piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział 85

Nazajutrz, gdy otworzyłam oczy, powitał mnie ten sam obraz, co wczorajszego wieczoru; miejsce na łóżku obok mnie było puste, a pokój wypełniał złocisty blask Słońca.
Irytujące tykanie zegarka zmotywowało mnie do wstania. Budzik stojący na komodzie, wskazywał 12:36. Oszołomiona, z prędkością światła stanęłam na nogi, niechętnie zarzucając na siebie pierwsze- lepsze ubrania, po czym zajrzałam do pokoju Javiera. Ku mojemu zdziwieniu wnętrze było puste, a łóżko idealnie pościelone. Zdziwiona i lekko zaniepokojona, zbiegłam na dół. W salonie natrafiłam na zgubę. Chłopiec siedział na kanapie, ubrany w dresy i zaszklonymi oczami obserwował rozgrywającą się na ekranie telewizora bójkę między Tomem, a Jerrym.
W kuchni tradycyjnie krzątała się gosposia.
- Olgo, co się dzieje?! - Panikowałam. Kobieta westchnęła ciężko.W tym samym czasie do kuchni wszedł German. Po jego minie bez problemu można było orzec, że ta noc należała do niezwykle ciężkich. Miał zmęczoną i bladą twarz, a pod oczami malowały się siwe cienie.
- W nocy gorączka się nasiliła. - Powiedział zachrypłym głosem, wyławiając z lodówki butelkę wody. Niechlujnie zrzucił zakrętkę z szyjki i jednym haustem opróżnił całość. - Skontaktowałem się już z kliniką, kazali niezwłocznie wstawić się na badaniach. - Rzucił po długim milczeniu. Chciał coś dodać, ale w tym momencie, do pomieszczenia wszedł Javier. Jak na zawołanie umilkliśmy. Po kilku sekundach pierwsza odezwała się Olga.
- Spójrz, kochanie, co tu dla ciebie mam. - Wskazała na papierową torebkę. - W środku jest twoja ulubiona czekolada z orzechami, pierniczki, pomarańcze i jabłuszka oraz suszone morele. Wrzuciłam też dwa kartoniki soku truskawkowego, dobrze? - Powiedziała z przejęciem w głosie. Malec tylko pokiwał głową, pociągając nosem. Gdy kobieta chciała podać mu pakunek chłopiec objął rękami jej udo i przytuliwszy do niego głowę, rozpłakał się.
- Ciociu.. - Łkał. - Nie oddawaj mnie do szpitala! Będę bardzo, bardzo grzeczny! Zostanę z wami i będę jadł wszystko, co będziesz kazała!
- Skarbeńku.. - Olga pogłaskała blond czuprynkę. - Pojedziesz tam tylko na trochę, na badania..
Javier zignorował słowa gosposi i  momentalnie odrywając się od niej, podbiegł do mnie.
- Angie, będę chodził do lekarza! Będę połykał nawet te duże tabletki i nie pisnę przy zastrzyku! - Chlipał, a łzy wielkości pięciozłotówek, spływały po jego rozpalonych policzkach i luźno opadały na podłogę.
Otarłam oczy, spoglądając na inżyniera. Czułam, jak pęka mi serce. Nie wiedziałam, co miałam mu powiedzieć, choć powrót do kliniki był konieczny.
German przetarł twarz dłońmi i kucną obok chłopca.
- Wytrzyj buzie, zuchu. - Starał się mówić normalnym tonem, choć głos mu się łamał. Było to dla niego trudne. - Hej, duzi faceci nie płaczą. - Zaśmiał się, przez co kąciki ust dziecka mimowolnie powędrowały w górę, lecz zaraz ponownie opadły. Podałam mu chusteczkę. - Teraz niestety musimy jechać, ale umówmy się, że jeżeli wyniki badań będą w porządku, to przyjedziesz do nas na weekend po Nowym Roku, dobrze?
Javier pokiwał głową, ale oczu, wlepionych w buty nie podniósł. Mężczyzna podał mu rękę, a w drugą ujął bagaże, i ruszyli w stronę wyjścia.Chłopiec nie pożegnał się z domownikami. Milcząc, szedł ze spuszczoną głową. Za nimi podążyłam ja.


Jechaliśmy w ciszy, przerywanym pojedynczymi pociągnięciami nosa przez małego. Siedząc z tyłu i obejmując go ramieniem, czułam, jak drobne ciało drży pod wpływem gorączki i nerwów.
Tak bardzo było mi go żal. Mała duszyczka, okrutnie skrzywdzona przez los. Teraz pozbawił go też nadziei na nowy początek wśród rodziny. Pragnęłam, abyśmy razem z Germanem mogli zapewnić temu chłopcu to wszystko, co kiedyś zostało mu poskąpione. Dla innych dzieci szlaban na komputer, czy odebranie zabawki jest końcem świata, dla Javiera to strata rodziny równała się z najwyższą karą.


-Nie zostawiajcie mnie! - Oczy małego ponownie się załzawiły, gdy ubrany w pasiastą piżamę, leżał w szpitalnym łóżku. Jego głos przesiąknięty był smutkiem i żalem, którego nikt nie mógł trafnie opisać. Mówią, że najszczerszy jest płacz dzieci. W tym maluchu było jej, aż zaś. Niewinność podkreślała braterski strach i ból, który stał się nieodzowną częścią chłopca.
- Nie zostawiamy. - Ujęłam jego dłoń, powstrzymując cisnące się do oczu łzy. - Teraz musimy porozmawiać z panem doktorem, ale zaraz wrócimy. Spójrz, Pinto dotrzyma ci towarzystwa. - Wskazałam na leżącego na nakasiku pluszaka. Pocałowałam jeszcze czoło chłopca, po czym razem z ojcem Violetty wyszłam z sali.


- Dzień dobry. German Castillo, moja partnerka Angeles. - Powiedział inżynier, podając lekarzowi rękę.
- Angeles Saramego. - Również uścisnęłam jego dłoń.
- Miło mi państwa poznać, Conrado Belucci, proszę spocząć. - Rzekł medyk obojętnym głosem. Zer przejęcia, zero jakichkolwiek emocji.
Siedząc we wskazanym fotelu mogłam dokładniej przyjrzeć się rozmówcy. Lekarz okazał się być około pięćdziesięcioletnim mężczyzną z siwym wąsem i niemrawym spojrzeniem. Głębokie zmarszczki na jego czole oraz krzywy grymas, świadczył o zmęczeniu i niechęci do naszej sprawy. Po latach pracy, ciężkich przypadkach,śmierć, czy ozdrowienie jednego dziecka nie robi mu różnicy.
- ..Tak, więc widzą państwo w jakiej sytuacji znajduje się chłopiec. - Ocknąwszy się, zorientowałam, że German prowadzi z Fernandezem dość zawziętą konwersację. - Roimy wszystko, co w naszej mocy..
- Akurat. - Prychnęłam pod nosem, o wiele głośniej niż sądziłam.
Doktor popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek, ale kontynuował: - Tych, jakby to prosto ująć.. Szkodliwych komórek cały czas przybywa. Antybiotyki, które podajemy choremu nie przynoszą efektów. - Wyjaśnił. - Spróbujemy jeszcze nowych szczepionek, choć nie gwarantuję, ze to pomoże. Walczymy o niego. - Rzucił bez przekonania. - A teraz przepraszam państwa, ale jestem umówiony na spotkanie.
- Chyba nie służbowe. - Skomentowałam na boku.
- Oczywiście. - Chrząknął German, automatycznie podrywając się z miejsca. To samo zrobiłam i ja, po czym opu

ściliśmy gabinet. Tuż przed drzwiami czekała zniecierpliwiona Linda.
- Pójdę do Javiera. - Rzekł mężczyzna, przecierając dłonią usta. Widać było, jak bardzo jest przygnębiony i zmęczony.
- Przejmuje się chyba bardziej ode mnie.. - Westchnęłam. - Wiesz może coś bardziej konkretnego niż lekarz? - Popatrzyłam z nadzieją na pielęgniarkę. Niestety ta pokręciła głową. W sumie, co jeszcze mogłabym usłyszeć? " Robimy wszystko, co w naszej mocy " ? Wystarczająco dużo razy otrzymywałam tę zbywającą wymówkę.
- Trzeba być dobrej myśli. Teraz Javier ma dla kogo walczyć.. - Kobieta poklepała moje ramię, po czym odeszła.  Ja nie miałam siły iść na salę chłopca. Frustracja i lęk przeważały. Powróciły wspomnienia sprzed kilkunastu lat, kiedy zginął mój ojciec. Monotonnie z każdym dniem mijałam szpitalne drzwi, przez co niewątpliwie wpadłam w jakąś fobie..
- "Angie, nie zachowuj się, jak dziecko.. " - Mruknęłam w myślach i już po chwili z drżeniem serca znalazłam się obok Javiera i Germana. Widać, mężczyzna nieco poprawił mu humor, a podane lekarstwa zadziałały, bo chłopiec samodzielnie utrzymywał w dłoni kubek z herbatą, lekko się uśmiechając. To nieznacznie podniosło mnie na duchu, lecz nie wyeliminowało obaw i drażniącego strachu. Starałam się jednak zachowywać, jak najnaturalniej, aby nie wzbudzić lęku w Javierze. Po oczach inżyniera również zauważyłam, że stara się grać, choć w głębi duszy nie jest to dla niego łatwe.
Aż do późnego wieczora czuwaliśmy przy łóżku dziecka, nie odstępując go na krok. W końcu jednak doszczętnie się ściemniło, malec zasnął, a my musieliśmy wracać do domu.
Jechaliśmy w zupełnej ciszy. Nawet samochodowe radio milczało, zatracone w lewicie. Ani ja, ani German przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie, obydwoje pogrążeni w dziwnym transie. Na czole mężczyzny znów pojawiła się głęboka zmarszczka, ujawniająca niepokój panujący w jego sercu. Nie było łatwo..
- Hej.. Violu, dlaczego nie śpisz? - Weszłam do pokoju siostrzenicy, zajmując krawędź łózka. Dziewczyna miała widocznie zaczerwienione oczy i mokre zacieki na policzkach.
- C-co będzie, jeśli Jav-vierowi tak bardzo się pogorszy, że.. - Chlipała, drgając. Bez wahania przytuliłam ją do siebie, wyjaśniając sytuację. Chyba nieznacznie udało mi się ją uspokoić, bo jej oddech stopniowo się umiarowił. Swoją drogą sama do końca nie byłam przekonana do wypowiadanych słów, lecz jak mówią "Nadzieja umiera ostatnia".. Nie należało tracić zdrowego rozsądku.
- Chodź, już późno.. - Za plecami usłyszałam szept Germana, ściągającego głowę córki z moich kolan. Przykrył ją kołdrą i ucałował czoło, po czym chwycił moją dłoń, prowadząc do sypialni. Tylko jego uścisk w tamtym momencie dawał ukojenie i wiarę w lepszy czas. Wsłuchiwałam się w spokojne nucenie ukochanego, otulona jego ramieniem. Przy nim czułam, że nic mi nie grozi, a ciepło serca  napawało optymizmem. Zasnęłam.

