poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 88

Rozdział dedykuję wspaniałej Katarzynie i Zuzannie.

Resteuracja, do której zabrał mnie German okazała się być przytulnym, a zarazem wykwintnym lokalem. Idealnie rozmieszczone meble i sylwestrowe dekoracje nadawały temu miejscu domowy charakter.
Młody kelner zaprowadził nas do stolika nieopodal ogromnego akwarium z najróżniejszymi gatunkami kolorowych ryb.
Na niewielkiej scenie grał jakiś zespół jezzowy, umilając posiłek wielu parom w różnym wieku. Od młodzieży do starszych małżeństw.
- The loney. - Odczytałam napis z perkusji.
- Mają niezłe kawałki. - Mruknął German. Odpowiedziałam mu nikłym uśmiechem.
Z niewiadomych przyczyn byłam dziwnie spięta, a myśli uciekały do chorego chłopca. Miałam wyrzuty sumienia, że został sam w szpitalu, podczas gdy ja się bawię.
- .. i butelkę najlepszego wina. - Na ziemię sprowadził mnie głos ukochanego, składającego zamówienie. - A dla ciebie?
- Ee.. ja poproszę to samo. -  Zwróciłam się do kelnera.
Młody mężczyzna posłał mi zalotny uśmiech i mrugnął prawym okiem, co chyba nie spodobało się Germanowi.
- Panu już dziękujemy, to wszystko. - Wycedził.
Kelner posłusznie oddalił się, a my w oczekiwaniu na jedzenie, zaczęliśmy rozmawiać. Inżynier posługiwał się nie tylko ogromną wiedzą i ciekawymi anegdotami, ale też niebywałym poczuciem humoru. Choć przeważnie to on zabierał głos, lubiłam go słuchać. Wspominaliśmy lata młodości, przywołując zabawne sceny z naszych żyć. Mężczyzna oczywiście nie omieszkał odświeżyć kulis mojego burzliwego romansu z choinką, podczas pewnych świąt Bożego Narodzenia. Rozmowa powoli zbaczała na osobę Marii, a gdy tak właśnie się stało, German sprytnie zmienił drażliwy dla nas obojga temat. Nie oponowałam, a właściwie - cieszyło mnie to.
 Nigdy otwarcie nie mówiliśmy o jej śmierci i wolałam, żeby tak pozostało.
Wskazówki powoli zmierzały ku północy, a my beztrosko cieszyliśmy się swoją obecnością, zajadając wyśmienite dania. Choć swoją porcje zamówiłam w ciemno, zdając się na swojego towarzysza- on i tym razem mnie nie zawiódł, doskonale wybierając. Smak potraw zwieńczaliśmy czerwonym winem, koloryzującym nasze wrażenia.
- Smęcą, co? - Roześmiał się German, zauważając moje znudzone spojrzenie, skierowane
w kierunku muzyków.
- Nie, wcale.. - Zaprzeczyłam.
- Angie, daj spokój, nie musimy lubić tego samego. - Uniósł kąciki ust, głaszcząc moją dłoń. Milcząc, odwzajemniłam uśmiech, a do głowy przyszedł mi pewien pomysł. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 22.
- Ufasz mi?
Mężczyzna przekrzywił głowę.
- Co to za pytanie?
- Bardzo proste. - Odrzekłam, rozbawiona.
- Oczywiście.
- W takim razie chodź. - Poderwałam się z miejsca, odkładając trzymaną na kolanach serwetę. Podobnie zrobił inżynier. Widziałam zdziwienie na jego twarzy, lecz nie protestował. Skinieniem ręki przywołał kelnera i zapłacił rachunek, natomiast ja czekałam obok. Młody mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego naszym wyjściem, zerkając na Germana piorunującym wzrokiem. Z przygryzionymi wargami przyjął banknot, po czym odwracając się na pięcie syknął "Zapraszamy ponownie".
- Chyba sądził, że  uda się mu uwieść cię spojrzeniem. - Zachichotał mój towarzysz.
- Tobie się to udało. - Odpowiedziałam, zalotnie odgarniając kosmyk włosów za ucho. German złapał moją dłoń i wspólnie opuściliśmy resteurację.

