna zaczął bawić się kosmykami moich włosów, łaskocząc nimi nasze nosy. W pewnym momencie powoli, aczkolwiek zdecydowanie przysunął się i przewracając mnie na plecy, złożył na moich ustach nachalny pocałunek. Nie spodobała mi się jego natarczywość i spróbowałam go odsunąć, jednak był za silny, nawet zaciekłe szamotaniny nic nie dawały. Nagle oderwał się od moich warg, spoglądając mi w oczy. Ku mojemu przerażeniu nie był tą samą osobą. Teraz nad łóżkiem pochylał się.. German. Jego czekoladowe tęczówki momentalnie mnie pochłonęły, czułam, jak penetruje mnie wzrokiem, a ja się poddaję. Zapragnęłam dotknąć właśnie JEGO ust, poczuć tę wspaniałą rozkosz..
Nagle wstąpiła we mnie jakaś siła. Gwałtownie poderwałam się do pozycji siedzącej, czując przy tym przenikliwy ucisk czaszki, który natychmiastowo zgiął mnie w pół.
- Angie? - W drzwiach sypialni stanęła Ivi. Załkałam cicho, trzymając się za głowę. - Zadzwonię po lekarza.
- Nie! - zaprotestowałam. - Już mi lepiej. Która godzina?
Nastolatka nie była zadowolona ze zmiany tematu, ale poinformowała mnie, że dochodzi czternasta. Przekazała, że w mieszkaniu był Luis, a niedawno dzwonił mój telefon. Sięgnęłam po komórkę. Na wyświetlaczu widniał numer Emilio. 
- Cześć, jak się czujesz? - usłyszałam wesoły głos Włocha. 
- W porządku. - odparłam bez przekonania. 
- Słyszałem, że zajmuje się tobą siostra. Kiedy do ciebie przyleciała?
"Cudownie. Nie dość, że okłamywałam Luisa, to kolejną osobą miał stać się mój przyjaciel"
Kątem oka zauważyłam, że Ivi przygląda mi się w skupieniu, jakby wyczuła, że rozmawiamy o niej.
- Ee, mogę cię prosić o szklankę wody? - zwróciłam się do dziewczyny, zasłaniając głośnik komórki dłonią. Nastolatka kiwnęła głową i zniknęła za drzwiami sypialni. - To nie moja siostra. - szepnęłam z powrotem do telefonu. 
- Jak to? 
- To skomplikowane. Moglibyśmy się zobaczyć? 
- Pewnie, ale jesteś na siłach? O szesnastej w parku?
- Świetnie. - przerwałam, widząc, jak Ivi wchodzi do pokoju. - Do zobaczenia. - rozłączyłam się.
Dziewczyna usiadła naprzeciw mnie, patrząc, jak powoli sączę napój. Miała na sobie swoje stare ubrania, a włosy tradycyjnie zebrała w kucyka.
- Porozmawiamy? - Odezwałam się pierwsza. Ivi wzruszyła ramionami. - Opowiesz mi o sobie?
- Och, uwierz, że nie ma we mnie nic interesującego. - prychnęła.
- Chciałabym wiedzieć, dlaczego uciekłaś z domu, dlaczego taka jesteś..
- Życie. - zaśmiała się bez przekonania, lecz szybko umilkła, widząc moją poważną minę. - Nie mam domu. - Pokręciła głową. - Ani rodziców.. oboje zginęli w wypadku cztery lata temu. Wtedy trafiłam do rodziny zastępczej, ale szybko ich znienawidziłam. Dzieciaki w szkole mieli tatę, mamę, rodzeństwo.. A ja? Czy wiesz, jak to jest patrzeć na szczęście innych i zastanawiać się dlaczego właśnie padło na ciebie?
- Nawet nie wiesz, jak dobrze.. - wyszeptałam pod nosem. - I lepiej ci tak? Na ulicy? Kradnąc, kłamiąc? - Tym razem bezpośrednio zwróciłam się do nastolatki.
- Zaraz po ucieczce poznałam Joshepa. Przygarnął mnie do swojej paczki, dawał jedzenie i organizował dach nad głową. Wychował mnie razem z innymi, którzy się ukrywali, spędziłam z nimi cztery lata, stali się moja rodziną. Aż nagle zjawiłaś się ty i wywróciłaś moje życie do góry nogami. - Odwróciła głowę.
- Nie pierwszy raz to robię. - zaśmiałam się. - A to nie życie, uwierz mi.
Ivi nie odpowiedziała. Beznamiętnie wpatrywała się w okno, za którym od kilku dni szalał ulewny deszcz i wiatr. Było mi jej szkoda. Miała tylko trzynaście lat, a doświadczyła tak wiele. Nie mogłam zostawić jej w najtrudniejszym okresie.
- Zrobiłam makaron z sosem, zjesz? - Nastolatka przerwała moje rozmyślania.
Ochoczo pokiwałam głową, obserwując, jak krząta się w kuchni. Miałam wrażenie, że chce się zmienić, a moim obowiązkiem było jej w tym pomóc.

