Zawsze wydawało mi się, że umieranie musi być bardzo bolesne. Ludzie na ogół obawiają się śmierci, bo jest to coś tajemniczego. Boimy się tego, co nieznane.
Barwy zlewały się i mieszały ze sobą, muzyka tworzyła nieskładny jazgot. Światło rozbłysło. Ciemność zastąpiła biel.
Otworzyłam oczy.
- Proszę pani..
Mimo uniesionych powiek nie mogłam wyróżnić żadnego kształtu. Nie potrafiłam też rozpoznać głosu, który się do mnie zwracał. Czułam, jak światło napiera na moje ciało i nie potrafię oprzeć się pokusie krzyku. Zamiast tego z moich ust wydobył się jedynie zdławiony jęk.
- Proszę spróbować się uspokoić, za chwilę będzie mogła pani normalnie oddychać.
Poczułam, jak coś uwierającego znika z mojego przełyku. Głośno odetchnęłam, krztusząc się.
Dopiero po chwili zamazany obraz zaczął zlewać się w całość i ujrzałam mężczyznę w białym kitlu oraz dwie pielęgniarki. Za szybą, znajdującą się naprzeciwko mojego łóżka stało dwóch mężczyzn, ale nie byłam w stanie rozpoznać żadnego z nich.
Przymknęłam powieki rozkoszując się powietrzem, które w błogi sposób drażniło moje nozdrza. Poczułam, jak dociera do mnie jego chłód i wypełnia mnie od środka. Wzdrygnęłam się, zaciskając pięści na kołdrze. Ucisk rozsadzający moją głowę był nie do zniesienia. Przygryzłam wargę, gdy jedna z kobiet wstrzyknęła mi coś przez wenflon.
- To pani ulży - powiedziała. Jej słowa wywołały kolejną falę bólu. Każdy szmer przeszywał i kaleczył moją głowę.
Ale nagle wszystkie głosy umilkły, a obraz znów się rozmazał. Powoli odpłynęłam..
Gdy się ocknęłam na zewnątrz było już ciemno, salę oświetlała jedynie lampka stojąca w kącie pomieszczenia. O okno stukał deszcz tworząc symfonię dźwięków ze świszczącym wiatrem.
Chciałam wstać, ale w tym momencie aparatura, do której byłam podłączona, zapikała. Drzwi otworzyły się i stanął w nich lekarz w asyście pielęgniarki. Kiedy zobaczył, że nie śpię, uśmiechnął się i podszedł do mnie.
- Jak się pani czuje? - zapytał.
- W porządku - wychrypiałam słabym głosem. I rzeczywiście tak było, głowa przestała boleć, czułam zdecydowanie więcej sił.
Kobieta zajęła się zmianą kroplówki, a lekarz przysiadł w fotelu stojącego obok mojego łóżka.
- Nazywam się Paolo Miliko. Mocno nas pani wystraszyła. Ale już po wszystkim, wycieliśmy to cholerstwo, które tam przeszadzało. - Wskazał na swoją skroń, - Jest pani bardzo osłabiona, ale będzie tylko lepiej.
- Długo spałam?
Mężczyzna się zawahał.
- Po zabiegu przez półtorej miesiąca była pani w stanie śpiączki farmakologicznej. Wczorajszego ranka pani serce nagle przestało pracować, ale dzięki Bogu udało nam się panią wybudzić.
Półtorej miesiąca. Półtorej miesiąca byłam nieprzytomna. Półtorej miesiąca przebywałam poza światem. Półtorej miesiąca.. Zrobiło mi się duszno.
- Proszę się nie denerwować. Pański mąż, córka i przyjaciele czuwali przy pani przez cały ten czas. Cudem udało mi się ich wygonić do domu, kiedy wczoraj się pani obudziła.
Moje serce zadrżało na dźwięk jego słów. Mąż? Córka? Czy przez półtorej miesiąca coś się zmieniło?
- Nie wiem, co ma pan na myśli - powiedziałam. - Moi rodzice mieszkają w Madrycie, a siostra ze szwagrem i dzieckiem wyjechali do Europy. To jest moja rodzina. Przyjechałam do Buenos Aires w poszukiwaniu pracy. Jestem nauczycielką śpiewu. Nie mam męża, ani dziecka - wyrecytowałam jednym tchem.
Aparatura, do której byłam przypięta zawyła. Poruszyłam się niespokojnie, wstrząśnięta słowami lekarza.
- Spokojnie, proszę wziąć wdech.
Mężczyzna ułożył mnie na poduszce i podręczną latarką sprawdził źrenice oraz puls.
- Musiałem., Musiałem coś pomylić - wyszeptał, w skupieniu wpatrując się w parametry. Dużo osób panią odwiedzało, widocznie źle zrozumiałem. Przepraszam, nie chciałem panią denerwować. Proszę spróbować zasnąć, rano do pani zajrzę.
Skinęłam głową i zacisnęłam powieki. Kiedy opuścił salę, usiadłam na łóżku. Wszystko było takie niejasne i pokrętne. Od liceum nie miałam nawet chłopaka, więc to, o czym mówił doktor nie było nawet możliwe. Przecież nie zapomniałabym własnej rodziny..
Zrezygnowana, opadłam na poduszki. Świtało, gdy zasypiałam.
Rankiem obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi, w których ujrzałam znajomego lekarza.
- Dzień dobry - uśmiechnał się. Odpowiedziałam tym samym. - Mam nadzieję, że śniło się pani coś równie pięknego, jak przez ostatni czas.
Parsknęłam, wiercąc się.
- Kiedy będę mogła wyjść?
- Guz mózgu to poważna sprawa, jest pani zbyt słaba.
- Ale przecież go wycieliście - kłóciłam się.
- Oczywiście. Nie możemy jednak lekceważyć ewentualnych powikłań pooperacyjnych. Powinna pani narazie pozostać pod naszą kontrolą. Mimo wszystko możę zdoła mi się, jakoś umilić pani czas tutaj. - Znów się rozpogodził. - Ma pani gości.
Usiadłam, z zaciekawieniem wpatrując się w rozmówcę.
- Czekają za drzwiami. Wpuścić ich?
Kiwnęłam głową, a wtedy zmierzył do wyjścia.
- Dziękuję! - krzyknęłam, gdy wychodził. Zaraz po tym na jego miejscu stanął Pablo.
Przyjaciel podbiegł do mojego łóżka i schował mnie w ramionach. Poczułam się bezpiecznie, jak kiedyś, gdy siadałam z tatą na hamaku przed domem i otuleni kocem oglądaliśmy gwiazdy.
Kiedy się od siebie odsunęliśmy, przyjrzałam się mu uważnie. Wyglądał na starszego. Miał dłuższe włosy i zarost, a na czole widniało kilka zmarszczek.
- Postarzałeś się przez to półtorej miesiąca - zaśmiałam się. W jego oczach widziałam radość i niepokój.
Dopiero chwilę później zauważyłam, że przy ścianie stoi ktoś jeszcze. Około czterdziestolatek w dżinsach i białej, ciasno opinającej jego wyrzeźbiony tors w koszuli przypatrywał mi się z uwagą. Był przystojny. Ciemne włosy i czekoladowe oczy podkreślały jego urodę.
- Kim pan jest? - zwróciłam się do mężczyzny.
Wzdrygnął się i znów zastygł.
- Halo? Wszystko w porządku?
- T-tak - wydukał. - Cześć, Angie..
Jego głos był tak spokojny i opanowany, że momentalnie zapragnęłam, aby nie przestawał mówić. Znał moje imię.
- Czy my.. się znamy? - spytałam niepewnie.
- Nie pamiętasz mnie..
Jego słowa nie brzmiały, jak pytanie. Było to raczej stwierdzenie zmieszane z nutą żalu i rozpaczy.
Gdy podszedł bliżej, zauważyłam, że jego oczy rozdziera ból.
- Przepraszam, niestety. Też pracujesz w Studio?
Uśmiechnął się smutno.
- Nie. Nie, kochanie..
Zadrżałam. Czyżby to był mąż, o którym mówił Miliko?
- Nie zapomniałabym rodziny - powiedziałam stanowczo, zamykając oczy. - Pamiętałabym męża.
- Spokojnie, Angie. - Pablo złapał moją dłoń. - To nie jest twój mąż. Zabiorę go stąd i zaraz wrócę.
Wstał i chwytając nieznajomego za bark, siłą wypchnął go za drzwi.
Minęło kilka chwil zanim wrócił.
- Już w porządku, nie będzie Cie niepokoił.
Mężczyzna usiadł obok mnie i ująwszy moją dłoń, popatrzył mi w oczy z oczekiwaniem. Nim jednak zdążył się odezwać, zapytałam:
- Opowiedz mi, co działo się, kiedy spałam. - Brzmiało to raczej jak prośba. Pablo zamilkł na moment, lecz w końcu rozpoczął kilkuminutowy monolog na temat rzeczywistości, którą przespałam. Powiedział, że Studio ma się dobrze i dzięki współpracy ze sponsorami udało się załatwić nową trasę koncertową, która ma się rozpocząć już za kilka miesięcy. Dowiedziałam się też, że Jackie i Gregorio nareszcie doszli do porozumienia, więc przygotowania idą pomyślnie.
Po południu Pablo musiał wracać na spotkanie przedstawicielami wytwórni muzycznej, więc do wieczora przeleżałam sama. W okolicach kolacji odwiedziła mnie znajoma pielęgniarka. Poprawiła mi poduszkę i zabrała zużytą kroplówkę.
- Czy mogę iść do toalety? - spytałam nieśmiało, niczym dziecko w podstawówce.
Kobieta była niewiele starsza ode mnie - miała może z 28 lat. Gdy przystanęła na moją prośbę, usiadłam powoli z jej pomocą.
Pierwsze kroki wydały mi się bardzo ciężkie, utrzymanie się na nogach po tak długiej przerwie nie należało do najłatwiejszych zadań. Zgodziłam się zatem, aby do toalety odprowadzono mnie na wózku inwalidzkim, jednak z biegiem kolejnych dni było coraz lepiej. Odzyskałam pełne czucie w kończynach i byłam w stanie bez niczyjej pomocy utrzymać się w pionie.
Pablo odwiedzał mnie codziennie, kilka razy przyszli też uczniowie Studia i Beto, a nawet raz zajrzał Gregorio. Smuciła mnie jednak nieobecność Antonio, na którą pozostali odpowiadali zagadkowo i wymijająco. Czułam dziwną pustkę, jakbym za czymś tęskniła, jakby czegoś było mi brak, a mimo tonie wiedziałam, dokąd wyrywa się moje serce.
Któregoś wieczoru zbudził mnie nietypowy hałas dobiegający zza drzwi. Odgłosy kłótni były tak wyraźne, że przebijały się nawet przez grube, szpitalne ściany.
- Proszę pozwolić mi przynajmniej ją zobaczyć. Tylko chwilę.. - kłócił się jakiś mężczyzna, jednak znajome głosy pielęgniarki i lekarza odpierały jego błagania.
- Daj spokój, tylko ją wystraszysz. - Tym razem rozpoznałam Pablo.
Zaciekawiona, spuściłam nogi i boso podążyłam ku wyjściu. Przytknęłam policzek do drzwi, nasłuchując. Mężczyźni musieli się nieco oddalić, bo nie słyszałam ich już tak wyraźnie.
Uchyliłam drzwi i posunęłam się do końca korytarza, za rokiem którego stali.
- Ona cię nie pamięta, nie mieszaj jej w głowie. - Upierał się mój przyjaciel.
- Chcę z nią tylko porozmawiać. Przypomni sobie..
- German..
Moje serce zadrżało na dźwięk tego imienia.
- Byliśmy szczęśliwi, kochaliśmy się. Tego nie mogła zapomnieć - powiedział stanowczo, a ja zamarłam.
_________________
Pamparam, dziękuje za uwagę. :D
Całusy,
Wiktoria
niedziela, 27 marca 2016
sobota, 26 grudnia 2015
Rozdział 138
- Stan pacjentki z dnia na dzień się pogarsza, konieczna będzie operacja. Niestety.. jest dosyć kosztowna, a w przypadku pani Saramego, to walka z czasem..
- Dzień dobry, kochanie. - Przywitał mnie German. Musnęłam jego policzek i zajęłam miejsce obok.