***

- Cuntry Club? - Inżynier nie krył swojego zdziwienia, gdy stanęliśmy przed drzwiami oświetlonego budynku. Z wewnątrz słychać już było odgłosy dobrze bawiących się gości
 i skoczną muzykę.
Bez słowa spojrzałam na mężczyznę, po czym ciągnąc go za rękę, zaprowadziłam do środka.
Tuż przy wejściu przywitał nas wysoki, szczupły, a wręcz chudy mężczyzna w garniturze, zapraszając we wskazaną salę. Tam naszym oczom ukazało się mnóstwo rozweselonych osób, podskakujących w rytmie szybkich kawałków. Nikt nie marudził, że jest za głośno, zbyt tłoczno, wszyscy beztrosko się bawili.
Zachęcona radosnym gwarem, śmiało ruszyłam na parkiet, prowadząc (a raczej wlekąc) za sobą Germana.
- Angie, ja nie umiem.. - Protestował, lecz pozostawałam nieustępliwa.
- Daj spokój, każdy potrafi tańczyć.
- Nie ja. - Mruknął. - Mogę jedynie podrygiwać w miejscu do jakieś wolnej nuty.
Gwałtownie przystanęłam i odwróciłam w stronę inżyniera, mierząc go podejrzliwym wzrokiem.
- To podryguj. - Skwitowałam, łapiąc go za obie dłonie, po czym zaczęłam bujać się w rytm muzyki.
Kochałam taniec równie, jak śpiew, zawsze sprawiał mi przyjemność. Kiedyś, uczęszczałam na specjalne zajęcia, niestety po śmierci Marii, ojca i wyjeździe do Madrytu byłam zmuszona porzucić swoją pasję. Taniec dobitnie zastąpiła mi muzyka.
German w końcu również się przełamał, bo już bardziej rozluźniony kołysał się razem ze mną, a po upływie paru minut- hulał po całości. Wspólnie wywijaliśmy kroki niczym samby,
czy rumby, śmiejąc się i bawiąc, jak nigdy dotąd. Inżynier bardzo dobrze się poruszał.
Nagle poczułam, jak czyjeś palce owijają się wokół mojego nadgarstka. Dobrze wiedziałam, że nie był to German, gdyż ten znajdował się naprzeciw mnie. Przestraszona, gwałtownie odwróciłam się w kierunku nieznajomego. Za mną stał około pięćdziesięcioletni mężczyzna z czarnym wąsem i lekko łysiejącą czupryną. Był nieco niższy ode mnie.
- Odbijany. - Zawołał wesoło w kierunku ojca Violetty, obejmując mnie w pasie. Zaskoczona, ale też rozbawiona zaistniałą sytuacją wzruszyłam ramionami, śmiejąc się ze  dezorientowanej miny pozostawionego samotnie Germana.
Nieznajomy okazał się być świetnym tancerzem. Kręcąc mną i obracając na wszystkie strony, przesunął na drugi koniec sali, tak, że całkiem straciłam z oczu swojego towarzysza. Mężczyźnie, który mnie porwał chyba jednak to nie przeszkadzało, bo w dalszym ciągu swobodnie się bawił.
Gdy piosenka dobiegła końca, szarmancko ukłonił się do samej ziemi i całując grzbiet mojej dłoni, powiedział:
- Miło było z tobą tańczyć, seniorita. Jestem Julio.
W jego głosie doszukałam się włoskiego akcentu.
- Mnie również. - Odrzekłam. - Nazywam się Angeles, Angie.
- A! Angie! Sławna siostra Saramego, jakże mi przyjemnie! - Zawołał i kilkakrotnie ucałował moje policzki. Ten wybuch lekko mnie przestraszył, jednak wolałam nie komentować. - Znałem twojego ojca, bardzo porządny człowiek z niego był. Kie.. - Nie zdążył dokończyć, bo wtem podbiegła do nas jakaś kobieta, mówiąc coś do Julio po włosku.  - Oj, przepraszam, wzywają mnie. Jeśli będziesz kiedyś potrzebowała pomocy, tutaj masz moją wizytówkę. - Do ręki wsunął mi mały kartonik, po czym salutując, zniknął w tłumie. Na jego miejscu pojawił się German.
- Tutaj jesteś, szukałem cię.
- I znalazłeś. - Przechyliłam głowę, przerzucając włosy z jednego ramiona na drugie. Mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo, po czym ponownie zaczęliśmy tańczyć.
Widać, że brakowało mu takiej zwykłej odskoczni od problemów, chwili zapomnienia i beztroskiej zabawy.
Śmiejąc się do rozpuku, wirowaliśmy po całej sali, nie zważając na gęsto rozmieszczonych imprezowiczów. W końcu zdyszani, ale roześmiani i szczęśliwi, wsparliśmy się o ścianę.
- Jesteś nie do zdarcia. - Wysapał German.
- Ty też masz niezłą kondycję. - Przyznałam. Mężczyzna zaproponował napicie się czegoś, tym samym zmierzając do stołu z cateringiem. Korzystając z chwili samotności (Jeśli pominąć zebranych ludzi) zerknęłam na wizytówkę Julio.