Wybiła piętnasta trzydzieści. Za pół godziny miałam spotkać się z Emilio. Powędrowałam do łazienki, gdzie  w końcu zamieniłam piżamy na normalne ubrania, uczesałam się i zrobiłam makijaż. Na dworze nie padał już deszcz, ale wciąż było zimno, dlatego nałożyłam na siebie jesienną kurtkę. Poinformowałam Ivi, że wychodzę i dziesięć minut przed umówioną godziną wyszłam z mieszkania, w holu napotykając się na Toamsa, który posłał mi zalotne spojrzenie. Uśmiechnęłam się i bez słowa go minęłam.
Park nie znajdował się daleko od apartamentowca, z okna sypialni rozciągał się wspaniały widok na korony jego drzew, toteż moja wędrówka nie trwała długo. Emilio czekał już na jednej z ławek.
- Cześć. - Wstał i musnął mój policzek. Niezależnie od sytuacji, na jego twarzy zawsze gościł uśmiech. Lubiłam jego nieukrywany optymizm.
Odpowiedziałam na rutynowe pytania dotyczące stanu mojego zdrowia i wczorajszych wydarzeń, aż w końcu przeszło na Ivi. Opowiedziałam mężczyźnie historię dziewczyny i to, jak ją poznałam. Emilio wydawał się zszokowany moimi opowieściami.
- I ty po tym wszystkim jej pomagasz? - powiedział, gdy skończyłam mówić.
- Jest młoda, zagubiona. - przekonywałam.
Włoch uśmiechnął się przyjaźnie, masując moje kolano.
- Zawsze wiedziałam, że uosabiasz najwyższe dobro. Ale czego ode mnie oczekujesz?
- Pomocy. - odparłam krótko i treściwie. - Musimy odnaleźć jej rodziców zastępczych i sprowadzić ja z powrotem do domu.
- Angie, nie uważasz, że najłatwiej będzie zwrócić się na policję? Na pewno zgłoszono zaginięcie, to dziecko.
 - Nie, musimy zrobić to po cichu. Szukają jej nie tylko z powodu ucieczki, ale kradzieży i rozbojów, a nie mogę pozwolić, żeby trafiła do poprawczaka. Sam mówiłeś - to dziecko.. - przekonywałam.
Obserwowałam skupioną minę Emilio, aż w końcu..
- Zgoda, pomogę.
Ucieszona, rzuciłam się mu na szyję i mocno go uściskałam.
- Wiedziałam, że mogę na tobie polegać! - zawołałam, śmiejąc się.
- Ale.. - "Zawsze jakieś jest." - Musisz mi obiecać, że gdy to wszystko się skończy, powiesz Luisowi. Nie wie, prawda? - Pokręciłam głową. - W porządku, do tego czasu Ivi pozostanie twoją siostrą, Marią Saramego.
Przystanęłam na warunek Włocha. Sama wiedziałam, że unikanie prawdy nie będzie dobrym wyjściem. teraz przynajmniej miałam kogoś, w kim widziałam oparcie. Nie byłam sama.

Minęło parę dni. Już po dwóch zawroty głowy i mdłości ustały i mogłam wrócić do pracy. Podczas mojej nieobecności Ivi zostawała w domu, na prośbę nie wychodziła sama z apartamentowca - nie chciałam, żeby wpadła na kogoś ze starej paczki, czy została rozpoznana przez mieszkańca. Popołudnia spędzałyśmy razem; rozmawiając, oglądając filmy, czy przy keyboardzie - kończąc mój utwór. Dziewczyna miała bardzo ładny głos - czysty, melancholijny, nie fałszowała. Któregoś wieczora pomyślałam, że idealnie pasowałaby do szkoły muzycznej, w której uczyłam, a w późniejszym czasie - nawet do Studia.