W tym momencie do jadalni weszła Violetta i Ramallo, a z kuchni, z tacą pyszności wyłoniła się Olga. Wszyscy mieli zadowolone miny, a zapach świeżych bułeczek gosposi tylko podniecił apetyty. Nic w końcu dziwnego, dzień zapowiadał się pięknie. Słońce przebijało się przez gałęzie rozłożystych drzew i ani jeden obłok nie śmiał go przysłonić. Domownicy wydawali się wypoczęci i weseli.
- Jakie plany na dzisiejszy dzień ma moja mała dziewczynka? - zapytał pan domu, patrząc na córkę. Dziewczyna wywróciła oczami, poirytowana zdrobnieniem.
- Po zajęciach idziemy z dziewczynami do Resto, a później Leon zaprosił mnie na spacer - odpowiedziała, biorąc kolejny kęs drożdżówki.
Ku mojemu zdziwieniu, German nie zareagował na wspomnienie o chłopaku nastolatki i tym razem uwagę skupił na mnie.
- A moja duża dziewczyna? - Posłał mi uśmiech.
Spuściłam głowę, rumieniąc się. Zawsze robiło mi się gorąco, kiedy nazywał mnie "swoją dziewczyną" w czyjejś obecności, nawet w kwestii żartu. Czułam wtedy, że naprawdę się mnie nie wstydzi i traktuje nasz związek poważnie.
- Cóż.. Zamierzałam miło spędzić popołudnie z moim chłopakiem. - Odwzajemniłam jego spojrzenie. Widziałam, jak jego oczy śmieją się do mnie. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, aż do momentu, kiedy Violetta oznajmiła, że czas już wychodzić. Cmoknęłam Germana w policzek, pożyczyłam domownikom "miłego dnia" i razem z siostrzenicą udałam się do Studia.
Otworzyłam oczy. Dziś, kiedy poczułam się nieco lepiej, mogłam uważnie przyjrzeć się sali. Pokój, w którym się znajdowałam w niczym nie przypominał szpitalnych oddziałów. Kremowo - szare ściany idealnie kontrastowały z herbacianymi różami, porozstawianymi na parapecie i brązowymi meblami oraz puchowym dywanem. Musiało być wcześnie rano, bo za oknem ledwie świtało i salę rozjaśniał jedynie blask lampy, stojącej w kącie. Jedyną oznaką kliniki były białe łóżka, ustawione równolegle do okien. Dwa z nich były puste, trzecie zajmowałam ja. Dopiero po dłuższej chwili, zauważyłam, że po mojej lewej stronie, w fotelu cicho pochrapuje Pablo. Mężczyzna lekko ściskał moją dłoń, kiedy próbowałam się wyswobodzić, natychmiast się ocknął.
- C-co.. - wymamrotał, rozglądając się po sali. Gdy spostrzegł, że nie śpię, uśmiechnął się słabo i pochylił.
Oczy miał przekrwione i podpuchnięte, a twarz bladą i zmęczoną. Kilkudniowy zarost sugerował, że przez dłuższy czas nie opuszczał szpitala. Poczułam ścisk w gardle i odwzajemniłam uśmiech.
- Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś? Zawołać pielęgniarkę?
- Nie, Pablo, nie. Dziękuje - powiedziałam. Słabość mojego głosu przeraziła nawet mnie.
Mężczyzna poruszył się niespokojnie, ale nie opuszczał kącików ust.
- Powinieneś odpocząć.
- Nie jestem zmęczony - ziewnął.
Zachichotałam.
- Angie.. German ma te pieniądze, stać go na opłacenie leczenia i..
- Nie. - Przerwałam mu. - Nie chcę jego majątku.
- Wiesz, że to może być jedyne wyjście.. - powiedział cicho, jednak zdążyłam to dosłyszeć. Chwyciłam jego dłoń.
- Jeśli mam odejść, to na moich warunkach, nie przykuta do łóżka i kroplówek.
Wiedziałam, że tymi słowami łamię mu serce. Znaliśmy się już tyle lat, razem dorastaliśmy, wspieraliśmy się i razem podejmowaliśmy wszelkie decyzje. Nasza przyjaźń, związek. Zawsze mogłam liczyć na pomoc Pablo. Nawet w obliczu śmierci był obok.
***
- Nie, nie tak. Nie naciskaj zbyt mocno.. - Instruował Pablo.
Cofnęłam dłoń, tak, że opuszki moich palców ledwo dotykały klawiszy fortepianu, po czym rytmicznie je opuściłam, układając spójną melodię.
Przymknęłam oczy i odchyliłam głowę, wsłuchując się w kojące dźwięki. Przyjaciel odegrał następne wersy piosenki, po czym przystanął. Spojrzeliśmy na siebie, jednocześnie wybuchając śmiechem. Nastolatek objął mnie ramieniem i resztę wieczoru spędziliśmy na mojej pierwszej lekcji muzyki.
***
Zapach męskich perfum zmusił mnie do otworzenia powiek. Oślepił mnie dziwny blask. Gdy kujące światło nieznacznie zbledlo, ujrzałam nachylającego się Germana, który w skupieniu się we mnie wpatrywał. Ale coś było inaczej, coś było nie tak. Jego surowa twarz była zupełnie pozbawiona emocji. Uniosłam dłoń, aby go dotknąć, Jego policzek był tak zimny i twardy.
Nagle mężczyzna wstał i powoli zaczął się oddalać.
- Poczekaj! - Zamiasy krzyku z moich ust wydobył się jedynie niewyraźny szept.
Resztkami sił stanęłam na nogi i potykając się, pobiegłam za szwagrem, lecz, gdy tylko wydawało mi się, że zaczynam go doganiać, jego sylwetka robiła się rozmazana i jeszcze bardziej oddalona. Obraz wokół mnie wirował, zmieniał barwy, przyspieszał, zwalniał, Czułam, że powoli tracę równowagę.
Zdyszana, opadłam na rażącą biel i zaszlochałam. Byłam zmęczona. Chciałam, aby ten koszmar się w końcu skończył.
- Już dobrze, siostrzyczko. - Czyjaś dłoń powoli sunęła po moich włosach.
Niepewnie rozchyliłam powieki i moim oczom ukazała się Maria. Uśmiechała się do mnie łagodnie.
- To tylko sen, tylko sen. - Płakałam, zwijając się w kłębek i zakrywając uszy dłońmi.
- Nie bój się, Angeles - powiedziała dzźwięcznym głosem.
Jej mleczna cera idealnie kontrastowała z czerwienią ust i ciemnymi lokami, które okalały jej smukłą twarz. Otulała ją biel, lecz nie tak rażąca. Ta, która jej towarzyszyła była niezwykle kojąca i poczułam, że pragnę móc również, choć trochę jej zasmakować. Była przepiękna, dokładnie taka, jak ją zapamiętałam.
- Czy ja umarłam? - wydusiłam.
Roześmiała się.
- Ależ nie, głuptasie.
- Czy to niebo? Czyściec? A może piekło?
Ponownie zachichotała.
- Nie, kochanie. To miejsce, w którym spotykają się wszystkie zagubione dusze, które muszą stanąć przed pewnym bardzo ważnym wyborem. Jestem tu, aby pomóc ci go podiąć. Chodź ze mną - poprosiła. Chwyciłam jej dłoń, pozwalając, aby rażąca przestrzeń zniknęła.
Pokój oświetlała jedynie nocna lampka, stojąca w kącie pokoju. Ściany pokryte były różową tapetą w kwiatki, a z sufitu zwisały odblaskowe nuty.
- Czy to..
- Zgadza się, to jego córeczka. Mała Angeles.
Spojrzałam na Marię.
- Nazwał ją moim imieniem?
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Kochał cię. Chciał, żebyś pozostała jak najbliżej.
Regały całkowicie zapełniały misie i lalki. Podeszłam do jednej z półek, na której stała fotografia niemowlęcia w obięciach mojego przyjaciela i jego żony. Podpis z tyłu ramki sugerował pamiątkę ze chrztu dziecka.
Spojrzałam w kierunku Galindo, do którego dołączyła Monica. Oboje nachylali się nad łóżeczkiem córki. Kobieta szczelniej ukryła małą pod kołdrą, podczas, gdy Pablo cicho nucił kołysankę.
Po chwili dziewczynka zasnęła, a para wyszła z pokoju. Podążyłam za nimi, w ślad za mną poszła również Maria.Małżeństwo powoli szykowało się do snu.
- Musiało minąć tyle czasu.. - westchnęłam.
- Kilka lat - dopowiedziała moja siostra. - Chodźmy dalej. Jesteś gotowa? - Podała mi rękę, którą po chwili wahania chwyciłam.
Tym razem znalazłyśmy się w Studio, a sądząc po jego stanie były to raczej jego pozostałości. Budynek wyglądał na bardzo zaniedbany i dawno opuszczony. Kolorowa tapeta była pozdzierana w kilku miejscach, obrazy i plakaty poznikały, a w kątach zalegały odłamki szkła. Szkołę wypełniała zupełna cisza, gdzieś z daleka słychać było jedynie kanapie wody.
- Po twojej śmierci zabrakło osoby, która zajęłaby się prowadzeniem Studia. Pablo całą swoją uwagę poświęcił rodzinie i nie był w stanie zarządzać szkołą. Placówka zaczęła tonąć w długach i w końcu budynek przejął ją bank, Teraz stoi nieużytkowany - wyjaśniła Maria. Ja jednak zatrzymałam się na słowie śmierć.
- Mario.. Gdzie my jesteśmy? - spytałam zduszonym głosem.
- Chcę pokazać ci, jak może wyglądać przyszłość. To czeka cię, gdy odejdziesz - powiedziała i wtedy obraz zniknął.
Tym razem znalazłyśmy się w miejscu, którego zupełnie sie nie spodziewałam. Otulało nas domowe ciepło i zapach pierników zmieszany z wonią świerkowych igieł. Zewsząd błyskały kolorowe lampki porozwieszane u poręczy schodów i przy rozłożystych karniszach.
Wszędzie jednak rozpoznałabym ten dźwięk. Łagodne nuty fortepianu wypełniały pomieszczenie i czarowały swoją magią.
- Noche de paz, noche de amor. Todo duerme en derredor. Entre sus astros ue esparcen su luz..
Obróciwszy głowę, ujrzałam Violettę. Maria podeszła do niej i położyła dłonie na ramionach dziewczyny. Nastolatka wzdrygnęła się lekko, rozglądając dookoła i umilkła. Jej oczy zaszły mgłą.
- Czy ona to poczuła?
- Tak, lecz nie jako dotyk, ale powiew wiatru, jakby musnęło ją skrzydło motyla.
Violetta chwyciła fotografię przedstawiającą mnie i Marię, pochylające się nad wózkiem ze śpiącym niemowlęciem i przytulila ją do piersi.
- Zawsze w święta przychodzę tu, żeby na nią popatrzeć. Tam, dokąd odeszłam mogę słyszeć jedynie jej śpiew, lecz bywa czasem, że i on staje się niewyraźny - szepnęła Maria.
Nagle do salonu wszedł pan domu. Biała koszula ciasno opinała jego tors, a idealnie przystrzyżone włosy, jak zwykle ułożone były nienagannie. Podszedł do córki i zamknął ją w swoich ramionach.
- Ja też za nimi tęsknię, słonko - mruknął. - Ale one są gdzieś tu, blisko nas. - Pocałował czubek jej głowy.
- Kochani, jesteście gotowi? - Nagle pojawiła się Esmeralda. Wystrojona w czarną sukienkę oparła się o futrynę kuchennych drzwi.Ubranie podkreślało jej zaokrąglony brzuch. - Taksówka zaraz będzie. Violu, leć po kurtkę.
Nastolatka posłusznie wyswobodziła się z uścisku ojca i ruszyła w kierunku schodów. Mój szwagier przysiadł na kanapie.
- German, czy coś się stało? - zapytala, głaszcząc jego kolano. - Jesteś moim mężem, nie odsuwaj się ode mnie.
- Wszystko w porządku. - Musnął krótko jej usta. - Idę po marynarkę.
Podążyłam za mężczyzna wprost do jego gabinetu. Mężczyzna zamiast jednak chwycić ubranie, obszedł biurko i otworzył szufladę. Moim oczom ukazał się pierścionek - prezent, jaki niegdyś podarował mi po zgubieniu pamiątki od siostry.