_________________________
Lalalallalaala, dramaty czas zacząć! :D
Jak Wam się podoba 85-ka? :D

Muchos besos,
Wiktoria

wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział 84

Następne dni minęły leniwie i spokojnie, wszystkim dopisywał humor, a wolne chwile w gronie rodziny relaksowały i uspokajały. Ramallo i German na reszcie oderwali się od pracy, Javier odpoczywał od szpitala, a ja i Violetta regenerowałyśmy się przed wznowieniem zajęć w Studiu. Nawet Olga przed świętami  zrobiła zapasy żywności, po to by teraz razem z kuzynem cieszyć się wolnym.
Leżąc, wtulona w inżyniera, oglądałam ( jeśli to można nazwać oglądaniem ) jakąś komedię familijną. Mimo, iż telewizor grał bardzo głośno, a w salonie panowała nieskazitelna cisza, żadne z nas nie orientowało się w fabule filmu. Germana bardziej interesowały moje dłonie, które to łaskotał opuszkami swoich palców, to bawił się moimi, z niezwykłą czułością całując każdy z osobna. Wydarzenie sprzed paru dni puściłam w niepamięć, a przynajmniej na razie. Nie miałam ochoty na kłótnie w święta.
Oddech mężczyzny wędrujący po mojej skórze, przyprawiał o przyjemne dreszcze, wywołujący na mojej twarzy szeroki uśmiech. Czułam, jak z każdym dotykiem ust, pozostawia rumiany ślad, i wywołuje nową falę ciarek. O tak, niewątpliwie wpijając się w męskie usta czas momentalnie stawał.
I nagle powracała rzeczywistość, która brutalnie ciągnęła za sobą otrzeźwienie. Po schodach z zagadkową miną schodziła Olga. Widać zdążyła już dojść do siebie po wczorajszym wieczorze. Gwałtownie oderwani od siebie z Germanem, poprawiliśmy swoje nieco zmierzwione części garderoby.
- Oj, przeszkadzam? - Zapytała, patrząc na nasze zakłopotane twarze, które ( w szczególności moja ) płonęły rumieńcem.
- Ee.Nie, skądże.
- W żadnym wypadku.
Oboje poderwaliśmy się po pionu, powstrzymując od kotłującego się w nas śmiechu. Gosposia chyba nie była w najlepszym nastroju, bo wyjątkowo nie oponowała. Wywracajac oczami, ruszyła do kuchni.
- Zobaczę, co się dzieje.  - Wstałam z kanapy, posyłając ukochanemu znaczące spojrzenie. Odpowiedział mi szelmowskim uśmiechem i płynnym uniesieniem brwi.
Wchodząc do królestwa Olgi, zastałam ją samotnie popijającą herbatę.
- Co słychać? - Zapytałam wesoło, zawisając od tyłu na szyi kobiety. Ta tylko machnęła ręką. - Powiesz mi, co się stało? - Usiadłam naprzeciw niej, sięgając po drugą filiżankę. Ponownie usłyszałam niechętny grymas.
- Nie, nic.. - Wymamrotała, marszcząc czoło. Jej wzrok utkwił w cukierniczce.
- Olgiita, trochę cię znam. - Zamruczałam, przechylając głowę w bok.
Kobieta w końcu uległa. Nieskładnie i pokrętnie wytłumaczyła mi w czym leży problem.
- Czy na pewno chodzi o powrót Javiera do szpitala, a nie o Ramallo? - Zapytałam z nienacka. Gosposia tylko głęboko westchnęła. To była odpowiedź sama w sobie. - Chciałaś wzbudzić w nim zazdrość poprzez Cardozo? - Bezpośrednio drążyłam dalej.
- No.. tak.. jakoś.. - Wymamrotała. - Ale oczywiście ten niezguba wszystko popsuł! - Burknęła, lecz po chwili postanowiła sprostować : - No przystawia się do Melki, a Ramallo świerzbi, że mnie zdradza. - Złość wprost z niej kipiała. - Teraz to już na pewno wszystko szalag trafił..
W spokoju przysłuchiwałam się jej żalom, po czym analizując do wszystko w myślach, powiedziałam:
- Olgo, a nie o to ci właśnie chodziło? - Zaśmiałam się. - Spójrz, jak on cię broni, a to znaczy, że mu na tobie zależy, że chce twojego szczęścia. Myślę, że to najlepszy powód, aby zaprzestać waszym kłótniom. - Pogładziłam jej dłoń. W tym samym momencie do kuchni wszedł German.
- O czym tak plotkujecie? - Westchnął, nalewając sobie wody.
- O niczym, ale przysłowie "Kto się czubi, ten się lubi" właśnie znalazło swoje potwierdzenie. - Zaśmiałam się, obserwując, jak gosposia ukradkiem wymyka się z pomieszczenia. Inżynier popatrzył na mnie zdziwiony, lecz nie skomentował. Głęboko patrząc mi w oczy, pokonywał centymetrową odległość, która nas dzieliła. Zbliżając się, nie odrywał wzroku od moich tęczówek. Ja też nie miałam zamiaru tego robić, brązowa głębia zupełnie mnie pochłonęła. Z pewnością można było porównać jego oczy z czekoladą. Były tak kuszące, delikatne, pełne słodyczy i rozkoszy.
Powoli nasze twarze zaczęły zmierzać we wzajemnym kierunku, oczekując zetknięcia. Nie wiadomo kiedy nasze nosy się zetknęły, do czego dążyły też usta. Niestety nie było im dane się spotkać, w całym domu rozległo się wołanie Violetty. Jak oparzona wyskoczyłam z kuchni, a tuż za mną German. Przerażona córka pana domu stała u szczytu schodów.
- Chodźcie! - Wyjąkała, znikając w głębi korytarza. Z prędkością światła wdrapaliśmy się na górę, a zaraz potem do pokoju nastolatki. Na łóżku dziewczyny bezwładnie spoczywał Javier. Jego oczy były na wpół przymknięte, a oddech niespokojny. Przestraszona podbiegłam do chłopca. Był spocony i lekko się trząsł.
- Zrob-bbiło mu się słabo, a p-potem upadł. - Jąkała Violetta. Inżynier klęknął obok łóżka, przykładając dłoń do rozpalonego pliczka malca.
- Przynieście ręcznik i miskę z wodą. - Zarządził. Stojąca w drzwiach Olga w mgnieniu oka wykonała polecenie, kładąc na biurku Violetty potrzebne rzeczy. German namoczył ręcznik i przyłożył kontrast do czoła dziecka. Javier zdawał się poczuć dotyk mężczyzny, bo lekko zadrżał. Rozżalona, przysiadłam obok niego, ujmując drobną dłoń. Inżynier natomiast troskliwie gładził głowę chłopca.


Resztę wieczoru spędziłam na czuwaniu przy łóżku Javiera. Nie wyglądał najlepiej, miał stan podgorączkowy, niby tylko pięć kresek powyżej normy, ale w jego przypadku to i tak dużo. German skontaktował się ze szpitalem i dowiedział, że jeśli nie nastąpi poprawa, to chłopiec będzie musiał przerwać świętowanie.
Bałam się. Blada twarzyczka, nie zmieniała swojego wyrazu, nie wróżąc niczego dobrego. Malec nieprzerwanie spał, pomijając przerwy, kiedy podawano mu lekarstwa i wodę. Nie chciał jeść, nawet zachęty Olgi, poprzez ugotowanie mu wybranych dań, nie zmotywowało go. Od czasu do czasu tylko unosił ociężałe powiek, ukazując smutek i słabość, panujące w jego oczach. Zdobywał się wtedy na lekki uśmiech, skierowany do mojej osoby i uścisk dłoni.
- Angie.. Angie, skarbie.. - Usłyszałam stłumiony szept. Był tak odległy, prawie niesłyszalny. Kiedy jeszcze kilkakrotnie wymówiono moje imię, przebudziłam się z letargu. Rozglądając dookoła, uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Siedząc na fotelu, z głową na skraju łóżka, gdzie spał Javier - zasnęłam. Pomieszczenie oświetlała tylko pojedyncza lampka nocna, stojąca w rogu pokoju, a za oknami panował całkowity mrok. Uniosłam wzrok ku górze, rozszyfrowując znajdującą się w środku osobę. Był nią nie kto inny, a German. Z troską i wyraźnym zmęczeniem na twarzy, kucną obok mnie.
- Która godzina? - Wymamrotałam, przecierając dłońmi twarz, a następnie bolące skronie. Czułam niezwykłe suszenie gardła i nurtujący świst w uszach.
- Dochodzi trzecia nad ranem. - Powiedział inżynier zachrypłym szeptem. - Idź do sypialni, musisz odpocząć.
- German, ja chcę przy nim zostać, nie jestem zmęczona.. - Upierałam się, jednak zdradziło mnie głębokie ziewniecie.
- Widzę. - Mruknął. - Angie, nic nie możesz zrobić, tylko się męczysz. Ja przy nim zostanę.. - Powiedział, wstając. Niechętnie zrobiłam to samo i jeszcze raz zerkając na chłopca, bez słowa opuściłam pokój. Nie poszłam jednak do sypialni  Germana, lecz do łazienki. Tam przemyłam twarz wodą i przechylając głowę nad umywalką, upiłam jej trochę z burzliwego strumyka. To nieznacznie ugasiło żar w mojej krtani.
Uniosłam głowę ku górze i niechętnie spojrzałam w lustro. Gładka tafla ukazała fatalny stan, w jakim znajdowała się moja osoba; włosy przypominały źdźbła siana, a wory pod oczami, dodawały opasłej ilości lat.
Wzdychając, wytarłam twarz ręcznikiem i związałam włosy gumką. Dziś nie miałam już siły na kąpiel, dlatego chwytając pierwszą - lepszą piżamę, tylko się przebrałam. Gotowa do snu, powędrowałam do sypialni. Przekręcając się z boku na bok, czułam, jak ciężkie minuty wypalają się, a za oknem wartę przejmuje Słońce. Chciałam wstać, sprawdzić, co u chłopca, lecz nienamacalny ciężar obarczał moje ciało. Łóżko stało się dla mnie więzieniem, a tykający zegarek - katem. Marzyłam tylko o śnie, o odpłynięciu w błogi niebyt, z dala od kłopotów. Ile minęło jeszcze czasu?  Tego nie wiedziałam.. W moich oczach mimo upływu minut widniał ten sam obraz bladego świtu. W końcu moje powieki opadły, zamykając myśli w ciele. Byłam niedostępna dla świata, uciekłam do krainy Morfeusza.