Układałam na półce segregatory, podśpiewując pod nosem, gdy poczułam czyjeś dłonie na biodrach. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto za mną stoi. Do moich nozdrzy dotarł zapach perfum Luisa, a tuż przy uchu usłyszałam jego szept:
- Dzień dobry, kochanie.
Uśmiechnęłam się i obróciłam do niego przodem, zarzucając ręce na jego kark i delikatnie muskając jego usta.
- Prawie się widujemy.
Miał rację. Poza przerwami w pokoju nauczycielskim, w ogóle nie rozmawialiśmy. Cały czas po i przed pracą poświęcałam Ivi, aby nie zostawała sama na dłużej. Mimo jej zapewnień, bałam się, że spotka się z kimś ze swoich znajomych lub sama wyjdzie na ulicę. Między pilnowaniem jej spotykałam się z Emilio, szukając poszlak na temat rodziny zastępczej nastolatki. Nie pozostawała mi nawet godzina dziennie, którą poświęciłabym chłopakowi.
- Wiem, jestem ostatnio.. bardzo zmęczona. - skłamałam gładko. - Wiesz, te bóle głowy. Poza tym.. muszę zajmować się siostrą. - Plątałam się między kolejnymi wykrętami.
- To może obejrzymy jakiś film u ciebie? Dziś piątek, ugotuję coś, spędzimy miło czas, a jednocześnie będziemy mieć ją na oku.
Poczułam uścisk w gardle. Nie chciałam przyprowadzać Luisa do mieszkania, bo to oznaczałoby kolejne kłamstwa, których wolałam uniknąć. Z drugiej strony nie mogłam zostawić Ivi samej..
- Może lepiej gdzieś wyjdźmy. - wypaliłam momentalnie. - Przez parę godzin nic jej się nie stanie..
- No i świetnie. Kolacja?
- Panie dyrektorze, państwo Santoz czekają w gabinecie. - Do klasy wpadła sekretarka. Gwałtownie się od siebie odsunęliśmy.
- Już idę. - odparł Luis. - Wpadnę po ciebie o dziewiętnastej. - Musnął mój policzek, uśmiechnął się i wyszedł.
Już nie mogłam niczego odkręcić. Pospiesznie spakowałam teczkę i telefon do torebki i wyszłam ze szkoły.

- Cześć. - zawołałam, wchodząc do mieszkania.
 Ivi siedziała przed telewizorem, czytając gazetę. Przez ostatnie dni zaszły w niej diametralne zmiany: złagodniała, wyciszyła się i odpoczęła. Sińce pod oczami i grymas na twarzy zniknęły, a zamiast tego coraz częściej pojawiał się uśmiech.
- Jadłaś już? - zapytałam, jednocześnie wyciągając z lodówki przygotowany wcześniej obiad.
- Czekałam na ciebie. Jak w pracy?
- Dobrze, komponujemy z dzieciakami nowy utwór. Chcesz posłuchać?
Nastolatka pokiwała głową. Wcisnęłam guzik mikrofali, wyciągnęłam z torebki kartkę z tekstem i nutami i zasiadłam przed keyboardem. Z instrumentu popłynęły łagodne dźwięki.

Quiero que sepas que podras hacerlo,
Ahora o nunca a vivir lo intenso,
Saca tu estrella, este es el momento,
Hoy lo vas a alcanzar,
Hoy vamos a cantar.


W pewnym momencie dałam znak Ivi, żeby do mnie dołączyła. Chwyciła kartkę i..

Grita fuerte que tienes el talento,
Canta vas a brillar,

Abre tu corazón al universo,

Anímate a soñar,

 Hoy no te detendras


- Umówiłam się na dzisiejszy wieczór z Luisem. - powiedziałam, gdy z talerzami pełnymi spaghetti zasiadłyśmy przed telewizorem.- To fajnie. - rzuciła krótko.
- No nie wiem. Nie chcę zostawiać cię samej.
- Nie jestem dzieckiem. - burknęła. - Nie potrzebuje całodobowej opieki. Aa, już rozumiem. - zaśmiała się, gdy nie odpowiedziałam. - Boisz się, że znowu nawywijam, nie ufasz mi.
- To trochę trudne. - rzekłam rozbrajająco szczerze. Dziewczyna bez słowa kontynuowała jedzenie.
- Możesz być spokojna, skończyłam z tym. - Wzięła ostatni kęs mięsa i z brudnymi naczyniami ruszyła do kuchni. Odetchnęłam i dokończyłam obiad.