Julio La Torre
Muzyk, kompozytor.

kontakt:
654 750 078

W głowie zaczynały mi świtać wspomnienia sprzed lat. Mój ojciec rzeczywiście współpracował z człowiekiem  o takim imieniu, jednak ja zapamiętałam go, jako młodego mężczyznę o kręconych włosach do ramion i zawadiackim spojrzeniu. 
- W porządku? - Przede mną stanął inżynier z dwoma plastikowymi kubeczkami lemoniady. 
- Jasne. - Szybko wsunęłam kartonik do torebki i upiłam łyk napoju. German wpatrywał się we mnie uważnie, aż w końcu oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Wtem dźwięki ucichły, a muzycy odłożyli instrumenty. Trwało to tylko przez chwilę, bo dwie sekundy potem jeden z nich krzyknął: "Teraz trochę zwolnimy.." i rozległy się łagodne nuty jakiegoś utworu. 
- Czy mogę prosić.. - Inżynier szarmancko ukłonił się przede mną.
Zachichotałam i podałam mu dłoń, a on objął jedną ręką moje plecy, przysuwając mnie do siebie bardzo blisko, tak, że czułam jego napięte mięśnie brzucha na swoim. Oboje zaczęliśmy kołysać się powoli w rytm muzyki. Noga za nogą, dreptaliśmy w miejscu, nie odrywając przy tym wzroku od swoich tęczówek. Teraz na dobre zatraciłam się w blasku jego kasztanowych oczu, w których tliły się dwie iskierki. Mogłabym tonąć w jego ciepłym spojrzeniu, będącym niczym magnez całe wieki. Wtedy czułam się niezwykle, wyjątkowo, jakby otaczała mnie kraina pełna muzyki, słońca i niewyobrażalnej radości.
Kciuk u ręki mężczyzny, którą mnie przytrzymywał, delikatnie gładził moje plecy. Był to dotyk prawie nieuchwytny, a równocześnie wyolbrzymiały pocałunek szczęścia. Czułam go całą sobą.
Nagle zapragnęłam dobitnie zniwelować barierę dzielącą nas i dotknąć ust ukochanego. Mimowolnie przygryzłam koniuszek dolnej wargi, co chyba było podświadomie rzuconą aluzją w kierunku Germana. Wydawać by się mogło, że zrozumiał, bo jak na zawołanie zaczął się przybliżać, do tego stopnia, że czułam jego gorący oddech na policzku. Ułamek sekundy potem przykrył moje wargi swoimi, powoli je muskając. Nie wiem, czy była to magia sylwestrowego wieczoru, czy to po prostu on sprawił, że wypełniało mnie nieznane dotąd uczucie spełnienia.. Kiedy był przy mnie czułam, że mogę wszystko..
Niespodziewanie orzeźwiły nas okrzyki zebranych. Wszyscy skierowani byli ku scenie, gdzie znajdowała się zamilkła orkiestra.
- Dziesięć, dziewięć.. - Odliczali. - Pięć, cztery... Dwa, jeden..
- Szczęśliwego Nowego Roku! - Krzyknął prowadzący, a wszyscy balowicze, jak jeden mąż wybiegli z budynku. Przez moment zapanował chaos, na szczęście German cały czas trzymał mnie za rękę, aby oszalały tłum nas nie rozdzielił. Gdy większość wydobyła się z sali, my również podążyliśmy na zewnątrz.
Alejkę po brzegi wypełniali ludzie. Jedni składali sobie życzenia, a drudzy podziwiali kolorowe fajerwerki, malujące się na ciemnym niebie ze wszystkich stron Buenos Aires. Pomyślałam o Javierze, mamie, Pablo i Violetcie. Jak oni się bawią, co w tym momencie robią?
Nagle silne ramiona ukochanego objęły mnie od tyłu, a jego broda spoczęła na moim ramieniu. Bez wahania przytuliłam głowę do jego policzka i zacisnęłam palce na męskiej dłoni.
- Wszystkiego, co najlepsze w Nowym Roku. - Szepnęłam, odwracając się w stronę inżyniera. Znowu swobodnie patrzyłam mu w oczy.
 - To co najlepsze mam przed sobą. - Odrzekł.