________________________________
84 rozdział za nami. Aż trudno uwierzyć, że już..
Lalalalala, spokojnie, to dopiero początek dramatów. :P
Dziękuję za uwagę. :)

Pozdrawiam,
Wiktoria

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 83

Z mieszanymi uczuciami opuściłam willę. Czyżbym uciekała? Przed kim, przed czym?
Wychodząc zabrałam ze sobą prezent kupiony dla Pabla i skierowałam się w stronę jego mieszkania. W drodze jednak przypomniałam sobie o jego wyjeździe na Florydę.
- Ale ze mnie egoistka. - Westchnęłam, przysiadając na parkowej ławce.
Przymknęłam powieki, wsłuchując się w kojący śpiew ptaków. Aktualnie pogoda uległa diametralnej zmianie. Bure chmury rozpłynęły się, zwalniając miejsca Słońcu i puchatym obłoczkom. Niebo w końcu zaszczyciło nas swoim błękitnym obliczem.
Nagle poczułam, jak coś, albo ktoś przysłania mi światło. Niechętnie uchyliłam najpierw jedno, potem drugie oko i kogo ujrzałam przed sobą?
-Pablo?! Co ty tu robisz? - Zawołałąm, rzucając się w ramiona mężczyzny. Chwile potem poczułam, jak jego ciepły uścisk zacieśnia się. - Przecież miałeś być u rodziców.. - Spojrzałam na niego zdumiona.
- Powiedzmy, że się stęskniłem. - Wyszczerzył zęby, lecz widząc mój rozbawiony i dość niepewny wyraz twarzy, dodał: - No i loty zostały odwołane. Wichury.. Ponoć front szaleje też w okolicach Hiszpani. Angelika dojechała?
Chcąc, nie chcąc opowiedziałam Pablo niefortunną historię odwiedzin mamy, zmierzając do jego mieszkania, gdzie zaproponował herbatę.
- Czyli, że nadal nie wie o tobie i Germanie? - Zapytał, stawiając przede mną kubek gorącego napoju.
Mimo, iż rzadko gościłam w mieszkaniu mężczyzny, bardzo je lubiłam. Gustownie, lecz przytulnie urządzone, zamieniało każdego przybysza w istnego domatora. Galindo mieszkał w spokojnej dzielnicy, oddalonej od Studia niecałe pięć minut. Specjalnie szukał lokum w pobliżu pracy, gdyż często przesiadywał tam do późna. Samo blokowisko wydawało się być przyjazne. Miętowo - malinowe ściany dawały poczucie bezpieczeństwa i spokoju.
Kiedyś, gdy jeszcze zajmowałam swoje mieszkanie na przedmieściach, byliśmy niemalże sąsiadami. Pamiętam, jak wystarczyło, żebym wyszła na balkon, a on zaraz się tam pojawiał.
- Nie i chyba prędko się nie dowie. - Westchnęłam, obijając łyżeczką o kubek.
- Jak to? - Pablo spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - Sądziłem, że nie chcecie się ukrywać.
- To nie takie proste.. Wiesz, jak mama.. hmm.. wiesz jakimi uczuciami pała do Germana. Wpadnie w furię, gdy sie dowie. Z resztą nieczęsto bywa w Buenos Aires. Może i na nasze szczęście.. - Mruknęłam.
- W tym przypadku czas działa na waszą niekorzyść. Im dłużej będziecie ją okłamywać, tym dłużej ona będzie wam to rozpamiętywać. Powinnaś to już wiedzieć z przykładu ciebie, Germana i Violetty.   -  Rzekł ze stoickim spokojem. - Angie! - Tym razem rozdrażniony stukaniem podniósł głos. - Jak dziecko. - Dodał z nutką rozbawienia. Na przekór mężczyźnie, kusząco oblizałam łyżeczkę, na co odpowiedział litościwym spojrzeniem. - Chora na głowę. - Śmiał się.
Następne minuty spędziłam w towarzystwie przyjaciela. Dawno nie rozmawiało się nam tak dobrze. Teraz czułam, że w pełni go odzyskałam i bądź, co bądź może być, jak kiedyś. Zawsze mogłam liczyć na jego pomoc, bezgranicznie zaufać. Był i jest dla mnie autorytetem.
Wspominając lata dzieciństwa, studia, śmialiśmy się do rozpuku, żartując z dawnych wpadek. I nagle mnie olśniło.
- Poczekaj. - Wstałam z kanapy, kierując się na korytarz, gdzie znajdowała się moja torebka. - Gdzie to jest.. - Stosy niepotrzebnych przedmiotów, kotłowały się między sobą, utrudniając dostęp do.. - Jest! - Spośród bibelotek udało mi się wydobyć średniej wielkości paczuszkę, zawiniętą w kolorowy papier. Z szelmowskim uśmiechem, podałam ją Pablo. - Nie patrz tak na mnie, tylko otwórz. - Zakomenderowałam.
Po rozwinięciu pstrokatego opakowania, światło dzienne ujrzał...
- Kremówki! - Zdumiał się mężczyzna, lecz na jego twarzy zaobserwowałam radość.
- I to jakie. - Ostrzem noża uchyliłam ciasto, spod którego wychyliła się masa krówkowa - smak naszego dzieciństwa. - Jemy? - Spytałam formalnie i nie czekając na odpowiedź, sięgnęłam po talerzyki.
Pieszcząc podniebienie, kolejny raz powróciły wspomnienia, smaki i zapachy dawnych lat. W każdą niedziele po kościele mój ojciec zabierał nas do pobliskiej kawiarni. Maria też uwielbiała ten deser. Na myśl o siostrze, przeszył mnie dreszcz.
- W porządku? - Pablo chyba to zauważył, przyglądając mi się badawczo.
- Jasne. - Parsknęłam. - Jedz, bo ja za ciebie dokończę! - Zaśmiałam się, mierząc widelcem w stronę talerza Galinda.
- Ejejej. - Odsunął go, chichocząc. - Masz swoje. - Wystawił mi język, na co zareagowałam tym samym.
- Już późno, powinnam iść. - Niechętnie wstałam, przeciągając się. Za oknem robiło się szarawo.
- Odprowadzę cię. - Padło stanowczo.