- Och, Angeles.. - westchnął, a głos zadrżał mu, gdy wymawiał moje imię. Dlaczego nas opuściłaś.. - Po chwili ukrył twarz w dłoniach i cicho zapłakał. Szybko jednak zagryzł wargi, przetarł mokre policzki i chwytając okrycie, wyszedł z gabinetu, wcześniej jednak chowając biżuterię.
- Ożenił się, kilka razy przeprowadził, a teraz oczekuje narodzin dziecka. Ale w końu wrócił do Buenos Aires. Tu, gdzie zostało jego serce. Angie, on nigdy nie przestał cię kochać.
Spuściłam głowę, wlepiając spojrzenie w swoje bose stopy. Kobieta kontynuowała.
- Już czas. Musisz zadecydować, w którą stronę chcesz iść.
- A jeśli pójdę z tobą?
- Wtedy nigdy nie zaznasz już bólu i cierpienia. Zawsze będziemy razem, w otoczeniu najpiękniejszej muzyki, o jakiej nigdy nie śniłaś.
- Czy tam jest też Javier, Emilio, Ivi i tata?
- Czekają na ciebie. - Uśmiechnęła się.
- A czy ty miałaś prawo wyboru?
Maria popatrzyła na mnie smutno. Po moich policzkach pociekły łzy.
- Czy, gdybyś chciała, mogłaś zostać?
- Nie, skarbie. Odeszłam, żeby już zawsze być blisko..
Załkałam i w tym momencie willa zniknęła, a jej miejsce zajęła biała poświata. Ucichło też syczenie ogniska, słodka woń ciast rozpłynęła się. Obraz Marii zaczął powoli się oddalać.
- Już czas, siostrzyczko. - W głowie huczał mi jej głos. - Musisz wybrać..
Ponownie ujrzałam Pablo i Monicę, trzymających w obięciach córeczkę, szczęśliwą rodzinę Castillo, a także Studio, które zostaje przerobione na sklep odzieżowy.
- Chodź z nami.. - Obok mnie stanął Javier i Ivi. Oboje chwycili mnie za ręce. Wydawali się tak radośni, przepełnieni spokojem i harmonią.
- Angie.. - Emilio otoczył mnie ramieniem i uśmiechnął się szeroko. Byłaś najwspanialszym, co mnie spotkało. - Teraz możemy być szczęśliwi - zachęcił.
Wszystkich otaczała biel i blask, lecz nie tak rażący. Ten, który bił od ich postaci był kojący i spokojny.
- Córeczko.. - Przede mną stanął mój ojciec. Był taki, jak go zapamiętałam. Z lekko siwiejącymi włosami i brodą. Jego oczy śmiały się do mnie radośnie. - Już jesteś gotowa - szepnął.
I wtedy poczułam, jak i mnie zaczyna wypełniać fala przyjemnego ciepła. Nagle byłam tak lekka, jakbym miała oderwać się od ziemi i polecieć w nieznane. Usłyszałam dźwięk szaleńczo pikającej aparatury i czyjeś krzyki. Później wypełniła mnie ciemność, a następnie bezgraniczne światło.
_____________________________
Hallo, czy jest tu kto? :D
Witam wraz z nowym rozdziałem!
Jak podobają się Wam moje wypociny? Czy czekacie na więcej?
Pozdrawiam, do przeczytania!
Wiktoria
PS. Z okazji świąt, życzę Wam, drodzy czytelnicy tego, co najlepsze! Uśmiechu - bo to on potrafi rozświetlić nawet najciemniejszą noc, pogody ducha, radości z każdej chwili, wspaniałych przygód, samych szczerych ludzi dookoła, spełnienia marzeń. Ale pamiętajcie - zawsze zostawcie jedno w kieszeni. Bo co to za życie bez marzeń? Trzymajcie się! ♥
wtorek, 11 sierpnia 2015
Rozdział 137
Zwinięta w kłębek na kanapie przeleżałam następne trzy dni. Moja komórka spoczywała pod ścianą roztrzaskana w drobny mak od czasu, gdy wydała z siebie trzydzieste szóste powiadomienie od Pablo.
Nie pojawiłam się w Studnio ani razu, nie wyszłam też z domu i nie wzięłam lekarstw. Świat przestał istnieć.
Mimo to w głębi serca pragnęłam czyjejś obecności, ciepła, pociechy.
Z szuflady w komodzie wydobyłam album ze zdjęciami w fioletowej oprawie. Pierwsze strony poświęcone były mojej siostrzenicy. Kilkulatka uśmiechała się wdzięcznie do fotografa, dumnie ukazując śnieżnobiałe ząbki. Na kolejnych była już starsza - w kolorowych, pstrokatych sukienkach i długim kucyku. Aż w końcu odszukałam zdjęcie z naszej pierwszej wspólnej Wigilii po wielu latach rozłąki. Obraz mnie samej, siedzącej pomiędzy Germanem, a jego córką i uśmiechniętej od ucha do ucha wydawał się teraz taki odległy.
Westchnęłam i odłożyłam album na miejsce, patrząc z nostalgią na zakurzony fortepian, stojący pod oknem. Nie śpiewałam odkąd zabrano mi dwie najważniejsze muzy w moim życiu. Nagle zapragnęłam znów usłyszeć łagodny dźwięk instrumentu. Usiadłam przy nim i ułożyłam skostniałe palce na klawiszach. Pierwsze ruchy zrodziły nieskładne nuty. Skrzywiłam się i przymknęłam oczy.
Nagle moje dłonie zaczęły wygrywać nieznaną melodię, samodzielnie się w przód. Gdy przestałam, moje ciało drżało od niekontrolowanych drgawek. Załkałam, chowając głowę pomiędzy ramiona. Gwałtownie wstałam i chwyciwszy wazon, stojący na instrumencie, cisnęłam nim o ścianę. Różowa porcelana rozsypała się na kawałeczki, a ja niezniechęcona stratą złapałam regał, podtrzymujący zbiór książek. Opasłe tomy runęły na ziemię, podobnie jak drewniana komoda, poduszki zdobiące kanapę, kuchenny obrus i pozostałe przedmioty w zasięgu mojego wzroku, Nocną lampką strąciłam szereg fotografii, zaraz po tym przykucając obok nich i wrzeszcząc ze złości, przycisnęłam jedną z nich do piersi. Zza pękniętej ramki uśmiechała się do mnie cała rodzina Castillo. Olga i Ramallo stali za kanapą, na której siedziałam ja, Violetta i German, obejmujący mnie ramieniem.
Przesunęłam palcami po sylwetkach rodziny i nagle mocno zapragnęłam ich zobaczyć. Zlustrowałam wzorkiem zmasakrowane mieszkanie i nie zamykając drzwi, wybiegłam na klatkę schodową.
Dopiero przed posiadłością Castillo dopadły mnie wątpliwości. Drżącą dłonią sięgnęłam do dzwonka, zauważając, że moje knykcie i opuszki palców krwawią od wbitych w nie drobinek szkła.
- Angeles! - Nim się obejrzałam, drzwi otworzyły się, a w progu stanęła Olga. W pierwszej chwili uśmiechnęła się do mnie radośnie, ale chwilę później z niedowierzaniem trzymała moje dłonie w swoich i bacznie mi się przyglądała. - Kochanie, wyglądasz..
Niechętnie uniosłam kąciki ust, choć w głębi duszy szczerze ucieszył mnie jej widok. Kobieta uchyliła szerzej drzwi i zaprosiła mnie do środka. Od razu skierowałyśmy się do kuchni, po której rozchodził się wspaniały zapach pieczonego kurczaka i przypraw. Poczułam jak burczy mi w brzuchu. Nic w końcu dziwnego, nie miałam nic w ustach od kilku dni.
- Jesteś głodna? - Gosposia zdawała się czytać w moich myślach. Z kredensu wyciągnęła własnoręcznie przygotowane bułeczki maślane i postawiła przede mną razem z dużą szklanką mleka.
Bez słowa zabrałam się za jedzenie, łapczywie sięgając do talerza. Gdy w całości opróżniłam naczynie i wypiłam ostatni łyk mleka, zauważyłam, że Olga przez cały czas wpatruje się we mnie zatroskanym wzrokiem.
Spojrzałam w lustro wiszące za kobietą. Ujrzałam w nim bladą postać z podkrążonymi oczami i zmęczonym wyrazem twarzy. Włosy miałam potargane, a szarą dresową bluzę i t-shirt pomięte i poplamione.
Spuściłam głowę, bawiąc się końcówką obursa, lecz w końcu nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem. Kobieta natychmiast obeszła stół i przytuliła mnie.
- Skarbie.. - Poklepała mnie po plecach.
Zaszlochałam, mocniej wtulajac się w jej ramię. W końcu jednak oderwałam się od Niemki i wytarłam twarz chusteczką. Poczułam nieznaczną ulgę i głośno odetchnęłam.
Nagle rozległy się brawa i świsty. Spojrzałam pytająco na gosposię i dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że od mojego przyjścia z salonu dobiega muzyka i gwar.
Wstałam i nieznacznie rozchyliłam kuchenne drzwi. Przez niewielką szparę ujrzałam tłum gości, a pośród nich pana domu i jego nową partnerkę.
Poczułam dotyk gosposi na swoim ramieniu i ścisk w gardle. Słowa Germana mnie ogłuszyły.
Poruszyłam niemo ustami i posłałam Oldze słaby uśmiech, po czym nie oglądając się za siebie, opuściłam dom szwagra.
Biegłam ulicami Buenos Aires, powoli słabnąc, jednak ból w klatce piersiowej i brak tchu nie przeszkodziły mi w zwiększeniu tempa. Chciałam uciec jak najdalej. Od Germana. Od wspomnień. Od siebie. Właśnie teraz poczułam, że wszystko, co kochałam i wszystko na czym mi zależało, ostatecznie zostało mi odebrane.
Nagle rozległ się huk. Pisk opon. Uderzenie. Ostanie, co zobaczyłam, to niebezpiecznie zbliżajacy się samochód.
Przegrałaś, no przyznaj.
- Angie! Angie, bądź silna, słyszysz? Dasz radę! Nie poddawaj się.. - Słyszałam Pablo. Był mocno wystraszony.
- Panowie, na trzy! - Nie umiałam rozpoznać właściciela tego głosu - Raz, dwa.. Poczułam, że ktoś mnie podnosi. Otworzyłam oczy, żeby zobaczyć co się dzieje, ale oślepił mnie blask lampy.
- Przytomna! - zawołał mężczyzna, który przez chwilę trzymał mnie w powietrzu.
Wokół mnie tyle się działo, a ja nie wiedziałam ,o co chodziło wszystkim tym ludziom krzątającym się w pobliżu i co chwile wykrzykujących dziwne zdania: Tętno?, Traci świadomość?, Czy mnie pani słyszy?
O, to ostatnie to było chyba pytanie do mnie..
Poruszyłam ustami, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku.. Nagle ciężkie powieki wygrały walkę z opierającą się im chęcią głośnego krzyku. Zasnęłam.
Pod powiekami miałam obraz Violetty, Germana i jakiejś kobiety, a w uszach dźwięczały mi słowa szwagra: "Esmeraldo, wyjdziesz za mnie"?
Ciepło rozchodzące się po palcach u mojej dłoni sugerowało czyjąś obecność w sali, w której mnie położono. Nieznajomy ścisnął moje palce, po czym uniósł je do swoich ust i delikatnie musnął.
- Och, Angie.. - Rozpoznałam głoś przyjaciela. - Nie możesz odejść. Nie.. - zaszlochał. - Są ludzie, którzy cię kochają, ja cię kocham..
- To nie guz mózgu, kiedyś ci przejdzie. - Zebrałam w sobie całą siłę woli, aby poruszyć wargami, jednak nie otworzyłam oczu.
Mężczyzna westchnął ciężko.
- Wiesz, - wysapałam, czując, że każde wypowiedziane słowo zabiera mi oddech. - Plusem całego tego cholerstwa jest to, że są momenty, kiedy zapominam o niektórych rzeczach. Tak jakbym nigdy nie pochowała siostry, albo nie spotkała Emilio. Noszę ból po ich stracie, lecz nie wiem z czym się wiąże. - Przełknęłam ślinę. - Czasami zamazuje się obraz Germana i bywa, że pamiętam go tylko, jako nastolatka wpadającego do mojego domu na niedzielne obiady. Mój mózg zapomina, ale serce nie..