O siedemnastej zabrałam się za przygotowania. Początkowo ponad pół godziny spędziłam pod prysznicem, następnie dokładnie wysuszyłam włosy i wyjątkowo je wyprostowałam, pomalowałam paznokcie beżową emalią. Ostatecznie stanęłam przed szafą w poszukiwaniu odpowiedniego stroju na dzisiejszy wieczór.
Po dłuższych rozważaniach w oczy rzuciła mi się łososiowa sukienka, w której tak zachwalał mnie ojciec Violetty. Minęłam ją spojrzeniem, wertując kolejne wieszaki. Nie wiadomo kiedy zegarek elektroniczny wskazał godzinę 18:43. Za niecały kwadrans miał pojawić się Luis. Chwyciłam ulubioną sukienkę Germana i pospiesznie ją na siebie założyłam. Zdążyłam jeszcze wygrzebać z szuflady brązowy pasek i przeczesać włosy, kiedy w progu mieszkania stanął Włoch. Na mój widok zacmokał zawadiacko i palną jakieś głupkowate komplementy, które chcąc, nie chcąc mocno mnie rozbawiły.
- Ma wrócić przed północą. - zaśmiała się Ivi, opierając o futrynę drzwi sypialni, gdy zakładałam kurtkę.
- Tak jest. - Zasalutował Luis i wyszliśmy z mieszkania.

Do resteuracji znajdującej się parę przecznic dalej dotarliśmy samochodem Włocha. Lokal nosił nazwę "GALICJA". Wnętrze było urządzone gustownie, bogato, ale nie przesadnie, ze smakiem. Szerokie fotele przy masywnych stołach, na których w wazonie leżały pojedyncze, czerwone róże otulone były kremową tapicerką. Gdzieś w tle grał jakiś jezzowy kawałek, a całość rozświetlały lekko przyciemnione światła.
Zajęliśmy miejsca przy oknie. Przez szyby przebijał się blask latarni, a świece rozstawione na szerokim, masywnym parapecie dodawały miejscu miłego nastroju. Przez głowę przemknęły mi wspomnienia z jednego z wieczorów, spędzonego w towarzystwie Germana w takim miejscu. Szybko zganiłam się za niepotrzebne myśli i powróciłam do rozmowy z Luisem. Niestety nie było mi dane skupić się na Włochu. Jego twarz co rusz przybierała rysy mojego szwagra, oszałamiał mnie brązowymi oczami.
- Moja ulubiona sukienka.  - powiedział Luis, chwytając moją dłoń i ostrożnie całując jej wierzch w sposób, w jaki kiedyś robił to German..
- Słucham? - wyjąkałam i schowałam rękę pod stół.
- Mówiłem, że pięknie dziś wyglądasz.
- Aa. - Potrząsnęłam głową. - Dziękuję.
- Dobrze się czujesz? Może zmienimy lokal?
- Nie, tu jest dobrze. - Wymusiłam słaby uśmiech.
Po chwili do stolika podszedł kelner i przyjął za mówienia, które po upływie niespełna dwudziestu minut trafiły na nasz stół. Niewiele rozmawialiśmy. Czułam dziwne spięcie i sama do końca nie wiedziałam, co tu robię. Luis wywoływał we mnie dość mieszane uczucia. Z jednej strony był intrygującą, ciekawą o sobą, zależało mi na nim, a jednocześnie, przypominając mi Germana, sprawiał, że czułam się nieswojo. W końcu chciałam zapomnieć o przeszłości, a tymczasem ona wracała do mnie pod najdziwniejszą postacią.
- Przystojny, szarmancki. Zupełnie, jak.. - Obok stolika pojawił się Czarek.
- Przestań! - warknęłam.
Luis umilkł momentalnie, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
- Angie, czy na prawdę wszystko w porządku? Dziwnie się zachowujesz.
Spojrzałam na triumfalną minę Czarka. Autentycznie cieszyła go moja złość. Postanowiłam nie dać za wygraną.
- Wybacz. Zatańczymy? - palnęłam i nie czekając na odpowiedź Włocha, pociągnęłam go w kierunku parkietu.
Gdy znaleźliśmy się na samym środku sali tanecznej zaczęliśmy podrygiwać w rytm jakiegoś skocznego, ale stonowanego kawałka. Od czasu do czasu w tłumie migała mi twarz Czarka, lecz wtedy wzrok przenosiłam na Luisa i dawałam ponieść się muzyce. Po kilku minutach piosenka umilkła, a z głośników popłynęły dźwięki powolnej ballady.

Sé mut bien que te vas y no piensas hablar,
Y que al menos pretendes nunca redresar.
Pero vida déjame que te bendiga,
Por que asi es la vida y se que volverás. 