________________________________
Nie mogło się obyć bez romantycznego akcentu na koniec. :P
Osiemdziesiątka ósemka za nami. Już niedługo rozwój wydarzeń. :D

Gracias por su atención,
Wiktoria

9 komentarzy:

  1. Germangie <3
    Cudooooooooooooo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszcie się nimi, cieszcie.. ;)
      Dziękuję. ♥

      Usuń
  2. AAAAAAAAA DEDYK DLA MNIE AAAAAAA JARAM SIĘ XDDD
    Koniobłądy TRZYMAJTA SIĘ HIHIHI ^^
    Świetny, romantyczny i ciekawy rozdział. Postać Julio mnie ciekawi hmm.. Tańczący Geman hihi i zazdrosny kc kc to xDD
    Jezu soł romanticooo, ale i tak zniszczysz to w kolejnych rozdziałach I KNOW THIS! XD
    Szpaning englisz mmm..
    Świetny nowy (znowu) wygląd bloga :D
    Czekam na rozdział następny kochana i ma być dżampreza u Violki xD
    Pozdrawiam - cudowna Zuzanna - kierkałke.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaram się z Kierałką dedykacją! *o*
    Zazdrosny Germek - to co uwielbiam. :3
    Julio mnie zainteresował. xd
    Tak dużo Germangie *o* I ten akcent na koniec... <3
    Kocham. <3 Czekam na next'a. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. *Klaszcze jak małe dziecko - szybko i energicznie*

    Bardzo fajny rozdział. Też mnie zainteresowała postać Julio.. Skąd ja kojarzę to imię.. Boże,jakie ono jest bezpłciowe. German zazdrosny - dałabym i like it, ale nie ma jak :<
    Fajny ten akcent na koniec ;)
    Czekam na nexta. Dobra idę odpocząć bo rozdziały i zapowiedź mnie wykończyły.. Buziaki i takiej duziej *pokazuje* weny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudny rozdział ! ;3; Czeeekam na next'a :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Super rozdział ;D
    Germi zazdrosny o kelnera ;D
    Germangie w Cunty Clubie? xD Ciekawe....
    No i ten romantyczny akcent na koniec :3
    Ogółem- CUDO
    Czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  7. Masz opóźnienie. Sylwester był z miesiąc temu. Co ja gadam, u nas był w październiku. xDD Nie słuchaj mnie.
    - Co to za pytanie? - Bardzo proste. Przypomniało mi się H2O. Była identyczna kwestia. Taa, mam pamięć do takich bzdur. :D
    Dla odmiany przy Cuntry przypomniał mi się Titanic. Cóż, mam dziwne skojarzenia dzisiaj. :D Jeszcze ten dziad porywający Angie. Weź, w ogóle wyjdź. xD Wszyscy znają Angeles. No jasne, w końcu Buenos Aires taka dziura, się każdy z każdym zna. :D
    Teraz trochę zwolnimy... Przypomniał mi się "Nie ma to jak statek". Co ja oglądam, co ja oglądam... xD
    O czym to ja... Ach, rozdział. Ach, te romantyczne akcenty na koniec. :P
    Piękny rozdział. Germanistyczny, jak mawia B. Pozdrawiam i czekam na kolejny. :)

    OdpowiedzUsuń