- Znajdziemy lekarstwo, które ci pomoże.
Zaśmiałam się słabo, wciąż nie rozchylając powiek.
- Moje lekarstwo ma metr osiemdziesiąt, czekoladowe oczy i niedługo się żeni.
__________________________
Witam Was za pośrednictwem tego krótkiego rozdziału!
Spostrzegawczy pewnie zauważyli, że tekst zapisany kursywą to wycinek z 1 rozdziału. Ciekawych zachęcam do odświeżenia pamięci. :)
Do szybkiego przeczytania!
Wiktoria
Przesunęłam palcami po sylwetkach rodziny i nagle mocno zapragnęłam ich zobaczyć. Zlustrowałam wzorkiem zmasakrowane mieszkanie i nie zamykając drzwi, wybiegłam na klatkę schodową.
Dopiero przed posiadłością Castillo dopadły mnie wątpliwości. Drżącą dłonią sięgnęłam do dzwonka, zauważając, że moje knykcie i opuszki palców krwawią od wbitych w nie drobinek szkła.- Angeles! - Nim się obejrzałam, drzwi otworzyły się, a w progu stanęła Olga. W pierwszej chwili uśmiechnęła się do mnie radośnie, ale chwilę później z niedowierzaniem trzymała moje dłonie w swoich i bacznie mi się przyglądała. - Kochanie, wyglądasz..
Niechętnie uniosłam kąciki ust, choć w głębi duszy szczerze ucieszył mnie jej widok. Kobieta uchyliła szerzej drzwi i zaprosiła mnie do środka. Od razu skierowałyśmy się do kuchni, po której rozchodził się wspaniały zapach pieczonego kurczaka i przypraw. Poczułam jak burczy mi w brzuchu. Nic w końcu dziwnego, nie miałam nic w ustach od kilku dni.
- Jesteś głodna? - Gosposia zdawała się czytać w moich myślach. Z kredensu wyciągnęła własnoręcznie przygotowane bułeczki maślane i postawiła przede mną razem z dużą szklanką mleka.
Bez słowa zabrałam się za jedzenie, łapczywie sięgając do talerza. Gdy w całości opróżniłam naczynie i wypiłam ostatni łyk mleka, zauważyłam, że Olga przez cały czas wpatruje się we mnie zatroskanym wzrokiem.
Spojrzałam w lustro wiszące za kobietą. Ujrzałam w nim bladą postać z podkrążonymi oczami i zmęczonym wyrazem twarzy. Włosy miałam potargane, a szarą dresową bluzę i t-shirt pomięte i poplamione.
Spuściłam głowę, bawiąc się końcówką obursa, lecz w końcu nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem. Kobieta natychmiast obeszła stół i przytuliła mnie.
- Skarbie.. - Poklepała mnie po plecach.
Zaszlochałam, mocniej wtulajac się w jej ramię. W końcu jednak oderwałam się od Niemki i wytarłam twarz chusteczką. Poczułam nieznaczną ulgę i głośno odetchnęłam.
Nagle rozległy się brawa i świsty. Spojrzałam pytająco na gosposię i dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że od mojego przyjścia z salonu dobiega muzyka i gwar.
Wstałam i nieznacznie rozchyliłam kuchenne drzwi. Przez niewielką szparę ujrzałam tłum gości, a pośród nich pana domu i jego nową partnerkę.
Poczułam dotyk gosposi na swoim ramieniu i ścisk w gardle. Słowa Germana mnie ogłuszyły.
Poruszyłam niemo ustami i posłałam Oldze słaby uśmiech, po czym nie oglądając się za siebie, opuściłam dom szwagra.
Biegłam ulicami Buenos Aires, powoli słabnąc, jednak ból w klatce piersiowej i brak tchu nie przeszkodziły mi w zwiększeniu tempa. Chciałam uciec jak najdalej. Od Germana. Od wspomnień. Od siebie. Właśnie teraz poczułam, że wszystko, co kochałam i wszystko na czym mi zależało, ostatecznie zostało mi odebrane.
Nagle rozległ się huk. Pisk opon. Uderzenie. Ostanie, co zobaczyłam, to niebezpiecznie zbliżajacy się samochód.
Przegrałaś, no przyznaj.
- Angie! Angie, bądź silna, słyszysz? Dasz radę! Nie poddawaj się.. - Słyszałam Pablo. Był mocno wystraszony.
- Panowie, na trzy! - Nie umiałam rozpoznać właściciela tego głosu - Raz, dwa.. Poczułam, że ktoś mnie podnosi. Otworzyłam oczy, żeby zobaczyć co się dzieje, ale oślepił mnie blask lampy.
- Przytomna! - zawołał mężczyzna, który przez chwilę trzymał mnie w powietrzu.
Wokół mnie tyle się działo, a ja nie wiedziałam ,o co chodziło wszystkim tym ludziom krzątającym się w pobliżu i co chwile wykrzykujących dziwne zdania: Tętno?, Traci świadomość?, Czy mnie pani słyszy?
O, to ostatnie to było chyba pytanie do mnie..
Poruszyłam ustami, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku.. Nagle ciężkie powieki wygrały walkę z opierającą się im chęcią głośnego krzyku. Zasnęłam.
Pod powiekami miałam obraz Violetty, Germana i jakiejś kobiety, a w uszach dźwięczały mi słowa szwagra: "Esmeraldo, wyjdziesz za mnie"?
Ciepło rozchodzące się po palcach u mojej dłoni sugerowało czyjąś obecność w sali, w której mnie położono. Nieznajomy ścisnął moje palce, po czym uniósł je do swoich ust i delikatnie musnął.- Och, Angie.. - Rozpoznałam głoś przyjaciela. - Nie możesz odejść. Nie.. - zaszlochał. - Są ludzie, którzy cię kochają, ja cię kocham..
- To nie guz mózgu, kiedyś ci przejdzie. - Zebrałam w sobie całą siłę woli, aby poruszyć wargami, jednak nie otworzyłam oczu.
Mężczyzna westchnął ciężko.
- Wiesz, - wysapałam, czując, że każde wypowiedziane słowo zabiera mi oddech. - Plusem całego tego cholerstwa jest to, że są momenty, kiedy zapominam o niektórych rzeczach. Tak jakbym nigdy nie pochowała siostry, albo nie spotkała Emilio. Noszę ból po ich stracie, lecz nie wiem z czym się wiąże. - Przełknęłam ślinę. - Czasami zamazuje się obraz Germana i bywa, że pamiętam go tylko, jako nastolatka wpadającego do mojego domu na niedzielne obiady. Mój mózg zapomina, ale serce nie..
- Znajdziemy lekarstwo, które ci pomoże.
Zaśmiałam się słabo, wciąż nie rozchylając powiek.
- Moje lekarstwo ma metr osiemdziesiąt, czekoladowe oczy i niedługo się żeni.
__________________________
Witam Was za pośrednictwem tego krótkiego rozdziału!
Spostrzegawczy pewnie zauważyli, że tekst zapisany kursywą to wycinek z 1 rozdziału. Ciekawych zachęcam do odświeżenia pamięci. :)
Do szybkiego przeczytania!
Wiktoria
niedziela, 7 czerwca 2015
Rozdział 136
Niechętnie przekręciłam klucz w zamku i powoli otworzyłam drzwi. Mieszkanie skąpane było w blasku zachodzącego Słońca i nieznośnej ciszy. Nie przywitały mnie radosne śmiechy, ani zapach naleśników. Tak szybko odczułam brak Emilio i Ivi.
Westchnęłam, wiedząc, że czas ustąpić codzienności.
Zsunęłam z nóg przetarte trampki i poczłapałam do salonu. Aby stłumić ciszę włączyłam telewizor, ale nie znalazłam nic godnego uwagi. W końcu, zirytowana, cisnęłam pilotem w kanapę i zakryłam twarz poduszką.
Przez myśl przemknęło mi, że branie wolnego od pracy nie było najlepszym pomysłem, ale świeżo upieczony pan młody stanowczo nalegał, abym odpoczęła przed jego wyjazdem w podróż poślubną.
Znudzona, ułożyłam się na dywanie, spoglądając w sufit. O ile prostsze byłoby życie, gdybym została we Włoszech, pomyślałam, lecz szybko zganiłam się za sceptyczne podejście. Przypomniały mi się słowa Emilio, kiedy opowiadał o spełnianiu marzeń i życiowych celach.
Przez cały jego pobyt łaknęłam ciepła, którym emanował, pragnęłam posiadać jego optymizm.
- Może to nie taki zły pomysł - szepnęłam do siebie, otwierając szufladę niewielkiej, dębowej komody, która znacznie wyróżniała się na tle śnieżnobiałych mebli.
Z wnętrza wyłowiłam drewnianą szkatułkę, ozdobioną różnorakimi naklejkami i napisami.
Gdy uchyliłam wieczko, moim oczom ukazały się pliki listów, moje pierwsze teksty piosenek i wierszy z czasów szkolnych.
Przegrzebałam papiery, w końcu wyciągając spośród nich kartkę w kolorze pudrowego różu.
Kochana Angeles!
Przez myśl przemknęło mi, że branie wolnego od pracy nie było najlepszym pomysłem, ale świeżo upieczony pan młody stanowczo nalegał, abym odpoczęła przed jego wyjazdem w podróż poślubną.
Znudzona, ułożyłam się na dywanie, spoglądając w sufit. O ile prostsze byłoby życie, gdybym została we Włoszech, pomyślałam, lecz szybko zganiłam się za sceptyczne podejście. Przypomniały mi się słowa Emilio, kiedy opowiadał o spełnianiu marzeń i życiowych celach.
- Może to nie taki zły pomysł - szepnęłam do siebie, otwierając szufladę niewielkiej, dębowej komody, która znacznie wyróżniała się na tle śnieżnobiałych mebli.
Z wnętrza wyłowiłam drewnianą szkatułkę, ozdobioną różnorakimi naklejkami i napisami.
Gdy uchyliłam wieczko, moim oczom ukazały się pliki listów, moje pierwsze teksty piosenek i wierszy z czasów szkolnych.
Przegrzebałam papiery, w końcu wyciągając spośród nich kartkę w kolorze pudrowego różu.
Kochana Angeles!
To już czas, kiedy nasze drogi się rozchodzą. Przez wiele lat miałam przyjemność czytania Twoich pięknych prac i śledzenia postępów. Z każdym Twoim sukcesem czułam, jakbym sama odnosiła zwycięstwo.
Jesteś mi bardzo bliska, niczym własna córka. W końcu przychodzi ten bolesny moment rozstania, puścisz moją rękę i nie będę mogła Ci towarzyszyć. Chcę jednak, abyś zawsze pamiętała, jak wielki skrywasz talent i ile możesz osiągnąć. Nigdy nie przestawaj marzyć, kochanie. Czym byłoby życie
bez snów?
Arthur Sopenhauer powiedział: "Moim prawdziwym obowiązkiem jest ocalić własne marzenia".
Nie poddawaj się, walcz. Kiedy poczujesz, że brakuje Ci sił, sięgnij pamięcią do licealnych czasów
i przypomnij sobie moje słowa.
Więrzę w Ciebie, Angie.
Twoja Mary.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie dawnej nauczycielki. To ona zaszczepiła we mnie chęć pisania i w ten sposób pomogła uporać się z negatywnymi emocjami. Teraz znów poczułam jej obecność. Z mocnym postanowieniem powrotu do pisania i listem przytulonym do piersi, zasnęłam na dywanie.
Obudził mnie przeraźliwy ból szyi. Rozmasowałam skostniały kark i plecy, z trudem podnosząc się z podłogi. Za oknem panowała noc, zegar ścienny wskazał czwartą nad ranem.
Ziewnęłam, człapiąc do sypialni, gdzie owinąwszy się kołdrą próbowałam za wszelką cenę ponownie trafić do krainy Morfeusza. Nie było mi jednak dane znów zasnąć.