Doskonale znałam tę nutę. To była piosenka, do której po raz pierwszy tańczyłam z Germanem. To był nasz kawałek..
Luis objął mnie w talii i chwycił moją prawą dłoń. Wyrwana z amoku ułożyłam rękę na ramieniu mężczyzny i niepewnie do niego przywarłam. Czułam oddech Włocha na karku, ciepło bijące od niego i intensywny zapach perfum. Nie rozumiałam jak to się działo, że tak bardzo przypominał mi szwagra..

Pero no lo beses como a mi,
Pero no lo togues nunca asi,
Pues yo nunca beso comoa ti te beso
Cuando me tropiezo por ahi.. 

Powoli poddawałam się muzyce, pozwalając na obroty, jakie fundował mi Luis. W chwilach, gdy odrywaliśmy się od siebie, mogłam zobaczyć jego rozweseloną twarz. Mimowolnie ja też się uśmiechałam. W pewnym momencie zaczęłam nucić pod nosem.
- Masz fantastyczny głos.
- Dzięki. - odparłam, rumieniąc się.
Gdy piosenka dobiegła końca wróciliśmy do stolika, upijając kolejne kieliszki wina. Atmosfera się rozluźniła, po raz pierwszy podczas tego wieczoru poczułam się na prawdę komfortowo, choć co chwilę zerkałam na wyświetlacz telefonu, sprawdzając, czy nie ma żadnej wiadomości od Ivi. Rozmowa zaczęła się ciągnąć. Luis umiał podsycić dobry humor, urozmaicając wieczór zadziwiającymi ciekawostkami i żartami.
Dobrze się bawiliśmy, ale w końcu trzeba było wracać do domu, zegar ścienny, stanowiący jedną z ozdób restauracji wskazywał godzinę 21:22. Choć wieczór był miły, odczuwałam ulgę, wracając do domu. Miałam złe przeczucia..

Luis wysiadł z taksówki razem ze mną i zaprowadził do windy. Zaoferował się, że będzie towarzyszyć mi do samego progu mieszkania. Gdy weszliśmy na korytarz, zauważyłam jakiegoś mężczyznę. Na nasz widok pospiesznie ruszył przed siebie. Mijając się, spojrzałam mu w oczy, on zrobił to samo. Miał parę zadrapań na prawym policzku i brudny bandaż, niechlujnie owinięty wokół głowy. Wydawał się znajomy..
Kiedy się oddalił, nagle mnie olśniło: to był ten sam mężczyzna, który napadł mnie tamtego wieczora. Moje serce zabiło mocniej. Jak najszybciej chciałam znaleźć się w mieszkaniu.

_______________________________
114 [X]
Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał, dłuższy niż zwykle. 
Nie zabrakło także przebłysków Germana. Swoją drogą też się trochę za nim stęskniłam. 
Przypominam, że link do komentarzy działa bezbłędnie.
Dziękuję za przeczytanie. 

Abrazos,
Wiktoria

środa, 2 lipca 2014

Rozdział 113

Po wejściu do mieszkania skierowałam Ivi do łazienki, polecając aby odświeżyła się, wysuszyła i przebrała w suche rzeczy, które dla niej przygotowałam. Sama zamieniłam mokrą bluzę i jeansy na dresy i nietoperza, wstawiłam wodę na herbatę i przygotowałam dziewczynie kolację, oczekując jej w salonie. Gdy weszła wyglądała dużo lepiej - dotąd tłuste włosy zebrane w kitkę, teraz puszyste - luźno opadały na jej ramiona, przetarte, jeansowe ubrania zastąpiły moje dresy, a cera pojaśniała.
- Chodź, usiądź. - Zachęciłam skinieniem ręki.
Nastolatka bez słowa zajęła miejsce obok mnie, wpatrując się w talerz wypełniony kanapkami.
- Proszę, jedz, to wszystko dla ciebie. - powiedziałam. Ivi popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. - Nie jestem najlepsza kucharką, ale kanapkami cię nie otruję. - zaśmiałam się.
Dziewczyna sięgnęła po bułkę i pochłonęła ją kilkoma gryzami. Tak samo było w przypadku drugiej, trzeciej, kolejnej i kolejnej. Talerz opustoszał w ekspresowym tempie.
- Masz ochotę na jeszcze? spytałam. Nastolatka nie odpowiedziała. Uśmiechnęłam się i bez słowa powędrowałam do kuchni, z której po chwili wróciłam z nowymi kanapkami. I te równie szybko zniknęły z talerza. Musiała być bardzo głodna.
- Dzięki. - powiedziała Ivi, wycierając usta grzbietem dłoni.
- Mam nadzieję, że ci smakowało. - posłałam jej ciepły uśmiech, niestety twarz dziewczyny dalej była zachmurzona. Mruknęła  jedynie nieskładne "Jasne" i zamilkła. - Przygotuję ci pościel. - rzekłam, wstając z miejsca.
- Dlaczego mi pomagasz? Jest w tym jakiś podtekst, czy co?! - denerwowała się.
Spojrzałam na Ivi i ponownie usiadłam obok niej.
- Bo nie mogę patrzeć, jak marnujesz sobie życie.
- Daj sobie siana. - prychnęła. - Ulica to mój dom, dobrze się tam czuje i nie potrzebuje niczyjej łaski.
- Ivi, posłuchaj..
- Nie, to ty mnie posłuchaj. Daj mi wreszcie spokój i nie zgrywaj takiej świętej. - Wstała, podążając do wyjścia.
- Ivi!
- Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! - wrzasnęła, po czym wyszła trzaskając drzwiami.
Zrezygnowana opadłam na kanapę. Nie miałam prawa jej zatrzymywać.