Stojąc przed rozświetloną willą, żegnałam się z Pablo. Wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy, tworząc nieład, w oddali słychać było koncert świerszczy.
- Może zostaniesz na kolacje, albo jutro na obiad? - Zaproponowałam, lecz mężczyzna odmówił. - No przecież nie będzie świętował samotnie w jakimś barze. - Upierałam się. - Powiedz chociaż, że to przemyślisz.
- Nie ma sprawy. - Uśmiechnął się, całując mój policzek. - Miłego wieczoru, wesołych świąt.
- Wesołych. - Posłałam do odchodzącego. Sama zaś przekroczyłam próg domu. Przywitała mnie przenikliwa cisza. Imprezowicze musieli wciąż odsypiać dzisiejsze popołudnie.
- Co tu taki spokój? - Z zadumy wyrwał mnie głos Violetty. Przestraszona, wzdrygnęłam się. Dziewczyna musiała dopiero wrócić.
- Violu, wiesz która jest godzina?! - Zdenerwowana, podniosłam głos. - Nie było cię cały dzień, twój tato nie będzie zadowolony! - Skarciłam ją.
- Właściwie to.. - Cmoknęła dziewczyna. - Tato był ze mną.. - Wyjąkała. Poczułam się zbita z tropu.
- Jak to? - Niewiele rozumiałam ze słów nastolatki. German był z córką u jej przyjaciół?
- No, bo.. - Miotała się. - To miało pozostać tylko między mną, a nim.. - Powiedziała w końcu, lecz widząc moją zdezorientowaną minę, kontynuowała : - Tato zabrał mnie na cmentarz, pokazał grób mamy.. - Padło.
- W porządku. - Uśmiechnęłam się słabo. - Ymm, przygotuję nam coś do jedzenia, sprawdź, co u Javiera i zejdźcie za chwilę, dobrze? - Zmieniłam temat, odwracając głowę. Violetta nie oponowała.
- Kocham cię. - Przytuliła mnie, po czym w mgnieniu oka pobiegła na górę. W tym samym momencie do salonu wszedł pan domu.
- Oo, cześć. - Powiedział zdziwiony moim widokiem. - Już wróciłaś? Co u Pabla? - Udawał, jakby opowieści jego córki nie miały miejsca.
- W porządku. - Rzuciłam, wymuszając uśmiech, a następnie zmierzając ku kuchni. Tam zabrałam się za przygotowywanie kolacji.
Po co była ta cała wielka tajemnica? Dlaczego German nie wspomniał o swoich planach i wolał to zataić? - Te myśli osowiale błąkały się po mojej głowie. Pochłonięta domysłami, nie zauważyłam nawet, kiedy za moimi plecami pojawił się inżynier. Mrucząc, objął mnie w talii.
- Zachęcająco pachnie. - Westchnął, muskając moją szyję.
- Jestem zajęta. - Burknęłam, szturchając go łokciem. Następnie przygotowane jedzenie ułożyłam na stole, przy którym chwile potem pojawiła się Violetta i Javier. Swoją obecnością zaszczycił nas także Ramallo.
W spokoju zasiedliśmy do kolacji. Atmosfera była dość napięta. Ospałe dzieci cicho zajęły się swoimi talerzami, a asystent inżyniera, który z kolei wpatrywał się we mnie, niczym w zjawisko, popijał jedynie herbatę.
- Hej, może obejrzymy "Smerfy"? - Violetta wyczuła sytuację, zabierając ze sobą Javiera. Ramallo.. cóż.. Ramallo odpłynął, pochrapując od czasu, do czasu.
- Oglądajcie, zaraz do was dołączę. - Zawołałam beztrosko, sprzątając po skończonym posiłku. Kątem oka zauważyłam, że German w dalszym ciągu badawczo się mi przygląda. Zignorowałam to, on też odpuścił. Zgodnie z planem po porządkach, zasiadłam przed telewizorem. Na ekranie szalał już Papa Smerf i Osiłek.
- Gargamel! - Pisnął Javier, zatykając dłonią usta. Sadowiąc się na fotelu, zamilkł, a ja zamiast w ekran wpatrywałam się w jego skupioną twarz. Przez chwilę znajdował się z zupełnie innym świecie.
Podczas, gdy on razem z Violettą śledzili losy niebieskich bohaterów, ja pogłębiałam się w treści otrzymanej pod choinkę książki. Lektura na tyle mnie pochłonęła, że nie zauważyłam kiedy bajka się skończyła, a w salonie pozostałam sama. Spojrzałam na zegarek, wskazujący godzinę 20:13 i pomaszerowałam do pokoju chłopczyka. Pomieszczenie było puste, malec znajdował się u Violetty, gdzie razem śpiewali jedną  ze znanych pastorałek.
- Moi kolędnicy. - Uśmiechnęłam się, stojąc w drzwiach. - Niestety muszę przerwać wasz koncert, Javierku, idziemy się kąpać. - Powiedziałam do chłopca, niechętnie podnoszącego się z łóżka.
- Dobrze.. - Zanucił, uśmiechając się szeroko. - Idę! - Nucąc od nosem refren jednej z kolęd, malec popędził do łazienki, zostawiając mnie z siostrzenicą.
- A ty, jak sobie radzisz? - Przysiadłam obok dziewczyny. - Dawno już nie rozmawiałyśmy, tak w spokoju.. Gniewasz się na mnie?
- Nie, Angie.. - Przytuliła mnie. - Rozumiem, że jest Javier.. I wiesz? Teraz czuję, że jesteśmy rodziną.. - Zacieśniła uścisk.
-Rodziną - Powtórzyłam w myślach, uśmiechając się.

________________________
Bez ładu i składu.
Czy Ash jest choć w połowie zadowolona z Pablita? ;>

Besos,
Wiktoria

piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział 82

W domu przywitały nas niepokojące 'dźwięki'. Z kuchni słychać było stukanie garnków, a z góry dobiegał czyjś śpiew. Głosy zaczęły się wyostrzać, aż w końcu naszym oczom ukazał się rozhulany teatrzyk. Do salonu 'grając', a raczej waląc chochelką o patelnię, weszła tańcząca Olga, za nią, trzymający kobietę w talii Ramallo, następnie ciocia Melania i Cardozo. Cała czwórka wydzierała się coś w stylu latynoskiej piosenki "La cucaracha" ("Akukaracza") , wymachując przy tym rękami i nogami. Rozweseleni, śmiali się w niebogłosy. Na nasz widok przystanęli, lecz wciąż lekko podrygiwali.
- Oo, pan Anges i panienka Germinka, ohoho, jak miło państwa widzieć! Dołączą państwo? - Zatrzebiotała Olga.
- Olguś, to nie Angie, tylko Elvisek. - Dołączyła Melania, łapiąc zniesmaczonego inżyniera za policzki. - Puci, puci, kto jest najsłodszym bobo na świecie? - Targała jego uszy.
- Czy ciocia piła? - Wyjąkał German.
- Auuoo, moje maleństwo ma mnie za alkoholiczkę! - Kobieta z miejsca wybuchła płaczem. - Jestem taką złą ciotką! - Łkała w ramię siostrzeńca.
- Mela, cii. - Podszedł Cardozo. - On tak nie myśli, super babka z ciebie jest.
- Ejeje! - Wtrącił się Ramallo. - Gdzie z łapami? Przecież jesteś z Olgą!
- Co? Hahahahah! Ty, dziadek lepiej ogranicz z tym małym mleko w proszku, bo ci się w główce przewraca. - Zakpił.
Melania dalej płakała w tors zażenowanego Germana, Cardozo, kłócąc się z Ramallo, pocieszał ją, Olga śpiewała, a mnie olśniło.
- Javier! Gdzie jest Javier?!  - Przerażona pobiegłam do pokoju chłopca, jednak tam go nie zastałam. Inne pomieszczenia także były puste. Ogarnięta strachem,  zbiegłam z powrotem do salonu, gdzie w dalszym cągu trwały lamenty ciotki głowy rodziny.
- Nie ma go. - Wyjąkałam płaczliwym głosem. - Boże jak ja mogłam zgubić dziecko?! - Nerwy nie pozwalały mi usiedzieć w miejscu. Błąkając się po salonie, starałam pozbierać logiczne myśli.
- Angie, spokojnie. - German nareszcie wyswobodził się z uścisku krewnej. - Sprawdź jeszcze raz w domu, a ja zbadam ogród. - Polecił, wychodząc na zewnątrz.
Zgodnie z ustaleniem, ponownie udałam się na piętro. Począwszy od sypialni chłopca, wertowałam każdy pokój. Na próżno.
- I jak? - Z nadzieją stanęłam w ogrodowych drzwiach. Inżynier również nie miał wesołej miny. 
- Sprawdźmy na parterze. - Oznajmił, kierując się do jadalni, a następnie kuchni. Ja natomiast opadłam na fotel w gabinecie szwagra. Chowając twarz w dłoniach, rozmyślałam o wątpliwej kryjówce dziecka. Wtem rozległo się wołanie Germana. Jak oparzona wyskoczyłam z pokoju, biegnąc w stronę, skąd dobiegał głos.
Gdy dobiegłam do kuchni, mężczyzna klęczał obok stołu. 
- No spójrz. - Zaśmiał się. Mnie nie było wesoło. Pełna mieszanych uczuć kucnęłam obok niego. Pod blatem umorusany czekoladą, z wielkim kubłem lodów, spał Javier. - Biedne dziecko, schowało się przed zgrają rozchełstanych dziadów. - Chichotał German, ostrożnie podnosząc malca.
- Patologia. - Mruknęłam już nieco bardziej rozluźniona. Inżynier zaniósł chłopca na górę, a ja postanowiłam okiełznać imprezowiczów.
- Dobrze, a czy ktoś może mi teraz wyjaśnić, co się tu działo? - Zapytałam, krzyżując ręce na piersiach. Nieco skruszeni balangowicze, jak jeden mąż zasiedli na kanapie.
- Wyluzuj, seniorita. - Bąknął Cardozo.
- Ja ci dam wyluzuj.. - Obok mnie stanął German. Z surową miną zmierzył domowników.
- Elvisku, bo my tylko.. - Usprawiedliwiała się Melania.
- No ten. Hahahahaha. - Bełkotała gosposia, popijając trzymane w ręku wino. 
- Stary. - Do akcji wkroczył Ramallo. - I o co taka spina, ziom? - Poklepał jego ramię.
- 'Spinę' to będziesz miał ty, jak ci pojadę po pensji. - Warknął rozzłoszczony inżynier. - A co do reszty. - Wskazał palcem na siedzących. - Wasze zachowanie było niedopuszczalne, tym bardziej, że jest z nami Javier. Jak mogliście pozwolić, żeby dziecko było świadkiem takich scen? Ciociu, na tobie szczególnie się zawiodłem. Mam nadzieję, że to więcej się nie powtórzy. - Powiedział surowym tonem. - I radzę wam odpocząć, dzisiejszego dnia już raczej nic nie zdziałacie. - Stwierdził, odchodząc. Oczy słuchaczy zwróciły się na moją osobę.
- No, German ma rację. - Wzruszyłam ramionami, podążając w ślad za panem domu. Mężczyzna stał przed gablotką z alkoholem.
- Zaproponowałbym ci drinka, ale zważywszy na sytuację, ktoś musi tu trzeźwo myśleć. - Zaśmiał się, gdy weszłam do gabinetu.
- Kto by się spodziewał, prawda? - Uniosłam kąciki ust, lecz ciężar, który je obarczał, natychmiastowo to skorygował. Odwróciłam głowę. - Idę spotkać się z Pablo, w końcu są święta. - Powiedziałam. Twarz Germana przybrała nieco bardziej różowawy odcień, lecz nie skomentował. Pocałowałam jego zaczerwieniony policzek i zgodnie z postanowieniem opuściłam willę.