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu, w Rzymie dochodziła dziewiąta, Emilio i Ivi dawno powinni być już na miejscu. Wybrałam numer przyjaciela i czekałam, aż odbierze, jednak tuż po pierwszym sygnale połączenie zostało przerwane. Automatyczna sekretarka poinformowała mnie, że abonent jest nieosiągalny, podobnie było i w przypadku nastolatki.
Zaniepokoiłam się, ale starałam nie denerwować na zapas. Chodź zawsze byłam panikarą, wiedziałam, że nerwy na nic się nie zdadzą.
"Może nie włączyli telefonów po przylocie" - uspokoiłam się w myślach.
Tego wczesnego poranka już nie zasnęłam. Z komórką w jednej dłoni i kubkiem kawy w drugiej, obserwowałam z balkonu wzrastający uliczny ruch. W końcu zegar wskazał południe, co oznaczało, że w stolicy Rzymu rozpoczynał się wieczór. Mimo usilnych prób kontaktu z przyjaciółmi, ich aparaty wciąż milczały. Aby zniwelować zdenerwowanie wykonałam lekki makijaż, dresy zamieniłam na dżinsy i udałam się do Studia.
Dzień, choć początkowo zapowiadał się słonecznie, skąpany był w szarości, liczne chmury zakryły niebo, a wiatr targał parasolami. Dopięłam guziki katany i przyspieszyłam kroku,ostatecznie wbiegając do budynku szkoły tuż przed rozpoczęciem ulewy.
Zdyszana, oparłam się o ścianę, łapczywie nabierając oddechu. Coraz trudniej było mi ukryć fakt, że choroba postępuje. Częściej brakowało mi sił, czułam się zmęczona i ociężała, a większy wysiłek kosztował mnie dużo starań.
Gdy w końcu się opanowałam, zmierzyłam wzrokiem pusty korytarz. W holu, pomimo przerwy nie było ani jednego ucznia, także codzienna muzyka nie rozbrzmiewała z żadnej z klas. Jedynie ponury dźwięk saksofonu obijał się o ściany szkoły.
Ruszyłam w kierunku pokoju nauczycielskiego, gdzie zastałam Pablo i Beto. Drugi z mężczyzn pochlipywał cicho, tuląc do siebie skrzypce. Spojrzałam na nich pytająco, czując się jak w okresie, gdy oficjalnie ogłoszono odejście Antonio.
- Och, Angie.. - Nauczyciel muzyki popatrzył na mnie przez zaparowane okulary i mocno przytulił.
- Ale.. O co.. - Wpatrywałam się w Pablo, czując drżenie Beto i chłodny przeciąg na swoim ciele. Oczy zaczęły mnie piec, a obręcz zacisnęła się na mojej szyi.
Przyjaciel spoglądał na mnie smutnym wzrokiem, miał zaczerwieniony nos i lekko podpuchnięte powieki.
Zatrzęsłam się, a Beto uwolnił mnie z uścisku, wybiegając z pomieszczenia.
- Nie.. - zaśmiałam się nerwowo. - Nie. - Zacisnęłam zęby, śmiejąc się przez łzy do momentu, aż przyjaciel uścisnął moje ramiona.
Zaczęłam szamotać się w jego uścisku, dławiąc łzami. Zmięłam w dłoniach jego koszulę tak mocno, że zapewne odczuł kłucie paznokci na swoich plecach. Poczułam nagły odpływ sił i zaczęłam osuwać się w dół, mężczyzna złapał mnie mocniej,
- To nie może być prawda - zawodziłam. - Nie oni.. Nie teraz.. Nie w taki sposób..
Pragnęłam się obudzić, lecz mój koszmar okazał się rzeczywistością. Historia lubi się powtarzać.
Ziewnęłam, człapiąc do sypialni, gdzie owinąwszy się kołdrą próbowałam za wszelką cenę ponownie trafić do krainy Morfeusza. Nie było mi jednak dane znów zasnąć.
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu, w Rzymie dochodziła dziewiąta, Emilio i Ivi dawno powinni być już na miejscu. Wybrałam numer przyjaciela i czekałam, aż odbierze, jednak tuż po pierwszym sygnale połączenie zostało przerwane. Automatyczna sekretarka poinformowała mnie, że abonent jest nieosiągalny, podobnie było i w przypadku nastolatki.
Zaniepokoiłam się, ale starałam nie denerwować na zapas. Chodź zawsze byłam panikarą, wiedziałam, że nerwy na nic się nie zdadzą.
"Może nie włączyli telefonów po przylocie" - uspokoiłam się w myślach.
Tego wczesnego poranka już nie zasnęłam. Z komórką w jednej dłoni i kubkiem kawy w drugiej, obserwowałam z balkonu wzrastający uliczny ruch. W końcu zegar wskazał południe, co oznaczało, że w stolicy Rzymu rozpoczynał się wieczór. Mimo usilnych prób kontaktu z przyjaciółmi, ich aparaty wciąż milczały. Aby zniwelować zdenerwowanie wykonałam lekki makijaż, dresy zamieniłam na dżinsy i udałam się do Studia.
Dzień, choć początkowo zapowiadał się słonecznie, skąpany był w szarości, liczne chmury zakryły niebo, a wiatr targał parasolami. Dopięłam guziki katany i przyspieszyłam kroku,ostatecznie wbiegając do budynku szkoły tuż przed rozpoczęciem ulewy.
Zdyszana, oparłam się o ścianę, łapczywie nabierając oddechu. Coraz trudniej było mi ukryć fakt, że choroba postępuje. Częściej brakowało mi sił, czułam się zmęczona i ociężała, a większy wysiłek kosztował mnie dużo starań.
Gdy w końcu się opanowałam, zmierzyłam wzrokiem pusty korytarz. W holu, pomimo przerwy nie było ani jednego ucznia, także codzienna muzyka nie rozbrzmiewała z żadnej z klas. Jedynie ponury dźwięk saksofonu obijał się o ściany szkoły.
Ruszyłam w kierunku pokoju nauczycielskiego, gdzie zastałam Pablo i Beto. Drugi z mężczyzn pochlipywał cicho, tuląc do siebie skrzypce. Spojrzałam na nich pytająco, czując się jak w okresie, gdy oficjalnie ogłoszono odejście Antonio.
- Och, Angie.. - Nauczyciel muzyki popatrzył na mnie przez zaparowane okulary i mocno przytulił.
- Ale.. O co.. - Wpatrywałam się w Pablo, czując drżenie Beto i chłodny przeciąg na swoim ciele. Oczy zaczęły mnie piec, a obręcz zacisnęła się na mojej szyi.
Przyjaciel spoglądał na mnie smutnym wzrokiem, miał zaczerwieniony nos i lekko podpuchnięte powieki.
- Nie.. - zaśmiałam się nerwowo. - Nie. - Zacisnęłam zęby, śmiejąc się przez łzy do momentu, aż przyjaciel uścisnął moje ramiona.
Zaczęłam szamotać się w jego uścisku, dławiąc łzami. Zmięłam w dłoniach jego koszulę tak mocno, że zapewne odczuł kłucie paznokci na swoich plecach. Poczułam nagły odpływ sił i zaczęłam osuwać się w dół, mężczyzna złapał mnie mocniej,
- To nie może być prawda - zawodziłam. - Nie oni.. Nie teraz.. Nie w taki sposób..
Pragnęłam się obudzić, lecz mój koszmar okazał się rzeczywistością. Historia lubi się powtarzać.
***
Od katastrofy lotniczej, w której uczestniczyli Emilio i Ivi minęły dwa tygodnie, a ja powoli zamieniałam się we wrak człowieka. Choć Pablo i Monica odwołali swoją podróż poślubną i stanowczo nalegali, abym się do nich przeniosła, ja ani przez chwilę nie poczułam się lepiej. Całe dnie spędzałam w pokoju przeznaczonym dla ich przyszłego dziecka, który na jakiś czas został mi udostępniony. Porzuciłam myśli o Studiu, Germanie i Violetcie oraz swojej chorobie. Czułam się pusta, jakby wraz z ich śmiercią wyrwano mi duszę. Gdy zginęła Maria wypełniał mnie ból, kiedy odszedł tato czułam żal, wraz z utratą Javiera doskwierała mi bezsilność, a teraz.. Moje serce, które powoli się rozsypywało, nagle pękło na miliony kawałeczków.
- Musisz coś zrobić, ona nie może zostać z nami wieczność! - Przez ścianę usłyszałam zdenerwowanie Monici.
- Skarbie, wiesz w jakiej jest sytuacji, nie możemy jej teraz zostawić. - Uspokajał Pablo.
- Jeśli cały czas będziesz tak wokół niej chodził, to nie wyniesie się nigdy! Pomyśl o naszej przyszłości. Ja, ty, dziecko i Angie?! Wiedziałam, że zawsze cię coś z nią łączyło. Pablo, na litość, mam czekać, aż umrze?!
Słowa kobiety nie wywarły na mnie żadnych emocji. Przekręciłam się na drugi bok i wsunęłam rękę za głowę.
- Angie..
Drzwi zaskrzypiały i do pomieszczenia wszedł Pablo. Usiadł na skraju łóżka, na którym leżałam i pogłaskał mnie po udzie.
Nie płakałam. Kiedy skończyły się łzy, uszły uczucia. Została nieprzenikniona pustka, której nic nie było w stanie zastąpić.
Jego dotyk był tak chłodny, jakby odległy i nierzeczywisty. Słyszałam, że mówił, ale słowa nie docierały do mnie.
- Angie, musisz zacząć jeść. O szesnastej masz chemioterapię, zawiozę cię.
- Nie - powiedziałam stanowczo. - Nie będę tam więcej chodzić.
- Leczenie jest ważne, jeśli ma przynieść poprawę.
- Nie będę się więcej leczyć. Nie chcę.
Pragnęłam, aby wszystkie sprawy, którymi zaprzątano mi głowę, zniknęły. Nie miałam sił, by dłużej walczyć.
- Angie, przecież wiesz, że bez tego..
Odwróciłam się w jego stronę. Miał zakłopotaną minę, a na czole widniało kilka głębokich zmarszczek.
- To nie ma sensu, tak, Monica ma rację. Lekarstwa, terapie.. Przecież i tak umrę,
- Nie mów tak - poprosił, przymrużając oczy. Zesztywniał. Wiedziałam, że cierpi, ale w żaden sposób nie potrafiłam mu ulżyć.
Podniosłam się i usiadłam naprzeciw niego. Patrzył na mnie wyczekująco, lecz nie mogłam powiedzieć nic, co ostatecznie by go zadowoliło. W zamian za to wstałam z łóżka, spod którego wysunęłam walizkę, w której przyjaciel przywiózł z mojego mieszkania kilka rzeczy.
Założyłam przetarte tenisówki i dres, zmierzając do drzwi.
- Co robisz? Proszę, zostaw to.. - Próbował wyrwać mi rączkę torby, którą wlokłam za sobą.
Na korytarz wyszła Monica i opierając się o futrynę kuchennych drzwi, przyglądała całemu zajściu.
- Mon, powiedz coś.. - błagał Pablo.
- Angie, z naszym wsparciem.. - zaczęła.
- Nie chcę waszej pomocy - ucięłam krótko. - Nie potrzebuję nikogo. Po prostu.. dajcie mi spokój - rzekłam stanowczo, znikając za drzwiami.
Gdy byłam już na dole, usłyszałam za sobą wołanie przyjaciela. Galindo uścisnął moje ramiona, próbując zmusić do kontaktu wzrokowego.
- Nawet nie mogłam się z nimi pożegnać.. - szepnęłam bezbarwnym głosem. Mężczyzna zaszlochał cicho, chowając mnie w uścisku.
Nie powiedział już nic. Ja także milczałam, pozwalając mu się pożegnać. Czułam, jak jego łzy przenikają bawełnę, a całe ciało targają niekontrolowane drgawki.
Ostrożnie wyswobodziłam się z jego uścisku i popatrzyłam w oczy. Wymuszonym uśmiechem starałam się załagodzić ból w jego spojrzeniu.
Skinęłam głową i wyminęłam go. To był mój czas, musiałam go wykorzystać.
___________________________
Witam wszystkich, którzy wiernie wyczekiwali 136 rozdziału!
Przepraszam za nieobecność i obiecuję rehabilitację.
Mam nadzieję, że przerwa i ten niespodziewany zwrot wydarzeń Was nie zniechęcił.
Do przeczytania!