Niedzielę spędziłam przy keyboardzie, zajmując się nową kompozycją. Już kiedyś zamierzałam skończyć utwór, lecz wciąż coś stawało na drodze. Tak było i tym razem. Nuty nie układały się z sobą, a tekst plątał w bezmyślnych słowach. Odłożyłam ołówek i kartkę z pięcioliniami, przenosząc palce na klawisze. Przymknęła oczy, starając się wydobyć z siebie to, co ukrywało się w głębi mnie, przelać uczucia na muzykę. Zaczęłam uderzać w klawisze zupełnie bezmyślnie, słysząc jak instrument kaleczy dźwięki. W końcu odpuściłam i wzięłam głęboki wdech. Wtem rozległo się pukanie. Pomyślałam, że być może to Ivi, lecz gdy otworzyłam drzwi, w progu zobaczyłam Luisa.
- Cześć. - powitał mnie uśmiechem. 
- Nie odezwałeś się. - wypaliłam prosto z mostu, nieco oziębłym tonem.
- Wiem, przepraszam, nie bądź zła.
- Nie jestem. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Aha, może wejdziesz? - zaproponowałam, jakby od niechcenia. Moją głowę wciąż zaprzątała nastolatka.
- Posłuchaj, musiałem sobie to wszystko przemyśleć. - rzekł, gdy staliśmy już w salonie. - Odkąd cię poznałem moje życie się zmieniło, poczułem coś niezwykłego i chcę dalej to czuć. Angie, zakochałem się.
Mężczyzna wypowiedział każde słowo niezwykle ostrożnie i powoli, jakby się bał, że któreś do mnie nie dotrze. Wciąż wpatrywał się we mnie swoimi ciemnymi oczyma, które w całości mnie pochłaniały. Były tak mroczne, a jednocześnie ekscytujące.
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, zwyczajnie zabrakło mi słów. Czy miałam  rzucić się mu w ramiona i wykrzyczeć Tak, ja też cię kocham!, czy może całkiem statecznie, jedynie kiwnąć głową i posłać uśmiech? W filmach wszystkie takie sceny kończą się tak samo. I żyli długo i szczęśliwie. Ale moje życie to nie była komedia romantyczna. Nie odrywając wzroku od Luisa, zbliżyłam się do niego i rezygnując z jakichkolwiek słów, musnęłam jego usta. Nie musiałam czekać długo, aby wargi Włocha zaczęły współpracować z moimi. Całował mnie. Nie tak, jak dotychczas. Był to pocałunek pełen skrywanej namiętności i uczuć, którym teraz dał upust. A ja? Mnie nie wypełniało zupełnie nic, poza tym wspaniałym wrażeniem spełnienia i swobody. Czułam, że potrzebuję czyiś ust, że stale mi ich brakuje. Luis był wspaniałą ofiarą. Nie do końca miałam pojęcia, czy to miłość, gdzie się podziały motyle w brzuchu i drżące ręce. Może tak miało być? Może to tak wygląda prawdziwe uczucie? Gdy oderwaliśmy się od siebie, wtuliłam się w tors mężczyzny, słuchając bicia jego serca, jakbym chciała rozszyfrować, dlaczego padło na mnie, dlaczego mnie pokochał.
- Nic nie mówisz. - wyszeptał.
- A muszę? - zaśmiałam się, odrywając od niego. - Chcę być z tobą..
Mina Luisa zdradzała, że usłyszał to, co chciał. Więc i ja z niewiadomych przyczyn byłam zadowolona.
Włoch ponownie mnie objął, szepcząc do ucha czułe słowa. Od dziś w moim życiu miały zajść kolejne, wielkie zmiany.