_______________________
Co gryzie Angie?
Tego dowiecie się po rozpoczęciu dramatów. :D
Swoją drogą mam już dość tego chłamu i tylko czekam na żale! Haha! :P
Pijana Olga, mmm, chciałabym to zobaczyć w serialu.:D

Cariños,
Wiktoria

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 81

Nazajutrz obudziło mnie głuche szuranie. Po chwili ciszy, na swoich nogach poczułam uścisk.
- German.. - Wymamrotałam. - Przestań..
- To nie ja.. - Ziewnął również przez sen. Zaraz, zaraz. Skoro to nie on, to..
- Poobuudkaa! - Rozległo się w całym pokoju. Oboje z inżynierem, podskoczyliśmy, jak oparzeni. Na skraju łóżka siedział Javier. Chłopiec z łobuzerską miną, zasłaniał swoje usta ręką. - Przyszedłem do was. - Zachichotał, gramoląc się między nas. Rozbawiona i.. nie do końca obudzona spojrzałam znacząco na mężczyznę.
- Oj, no w końcu są święta. - Uśmiechnął się, ponownie opadając na miękki materac. Ja również rzuciłam się na poduszki, uważając, aby nie przygnieść malca.
Fakt. Dzisiaj Boże Narodzenie, pierwszy dzień świąt. W sumie mogliśmy pozwolić sobie na chwile leniuchowania.
Niestety moja osobowość nie pozwala mi cierpieć na brak zajęć. Javier i German w najlepsze, beztrosko rozmawiali o samochodach i wyścigówkach, śmiejąc się do rozpuku, a ja - cóż, leżąc gapiłam się w sufit, rozmyślając o wszystkim i niczym. W końcu postanowiłam wstać. Zegarek wskazywał 8:53, lecz z racji świąt, śniadanie zostało przełożone na późniejszą godzinę.
- Może jednak już się ubierzecie? - Zwróciłam się do towarzyszy, którzy zajęci gorączkową dyskusją na temat footboll'u, nie dosłyszeli mojego pytania. - Faceci. - Zaśmiałam się pod nosem. Z naręczem ubrań, poczłapałam do łazienki.


Gdy doprowadzona do stanu normalności zeszłam na dół, powitał mnie cały skład domowników, łącznie z małym chłopcem i tym nieco starszym.
- Dzień dobry, wesołych świąt! - Zawołałam, siadając do stołu. Po jadalni rozchodził się kuszący zapach potraw z poprzedniego wieczoru. Zebrani zajadali się nimi równie chętnie, co wczoraj, nie brakowało też rodzinnych plotek, sprzedawanych przez Melanię oraz opowieści Cardoza.
Po skończonym posiłku dom opustoszał. Olga zobowiązała się pokazać kuzynowi miasto, zabierając przy okazji Javiera, Violetta wybrała się do znajomych, Melania ucięła sobie drzemkę, a Ramallo też, gdzieś przepadł. Korzystając z chwili spokoju, razem z Germanem usadowiłam się na kanapie przed telewizorem. Wtuleni w siebie, oglądaliśmy "Kevina samego w domu".
- Myślę, że.. - Nagle wyprostowałam się, nabierając powietrza. Inżynier spojrzał na mnie pytająco. - ...powinniśmy odwiedzić grób Marii.. - Wypaliłam w końcu. Przez twarz mężczyzny momentalnie przeszedł cień, jak zawsze, gdy wspominano o jego zmarłej żonie. Z perspektywy czasu się do tego przyzwyczaiłam, choć nie było to łatwe. Byłam zazdrosna o zmarłą? Może to nie było trafne określenie. Raczej czułam się niepewne, widząc zakłopotanie ukochanego. Ani jemu, ani mi nie było z tym komfortowo.
- Ja też tak uważam.. - Przetarł czoło, ponownie otaczając mnie ramieniem. - Może chodźmy teraz, nikogo nie ma, unikniemy pytań. - Zaproponował, na co bez słowa przystanęłam.
- Pójdę zostawić wiadomość dla reszty. - Z szuflady wyciągnęłam kartkę papieru i długopis.


Kochani!
Jesteśmy na spacerze,
                     widzimy się przy obiedzie.                    
                               
                              Angie

Kartonik przyczepiłam magnesem do lodówki, po czym chwytając torebkę i płaszcz, razem z Germanem opuściłam dom.
Szliśmy powoli, w ciszy. Żadnego z nas nie ciągnęło w cmentarne progi. Było Boże Narodzenie, czas radości, a nam towarzyszył nostalgiczny nastrój.
Pogoda nie dodawała optymizmu. Od kilku dni padał deszcz i szalał porwisty wiatr. Dziś przynajmniej niebo było suche, lecz chmury uporczywie więziły Słońce. Trzymając Germana pod rękę, czułam, jak z każdym krokiem w stronę kaplicy napinają się jego mięśnie, a krew w żyłach buzuje. Starałam się ukryć swój niepokój, próbując okiełznać przyspieszający oddech. Każdy na swój sposób przeżywał wizytę na cmentarzu.
Gdy dotarliśmy na miejsce, inżynier ułożył na kamiennej płycie bukiet czerwonych róż - ulubionych kwiatów Marii. Świszczący wiatr był naszym jedynym towarzyszem. W końcu w Boże Narodzenie nie wiele osób szuka czegokolwiek wśród zmarłych.
Staliśmy tak milcząc, jednak wiedziałam, że podobnie, jak ja w duchu, mężczyzna również odbywa swoją własną rozmowę z Marią.
- "... i mam nadzieję, że teraz patrzysz na nas z góry i nie masz mi tego za złe. Bardzo cię kocham i równie mocno tęsknię. On też.. "- Mówiłam w myślach. Niespodziewanie po mojej twarzy spłynęła pojedyncza łza. Nie miałam siły, żeby jej otrzeć.
Bez słowa, ujęłam dłoń inżyniera, czując, jak zaciska swoje palce na moich. Dzieliliśmy się bólem, zajmującym nasze serca, lecz także wsparciem i odwagą, mającą pomóc brnąć dalej.
- German.. - Wyszeptałam, drugą ręką przesuwając po jego. Policzek zaś przytuliłam do umięśnionego ramienia.
- Kocham cię. - Padło. - Najbardziej na świecie. - Dodał szybko, płynnym ruchem stając przede mną. Z lekkim niepokojem spojrzał mi w oczy, a następnie przytulił. Mimo wszystko czułam się bezpiecznie w jego ramionach, dawał mi stuprocentowe poczucie bezpieczeństwa. - Ona bardzo by chciała, żebyśmy byli szczęśliwi. - Powiedział, ocierając mokrą ścieżkę na moim policzku.
- Wiem. - Mruknęłam, wzdychając.
- Wracajmy do domu. Tam czeka nasza rodzina. - Ze spokojem rzekł mężczyzna. Ja tylko twierdząco pokiwałam głową. Objęci ruszyliśmy w kierunku willi.