Wiktoria
- Musisz coś zrobić, ona nie może zostać z nami wieczność! - Przez ścianę usłyszałam zdenerwowanie Monici.
- Skarbie, wiesz w jakiej jest sytuacji, nie możemy jej teraz zostawić. - Uspokajał Pablo.
- Jeśli cały czas będziesz tak wokół niej chodził, to nie wyniesie się nigdy! Pomyśl o naszej przyszłości. Ja, ty, dziecko i Angie?! Wiedziałam, że zawsze cię coś z nią łączyło. Pablo, na litość, mam czekać, aż umrze?!
Słowa kobiety nie wywarły na mnie żadnych emocji. Przekręciłam się na drugi bok i wsunęłam rękę za głowę.
- Angie..
Drzwi zaskrzypiały i do pomieszczenia wszedł Pablo. Usiadł na skraju łóżka, na którym leżałam i pogłaskał mnie po udzie.
Nie płakałam. Kiedy skończyły się łzy, uszły uczucia. Została nieprzenikniona pustka, której nic nie było w stanie zastąpić.
Jego dotyk był tak chłodny, jakby odległy i nierzeczywisty. Słyszałam, że mówił, ale słowa nie docierały do mnie.
- Angie, musisz zacząć jeść. O szesnastej masz chemioterapię, zawiozę cię.
- Nie - powiedziałam stanowczo. - Nie będę tam więcej chodzić.
- Leczenie jest ważne, jeśli ma przynieść poprawę.
- Nie będę się więcej leczyć. Nie chcę.
Pragnęłam, aby wszystkie sprawy, którymi zaprzątano mi głowę, zniknęły. Nie miałam sił, by dłużej walczyć.
- Angie, przecież wiesz, że bez tego..
Odwróciłam się w jego stronę. Miał zakłopotaną minę, a na czole widniało kilka głębokich zmarszczek.
- To nie ma sensu, tak, Monica ma rację. Lekarstwa, terapie.. Przecież i tak umrę,
- Nie mów tak - poprosił, przymrużając oczy. Zesztywniał. Wiedziałam, że cierpi, ale w żaden sposób nie potrafiłam mu ulżyć.
Podniosłam się i usiadłam naprzeciw niego. Patrzył na mnie wyczekująco, lecz nie mogłam powiedzieć nic, co ostatecznie by go zadowoliło. W zamian za to wstałam z łóżka, spod którego wysunęłam walizkę, w której przyjaciel przywiózł z mojego mieszkania kilka rzeczy.
Założyłam przetarte tenisówki i dres, zmierzając do drzwi.
- Co robisz? Proszę, zostaw to.. - Próbował wyrwać mi rączkę torby, którą wlokłam za sobą.
Na korytarz wyszła Monica i opierając się o futrynę kuchennych drzwi, przyglądała całemu zajściu.
- Mon, powiedz coś.. - błagał Pablo.
- Angie, z naszym wsparciem.. - zaczęła.
- Nie chcę waszej pomocy - ucięłam krótko. - Nie potrzebuję nikogo. Po prostu.. dajcie mi spokój - rzekłam stanowczo, znikając za drzwiami.
Gdy byłam już na dole, usłyszałam za sobą wołanie przyjaciela. Galindo uścisnął moje ramiona, próbując zmusić do kontaktu wzrokowego.
Nie powiedział już nic. Ja także milczałam, pozwalając mu się pożegnać. Czułam, jak jego łzy przenikają bawełnę, a całe ciało targają niekontrolowane drgawki.
Ostrożnie wyswobodziłam się z jego uścisku i popatrzyłam w oczy. Wymuszonym uśmiechem starałam się załagodzić ból w jego spojrzeniu.
Skinęłam głową i wyminęłam go. To był mój czas, musiałam go wykorzystać.
___________________________
Witam wszystkich, którzy wiernie wyczekiwali 136 rozdziału!
Przepraszam za nieobecność i obiecuję rehabilitację.
Mam nadzieję, że przerwa i ten niespodziewany zwrot wydarzeń Was nie zniechęcił.
Do przeczytania!
Wiktoria
piątek, 3 kwietnia 2015
Rozdział 135
Powoli Słońce chyliło się ku horyzontowi, a zabawa dopiero nabierała tempa. Goście zapełnili parkiet, otaczając parę młodą, która wirowała na środku sali.
Stałam, przyglądając się im, kiedy poczułam, że ktoś obejmuje mnie w pasie. Obok siebie ujrzałam Emilio. Mężczyzna przytulił swój policzek do mojego i zamruczał uwodzicielsko.
- Zatańczymy? - szepnął wprost do mojego ucha, zaraz potem przenosząc usta na obojczyk.
Wzdrygnęłam się pod wpływem łaskotania jego warg i ochoczo pociągnęłam wgłąb parkietu.
Wynajęta kapela przygrywała właśnie jakąś skoczną melodię, w takt której zaczęliśmy podrygiwać. Musiałam przyznać, że Włoch był nie tylko doskonałym kucharzem, ale i wspaniałym tancerzem. Po paru piosenkach zdyszani, ale szczęśliwi i roześmiani opadliśmy na tarasową ławkę. Bezchmurne niebo odsłaniało gwiezdną szatę, pośród której dominował okazały Księżyc. Noc była ciepła, choć towarzyszył jej lekki, orzeźwiający wiatr.
Wtuliłam się w przyjaciela, który okrył mnie swoją marynarką, pachnącą jego perfumami. Nabrałam głębokiego wdechu i przymknęłam oczy.
- Przejdziemy się? - zaproponował.
Skinęłam głową i równocześnie wstaliśmy z ławki, wstępując na jedną z dworskich ścieżek. Alejki oświetlały lampy, ustawione przy krawężnikach oraz wysokie lampy, niczym te, z Opowieści z Narni. Uśmiechnęłam się na myśl o ulubionej książce z dzieciństwa.
- Mam coś na twarzy? - spytał Emilio.
- Pamiętasz, jak mówiłam ci o tym, że kiedyś moją wielką pasją była literatura?
Mężczyzna skinął głową na znak, abym kontynuowała.
- Byłam wychowywana z muzyką, ale kochałam pisać. Wiersze, opowiadania, cokolwiek. Byłam szczęśliwa mając przy sobie po prostu kawałek kartki i coś do pisania.
- Co się zmieniło?
- Po śmierci Marii rodzice uznali, że powinnam położyć nacisk na grę na skrzypcach i śpiew. Próbowali upodobnić mnie do siostry i choć nigdy nie sprzeciwiałam się ich woli, bo szczerze kochałam muzykę, w moim sercu zawsze było pisarstwo. Ostatecznie jednak oddałam się nutom, a marzenia o wydawaniu książek odeszły w kąt. Pamiętam długie rozmowy z ulubioną nauczycielką, kiedyś obiecałam jej, że coś jej zadedykuje - zaśmiałam się na wspomnienie dawnej mentorki.
- Chcesz spróbować od nowa?
- Wiesz, teraz, kiedy nie wiem, ile czasu mi zostało, chcę poświęcić go na coś specjalnego.
- Angie. - Emilio gwałtownie się zatrzymał, puścił moją dłoń, trzymaną dotychczas i potrząsnął mnie za ramiona, patrząc prosto w oczy. - Nie chcę, żebyś myślała w ten sposób - powiedział zdecydowanie. - Jesteś wyjątkowa, jeszcze tyle przed tobą.
Uśmiechnęłam się, wzruszona.
- Wiesz, że nikt mi jeszcze tego nie mówił?
- Jak to możliwe? - westchnął, przytulając mnie.
Oboje roześmialiśmy się, kontynuując spacer. Nawet nie zaważyliśmy, kiedy minęła godzina, a wskazówki zegara powoli zbliżały się do północy. Przed dworkiem zgromadzili się wszyscy goście, a już po chwili czarne niebo rozświetliły sztuczne ognie. Wtuleni w siebie oglądaliśmy widowisko spomiędzy koron rozłożystych drzew. Fajerwerki prezentowały się imponująco na tle migoczących gwiazd, z oddali słychać było okrzyki wiwatujących gości.
- Nie możesz się przeziębić - powiedział Emilio i pociągnął mnie w stronę lokalu.
Kwadrans po północy wszyscy goście ponownie zebrali się w pięknie ustrojonej auli, wznowiono zabawy i tańce. Zaraz po wejściu na salę podszedł do mnie Pablo. Ukłoniwszy się, poprosił do tańca i nie czekając na odpowiedź, zaprowadził na sam środek sali.
- Cieszę się, że jesteś szczęśliwy - mruknęłam. - Zasługujesz na to.
- Wiesz, czasem myślę, co by było, gdybym nie został tancerzem, ty byś nie wyjechała. Może teraz mielibyśmy dom i dzieci?
Zachichotałam.
- Kto wie. Nie umiałam dać ci tego szczęścia, Pablo. Dobrze, że spotkałeś kogoś, kto daje ci takie samo uczucie, jakim ty ją darzysz.
Mężczyzna chciał odpowiedzieć, ale w momencie, kiedy otworzył usta, zastygł w bezruchu, patrząc przed siebie tępym wzrokiem.
Odwróciłam się, zdziwiona jego zachowaniem i również zamarłam.
- Przyjechałem po Violettę - rzekł German. - Ale może najpierw zechcesz zaszczycić mnie swoją obecnością na parkiecie? - dodał z szarmanckim uśmiechem, wysuwając dłoń w moją stronę,
Poczułam, jak kręci mi się w głowie, jednak zdążyłam zanotować, że ma na sobie odświętny smoking, jego perfumy są nad wyraz mocniejsze, niż dotychczas i rzeczywiście poprosił mnie do tańca.
"Gdzie masz narzeczoną?" - przeszło mi przez myśl, jednak zdobyłam się tylko na lekkie skinienie głową.
Inżynier ścisnął moją dłoń i zaprowadził na sam środek sali. W chwili, gdy mnie dotknął, poczułam znajome ciepło, zalewające mnie od środka. Jednocześnie wypełniła mnie złość, że tak łatwo poddaję się słabości.
Kątem oka zauważyłam, jak Pablo podchodzi do Emilio, który nerwowo rozglądał się po auli. Gdy nasze spojrzenia spotkały się przez krótką chwilę, dokładnie odczułam, że nie jest zadowolony z zaistniałej sytuacji i zamierza przez cały czas pilnować mnie wzrokiem. W duchu ucieszyłam się, że mam przy sobie takiego cichego Anioła.
Szwagier również nie spuszczał ze mnie oka, co bardzo mi schlebiało, ale i nie lada zawstydzało. Wiedziałam, że uważnie mi się przygląda, a co dziwne - w ogóle go to nie krępuje.
Splótł nasze dłonie u jednej ręki, zaś drugą objął mnie w pasie, mocno do siebie przyciągając i zmuszając jednocześnie, abym się w niego wtuliła. Bez cienia protestu ułożyłam rękę na jego ramieniu, czując na swoim policzku muskanie gorącego oddechu. Odwróciłam głowę, lecz wiedziałam, że wciąż na mnie patrzy. Również Emilio bacznie nas obserwował.- Pięknie wyglądasz - szepnął German wprost do mojego ucha.
Zarumieniłam się, bełkocząc ciche dziękuję.
Czułam się dziwnie, będąc tak blisko niego. Nasze ciała się stykały i niemalże słyszałam, bicie jego serca, czułam mocną woń perfum i mięty. Za każdym razem, gdy choć na milimetr przesunął palcami po mojej skórze, drżałam, drętwiejąc w jego uścisku.
W końcu melodia ucichła, ustępując miejsca nieco żywszej.
Odsunęliśmy się od siebie. Mężczyzna odważnie patrzył mi w oczy, a z jego ust nie schodził uśmiech. Mnie za to nie było zabawnie. Niepewnie wierciłam wzrokiem podłogę, modląc się, aby ta nagle się rozsunęła, chowając mnie w głębokiej przepaści.
- Dziękuję. - W końcu odezwał się German i chwyciwszy moją dłoń, musnął jej grzbiet.
Przymknęłam oczy w chwili, gdy jego aksamitne usta spoczęły na mojej dłoni.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odburknęłam cicho, niepewna swoich słów.
Inżynier uśmiechnął się jeszcze żywiej, po czym siknął głową i zniknął wśród tłumu.