Gdy zostałam sama, ponownie zasiadłam do keyboard'a. Teraz pisało mi się znacznie lepiej. Dźwięki były składne, a słowa układały się w sensowną dla ucha treść.

It's easy to fall in love,
But it's so hard to  break somebody's heart,
What seemed like a good idea, has turned into a battlefield.
Once lust has turned to dust, and all that's left's held breath. 
Forgotten who we first met, what seemed like a good idea, 
has turned into a battlefield...

Kartkę z tekstem i nutami schowałam do szuflady. Było już grubo po północy, a rano zaczynałam pracę. Popędziłam pod prysznic, a następnie do łóżka. Przed snem pomyślałam jeszcze o Ivi. Jak teraz radzi sobie na ulicy? Gdzie jest? Obiecałam sobie, że nie odpuszczę kolejnego istnienia. Musiałam ją uratować za wszelką cenę, nie pozwalając, aby podzieliła los Javiera. Z tym postanowieniem pozwoliłam, aby w końcu zmorzył mnie sen.. 

- Bardzo dobrze, Janett, ale postaraj się brzmieć nieco wyżej w refrenie, dobrze? W porządku, dzieciaki, dziękuję, to tyle na dzisiaj!
Zakończyłam właśnie ostatnią lekcję. Luis rzucił mnie na głęboką wodę, proponując w poniedziałki największą ilość godzin. Czułam lekkie ćmienie głowy i zmęczenie. Tłumaczyłam to przesiadywaniem do późna i w dobrym humorze postanowiłam pozostać jeszcze chwilę w szkole i uzupełnić zaległe dokumenty.
Szło mi dość sprawnie, pod nosem nuciłam Tienes Todo, aż w końcu przerwał mi dzwonek telefonu.
- Komenda Główna Policji nr. 2, starszy aspirant Bertone, czy rozmawiam z panią.. Angeles Saramego?
- T-tak, w czym mogę pomóc?
- W godzinach porannych na próbie kradzieży została zatrzymana pani siostra.
- Słucham? - wyjąkałam. To było niemożliwe, przecież Maria nie żyje.. - Ale..
- Dziewczyna odmawia złożenia zeznań, ale wskazała panią, jako osobę bliską, czy mogłaby pani wstawić się po siostrę na komendzie?
- Oczywiście, zaraz tam będę. - zakończyłam i rozłączyłam się, pospiesznie wychodząc ze szkoły. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem była Ivi, w końcu nikt nie aresztowałby ducha.
Wychodząc, w drzwiach napotkałam Luisa.
- A ty gdzie? Przecież mieliśmy iść na obiad. - zatrzymał mnie.
- Przepraszam, nagła awaria, wyjaśnię później. - Cmoknęłam go w policzek i wyminęłam. Włoch krzyczał jeszcze coś za mną, ale pozostawałam poza zasięgiem jego słów. Celem stał się komisariat. Nie pierwszy raz.

Gdy dotarłam na miejsce i podałam swoje personalia, wskazano mi pokój przesłuchań. W środku, jak przypuszczałam oprócz policjanta znajdowała się znajoma mi nastolatka. Dziewczyna wciąż miała na sobie moje dresy, siedziała na fotelu z obdartą tapicerką, chowając twarz za ciemnymi włosami. Kiedy usiadłam na krześle obok nawet nie drgnęła.
- Dzień dobry, Angeles Saramego, rozmawialiśmy przez telefon.
- A tak, Conrado Bertone. Otóż sytuacja przedstawia się następująco: właściciel sklepu spożywczego zawiadomił nas o próbie kradzieży pomarańczy i soku jabłkowego przez tą oto młodą damę. Patrol zabrał dziewczynę na komisariat, ale kategorycznie odmówiła składania wyjaśnień i podania nazwiska. Przedstawiła jedynie panią, jako swoją krewną. Czy może to pani potwierdzić?
W osłupieniu wpatrywałam się w Ivi. Czy miałam skłamać? Gdy podałabym jej dane, pobliskie komisariaty z pewnością rozpoznałyby ją jako poszukiwaną, a z jakiś powodów nie chciałam, aby trafiła do zakładu poprawczego, przecież była jeszcze taka młoda..
- Tak, to moja siostra.  - wypaliłam. Ivi zaszczyciła mnie pytającym spojrzeniem. - Ee, Maria Saramego. - Miałam nadzieję, że policjant nie skojarzy nazwiska ze zmarłą piosenkarką. Miałam szczęście. Bertone uzupełnił dokumentację i popytał o szczegóły kradzieży, a gdy już udało nam się co nieco wykrzesać z dziewczyny, oznajmił, że mogę zabrać siostrę do domu.
- Co teraz z nią będzie? - zapytałam.
- Cóż, to zależy od tego, czy właściciel sklepu wniesie treść oskarżenia do sądu. My ze swojej strony mamy obowiązek zawiadomić kuratora.
- D-dobrze, ale czy nie może się obejść bez tego?
- Czy pani prosi mnie, aby nagiął zasady? - odrzekł policjant.
- Ma pan rację, przepraszam. - rzuciłam ze zmartwioną miną i opuściłam gabinet, ciągnąc za sobą nastolatkę.