______________________
Lekko dołująca końcówka. >.<
I nie obyło się bez Kevina. :P
<Klik>

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!
Wiktoria

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Rozdział 80

Wigilia. Moja pierwsza w domu Castillo. Rozpoczynały się święta, których atmosfery nie czułam ostatnimi laty, tym razem wyglądało to inaczej.
W wielkiej zgodzie zasiedliśmy do stołu. Dzisiejszego wieczoru nawet Ramallo i Olga wydawali się porozumieć.
Siedząc przy stole mogłam dokładnie przyjżeć się porozstawianym na nim dekoracjom. Biały obrus gościł adwentowy wianek zrobiony z gałązek jodły, przystrojony fioetowymi wstążkami i czterema świeczkami. Zgodnie z opowiadaniami Olgi zieleń jodły symbolizuje nadzieję, fiolet - refleksje nad przeszłością, a świeczki - światło. Gosposia co niedzielę zapalała jedną, zaś za kilka chwil miała zabłysnąć ostatnia - czwarta, mówiąca, że nadeszło Boże Narodzenie.  Kolejnym mało mi znanym zwyczajem było umieszczenie w oknach światełek, kolorowych gwiazdek i różnych figurek z papieru. W Niemczech Wigilia, jak i Boże  Narodzenie różnią się od tutejszych , lecz Olga starała się kultywować nasze tradycje, gdzie główną świąteczną potrawą jest cordero - pieczone jagnię ze specjalnym barbeque, deserowy musujący cydr - wino jabłkowe i ciasto z bakaliami. O tej porze w Argentynie zaczynają się zbiory owoców i na stole nie mogło zabraknąć też słodkich owoców - czereśni, malin, porzeczek.  Z dań zaczerpniętych z kultury niemieckiej pojawiła się m.in pieczona kiełbasa, potrawy z kaputy kiszonej, strucla. W powietrzu unosił się aromatyczny zapach piernika i leśnego drzewka, kojącego nas swoim blaskiem.
Przygotowane dania były na prawdę wyśmienite, Olga, jak zwykle zachwyciła swoim fachem kulinarnym. Starałam sie spróbować choć kęs każdej potrawy, chociaż już po paru mój brzuch dosłownie pękał. Inni również zajadali się ze smakiem, chwaląc talent gosposi, która zadowolona, rumieniła się pod wpływem komplementów. Dziś nie szczędził ich nawet Lisandro.
Po odejściu od uginającego się pod stosem talerzy i półmisków stołu, przyszedł czas na otwarcie prezentów.
- W tym roku Mikołaj nie mógł osobiście do nas przyjść, ale poprosił, żeby upominki rozdał najmniejszy członek rodziny. - Powiedział German. Spodobał mi się jego opiekuńczy ton, ciągle dziwiło mnie jego podejście do dzieci.
- To ja, to ja! - Poderwał się Javier. Z pomocą Violetty odczytywał karteczki z imionami na paczkach i dostarczał je zebranym.
Z uśmiechem obserwowałam radość na twarzy chłopca, przy otwieraniu coraz większych upominków. Zadowolony, oglądał podarowane mu ubrania i zabawki. Zapewne od córki pana domu otrzymał też dwa nowe zeszyty,blok i duże pudełko kredek i farb. Reszta domowników też ucieszona była swoimi prezentami. Ramallo zachwycał się kompletem poszetek ode mnie oraz innymi dodatkami do garniturów, a Olga nowymi fartuszkami, neonowymi bransoletkami i zestawem szminek. Violetta z dumą mierzyła cukierkowe spódniczki, a ciocia Melania - wełniane szaliki i rękawiczki. Podarowano jej także czerwone korale w parze z żurawinowymi kolczykami. Teraz swoje prezenty otwierał German. Pośród dwóch buteleczek wody kolońskiej, krawatu w renifery oraz skarpet w mikołaje ( Od Melanii ) wyciągnął odtwarzacz mp3 i słuchawki. Z wyraźną ekscytacją uruchomił urządzenie, rozkoszując się usłyszanymi dźwiękami. Na odtwarzaczu nagrana była piosenka ostatnio skomponowana przeze mnie. " Neustro Camino" było odzwierciedleniem spontaniczności i miłości, którą czułam. Wzruszony mężczyzna popatrzył na mnie z czułością, spod swoich ciemnych rzęs. W jego czekoladowych oczach tliły się iskierki radości.
- Dziękuje. - Szepnął, całując mój policzek, płonący rumieńcem. Skąd wiedział, że to prezent ode mnie?
Na końcu przyszła moja kolej. Zaciekawiona różnokształtnymi paczkami, sięgnęłam po jedną z nich. Skrywała w sobie ręcznie haftowaną, kremową apaszkę. Z kolejnych wydobyłam flakonik moich ulubionych prefum, spinkę do włosów w kształcie klucza wiolinowego i zwiewną, liliową sukienkę.
- Wiesz, ja i Javier mamy dla ciebie jeszcze jeden prezent.. - Powiedział tajemniczo German, podając mi ostatnie pudełeczko, leżące pod leśnym drzewkiem. Była tam czerwona ramka w kolorowe ciapki, a w środku laurka namalowana przez Javiera. Przedstawiała mnie, chłopczyka oraz pana domu. Szeroko się uśmiechając, trzymaliśmy się za ręce. Z tyłu rozciągała się udekorowana choinka, a w rogu - błyszcząca gwiazdka.
- Wzruszyłam się.. Cudowny prezent.. - W oczach miałam łzy szczęścia, sentyment do takich rzeczy był w mojej rodzinie dziedziczny.
- Jesteś, jak mama. - Malec przytulił się do mojego uda. Spojrzałam na równie przejętego Germana. Javier potrzebował rodziców, rodziny i tego domowego ciepła, którego w żaden sposób nie mogliśmy, nie chceliśmy mu odmówić
 Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk fortepianu. To German zasiadł przy instrumencie, wygrywając " Dzisiaj w Betlejem ". Bez wahania dołączyła do niego Violetta, a następnie ja i reszta zebranych. Nie skończyło się oczywiście na jednej kolędzie. Następnymi było " Lulajże Jezuniu" , "Gdy śliczna Panna " , " Bóg się rodzi" i w końcu przy akompaniamencie nowej gitary Violetty " Let it snow" oraz " Jingle Bells". Szło nam całkiem nieźle, tworzyliśmy zgrany chórek. Po wykonaniu jeszcze paru pastorałek, zmęczeni domownicy zaczęli rozchodzić się do swoich pokoi. W salonie pozostał jedynie German, Javier i ja. Chłopiec leżał na kanapie z główką ułożoną na moich kolanach. Powoli zasypiał.
- Pójde zanieść go na górę.- Szepnęłam, gdy oddech malca całkowicie się umiarowił. Inżynier bez słowa skinął głową.
Ostrożnie wzięłam dziecko na ręce i powoli podążyłam w stronę schodów. Starając się, aby go nie obudzić, delikatnie ułożyłam drobne ciało na łóżku. Wychodząc z pokoju, usłyszałam cienki głosik :
- Nie idź..
Gwałtownie się odwróciłam, powracając do chłopca. Ziewając, przecierał zaspane oczy.
- Może ściągniesz adidasy ? - Wskazałam na stopy Javiera. - Będzie ci wygodnie.
- Nie chcę, żeby było wygodniej. - Odrzekł stanowczo. Wzruszające, jak wielką radość może sprawić dziecku zwykła para butów. Niby drobnostka.. Dla Javiera było to coś niebywałego. Święta, taka sytuacja. Cieszyłam się, że przez te parę dni może być z nami.
- Śpij już. - Pogłaskałam jego policzek, a chłopiec posłusznie wykonał polecenie, przewracając się na drugi bok. - Dobranoc, zuchu.
- Dobranoc, Angie.. - Ziewnął i momentalnie ucichł.
Jak najostrożniej wyszłam z pokoju, kierując się do sypialni swojej i Germana, gdzie ociężale rozłożyłam się na łóżku. Dopiero teraz poczułam niebywałe zmęczenie, to był dzień pełen wrażeń. Przymykając powieki, czułam jak powoli odpływam. Do stanu trzeźwiości przywołał mnie skrzyp drzwi. Nie musiałam zgadywać, kto wszedł do pokoju.
- Kładziesz się? - Zapytałam, wciąż z zamkniętymi oczami. Odpowiedziała mi cisza. Czyżby German już się ulotnił?
- Ho, ho, ho! - Rozległo się parę minut potem dźwięcznym basem. Twarde bity uderzyły do moich uszu, a serce przyspieszyło.Gwałtownie stanęłam na nogi. Przede mną stał nieoczekiwany gość, a reczej hmmm.. German w stroju Mikołaja. Wciąż lekko oszołomiona wybuchłam niepohamowanym śmiechem na widok jego długiej, zwisającej do pasa brody.
- Jak ty.. German..Hahahaha... Co ty... ? - Chichotałam, ze łzami w oczach. Trzymając się za brzuch ponownie opadłam na łóżko.
- Jaki German?! Jestem św.Mikołaj, a tu chyba nie ma tu grzecznych dzieci.. - Mruknął zdegustowany.
- Oj, przepraszam.. - Chrząknęłam, ocierając kąciki oczu z łez. Obraz inżyniera krótko mówiąc mnie rozgromił. - No ja jestem. - Uśmiechnęłam się niewinnie, a na twarzy mężczyzny pojawił się łobuzerski grymas. Dopiero teraz zauważyłam, że za plecami chowa wielki, lniany worek. Przysiadając na fotelu, ułożył go przy swoich nogach i skinął ręką w kierunku mnie, abym podeszła. Bez słowa wykonałam polecanie. W momencie, gdy stanęłam przy nim, objął mnie w pasie, tak, że znalazłam się na jego kolanach.
- To teraz mi powiedz, co stary Mikołaj może dla ciebie zrobić? - Powiedział niskim głosem, wywołując na mojej twarzy jeszcze szerszy uśmiech.
- Hmm.. - Zmrużyłam oczy, a usta zwinęłam w dzióbek. - Czego mogę sobie życzyć? Czterech sukienek z czystego jedwabiu, przeplatanych złotymi nićmi, swojej gwiazdy, wycieczki na Księżyc, własnej wyspy. - Wyliczałam. - Biegania po Drodze Mlecznej, podróży twoimi saniami i ujeżdżania reniferów.. To chyba będzie na tyle.. - Westchnęłam ociężale, w duchu śmiejąc się ze zmieszanej miny Germana. - Ale najbardziej.. - Okręciłam się do niego przodem, owijając dłonie wokół jego szyi. Oddechem delikatnie muskałam brodę inżyniera, kusząco przygryzając wargę. Wiedziałam, że w tej chwili nad nim góruję, to przysuwając do jego warg, to odsuwając swoje usta. - Najbardziej pragnę, żeby zawsze już było tak, jak jest. Tengo ganas de ti.. - Szepnęłam, ostrożnie skubiąc górną wargę inżyniera. Po chwili poczułam, jak wszczepia on swoje usta w moje, delikatnie gładząc ich kącik kciukiem. Nie czekając na nic więcej zacisnęłam palce na sztucznej brodzie, osuwając ją całkowicie z twarzy Germana. W tamtej chwili poczułam niebywały przypływ pożądania. Kierowana emocjami, bez wahania pogłębiłam pocałunek, czując, jak mężczyzna stara się mi dorównać; jego dłonie powędrowały z moich żeber wprost do pasa, z każdym ruchem wywołując falę przyjemnych dreszczy, wzniecających pragnienie. Obojgu brakowało już tchu, jednak zachłannie pragnęliśmy więcej, dzieląc się swoim ciepłem, miłością i oddaniem. Chwilę potem niechętnie oderwaliśmy się od siebie, łapiąc oddech. W oczach Germana wciąż widniały łobuzerskie chochliki, a na policzkach podobnie, jak i moich - palące rumieńce.
- Pani chyba nie uznaje jemioły. -Zaśmiał się inżynier.
- Skądże. - Odparłam, jeszcze raz muskając jego wargi.
- Wnioskuję,  że tu chyba na prawdę nie ma grzecznych osób. - Westchnął German z udawanym zawodem, grzebiąc w worku, z którego wyciągnął parę krótkich gałązek, przewiązanych żółtą wstążką. - Rózga.- Wzruszył ramionami. - Ale w tym roku pewien mały elf z nieco większym podpuścili mnie i mam coś jeszcze. - Tym razem z kieszeni mikołajowej kurtki wydobył niedużej wielkości pudełeczko. - Otwórz.
Z biciem serca pociągnęłam czerwoną wstęgę. Po rozchyleniu wieczka moim oczom ukazała się miniaturka fortepianu.
- To nie koniec. - Rzekł tajemniczo, wskazując na klamrę z wierzchu figurki. Gdy ją uniosłam, rozległ się dźwięk dobrze znanej mi piosenki.
- " I don't want a lot for Christmas, there's just one thing I need. I don't care about the presents, underneath the Christmas tree." -Śpiewał German. Wsłuchując się w jego melodyjny głos, zauważyłam, że pod wieczkiem kryje się jeszcze coś. W środku na cienkim, złotym łańcuszku błyszczała mała nutka z diamentowym oczkiem. Naszyjnik był tak delikatny, że bałam się go dotknąć. Za mnie zrobił to inżynier.
Nie przerywając nucenia, ostrożnie odgarnął moje włosy, całując w obojczyk. Następnie powolnym ruchem zapiął na niej wisiorek. To był prezent, którego nie wyobrażałam sobie w snach. Skrywał w sobie nie tylko cząstkę materialną.
- " I just want you for my own, more than you could ever know. Make my wish come true, all I want for Christmas is you.." - Uśmiechając się, dołączyłam do niego w refrenie.
- " Cause I just want you here tonight, holding on to me so tight. What more can I do,baby I all want for Christmas is you..You baby.." - Nagle inżynier wstał i ujmując moją dłoń pociągnął w górę. Posłusznie poddałam się jego działaniom, układając na umięśnionych ramionach dłonie, zaś przy obojczyku - głowę. Mężczyzna objął moje plecy i zaczął lekko kołysać w rytm piosenki. - " All the lights are shining, so brightly everywhere. And the sound of children's laughter fills the air. And everyone is singing, I hear those sleigh bells ringing Santa won't you bring me the one. O really need, won't you please bring me baby to me. " - Zaśpiewaliśmy wspólnie, patrząc sobie w oczy.
- Dziękuję. - Wyszeptałam, po długiej, lecz jakże błogiej ciszy. Wtem rozległo się bicie zegara. Nadeszła północ, na świat przychodził Syn Boży , a do mojego serca zapukało nieznane uczucie..