Zakręciło mi się w głowie.
- Wszystko w porządku? - Na tarasie dogonił mnie Emilio.
Łapczywie nabrałam głębokiego oddechu, a ostre, chłodne powietrze wypełniło moje wnętrze, tak, że niespodziewanie zaczęłam kaszleć.
- Przeziębisz się. - Blondyn okrył mnie swoją marynarką.
Schowałam głowę pomiędzy ramiona, pozwalając, aby mnie przytulił.
- Czułem, że to niezbyt dobry pomysł.
- Po prost mnie zaskoczył - wydusiłam. - Wracajmy.
Dwa dni po ślubie Pablo, nadszedł czas na pożegnanie Włochów.
Od rana trwały gorączkowe poszukiwania reszty niespakowanych rzeczy, zagubionych w moim mieszkaniu. Ivi biegała z kąta w kąt, z kolei Emilio, jakby nigdy nic popijał ze mną poranną herbatę.
- Życie to gra - powiedział niespodziewanie.
- Tak, a my jesteśmy graczami - zgodziłam się. - Na przykład my. Chodzimy na wspólne spacery, jemy wspólne śniadania i wspólne kolacje, sprzeczamy się, opiekujemy sobą, przytulamy. W naszej grze, kto pierwszy się zakocha - odpada - skwitowałam, jakby nigdy nic.
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem i powróciliśmy do pakowania walizek. Z wielkim trudem przychodziło mi patrzenie, jak ubywa ich w tym miejscu, myśl, że niewiele ponad trzy godziny dzielą nas od rozstania, sprawiała, że miałam ochotę sprawić, by zostali ze mną. Ale nie miałam prawa ich o to prosić, nie miałam prawa prosić Emilio. Miał we Włoszech swoje życie, swój świat, a ja nie chciałam, żeby był ze mną z litości, chociaż wiedziałam, że nie stać byłoby go na coś tak płytkiego.
- Musimy już jechać. - Padło w końcu.
Na lotnisku byliśmy pół godziny przed startem samolotu. Przez całą drogę taksówką kurczowo trzymałam drobną dłoń Ivi, zaś przyjaciel obejmował mnie ramieniem. W myślach powtarzałam sobie, że muszę być twarda i nie dać po sobie nic poznać, jednak kiedy przez głośniki poinformowano pasażerów, że odprawa została rozpoczęta, zwyczajnie się rozkleiłam.
- Będę za tobą strasznie tęsknić. - Mocno przycisnęłam do siebie nastolatkę, muskając jej czoło.
- Ja też, Angie - załkała cicho. - Bardzo cię kocham, dziękuję.
Wypuściłam ją z objęć, bo w tym momencie u mojego boku stanął Emilio. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo i oznajmiając, że idzie po coś do picia, machając mi jeszcze ręką na pożegnanie.
Odwróciłam się ku mężczyźnie, spoglądając na niego zapłakanymi oczami. Ten bez wahania otarł moje mokre policzki i uśmiechnął się smutno, wciąż trzymając w dłoniach moją twarz.
Nie chciałam, żeby wyjeżdżał. Pragnęłam rzucić mu się na szyję i błagać, aby został ze mną. Aby już zawsze był blisko. Bałam się, że sobie nie poradzę.
- Jesteś bardzo dzielna. - Emilio czytał mi w myślach.
Zapłakałam, chowając się w jego ramionach. Silne ręce objęły moje plecy, przyciskając mocno do ciała Włocha. Pragnęłam spędzić wieki w jego uścisku.
Przesunęłam ustami po chropowatym policzku, dążąc do jego warg. Czułam gorący oddech na swoim nosie i piorunujący wzrok na sobie.
Dłużej nie mogliśmy już czekać, to była ostatnia szansa, aby się zbliżyć. Emilio ujął moją twarz w dłonie, natomiast ja zarzuciłam ręce na jego kark i oboje zatopiliśmy usta w pocałunku. Gdy w końcu mogłam poczuć jego usta, zrozumiałam, że to wszystko czego tak naprawdę potrzebowałam. On. W jednej chwili runęły wszystkie postanowienia, zapomniałam o obietnicy składanej samej sobie; że się nie zakocham, że dam mu spokój. Nawet jeśli kilka minut później moje serce, które sam połatał miałoby ponownie rozpaść się na milion kawałków, nie żałowałam decyzji, musiałam go poczuć.
Włoch ostrożnie muskał moje usta, sunąc kciukami po mojej brodzie. Za każdym razem, gdy odrywał się na chwilę, aby ułamek sekundy potem znów nas połączyć, czułam, jakbym wznosiła się ponad chmury. Nigdy dotąd czegoś takiego nie czułam. To nie było, jak zbliżenie z Pablo, Luisem, czy Germanem. To znów było coś innego, specjalnego.
Załkałam, kręcąc głową. Nie miałam prawa.
- Chyba odpadam - powiedział. - Nie lubiłem cię tak po prostu, ale też nie kochałem. Zakochiwałem się. Zakochiwałem się w tobie - powiedział.
- Ja też się zakochiwałam - wydusiłam przez łzy, muskając jego nos swoim. - Ale twoje życie jest we Włoszech. Tam jest twoja bajka. A tu jest mój koszmar.
Mężczyzna popatrzył mi w oczu smutnym wzrokiem. Jego ból był tak szczery i przejmujący, że przez ułamek sekundy zdawało mi się, że gdybym poprosiła go o pozostanie, to postąpiłabym najlepiej i dla niego, i dla mnie.
- Ti amo, bella.
Zaśmiałam się przez łzy, opierając czoło o jego.
- Tylko wróć.
Ponownie zbliżył nasze usta, żarliwie je całując, tak jakbyśmy mieli się już nigdy nie spotkać. Ale w tym momencie złożył obietnicę:
- Wrócę - szepnął i oderwawszy się, odszedł w stronę jednego z korytarzy. Wiedziałam, że nasza historia jest jak książka - kończymy rozdział, ale nie kończymy opowieści. Nie, to nie był koniec. Jeszcze nie.
_______________________
I tak oto ożeniłam Palito i wysłałam naszych Włochów do domu.
Mam nadzieję, że bardzo się nie pogniewacie. ;)
Dla niecierpliwych dodam, że już niedługo akcja nabierze tempa. Dajcie mi jeszcze trochę pocieszyć się tą monotonią.
Wiktoria
PS. Z okazji świąt życzę wszystkim wszystkiego, co najlepsze. Radości, uśmiechu i miłych chwil spędzonych w gronie rodziny. Do przeczytania!
piątek, 20 marca 2015
Rozdział 134
- Było całkiem przyjemnie - stwierdził Emilio, nabierając głęboko świeżego powietrza.
- Tak. Chyba tak..
- Czego chciał German?
- Teraz chcesz o tym rozmawiać? - parsknęłam śmiechem, chwytając przyjaciela za rękę.
Noc była wyjątkowo ciepła, gwiazdy błyszczały nad naszymi głowami, a ogromny księżyc zdawał się świecić tylko dla nas.
Palce przyjaciela ochoczo splotły się z moimi i jednomyślnie ruszyliśmy przed siebie, opuszczając posesję Castillo.
- Spacer pod gwiazdami, czego chcieć więcej?! - Zadarłam głowę ku niebu. - Dla takich chwil się żyje.
Niemalże czułam, jak Emilio się uśmiecha, dorównując mojemu szybkiemu kroku.
- Gdzieś się spieszymy?
- W jedno miejsce - rzekłam tajemniczo i pociągnęłam mężczyznę wzdłuż głównej ulicy.
- Zamknij oczy - zarządziłam, gdy znaleźliśmy się na miejscu.
- To wieżowiec - roześmiał się Włoch.
Uniosłam prawą brew i kąciki ust, a blondyn odpuścił i wykonał polecenie. Ponownie ujęłam jego dłoń, prowadząc w górę stromych schodów.
- Próg! - krzyknęłam, lecz nim ostrzeżenie dotarło do mężczyzny, runął przed siebie, przygniatając mnie swoim ciężarem.
Wybuchnęliśmy śmiechem, głowa Emilio spoczęła pomiędzy moją szyją, a ramieniem, a sam Włoch podtrzymywał swoje ciało rękami, które otaczały mnie z obu stron, uniemożliwiając ucieczkę.
- Masz piękne oczy - rzekł, onieśmielając mnie spojrzeniem, po czym podniósł się i wyciągnął dłoń w moją stronę. Ujęłam ją i wstałam, nieco śmiejąc z zaistniałej sytuacji. Bez żadnego słowa ruszyłam schodami w górę, Emilio szedł tuż za mną.
- Tym razem patrz, jak chodzisz - oznajmiłam mu, i choć nie wiedziałam jego twarzy, byłam pewna, że się uśmiechnął.
- Cóż, to nie będzie trudne, kiedy mam przed sobą taki widok. - usłyszałam i roześmiałam się.
Gdy doszliśmy do drzwi prowadzących w to tajemnicze miejsce, zatrzymałam się.
- Zamknij oczy - nakazałam mężczyźnie, a on marszcząc brwi, wykonał polecenie. Z tajemniczym uśmiechem, otworzyłam drzwi i złapałam Emilia za rękę, który ufnie podążał za mną. Wzięłam wdech, patrząc w górę. Od zawsze ten widok mnie zaskakiwał.
- Możesz patrzeć.
Ścisnęłam jego dłoń, a wtedy zerknął na mnie pytająco.
- Spójrz w górę - rzekłam, patrząc nadal w jego oczy.
Jego ręka objęła mnie w pasie, i jakby niechętnie odwrócił wzrok, na niebo. Westchnął cicho i wspólnie podeszliśmy do barierki. Przed nami rozciągał się wspaniały widok panoramy miasta. Buenos Aires wyglądało nocą jeszcze bardziej imponująco, niż za dnia.
Przyjaciel objął mnie mocniej, a ja swobodnie się w niego wtuliłam.
- Nie chcę wyjeżdżać - wyznał cicho, siadając na bruku. Kucnęłam obok niego, spoglądając w błękitne oczy pełne smutku. Mówił to szczerze.
Przykryłam jego dłoń swoją, widząc jak się uśmiecha.
- German mnie pocałował - Emilio spojrzał na mnie zdziwiony. - Kochałam go, ale.. coś się zmieniło, zapominam o nim. - Włoch uniósł brwi.
- Dzięki mnie. - Ni to zapytał, ni stwierdził, przenosząc wzrok na gwiazdy, które wesoło błyskały w naszą stronę. Mocniej ścisnęłam jego palce.
- Boję się, że jak wrócicie, to sobie przypomnę - wyznałam, mimo iż nigdy nie chciałam tego powiedzieć. - Przypomnę sobie, że go kocham..
Emilio poruszył się niespokojnie i wrócił wzrokiem na moją osobę.
- To wrócę, by zostawić Ivi i...
- Nie. Nie, Emilio, ty masz we Włoszech swoje życie, rodzinę, pracę, dom.. - uśmiechnęłam się smutno.
- Dom jest tam, gdzie serce twoje..- Chloe Nei. Wiesz, że literatura to moje drugie hobby? - szepnęłam, rumieniąc się i szybko zmieniając temat. Mężczyzna chyba to wyczuł, bo przysunął się bliżej i ponownie, mocno mnie objął.
- Myślisz, że tam na górze rzeczywiście ktoś jest?
Zaskoczył mnie tym pytaniem. W dzieciństwie co niedzielę chodziłam z rodzicami do kościoła i siedząc w pierwszej ławce, tuż przed ołtarzem, pilnie odmawiałam modlitwy. Po jednej stronie miałam mamę, po drugiej tatę i patrząc na ich głębokie rozważania, pragnęłam być osobą o równie głębokiej wierze. Z czasem jednak przestałam uczęszczać na msze, słuchać filozoficznych kazań księży i odmawiać pacierz. Nim się spostrzegłam, oddaliłam się od Boga.
- Myślę, że nic nie dzieje się bez powodu. Nasz los.. jest gdzieś zapisany.
- W gwiazdach? - zadarł głowę ku niebu.
- Może - westchnęłam tak cicho, że to prawe pewne, iż nie usłyszał.
Resztę wieczoru spędziliśmy w swoich objęciach, na dachu wieżowca, aby dopiero późną nocą wrócić do mieszkania.