- Dzięki. - powiedziała Ivi, gdy znalazłyśmy się w znacznej odległości od komisariatu.
- Co ci strzeliło do głowy?! - wrzasnęłam, tracąc cierpliwość. Przestraszona dziewczyna instynktownie wykonała krok w tył, jakby bała się, że zaraz się na nią rzucę. - Posłuchaj, ryzykuję dla ciebie wszystko: pracę, życie prywatne, łamię prawo i kłamię, a ty wciąż swoje! Przygarnęłam cię pod swój dach i nie wydałam policji, podając za siostrę, która dawno nie żyje, więc jeśli jeszcze raz wywiniesz coś podobnego, skończy się moja dobroć. Teraz gramy na moich zasadach. - zakończyłam ostro, dotykając skroni, które zakuły mnie kilkakrotnie. Sama nie wiedziałam, co wywołało u mnie tyle złości, jeszcze nigdy nie krzyczałam na dziecko, nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach.
- Angie..
- Nic nie mów. - syknęłam, zginając się w pół. Ból rozsadzał mi czaszkę. Przykucnęłam, wciąż trzymając się za głowę. Nabrałam kilka łapczywych wdechów, ale ucisk ani trochę nie zmalał. - Chodź. - zakomenderowałam, z trudem się pod nosząc. Gdy wstałam, zachwiałam się niebezpiecznie. Ivi wzięła mnie pod ramię i powoli ruszyłyśmy do przodu.

Gdy weszłyśmy do mieszkania, całkowicie straciłam poczucie rzeczywistości. Przez całą drogę chwiałam się na wszystkie strony. Dla przechodzących ludzi musiało wyglądać to dość nieprawdopodobnie - dziecko prowadzące pijaną kobietę. To nie było jednak w tamtym momencie najważniejsze. Nie myślałam o tym, co powiedzą ludzie, czy aktualna sytuacja Ivi. Wypełniał mnie niewyobrażalny ból, przenikający od głowy, aż do każdej komórki ciała. Do tego zaczęłam odczuwać mdłości. Ostatkiem sił doczłapałam z kanapy, na którą zaprowadziłam mnie Ivi do łazienki. Tam, nachylając się nad ubikacją, już dłużej nie wytrzymałam.
Gdy skończyłam wymiotować, stanowiłam bezsilną istotę, której odebrano wszystkie siły i uczucia. Byłam taka pusta..
Po chwili w drzwiach stanęła szatynka, podając mi szklankę wody. Oparta o muszlę klozetową upiłam łyk, oddychając płytko. Powoli  znowu traciłam świadomość. Obraz rozmazywał się i wyostrzał. Jedyne, co zapamiętałam to dźwięk szkła, tłukącego się o łazienkowe płytki i przerażoną twarz Ivi, nachylającą
się nade mną oraz złowieszczy śmiech Czarka.
- Angeles! - usłyszałam krzyk. Później zapanowała ciemność.

__________________________
No także ten. XD
Piosenka, którą śpiewała Angie to "Battlefield" Lei Michele. 
Luangie, mdłości. Czyżby ciąża? :D
Bardzo się dopominacie o powrót Geremka, tyle że niestety nie wyczaruję go nagle we Włoszech. Jakieś pomysły? ;)
Macie też przybliżony wygląd Ivi.
Groźcie, proście, komentujcie!

Pozdrawiam,
Wiktoria