_______________________
Ta- daam. 80 rozdział za nami. Kto by pomyślał, że to już? :)
Kiczowaty prezent Angeles, a jakże. :D
German - Mikołaj. Zmieściłby się do komina? :D I oczywiście nie ma pytań do jego zdjęcia. :D
Mam nadzieję, że Violcia nie będzie mnie ścigać za przywłaszczenie Angie piosenki. :D

Udanej zabawy sylwestrowej! Wyszalejcie się! :)
Do przeczytania w Nowy Rok,
Wiktoria

piątek, 27 grudnia 2013

Rozdział 79

Obudziło mnie łaskotanie policzka. Rozchylając powieki ujrzałam nachylającego się nad łóżkiem Germana. Owinąwszy wokół palca pasmo moich loków, muskał nimi to swoje, to moje okolice ust i nosa. Kiedy zauważył, że nie śpię szeroko się uśmiechnął.
- Dzień dobry. - Szepnął. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nocowałam w pokoju Javierka, a chłopiec wciąż zatopiony jest w błogim niebycie.
Jako odpowiedź odwzajemniłam uśmiech, ostrożnie się podnosząc. Razem z inżynierem po cichu opuściłam pokój, tak, aby nie obudzić dziecka.
- Dlaczego wieczorem mnie nie obudziłeś? - Zapytałam, opierając się o drzwi sypialni.
- Tak rozkosznie wyglądałaś, nie miałem serca.. - Zamruczał, opierając dłonie na moich biodrach. - Tak niewinnie, uroczo.. Aż w końcu wstałaś. - Prychnął.
- Iidź.. - Wycedziłam z udawanym oburzeniem, wyzwalając się z uścisku mężczyzny. - "Dziś Wigilia" - Z taką myślą podążałam do swojego pokoju, a następnie już ubrana na śniadanie.
Olga chyba nie spała całą noc, bo wszystkie szafki i stoły obładowane były rozmaitymi potrawami. Zdecydowanie było ich więcej niż dwanaście. Każde danie szykowne, wytworne. Wielu z nich nie rozpoznałam, gosposia musiała czerpań pomysły z rodzinnej, niemieckiej książki kucharskiej. Zachęcona cudownym zapachem, usiałdłam do stołu. Lecz, co otrzymaliśmy na talerzach?
- Jajka? - Skrzywił się Ramallo.
- Śledzie. - Jęknęła Violetta.
- A to, co tam w kuchni.. - Nieśmiało wybełkotał Lisandro.
- To na kolację. Dzisiaj cały dzień pościmy. - Wyjaśniła Olga.
- Na śniadanie jajka i śledzie..A co na obiad? - Wtrącił German.
- Śledzie i jajka. - Rzuciła gosposia, lekko oburzona ich grymaszeniem.
Z mieszanymi uczuciami spojrzałam na swój talerz, po którym wił się płat ryby, usłanej marynowaną cebulą. Pozostali domownicy również nie wyglądali na zachwyconych, tylko Olga ochoczo pałaszowała swoją porcję. W jej stronach należało to do tradycji.
W końcu śledzia postanowiłam spróbować i ja. Dłubiąc widelcem, ugryzłam kęs ryby.
- " Całkiem dobre." - Stwierdziłam, przegryzając chlebem. Zachęceni moim czynem Violetta i German również skosztowali jedzenia.
W połowie śniadania na balkoniku ukazał się zaspany Javier. Przecierając oczy, wspiął się na moje kolana.
- I jak się spało? - Przeciągnął pan domu, na co chłopiec zaregował szerokim ziewnięciem. - Rozumiem, że dobrze. - Zaśmiał się.
Dla małego gościa Olga przygotowała specjalne danie. Dzisiaj chłopiec miał równie duży apetyt, co wczoraj. Cieszyło mnie to, wracał do zdrowia.


Przez następne parę godzin trwały gorączkowe przygotowania do Wigilli. Ramallo testował światełka na choince oraz zewnątrz domu, a Olga z Violettą pilnowały ciast. Co robiłam ja? Otóż poza nerwowym obgryzaniem paznokci - nic. Zamyślona patrzyłam, jak Javier przy stoliku maluje coś farbami.

- O której będzie w Buenos Aires? - Za moimi plecami pojawił się pan domu.
- Uwzględniając zmianę czasu - powinna dotrzeć około godziny szesnastej. - Rzuciłam, pogrążona w lewicie. Mowa oczywiście o moje matce. Inżynier głęboko westchnął, przysiadając obok mnie na kanapie i otaczając ramieniem. Bez słowa wtuliłam się w jego tors. - A Melania?
- Znając ciocię - można się jej spodziewać w każdej sekundzie. Nawet nie pytałem, czy po nią wyjechać. Ona uznaje pociągi i autobusy, jako jedyny środek komunikacji. - Zaśmiał się, próbując rozładować napięcie. - A może pójdziemy na spacer? Javierowi przydałoby się zaczerpnięcie świeżego powietrza. Co, mały? - Chłopiec w przeciwieństwie do mnie, ochoczo przystanął na propozyję. - Dwa do jednego. - Poderwał się German, ciągnąc mnie w górę.
- Z wami nie wygram. - Westchnęłam, śmiejąc się pod nosem.


Słońce nieśmiało wyglądało zza szarych chmur, a wiatr wcale nie dodawał uroku pogodzie. Szliśmy przez wyjątkowo pusty dziś park. W wielu domach również odbywały się ostatnie poprawki przed wieczerzą. Na deptaku mijaliśmy pojedyńczych ludzi, którzy w pośpiechu gniali do swoich rodzin. Tylko nasza trójka z niebywałym spokojem kroczyła chodnikiem.

W pewnym momencie po drugiej stronie ulicy zauważyłam mężczyznę w średnim wieku, klęczącego pod ścianą jednej z kamienic. Miał na sobie brudne, poszarpane  ubrania i wydawał się być przygnębiony. Przed sobą miał wyciągnięty żelazny rądel. Ujęta przykrym widokiem, przystanęłam.
- Za rogiem pewnie stoi jego porsche. - Skwitował German, zauważywszy moje zachowanie. Mnie jednak przejął ujrzany obraz. - Dziś Wigilia, bierze ludzi na litość. - Ciągnął.
- Nie wydaje mi się.. - Szepnęłam. Serce wprost kroiło się, patrząc na biednego człowieka.
- Widzisz? Już udało mu się cie podłamać. Pomyśl, czy gdybyś była w podobej sytuacji, to stałabyś na ulicy, żebrząc? Na pewno nie. Wolałabyś to skrywać, nie chcąc jałmużny od przypadkowych przechodni. - Tłumaczył.
Może German ma rację? Może ciekawszą opcją dla takich ludzi od pójścia do pracy jest litość innych?
- Nie wszyscy kłamią. - Rzuciłam po przemyśleniach w stronę Germana i nie słuchając jego sprzeciwów, podążyłam w stronę mężczyzny. Bez większych zastanowień, wrzuciłam do osmalonego naczynia parę peso. W chwil, gdy to robiłam, mężczyzna uniósł głowę, szepcząc zachrypłe "dziękuję". Obdarowałam go jeszcze najcieplejszym uśmiechem na jaki było mnie stać, po czym dołączyłam do podirytowanego inżyniera.
- Nie przetłumaczysz.. - Mruknął zły. - To naciągacz.
- Człowiek bez domu, rodziny, po prostu z ulicy nie zawsze musi być bezwzględnym złodziejem, mordercą, czy innym "społecznym pasożytem". - Wycedziłam przez zęby. - Uwierz, że tacy ludzie też mają serce, Germanie. Czy gdybym była taka, jak on, pokochałbyś mnie? - Zapytałam z wyrzutem.
- Ale nie jesteś. - Syknął, zaciskając wargi.
- Odpowiedź sama w sobie. - Mruknęłam, zawiedziona jego postawą. - Przecież ty, człowiek z klasą i wysoką rangą nie wiesz, jak kochać nie patrząc na materializm. - Rzuciłam bez zastanowienia, lecz szybko pożałowałam tych słów. Twarz inżyniera przybrała czerwono - blady kolor. Wiedziałam, że zadałam mu ból.
- Nigdy więcej tak nie mów. - Powiedział z niebywałym spokojem. - Dobrze wiedzieć, jak na prawdę o mnie myślisz.. - Szepnął do siebie, jednak udało mi się to dosłyszeć. Mężczyzna jeszcze raz na mnie spojrzał, po czym bez słowa odszedł w przeciwnym kierunku.
- Gdzie poszedł wujek German? - Zapytał Javier, łapiąc rękaw mojego płaszcza. - Płaczesz?
Ocknąwszy się, płynnym ruchem otarłam spływającą po moim policzku pojedyńczą łzę.
- Nie, nie płaczę. - Kucnęłam obok chłopca. - Wujek musiał coś załatwić.. - Skłamałam, zerkając w stronę, gdzie zniknął inżynier. - Wracajmy do domu.


Na miejscu okazało się, że Germana nie ma w willi, a nikt z domowników nie wie, gdzie się znajduje. Zmartwiona, postanowiłam poczekać na niego w gabinecie. Ścienny zegar, wiszący obok dębowej szafy informował, że dochodzi godzina piętnasta. Za sześćdziesiąt minut miała zjawić się Angelika, a po inżynierze nie było śladu. Zmartwiona, wybrałam jego numer. Po kilku sygnałach, usłyszałam znajomy dźwięk komórki dochodzący zza drzwi. Do swojego biura wszedł pan domu.