Nadszedł uroczysty dzień Pabla i Monici. Od czasu kolacji w willi Castillo, nie miała kontaktu ze swoim szwagrem. Jedynie raz mignął mi wśród tłumu studentów, kiedy przyjechał odebrać Violettę ze szkoły.
Już o piątej nad ranem obudziły mnie złociste promienie słońca i choć było jeszcze wcześnie, postanowiłam wstać.
W szlafroku i z kubkiem kawy, przysiadłam na parapecie, wpatrując się w panoramę miasta, które powoli wyłaniało się spomiędzy szponów mrocznej nocy.
- Lekarz kazał ci odstawić kofeinę. - Usłyszałam za sobą głos Emilio. - Oddawaj.
Szybko upiłam jeszcze łyk napoju i podałam kubek mężczyźnie, który bez namysłu opróżnił go w całości.
- Nie boisz się zarazków? - zakpiłam.
- Kiedy w końcu cię pocałuję, to nie będzie ważne - odrzekł z triumfalną miną.
Mimowolnie na moje usta wkradł się uśmiech i speszona, odwróciłam wzrok, czując, że wciąż na mnie patrzy.
Zapanowało milczenie. Słońce raziło mnie w oczy i piekło w twarz, a mimo to wciąż byłam przyklejona do okna.
Nagle poczułam, jak dłonie mężczyzny oplatają moje biodra. Jego tors przywarł do moich pleców, a usta spoczęły za uchem.
Przymknęłam oczy i rozchyliłam usta pod wpływem pieszczoty, czując, jak powoli miękną mi kolana. Na szczęście moje bezwładne ciało napotkało opór w postaci ramion Emilio i nim się obejrzałam, moje ramiona, twarz i dekolt zostały zasypane pocałunkami.
- Cholera - jęknął mężczyzna. - Jesteś taka.. nie umiem się powstrzymać.
- Proszę - wysapałam, obdarowywana pieszczotami. Włoch sumiennie omijał usta, za to drażnił swoimi wargami moją brodę, nos, policzki.
- Lepiej idź się zbierać, bo stojąc przede mną naga, w samym szlafroku, cholernie mnie kusisz - mruknął wprost w moje włosy.
Zaśmiałam się i wyrwałam przyjacielowi, ostatni raz posyłając z progu szelmowskie spojrzenie.
Przed południem przygotowałam sukienki dla siebie i Ivi oraz garnitur Włocha, po czym zabrałam nastolatkę do fryzjera. Uroczystość miała rozpocząć się o trzynastej, toteż miałyśmy jeszcze chwilę na profesjonalne przygotowanie. Stylistka pokręciła zwykle proste włosy dziewczyny i luźno opuściła na jej ramiona, po czym zabrała się za układanie mojej fryzury.
- Życzy sobie pani coś specjalnego?
- Raczej coś wygodnego i prostego, ale eleganckiego.
- Nie ma sprawy. - Kobieta w średnim wieku porwała do pracy blond kosmyk. - Bardzo wypadają. - Przeczesała je palcami.
I rzeczywiście; na jej dłoni kłębił się duży pęk moich włosów. Przypomniała mi się jedna z rozmów z lekarzem, kiedy ostrzegł mnie przed następstwami choroby. Automatycznie w mojej głowie pojawił się widok ludzi z ogolonymi głowami, których spotykałam w klinice.
- Proponowałabym podcięcie końcówek, może nawet do ramion. - Z zamyślenia wyrwał mnie głos kobiety. - Cebulki się odbudują, odżyją.
Bez słowa kiwnęłam głową, pozwalając fryzjerce pracować. Najpierw umyła i wysuszyła mi włosy, a następnie po rozczesaniu, chwyciła nożyczki i rozpoczęła strzępienie końcówek.
Z mieszanymi uczuciami wpatrywałam się, jak dotychczas moje długie loki, szczelnie wypełniają podłogę wokół fotela.
Kiedy włosy sięgały mi już do połowy szyi, stylistka podkręciła końcówki i spryskała je lakierem. Zerknąwszy w lustro ujrzałam zupełnie inną osobę.
- Ulala - zagwizdała Ivi, widząc mój nowy look.
Czułam się taka lekka i bezwładna, jakby cały ciężar nagle zniknął. Może nawet zaczynało mi się podobać?
- Myślisz, że Emilio się spodoba? - zapytałam, jeszcze raz podziwiając swoją nową fryzurę w odbiciu szyby sklepu.
- Och, na pewno - parsknęła śmiechem nastolatka.
W dobrym humorze wróciłyśmy do mieszkania, gdzie Włoch właśnie zażywał kąpieli. Kiedy wkroczyłyśmy do salonu, stanął nieruchomo z rozdziawionymi ustami.
- I jak? - zatrzepotała rzęsami Ivi.
- Bella - westchnął, onieśmielając mnie spojrzeniem. Zachichotałam przypominając sobie nasze pierwsze spotkanie.
Dziewczyna wywróciła oczami i zniknęła za drzwiami łazienki, oznajmiając, że teraz jej kolej na prysznic, natomiast ja, rumieniąc się, popędziłam do sypialni, gdzie również rozpoczęłam przygotowania do wyjścia. Rozpoczęłam od pomalowania paznokci, a następnie wykonałam nieco mocniejszy makijaż. Ubrałam pudrowo-różową, obcisłą sukienkę do połowy uda i kremowe szpilki oraz dobrałam srebrne akcesoria. W dłoń chwyciłam kopertówkę w kolorze butów.
Przyjaciel powitał mnie minął sprzed kilkunastu minut, jednak tym razem pojedyncze komplementy stłumiła Ivi, ubrana wyjątkowo w błękitną sukienkę. Nigdy dotąd nie widziałam jej ubraną inaczej, niż w jeansy, czy dresy. Prezentowała się bardzo ładnie.
- Ivette. - Emilio podał ramię nastolatce. - Mój aniele. - Zwrócił się ku mnie i całą trójką ruszyliśmy do kościoła.
- Angeles!
- Cukiereczku, tak bardzo to ciebie chciałabym zobaczyć przy ołtarzu z moim Pablitkiem. Och, była z was taka piękna para!
- Mamo, Pablo ma narzeczona - wtrącił się Galindo. - Dobrze cię widzieć, Angie - ucałował moje policzki.
- Państwo również - odparłam. - To moi przyjaciele: Ivi i Emilio.
Włosi wymienili uściski dłoni z krewnymi pana młodego, po czym wspólnie weszliśmy do świątyni i zajęliśmy miejsca w połowie środkowego rzędu.
Pomachałam ręką stojącemu przy ołtarzu przyjacielowi, na co odpowiedział nieśmiałym uśmiechem. Wiedziałam, że jest zdenerwowany i przejęty, miałam jednak nadzieję, że wie, jak mocno go wspieram.
Niecałe dziesięć minut później rozległ się weselny marsz i przez środek świątyni przemaszerowała panna młoda, ubrana w śnieżnobiałą suknię, w asyście trzech druhen. Spośród gości wychwyciłam znajome postacie Beto, Gregorio i kilkoro uczniów ze Studia. Obok Leona dostrzegłam Violettę i przez myśl przeszło mi, czy Pablo skusił się zaprosić również jej ojca.
- Nie, nie zrobiłby mi tego - szepnęłam sama do siebie.
- Hm? - mruknął Emilio, lekko szturchając mnie łokciem.
Pokręciłam przecząco głową i położyłam ją na jego ramieniu.
Właśnie rozbrzmiały słowa przysięgi. Państwo młodzi wymienili się obrączkami, aby chwilę później wpić się w usta małżonka.
Goście zerwali się z miejsc i zaczęli klaskać, a ja poczułam lekkie ukłucie zazdrości. Nie było już odwrotu, musiałam pogodzić się z tym, że straciłam Pablo na zawsze. Jednocześnie przepełniała mnie duma, cieszyłam się, patrząc na jego szczęście. Zasługiwał na wszystko, co najlepsze.
- Witam najpiękniejszą dziewczynę na świecie.
Ktoś przysłonił mi oczy, a do nozdrzy doleciał intensywny zapach perfum i tulipanów.
- Zdradziłeś się - zachichotałam, odwracając w kierunku młodzieńca.
Jego oczy śmiały się do mnie, a usta same układały w podkówkę. Momentalnie moje kąciki ust również powędrowały w górę i rzuciłam mu się na szyję.
- Tęskniłam - wyszeptałam pomiędzy czułymi pocałunkami, którymi obdarowywał mnie chłopak.
- Ja też. Przez cały kurs myślałem tylko o tobie i o tym, jak bardzo cię kocham.
Od najmłodszych lat byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, lecz w okresie studiów połączyło nas coś więcej. Oboje zapragnęliśmy być dla siebie kimś innym, niż tylko kumplem.
- Co jeśli któregoś dnia będę musiała odejść? - zapytałam pewnego popołudnia, leżąc z Pablo pośród wysokich traw. Słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, w powietrzu czuć było słodki zapach bzu, a gdzieś niedaleko nas trwał właśnie koncert koników polnych.
- O czym ty mówisz? - nerwowo zaśmiał się brunet.
- Wiesz.. Co jeśli kiedyś będziemy musieli się rozstać na dłuższą chwilę. Ty wyjedziesz na kolejne warsztaty taneczne, ja poświęcę się gry na skrzypcach.. Co będzie z nami?
- Nic się nie zmieni, Angie. Nic. Wtedy po prostu usiądziemy i poczekamy na siebie. Jeśli się kogoś kocha, to ta osoba nigdy od nas nie odchodzi.
Wtedy Pablo nie wiedział jeszcze, że mój ojciec dostał propozycję poprowadzenia Studia wraz z Antonio, a ja miałam rozpocząć szkołę na tamtejszym Uniwersytecie Muzycznym.
Kilka dni później stałam na peronie, czekając z rodzicami na przyjazd pociągu, który miał nas zabrać prosto do Buenos Aires. Dłuższa rozłąka w końcu doprowadziła do naszego zerwania. Choć Pablo nie chciał się rozstać, ja czułam, że im dłużej jestem w stolicy Argentyny, tym mniej tęsknie za starym kątem i uczuciem, które nas kiedyś łączyło. Mimo, że był moją pierwszą wielką miłością, podjęłam decyzję o rozejściu.
- Źle się czujesz? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Emlio. Miał przejętą minę i wpatrywał się we mnie z niepokojem.
- Wszystko w porządku - odparłam, wychodząc z ławki. Emilio i Ivi podążyli za mną, kierując się z pozostałymi gośćmi ku wyjściu.
Młoda para wsiadła do białej limuzyny, za którą sznurkiem ruszyły samochody zaproszonych.
Nasza trójka zabrała się z Gregorio, któremu towarzyszył Beto.
Przez całą drogę czułam na sobie wzrok mężczyzn, którzy komentowali moją nową fryzurę. Nawet choreograf nie szczędził komplementów, co wprowadziło mnie w lekkie zakłopotanie.
Tuż po wejściu do lokalu, pospieszyłam w stronę Pablo i Monici.
- Wszystkiego, co najlepsze, kochani! - Ucałowałam obojga. - Serdecznie wam gratuluję, zasługujecie na szczęście.
Jeszcze raz uściskałam przyjaciela, czemu zawtórowali Włosi, podając parze prezent, który wspólnie wybraliśmy.
Odstąpiłam od nowożeńców i zaczepiłam Violettę.
- Widziałam cię z Leonem, wróciliście do siebie?
Dziewczyna spłonęła rumieńcem.
- Nie jest jeszcze idealnie, ale powoli znów uczymy się sobie ufać. A ty? Pablo zaklepany, tato.. no wiesz. A Emilio?
- To tylko mój przyjaciel - powiedziałam, czerwieniąc się, bo w tym momencie u mojego boku stanął Włoch.
- Podają obiad, idziemy? - zapytał z uśmiechem.
Chwyciłam nastolatki pod ręce, udając się do auli.
_______________________________
I tym oto pozytywnym akcentem kończymy rozdział 134.
Mam nadzieję, że wybaczycie nam nieobecność.
Było trochę Pangie, Emiliangie, mała wzmianka o Sierocie - do wyboru, do koloru! :D
Mamy nadzieję, że mimo przerw w notkach nas nie opuścicie.
Do przeczytania!
W&Z
Subskrybuj:
Posty (Atom)