Obrzucając mnie obojętnym sporzeniem, odwiesił swój płaszcz na wieszaku.
- German.. - Podeszłam do niego. - Ja na prawdę..
- Wiem, nie musisz się tłumaczyć. - Powiedział bez przekonania, uśmiechając się słabo. - Rozumiem.
- Nie, wcale nie. - Pokręciłam, marszcząc czoło. Ujęłam w dłonie jego chropowate policzki, tak aby patrzył mi w oczy, a nie jak dotychczas - w okno. - Nie powiedziałam tego celowo.. To znaczy.. tak.. Ale nie.. Jejku.. - Westchnęłam.
- Angie, spokojnie. Teraz uświadomiłem sobie po prostu, jak ludzie mnie postrzegają. Miałaś rację. Być może stałem się nieco nieczuły na cierpienie innych, oschły, brutalny.. Ale jednego jestem pewien. Kocham cię. Kocham cię całym swoim sercem, które pod twoim wpływem mięknie z każdą sekundą. Kiedy się stąd wyprowadziłaś, nie wiedziałem, czy ono bije, bo dawno nie patrzyłem w twoje oczy. Cały czas uczysz mnie otwarcia na świat, leczysz dobrocią i niewinnością. Pokazujesz mi, jak żyć. Dziś jest nasza pierwsza, wpólna Wigilia. Te święta będą szczególnie wyjątkowe i ani twoja matka, ani nikt inny nas nie rozdzieli. - Powiedział. - Dzięki tobie się zmieniam..
W oczach obojga widać było ćmienie łez. Zatapiając się w swoich tęczówkach nie potrzebowaliśmy więcej słów. Wystarczyło to, że byliśmy tutaj razem, czuliśmy siebie.
W pewnym momencie zbliżyłam swoje usta do rozgrzanych warg Germana, które momentalnie zaczęły dzielić się swoim ciepłem. Coraz bardziej namiętne pocałunki, sprawiały, że zdawało się słyszeć syk pary unoszącej się z naszych ciał. Na odzew nie musiałam czekać długo, jego dłonie błądziły, gdzieś pomiędzy moimi lokami, za to moje umieszczone były na umięśnionym torsie. Nie obyło się bez kilku rozpiętych guzików przy koszuli Germana i czerwonym od szminki policzku. Tradycyjnie - co dobre, szybko się kończy. Nieoczekiwanie w pomieszczeniu rozległ się przerażający świst mojej komórki.
- Musze odebrać, może to coś ważnego. - Wymamrotałam, pomiędzy kolejnymi muśnięciami. Za piątym sygnałem German niechętnie wypuścił mnie ze swoich objęć. - Halo? - Nie zdążyłam spojrzeć na wyświetlacz, dlatego głos mamy w słuchawce totalnie mnie oszołomił. Miała wyczucie.
- Witaj, córeczko.Jestem na lotnisku w Madrycie, wszystkie loty zostały odwołane, z powodu zbliżającej się wichury. Nie dam rady przjechać na Wigilię i wąpię, czy pojawię się też na świętach.
- Ee, yy.. - Bełkotałam. Do końca nie docierało do mnie, to co mówi mama. - Ale wszystko w porządku, poradzisz sobie? I do kąd pójdziesz? Nie możesz być sama! - Strzelałam.
- Spokojnie, nie będę. Odwiedzę Mirtę i Fryderykę. Pewnie pójdziemy też do domu dziecka, pomagać przy kolacji. - Wyjaśniła. - Nie martw się o mnie. Przeproś i uściskaj ode mnie Olgunię, Ramala, Violę i Pabla. No i ten.. Germana. - Dodała z wyczuwalną niechęcią. - Zdrowych, radosnych świąt. Trzymam kciuki za ciebie i Pabla. Żeby wasza miłość cały czas się rozwijała. Może doczekam jeszcze wnucząt. - Mruknęła, śmiejąc się, a mnie zamurowało. - W każdym razie wszystkiego dobrego, córeczko. Kocham cię ogromnie, buziaki.
- Ja cieie też, wesołych świąt. - Odpowiedziałam wciąż nieco zbita z tropu.
- Nie przyjedzie?! - Zapytał inżynier, nie ukrywając swojego szczęścia.
- Nie, loty zostały odwołane z powodu..
- Yeahaaa!! - Przerwał mi radosny okrzyk. - Wybacz. - Uspokoił się, widząc moją minę. Po chwili jednak sama wybuchłam śmiechem.
- Poważna rozmowa przełożona. - Westchnęłam. - Na razie..


Około godziny siedemnastej rozpoczęły się przygotowania do kolacji. Z wielką ulgą zanużyłam się w pełnej wody wannie, relaksując ciszą i spokojem. Dokładnie umyłam włosy, które później wysuszone - pokręciłam lokówką, a następnie zebrałam w uroczystego koka. Dziś postawiłam na czerwoną sukienkę z czarnym paskiem i szpilki w takim samym klorze oraz nieco mocniejszy makijaż. Nadgarstki i skronie spryskałam perfumami, a usta musnęłam błyszczykiem. Dochodziła osiemnasta, a ja byłam już gotowa. Teraz zabrałam się za przygotowywanie Javierka. Po kąpieli ubrałam chłopczyka w nowe, sztruksowe spodnie i kremową koszulę.

- Elegancko. - Skwitowałam. - Podoba ci się? - W odpowiedzi zachwycony chłopiec energicznie pokiwał głową.
- Mały przystojniak. - W drzwiach sypialni stanęła Violetta. - Angie, pomożesz? - Wskazała na suwak umieszczony z tyłu różowej sukienki. Płynnym ruchem uniosłam zapięcie.
- Gotowe. Ślicznie wyglądasz. - Pocałowałam czubek jej głowy.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi, a następnie radosny okrzyk gosposi, słyszany dość wyraźnie w całym domu.
- Cardozo, mój Cardozo! - Gdy zeszłam na dół gosposia okupowała stojącego w holu mężczyznę. Zapewne był to jej kuzyn.
- Olgiiita! - Zawołał, tuląc się do kobiety. Już teraz śmiało można było stwierdzić, że charakterem dorównuje krewnej, tak jak wyglądem. Był tego samego wzrostu, a nawet budowy. Rysy twarzy także się zgadzały. Jedynie bujne włosy gosposi kolidowały z łysiną Cardoza.
- Dzień dobry. - Przywitał się, wychodzący z gabinetu German. Gdy na mnie spojrzał - znieruchomiał, na co lekko się zarumieniłam. Sam wystrojony był w garnitur i bordowy krawat. Do moich nozdrzy dolatywał mocniejszy dzisiaj zapach perfum.
- Witam szanownego pana. - Kuzyn Olgi, wylewnie uściskał zaskoczonego inżyniera. - Dziękuję jegomości za przyjęcie! - Całował jego policzki.
- Eeyy, nie ma za co. - Wysapał mężczyzna. - To może Olga pokaże panu pokój. - Wybrnął na co kuzynostwo przystanęło. - Pięknie wyglądasz. - Szepnął German, zbliżając się do mnie. Gdy nasze twarze dzieliły milimetry, do salonu wpadła roześmiana chołota, składająca się z Olgi, Cardoza, Violetty oraz Javierka.
- To teraz najmłodsi pójdą sprawdzić, czy na niebie pojawiła sie już pierwsza gwiazdka i możemy siadać do stołu. - Zakomenderowała gosposia, a nastolatka z Javierem poslusznie poszli do kuchennych drzwi. W tym samym czasie German z prędkością światła ułożył pod chionką stosy prezentów. Kiedy mężczyzna trudził się z paczkami, w domu ponownie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
- Otworze. - Oznajmiłam, zmierzając ku wyjściu. Już po chwili w progu stanęła ciocia Melania.
- Mój aniołki, witam cię. - Pisnęła, wchodząc do mieszkania. - Elvisku! - Zawołała w stronę Germana. Zawsze bawił mnie ten pseudonim oraz historia, wiąrząca się z nim. Ciocia pana domu bez skrępowania rozgościła się w salonie, witając z Olgą, Cardozem oraz właśnie przybyłym Ramallo.
- A pan to..? - Lisandro skierował pytanie do kuzyna Olgi.
- Mój chłopak. - Wypaliła gosposia, a zaskoczeni domownicy wlepili w nią wzrok. Jedynie krewny kobiety wydawał się być niewzruszony. Najbardziej przejętą osobą wydawał sie być jednak asystent Germana. Mężczyzna z naburmuszoną miną odwrócił wzrok i odchrząknął pogardliwie.
- Jest! Już jest! - Do salony wbiegł uradowany chłopczyk. - Gwiazdka na niebie! - Zawołał z przejęciem, jednak na widok obcej osoby natychmiastowo zamilkł i włożył kciuka do ust.
- A co to za maleństwo! - Zachwyciła się melania. Jej nowym obiektem tarmosin został Javier. - Ja jestem ciocia Melania. - Pisnęła. - Angie, nie mówiłaś, że masz dziecko.
- Ale ja.. ee. ni.. Nie.. - Wyjąkałam.
- No w takim raziem powinniście się z Elviskiem pospieszyć, bo to dla niego ostatni dzwonek. - Stwierdziła, a nas zamurowało.
- To może siadajmy już do stołu.. - Bohatersko wybrnął German. Szybki rzut był strzałem w dziesiątkę, bo domownicy bez oponowania powędrowali do jadalni.
- Nie ma, jak rodzinka.. - Westchnęła, chichocząc.

___________________________

Tak, tak, znowu przeoczyłam Wigilię.
Ale swoją drogą rozdziały są coraz dłuższe. ;3

Buenas noches, Buenos dias! ♥
Wiktoria

PS. Na skrzyknę e- mailową dostałam parę wiadomości z pytaniami odnośnie blogów. Piszecie też na Asku ( link ). Tam zaglądam częściej, więc jeżeli odpowiedź chcecie uzyskać szybciej - zapraszam. :)